skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azerbejdżan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Azerbejdżan. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 sierpnia 2010



8 sierpnia, niedziela
Postanowiliśmy wracac do Gruzji trasa północną, przez góry a po drodze zwiedzić Szeki (karawanseraj i pałac chana). Oczywiście wszystko autostopem. Uparliśmy się, że nauczymy Azerów czym jest autostop! Niektórzy jednak już wiedzieli jak to działa. Sami się zatrzymywali, zapraszali na posiłek, kupowali lody, wymieniali się z nami adresami internetowymi, opowiadali o swoim kraju i życiu w nim. Czasami udało się nam nawet podpytać jak to jest naprawdę.

Charakterystycznym elementem życia politycznego Azerbejdżanu jest kult prezydenta, zarówno zmarłego Gajdara, jak i Ilhama. Ulice azerbejdżańskich miast zdobią portrety obu polityków, liczne cytaty z ich wypowiedzi itd. Bilbordy z tymi zdjęciami są dosłownie wszędzie. Jak już pisałam, nie wszyscy są jednak z tego zadowoleni. Generalnie bowiem ludziom żyje się ciężko, ceny są astronomiczne a pensje niskie. My jednak poza wizą (67 dolarów) wydawaliśmy w tym kraju 10 dolarów dziennie. Wieczorem wróciliśmy do Tbilisi, na nasze „klimatyzowane” miejsce – werandę Greek Starsi.

czwartek, 12 sierpnia 2010



6 sierpnia, piątek cd.
Odebraliśmy plecaki z przechowalni bagażu, zjedliśmy regionalny obiad i pojechali na spotkanie z Nadżafem. Oczywiści piątkowy korek… propka po rosyjsku i jesteśmy spóźnieni. A nasz nowy przyjaciel bez żadnego bagażu, nawet saszetki czy reklamówki! I pyta: jedziemy taksówką czy autobusem? Ceny tu są po prostu zawrotne a myśleliśmy, że pojedziemy jego autem do jego rodziny w Lachicz. Tymczasem to było pierwsze z wielu zaskoczeń. Pojechaliśmy dwiema taksówkami (jedna kolektywna, czyli zbiorcza z jakimś chłopakiem) do jakiejś dużej miejscowości. Najlepiej po rosyjsku mówił kierowca, nasz znajomy mówił cos o przyjacielu a nic o rodzinie, a potem porosił, żebyśmy zapłacili, bo on ma tylko 100 dolarów. Chcąc nie chcąc wydaliśmy nasze ostatnie manaty. Wtedy przyjechał kolega – Syriusz. Odbierał swoją kobietę Elenarę i ich 12-letnią córkę, które także przyjechały taksówką z Baku. Mieliśmy wrażenie że zdziwił ich nasz widok. Byli jednak uprzejmi, zapakowali nas do terenówki toyoty i (po rajdzie w poszukiwaniu bankomatu –nieudanym zresztą) ruszyliśmy w góry. Gdy skończyła się droga i przy tablicy „zakaz wjazdu do parku narodowego” zwróciliśmy – zorientowaliśmy się, że kolega tez tu jeszcze nigdy nie był. Gdy słońce uroczo chowało się za horyzontem, zapytaliśmy się gdzie właściwie jesteśmy. Nie był to Lachicz. W żadnym wypadku. Ani nawet jego okolice. Ze to jakiś Perewoluk czy inna pipidówka. To się nazywa ZASKOCZENIE.
Potem była uroczysta kolacja na koszt naszych gospodarzy (następnego dnia poznaliśmy cenę:120 euro), namioty rozbite gratis przy ich domku (60 euro). Wraz z kolejnymi flaszkami wódki nasi nowi przyjaciele robili się coraz rozmowniejsi i sympatyczniejsi. Mieliśmy więc okazję przyjrzeć się klasie nowobogackich dorobkiewiczów, którzy z lekceważeniem traktują wszystkich nie prowadzących interesów. Sergiusz ma chyba ze trzy telefony komórkowe, których używa bardzo często i krótko. Wówczas przerywa najlepsza zabawę mówiąc groźnie: cisza, proszę! I nawet jego rozchichrana „żona” zamierała wówczas na chwilę. Dziwne to towarzystwo przyjechało w góry w bluzeczkach na ramiączkach, bez czegokolwiek cieplejszego a imprezę późno w nocy kończyło lodami (my gorącą herbatą).







