skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangkok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangkok. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 marca 2011


27 lutego, niedziela
Mieliśmy na dziś bilety do Siam Raep. Jutro kończy się nasza wiza tajska, a Lukas nie chce wyjeżdżać w ostatniej chwili, mając świadomość, że na granicy tajsko-kambodżańskiej dzieją się różne historie, a za pozostanie w Tajlandii dłużej niż na to pozwala wiza płaci się po 50 zł za dzień. Ja jednak uparłam się, że chcę zobaczyć Wielki Pałac Królewski (tajski: พระบรมมหาราชวัง, Phra Borom Maha Ratcha Wang), więc wbrew sobie poszedł wymienić bilety na poniedziałek a niedzielę przeznaczamy na zwiedzanie. Jakoś nie mieliśmy szczęścia do tego pałacu, bo wybieraliśmy się tam już kilka razy, ale zawsze cos nas powstrzymywało. Nawet nastawiony na wściekle wczesną godzinę budzik nie pomagał. Tym razem jest jednak inaczej. Płyniemy promem miejskim. Rzeka. Pełna barek, mniejszych i większych łodzi i promów. Nad nią wyrosło już kilka wysokich hoteli, ale na brzegach zobaczyć można także domy-rudery, składy, bazary i... przystań ozdobnych królewskich łodzi. Co kilkaset metrów są tu małe mola do których cumują w biegu długie jednostki "Chao Phraya Express". Nikt nie trudzi się przerzucaniem kładki czy trapu. Motorowa łódź podpływa, dobija burtą do mola. I teraz trzeba przeskoczyć na pokład... Pokład, który co chwilę niebezpiecznie się oddala. Już chwilę po otwarciu meldujemy się pod bramą. Okazuje się jednak, że to nie ta. Przez tę Tajowie wchodzą – za darmo. Dla nas jest inna – z biletami po 35 zł. I szatnią, w której wypożyczają (za depozytem) ubranka dla nieskromnie odzianych.
Ale jest to obiekt który trzeba zobaczyć - tajska architektura jest niepowtarzalna. Wzniesiono go pod koniec XVIII wieku. Z daleka ponad murem lśni wielka złocona czedi (patrz zdjęcie obok). Przy bramach, od ich strony wewnętrznej ustawiono wielkie posągi strażników, które odstraszać mają wszelkie zło (przede wszystkim swoimi potwornymi minami odstraszają co bardziej wrażliwych turystów, ale zwrotu biletów nie przyjmują)
Pałac doczekał się nawet własnej strony internetowej:http://www.palaces.thai.net/
W skład pałacowego kompleksu wchodzi między innymi Wat Phra Kaeo nazywany także Królewską Kaplicą Szmaragdowego Buddy.




Emerald Buddha czyli Szmaragdowy Budda. Wewnątrz świątyni w której siedzi (na szczycie wysokiego ołtarza-piramidy) nie wolno robić zdjęć. Ma trzy złocone stroje na trzy pory roku. Kaplica jest jednym z czterech pomieszczeń, których wnętrza d Pałac królewski w Bangkoku ma nie tylko status zabytku i oficjalnej siedziby monarchy. Jest to również święte miejsce do którego ludzie przychodzą modlić się i składać ofiary. Przed wejściem do Świątyni Szmaragdowego Buddy zapalają trociczki, na rodzaju ołtarza składają przyniesione kwiaty i owoce. ostępne są dla turystów - wchodzi się tam po pozostawieniu na zewnątrz obuwia.
Kolorowe dachy, wszechobecne złocenia, ściany wykładane milionami lusterek - wszystko to składa się na obraz z pogranicza kiczu. Mitologiczne i alegoryczne postacie, malowidła pokrywające ściany w podcieniach wokół dziedzińców... Aby to wszystko chociaż pobieżnie obejrzeć potrzeba 2-3 godzin.
.
Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam stanowiącej naturalną granicę kompleksu. Z pozostałych stron teren Wielkiego Pałacu ogrodzony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218.400m².