7 sierpnia, sobota
Rano pojechaliśmy na zakupy. Nam udało się w końcu pobrać pieniądze z bankomatu, ale nie pozwolono nam płacić. Natomiast na bazarze urządziliśmy prawdziwe łowy z aparatem fotograficznym.
A po śniadaniu pojechaliśmy do Lachicz. Miało to być miasteczko ze średniowieczną zabudową wysoko w górach (jakieś 2 tys mnpm). Jednak dojazd do niego trwa w nieskończoność (drogi brak, bo i tak lawiny drogę zmiatają), a potem odpoczynek w cieniu drzew (znowu restauracja, szaszłyki, wódka…) W sumie dzień był uroczy choć ślamazarny a miasteczko jak miasteczko.
Natomiast wracaliśmy wieczorem do Izmaiłły. Nasz kierowca postanowił prowadzić. W zasadzie nie mieliśmy innego wyjścia jak pojechać z nim. I tu największe ZASKOCZENIE. Gdy na rogatkach miasta policjant wezwał go do zatrzymania się – uciekł! Mimowolnie staliśmy się uczestnikami szalonego rajdu po nieoświetlonych uliczkach miasta. Tego szoku nie sposób opisać. W każdym razie cieszę się, że Syriusz im umkną, bo zapewne my – jako obcokrajowcy – mielibyśmy największe problemy. Gdy zaprosiliśmy wszystkich na herbatę powiedziałam o swoich przeżyciach Elearze a ona na to „Zdążyłam się już przyzwyczaić. To nie pierwszy raz.” Pożegnaliśmy zatem naszych znajomych i postanowiliśmy samodzielnie znaleźć miejsce na nocleg. Nadżaf przestał mi się w końcu oświadczać i przyznał, że nie wie gdzie oni będą spać, bo im tez już skończyły się pieniądze. Doprawdy dziwne towarzystwo.


6 sierpnia, piątek
Nadszedł dzień naszego umówionego spotkania z Nadżafem. Postanowiliśmy zatem czas do obiadu przeznaczyć na zwiedzanie Baku. Mieliśmy nadzieję, że już nieco przywykliśmy do tego skwaru, ale następne godziny pokazały jak płonne były to nadzieje. Poruszanie się po tym rozpalonym mieście to żadna przyjemność. Na domiar złego w lecie większość mieszkańców wyjeżdża i zaczynają się remonty. Wygląda to tak, jakby budowano wszystko od początku.

O polskich architektach w Baku:
Polscy budowniczowie Baku, architekci polskiego pochodzenia, którzy na przełomie XIX i XX wieku kształtowali reprezentacyjne oblicze Baku, stolicy Azerbejdżanu. Za najważniejszych spośród nich uznaje się tzw. wielką trójkę, tj. Józefa Płoszkę, Kazimierza Skórewicza i Józefa Gosławskiego, i mówi o wybudowanym przez nich „polskim Baku”. Pojawienie się polskich architektów w Baku i ich późniejsza działalność w tym mieście to przede wszystkim echa tzw. gorączki naftowej, która wybuchła w stolicy Azerbejdżanu w 1872 roku po zniesieniu systemu dzierżawnego w przemyśle naftowym (carska reforma dała prywatnym właścicielom możliwość wykupu na własność – dotychczas jedynie dzierżawionych – roponośnych działek, a tym samym zwolniła ich z obowiązku płacenia gigantycznych podatków na rzecz dzierżawcy). Rewolucyjna reforma cara dała początek nowej erze w historii Baku – stała się impulsem do rozwoju przemysłu wydobywczego na szeroką skalę nie tylko w Azerbejdżanie, ale i w całej Rosji.
(…)
W II połowie XIX w. estetyka budynków stała się równie ważna, co ich funkcja użytkowa. Najbardziej czytelnym wyrazem nowych trendów był eklektyzm, który znane z przeszłości style łączył z reminiscencjami narodowymi i historycznymi. Wyznacznikiem architektonicznego piękna stała się dekoracyjność projektowanych budynków, sięganie do zachodnich stylów i umiejętne łączenie ich z tradycyjną orientalną ornamentyką. Najnowsze światowe tendencje przenikały do miasta lotem błyskawicy – w mieście wyrastały budynki będące mistrzowskimi odbiciami secesji czy palladianizmu. Baku stawało się miastem europejskim, nie wyrzekając się przy tym swej przynależności do świata Orientu, przez co architektura miasta zyskała własny, niepowtarzalny charakter. Ogromny wkład w ów proces wnieśli właśnie polscy architekci, szalenie utalentowani, pełni fantazji i rozmachu, doskonale orientujący się w najnowszych trendach i rozwiązaniach praktycznych, a przy tym pełni szacunku dla historii i tradycji miasta, w którym przyszło im pracować.


Państwo ma pieniądze z nafty i wie jak je wydać. Sprawia to jednak, że większość obiektów jest niedostępna, albo pozbawiona uroku. Miasto zatem nie zrobiło na nas większego wrażenia. Natomiast przepych i bogactwo są wręcz oszałamiające. Centrum handlowe na bulwarze nadmorskim, poza kosmicznymi cenami, ma nieocenioną klimatyzację, tłumy ochroniarzy i obsługi wszelkiej maści, zewnętrzne przeźroczyste windy, toalety, gdzie wszystko (nawet mydło) jest na fotokomórkę. Rujnuje to stereotypowe wyobrażenie o „dzikiej Azji” z jakim zegnali mnie niektórzy moi znajomi. Luksus, wielkie pieniądze i elegancja…
Mieliśmy się o tym przekonać jeszcze raz tego dnia wieczorem.