niedziela, 13 marca 2011


25 lutego, piątek
Jesteśmy znowu w Bangkoku. Autobus zatrzymuje się na dworcu południowym, choć obiecywali centrum. Ale już przywykłam. Znalezienie właściwego autobusu komunikacji miejskiej przed świtem nie jest już problemem. W dzielnicy turystycznej jesteśmy przed otwarciem czegokolwiek. I co? I w naszym ulubionym hoteliku maja dokładnie jeden pokój i dokładnie w naszym standardzie. Zostawiamy więc bagaże, sprawdzamy co trzeba na necie i jedziemy do ambasady Wietnamu. Odebranie wizy bez zastrzeżeń. Ale kończą nam się zdjęcia do wiz a tu akurat otworzyli punkt z niezłymi cenami. Płacimy więc za 16 fotek i czekamy. Przychodzi facet a aparatem słabszym od mojego, karze usiąść na tle białej ściany. Dziwne, ale niczego nie ustawia. Przecież to mają być takie zdjęcia jak do paszportu, z białym tłem i duża twarzą. Nie pyta czy nam pasują, tylko drukuje. Prosimy, żeby pokazał i… o nie! Tło jest szaro-bure, twarz mała i na każdym kolejnym zdjęciu jesteśmy coraz bardziej z boku. Tłumaczymy dlaczego te zdjęcia są nie do przyjęcia a on się wścieka – zapłaćcie za ta połowę i sobie idźcie! Nie, no tego się nie spodziewałam! Zapomniałam, że ambasada to nie kawałek Tajlandii, w której generalnie jest uczciwie. Straciłam czujność! No więc zaczyna się tłumaczenie, negocjowanie. Mnie już nerwy puszczając, więc Łukasz każe mi usiąść i sam rozmawia z urzędnikami. Sytuacja przybiera niespodziewany obrót. Krzyczą na nas, że to zdjęcia tylko do wizy wietnamskiej i tu je akceptują. Ale na sowa, ze w takim razie po co komu 16 zdjęć milkną. I wtedy przychodzi konsul (czy jakiś jego zastępca), pyta o paszporty. Łukasz mówi, tak mam paszport.
- Daj!
- Mam, nie dam.
- Wiza?
- Mam.
Milczenie.
No to ładnie się narobiło. Spiszą nasze dane (maja zdjęcia z aplikacji), nie wpuszczą do Wietnamu. Mają takie parszywe prawo nie wpuścić bez podania powodu. Zaskoczeni odbieramy nasze pieniądze i w kiepskich nastrojach wychodzimy na ulicę.
A może trzeba było wziąć te fotki dla świętego spokoju? No trudno, już za późno.
Dla poprawy humorów odwiedzamy najbliższy bazar – jedzenie, słodycze, kawa i jakieś drobne zakupy zdecydowanie poprawiają nam nastroje.



No to jedziemy do głównej atrakcji dzisiejszego dnia. Muzeum Patologii i Chorób. Właściwie jest to sześć połączonych muzeów, zajmujących całe piętro nowoczesnego szpitala. Niestety nie można w środku robić zdjęć. A byłoby co fotografować!!! Jest wystawa pokazująca jakimi pasożytami można się zarazić w jakim jedzeniu –i zdjęcia oraz modele, pokazujące skutki. Są tez olbrzymie, podświetlone powiększenia różnych bakterii i pasożytów– wyglądają okropnie! Moja „ulubiona” lambria prezentuje się interesująco, ale nie mam ochoty na więcej spotkań bliższego stopnia. Wystarczy mi oglądanie jej w muzeum. Jest wystawa poświęcona skutkom tsunami, jest kardiologiczna z komorą, w której można było kiedyś zmierzyć ciśnienie. I z wypreparowanymi sercami. No i jest olbrzymia część – kilka sal – z wypreparowanymi narządami ofiar wypadków, morderstw, zawałów itp. wraz z dokładnymi opisami. Były to chyba dowody w różnych sprawach. Niektóre są bardzo stare i już mętne, inne nowiutkie, jeszcze bez opisów. Towarzyszą im często zdjęcia z miejsca zbrodni, z wizji lokalnych. Dalej znajdują się zdeformowane płody ludzkie, np. zrośnięte główkami. Najczęściej maleństwa z pierwszego trymestru, ale jest też dziecko z ósmego miesiąca – ofiara wypadku. Dokonano aborcji by matka przeżyła. Są też dzieci, które nie przeżyły pierwszych tygodni. Z ogonkami. Z jednym tylko okiem. Z wodogłowiem. Niektóre wydają się być ilustracjami greckich mitów o cyklopach, czy opowieści o wampirach.
Resztę dnia spędzamy na niespiesznych spacerach wzdłuż rzeki, kupowaniu biletów, planowaniu dalszej podróży. I na objadaniu się lokalnymi smakołykami. Moje ukochane „zupki wszystkich smaków”! i desery, o których nie wiadomo czym do końca są…