W necie przeczytałam o religii:
Zdecydowana większość mieszkańców Azerbejdżanu wyznaje islam, przy czym ok. 2/3 islam szyicki, zaś 1/3 sunnicki. Szyici mieszkają głównie na południu i wschodzie kraju, zaś sunnici na zachodzie i północy. Większość Azerów ma jednakże chłodny stosunek do religii: nie przestrzegają zasad szariatu (włącznie z zakazem spożywania wieprzowiny i picia alkoholu), nie odwiedzają meczetów, a nawet nie są w stanie określić czy są szyitami czy sunnitami (nie znają różnic między tymi dwoma zaciekle zwalczającymi się nurtami islamu). Nie jest to wyłącznie objaw dziedzictwa radzieckiego, proces sekularyzacji azerbejdżańskich elit rozpoczął się już bowiem już po podboju rosyjskim i był m.in. spowodowany dążeniem Azerów do jedności narodowej i pokoju wewnątrz społeczeństwa, wciągniętego przez wieki w wir nieustannych wojen szyicko-sunnickich. Najbardziej religijne są wioski na Półwyspie Apszerońskim (mieszkańcy Nardaranu domagali się nawet swego czasu wprowadzenia szariatu) oraz rejony przy granicy z Iranem; dość silne są tam wpływy irańskiego szyizmu, działają też irańscy misjonarze.
Gospodarce:
Azerbejdżan jest najbogatszym i najszybciej rozwijającym się państwem Kaukazu. Według danych Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w 2005 i 2006 r. PKB wzrósł tam o ok. 34%, co oznacza, iż azerbejdżańska gospodarka była najszybciej rozwijającą się gospodarką świata. Z kolei wzrost inwestycji w 2006 r. wyniósł 31,7% PKB.
Tak dynamiczny wzrost gospodarczy Azerbejdżan zawdzięcza wydobyciu surowców naturalnych, przede wszystkim ropy naftowej. „Czarne złoto” zaczęto wydobywać w Baku w drugiej połowie XIX w., zaś jednymi z pierwszych inwestorów byli bracia Noblowie. Pierwszy naftowy boom, który doprowadził do przekształcenia się Baku z prowincjonalnego miasteczka w jedną z najważniejszych metropolii Imperium Rosyjskiego zakończył się wraz z wybuchem rewolucji bolszewickiej. Po opanowaniu Zakaukazie przez Sowietów na 70 lat zawładnęli oni azerbejdżańską ropą nie dopuszczając tam zagranicznych inwestorów. Pod koniec czasów radzieckich infrastruktura wydobywcza nad Morzem Kaspijskim zaczęła się starzeć i wymagać poważnych nakładów finansowych.
Odzyskanie przez Azerbejdżan niepodległości w 1991 r. ponownie wzbudziło ogromne zainteresowanie zagranicznych inwestorów, złoża surowców energetycznych są tam bowiem wciąż bogate (potwierdzone złoża ropy naftowej w Azerbejdżanie wynoszą 7 mld baryłek, natomiast gazu ziemnego — 850 mld m3). W rezultacie zabiegów firm zachodnich w 1994 r. w Baku podpisano tzw. kontrakt stulecia między Azerbaijani International Oil Company (AIOC; konsorcjum kilkunastu koncernów zachodnich), rosyjskim przedsiębiorstwem Łukoil oraz władzami Azerbejdżanu. Przewidywał on wydobycie 511 mln ton ropy oraz 55 mld m3 gazu w ciągu 30 lat. Problemem był jednak transport ropy na Zachód, istniał wówczas bowiem jedyny rurociąg — biegnący z Baku do portu Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Poważną przeszkodą było również stanowisko Rosji, która nie chciała dopuścić do budowy rurociągów omijających jej terytorium. Ponad 10-letnie zabiegi koncernów oraz zachodnich rządów (głównie amerykańskiego) zaowocowały jednak najpierw budową ropociągu Baku-Supsa (o niewielkiej przepustowości), następnie zaś (w 2005 r.) Baku-Tbilisi-Ceyhan (z Azerbejdżanu na śródziemnomorskie wybrzeże Turcji). Ropa popłynęła BTC w 2006 r.; ma on obecnie przepustowość 50 mln ton ropy rocznie (nie jest póki co w pełni wykorzystywana), z możliwością zwiększenia do 70 mln.
W lipcu 2007 r. ruszył ponadto przesył gazu ziemnego gazociągiem Baku-Tbilisi-Erzurum (BTE) z Azerbejdżanu do Turcji przez terytorium Gruzji (do Gruzji gaz przesyłać zaczęto już w styczniu). Transportowany jest nim gaz wydobywany z położonego na kaspijskim szelfie złoża Szah-Deniz przez konsorcjum, w którego skład wchodzą m.in. British Petroleum, Statoil i azerbejdżański koncern państwowy SOCAR. Docelową przepustowość (6,6 mld m3 rocznie) BTE ma osiągnąć w 2009 r. Uruchomienie gazociągu oznaczało przełamanie monopolu rosyjskiego Gazpromu na tranzyt gazu wydobywanego w regionie kaspijskim na rynki europejskie.
Po uruchomieniu BTC wydobycie ropy naftowej w Azerbejdżanie gwałtownie wzrosło — z 454 tys. baryłek dziennie w 2005 r. do 653 tys. w roku następnym. Oznaczało to również wzrost wpływów do budżetu i przyrost PKB. Azerbejdżan jako jedyne państwo Kaukazu ma poza tym dodatni bilans handlowy (eksport w 2006 r. wyniósł 13 mld USD, natomiast import 5,2 mld).
Tak znaczące sukcesy gospodarcze nie oznaczają jednak, że Azerbejdżan nie boryka się z poważnymi problemami ekonomicznymi. Najtrudniejszym z nich jest niebezpieczeństwo tzw. choroby holenderskiej tzn. zbytniego uzależnienia gospodarki od wydobycia surowców, prowadzącego do niedorozwoju innych gałęzi ekonomiki. Syndromy tej choroby są dostrzegalne już dziś, wydobycie i przetwórstwo ropy naftowej stanowi bowiem aż 43% PKB, a ropa i gaz — 90% azerbejdżańskiego eksportu.


5 sierpnia, czwartek

Postanowiliśmy wypocząć na pięknej piaszczystej plaży azerskiej. Przewodnik Bezdroży okazał się jednak w tek kwestii zupełnie mylący. Na szczęście mieliśmy już na tyle doświadczenia, by o wszystko pytać lokersów. W autobusie poznaliśmy przesympatyczną Leilę (już teraz wiem, że to tajemnicze imię z Giaura Byrona oznacza noc), która przed tygodniem wróciła z rocznego stażu w Polsce. Znakomicie mówiła po rosyjsku, angielsku i… polsku! Została zatem naszą przewodniczką na ten dzień (ma do tego predyspozycje, namawialiśmy ją więc by została rezydentką jakiegoś polskiego biura podróży). Zabrała nas na przepiękną plaże w okolicach domu prezydenta Azerbejdżanu – dowiedziałam się o tym, gdy jakiś oficer wywiadu w kąpielówkach zwrócił mi uwagę, że na plaży nie wolno fotografować. Dogadaliśmy się jednak, że będę robiła zdjęcia „w druga stronę”. Nota bene, miedzy pałacem prezydenta a nasza rajską plażą znajdowało się regularne wysypisko śmieci, nazywane przez wszystkich po prostu dziką plażą.
Leżakowanie nigdy nie było moja mocna stroną. Do przedszkola nie chodziła i zapewne dlatego się tego nigdy nie nauczyłam. Mój dotychczasowy rekord na plaży to jakaś godzina, jeśli wliczyć w to rundkę po kasach firm wycieczkowych. Ale tym razem było zupełnie inaczej. Spędziliśmy na tej plaży całą dobę osiągając nirwanę słodkiego nieróbstwa. Rozleniwiliśmy się do tego stopnia, że planowaliśmy strategicznie każdy ruch, żeby się nie przemęczyć. Gdy Tomek rozpracowywał strategię wykonania kolejnej czynności, wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Odparł na to niewzruszony: nie trać cennej energii na śmiech. Na moją opinię, iż ten opis nie oddaje charakteru naszego lenistwa, Tomek zasugerował, że może powinnam po prostu pisać wolniej…
Skupiłam się zatem na obserwowaniu otoczenia. Na plaży nie było pojedynczych osób. Wszyscy przychodzili grupami: z rodziną lub przyjaciółmi. Zdarzyło się kilka osób wybitnie urodziwych i zadbanych, ale generalnie wśród kobiet dominowała nadwaga. Ludzie zdawali się jednak nie zwracać uwagi na swój wygląd i po prostu znakomicie się bawili. Wielopokoleniowe rodziny pluskały się razem w morzu, piknikowały, nastolatki się lansowały, mężczyźni się wgapiali. Na czym wiec polega różnica miedzy plaża w Azerbejdżanie i w Polsce? Poza kolosalna różnicą temperatur wody i powietrza (tam odpowiednio ok. 30˚C i 40˚C? Przede wszystkim nie następują niemal zupełnie interakcje miedzy nieznanymi sobie osobami, szczególnie płci przeciwnej. Nieznajomych się nie zagaduje, ani nie nagabuje. Dziewcząt się nie podrywa. Ale można się im przyglądać. A intensywność przypatrywania bywa tutaj doprawdy… organoleptyczna. Generalnie bowiem w krajach muzułmańskich mężczyzna patrzy na kobietę jak na obiekt… zakazany, zatem bardzo mocno pożądany. Jeśli nie chroni jej obecność męskiego członka rodziny, bywa – w zależności od kraju i lokalnych uwarunkowań – szturmowana dość intensywnie, a bywa, że i bezceremonialnie.

wtorek, 10 sierpnia 2010







4 sierpnia, środa
Pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami po interesującym śniadaniu i wróciliśmy do Baku. Mieliśmy w planie zwiedzanie starówki, ale Tomek źle się czuł i przez większość dnia dochodził do siebie w różnych chłodnych miejscach. Stare miasto zaś okazało się być… remontowane! W Baku remontuje się teraz dosłownie wszystko. Wszyscy powtarzają, że państwo jest bogate, bo po odzyskaniu niepodległości korzysta ze złóż ropy. Niektórzy dodają jednak, że bogaci to tylko 10% społeczeństwa – „wierchuszka” czyli ekipa rządząca. Jeden pan – z którym podróżowaliśmy na stopa – opowiedział nam nawet o protestach i aresztowaniu opozycji a Misza – inny autostopowy kierowca – na pytanie o wszechobecne podobizny byłego i obecnego prezydenta odparł wprost, że narodu nikt o zdanie nie pyta.
O zachodzie słonica odbyliśmy uroczy rejs statkiem. Z morza Baku wygląda rzeczywiście pienie – mam nadzieję, ze się ze mną zgodzicie.
Nasi towarzysze podróży, jak niemal wszyscy napotkani Azerowie, byli bardzo sympatyczni i ciekawi Polski. Niemal, bo wieczorem przekonaliśmy się co oznacza „słaba głowa” Azerów. Młodzi marynarze (tu wszyscy wydaja się być związani z morzem) bardzo chcieli się ze mną poznać, stali się natarczywi i niegrzeczni. Mój „kuzyn” był jednak stanowczy, dzięki czemu mój kobiecy honor został uszanowany (uratowany).

foto reportaż dżyzbyz







3 sierpnia, wtorek
Ci ludzie są szaleni! Absolutnie zwariowani na punkcie swojego morza. Okazuje się, że nie podróżują nie tylko dlatego, e pojęcie wakacji w naszym rozumieniu europejskim tu nie funkcjonuje, nie dlatego że nie mają pieniędzy, ale po prostu „morze ich nie puszcza”. No i to widać. Na plaży ludzie są 24r godziny na dobę. Prawda, że w ciągu dnia najwięcej. Ale są cały czas. Zaś przed świtem dowożą ich tam chyba specjalne autobusy! Młodzi, starzy, z psami, kocami, jedzeniem, albo tylko w dresach. Chodzą, biegają, ćwiczą.… Oczywiście przy okazji spać człowiekowi nie dają.
Zdiagnozowawszy naszą sytuację oraz tutejszy klimat uznaliśmy, że niewiele tu potrzebujemy. Zatem odwieziemy nasze gruzy do przechowalni bagażu a sami ruszymy na południe – do błotnych wulkanów w Quobustanie. Na drodze stanął nam jednak przemiły pan, który zaproponował nam podwiezienie do przystanku, a skończyło się na kilkugodzinnym pobycie na jego daczy w towarzystwie żony i syna, wspólnym patroszeniu ryb, kilkudaniowym śniadaniu, sesji foto i video, wycieczce po mieści i zestawie map w prezencie. Był tak miły, że aż meczący. Gruzini są jednak subtelniejsi.
W końcu ruszamy do wymarzonych wulkanów błotnych. Przewodnik głosi, że jest takich tylko kilka na świecie. W Qoubustanie jesteśmy umówieni z jednym z ratowników poznanych poprzedniego dnia, jednak nie możemy odnaleźć właściwej plaży. Taksówkarze za podwiezienie do muzeum, wulkanów i innych atrakcji żądają cen zupełnie niewygórowanych, ale my preferujemy autostop. W ten sposób docieramy do nieturystycznych wulkanów nad brzegiem Morza kaspijskiego (dwa kilometry piechotą przez pustynię). A tam czeka na nas niespodzianka. Gdy wahamy się co zrobić z tymi wulkanami, podjeżdża kamaz z ufoludkami! Okazuje się, że to Salam i jego rodzina po kąpieli w sąsiednich błotach. Uczą nas jak korzystać z tych dobrodziejstw natury, opowiadają o kolejnych wulkanach a potem na pace kamasza zabierają na przepiękna dzika plażę. Jeszcze zanim się domyliśmy z błota – byliśmy umówieni na wspólną biesiadę w domu Salama. Jak się później okazało, zaproszenie to pozwoliło na realizację wszystkich naszych azerskich marzeń i zaspokojenie wszystkich doraźnych potrzeb. A było to tak.…
Do Salama zjechała się rodzina z Baku - na wakacje. Zatem on tez zrobił sobie wolne, i świętowali. Pokazał nam więc jak przygotować tradycyjne potrawy, podawane tylko od święta. Instrukcja – fotoreportaż z przyrządzania obok. Oprowadził nas po swoim domu i opowiedział o jego budowie. Jego żona, ciotki i matka opowiedziały mi o sposobach kojarzenia małżeństw. Jego kuzyni próbowali upić Tomka (mnie umiarkowanie, bo kobiety jednak tradycyjnie nie piją mocnego alkoholu). Wytłumaczyli, że Azerbejdżan to kraj świecki, dlatego pije się alkohol (ale „głowy maja słabe”, jak się wielokrotnie jeszcze przekonamy). Na wieść o gościach zeszła się bliższa i dalsza rodzina, sąsiedzi i jak się domyślacie –było bardzo sympatycznie. My byliśmy ciekawi ich a oni nas. Panowała przy tym tak niezwykła serdeczność i prostolinijność, że zwiedziliśmy nawet kurnik – z radością. Następnie zostaliśmy nakarmieni (nie mam pojęcia jak to wszystko w siebie wpakowałam!), wykąpani i ułożeni do snu (w jednym pokoju, gdyż uparcie twierdzimy, że jesteśmy kuzynostwem).
Nie sposób opowiedzieć wszystkich wrażeń z tego wieczoru, ani przekazać wszystkiego, czego dowiedzieliśmy się o ludziach i kraju. Ciekawe były opowieści o tym jak matka – seniorka rodu wybierała żony dla swoich synów kierując się swoja sympatią. Oni podobno z radością się na te decyzje zgadzali. Żona Salama twierdziła, że wyszła za mąż z miłości, ale inne kobiety sprostowały, że pokochali się już po ślubie. Natomiast gdy zapytałam o przyszłość młodszego pokolenia – studentki, orzekły zgodnie, że ona chce wyjść za mąż wysłuchawszy głosu serca. Zadziwiające jak tradycja łączy się w tym kraju z postępem. Jak w telewizji – obok kanałów tradycyjnych, nowoczesność w lepszym i gorszym wydaniu.
Gagiem wieczoru była rozmowa o Internecie. Tłumaczyliśmy, że zdjęcia możemy wysłać na e-maila, że adresy mamy tylko internetowe, bo podróżujemy. Wówczas nasi gospodarze zaczęli nam tłumaczyć jak drogi jest Internet (kilkaset dolarów?!), by w końcu zapytać czy mamy intrnet ze sobą i z jakim monitorem – małym czy dużym :D