niedziela, 6 marca 2011

16 lutego, środa
Dziś leniwie pasiemy się na Internecie a o 18:00 mamy autobus łączony z promem na Koh Pha Ngan, która jest średniej wielkości wyspą, niezwykle popularną wśród budżetowych turystów. Jest na niej kilkanaście świetnych plaż, kilka wiosek, dużo palm, plantacje kokosowe, dżungla, wodospady i kilka popularnych świątyń buddyjskich. Wyspa jest szczególnie popularna wśród młodych i raczej budżetowych turystów, prawie nie ma tu drogich i luksusowych resortów, za to jest mnóstwo niedrogich bungalowów do wynajęcia.
Wyspa ma opinię bardzo rozrywkowej, na kilku plażach imprezy odbywają się codziennie, szczególnie w Haad Rin, które jest najbardziej skomercjalizowanym miejscem z setkami bungalowów, hotelików, knajp, barów i dyskotek oraz tłumami młodych ludzi. Można jednak znaleźć plaże ciche i spokojne, z tanimi domkami i sielską atmosferą.
Na Koh Pha Ngan działa wiele centrów nurkowych, można tu zrobić kursy na różnym stopniu zaawansowania, albo po prostu cieszyć się niezłymi warunkami do nurkowania. Pod tym względem lepsza konkurencja jest jednak sąsiedniej wyspie Koh Tao. Jest tam ponad 60 szkół. Ale tu jest jedna z dwóch polskich. Druga jest na Phuket, ale to raczej poza naszym zasięgiem cenowym.
Warunki do snorkelingu są niezłe już przy samym brzegu, ale agencje organizują wyprawy łodzią do najlepszych miejsc w okolicy. Ciekawe są też wyprawy "objazdowe" po najciekawszych plażach na wyspie.


15 lutego, wtorek
Tak, czuję się w Tajlandii jak w domu. Wszystko jest już znane i przyjazne.
Dziś głównym zadaniem dnia jest złożenie wniosku wizowego w ambasadzie wietnamskiej. Tłuczemy się autobusami na drugi koniec miasta, łazimy po krętych uliczkach, by po powrocie na Khan San Road odkryć, że w licznych agencjach jest… taniej! Nie wiem jak to możliwe i jaki to ma sens, ale z pośrednictwem biura jest taniej i szybciej niż osobiście w ambasadzie.
W Bangkoku najbardziej lubię to, że wystarczy wejść w jakąś uliczkę, skręcić za jakimś zaułkiem – i już zatapiasz się w tej niepowtarzalnej atmosferze… Mnóstwo tu kramików z jedzeniem wszelkiej maści, z ubraniami od rękawków imitujących tatuaże po piżamy i suknie balowe, pięknych rzeczy, które chciałoby się kupić razem z takim kramem, zapakować i wysłać paczką do Polski. A obok tej wioskowo – azjatyckie atmosfery straganików, bazarów i ulicznych jadłodajni panosza się wielkie centra handlowe. Też mają swoje plusy: klimatyzacja, pozwalająca się schłodzić w tej piekielnej temperaturze, zazwyczaj darmowe toalety i wi-fi oraz zimna woda do picia. Są tam centra gier, które wyzwalają w nas chęć rywalizacji i śmiejemy się z siebie nawzajem jak to zawzięcie walczymy o krążek na namagnesowanym pulpicie. Czasem oglądamy różne pierdółki na stoiskach i nie możemy się nadziwić ludzkiej pomysłowości. Szkatułki w kształcie zęba, jakieś dziwne stojaczki, zawieszki mnóstwo tego!
Zresztą obchodzenie stoisk zawsze zaczyna się od działu elektronicznego. Można się pobawić najnowszymi laptopami, szczególnie Mac’ami, i-Podami, zasiąść przed wielkim telewizorem i pooglądać filmy. Ja najbardziej lubię bajki animowane, ale Łukasz zaraz ciągnie mnie do projekcji 3D, więc zakładamy okulary i dajemy się ponieść emocjom.
Wydarzeniem tego dnia pozostanie jednak, zapamiętana na długo, wizyta u stomatologa. Przed nurkowaniem chciałam sprawdzić stan moich zębów, nie kontrolowanych od wyjazdu, więc szukałam punktu, w którym wykonują zdjęcia panoramiczne. W dzielnicy ambasad natknęłam się na małą, przesympatyczną klinikę, w której w cenie zdjęcia dostałam tez wizytę u dentysty, by mi stan moich zębów opisał. Daję słowo: cos takiego spotkało mnie pierwszy raz. Najpierw przecudowna pani poprosiła mnie o wypełnienie ankiety: kiedy ostatnio była u stomatologa, czy mnie coś boli, czy mam alergię itp. Potem zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie (o matko! Jak tu sterylnie i profesjonalnie!!!) lekarz zaczął od przedstawienia mi się (sic!), potem porozmawiał ze mną, by upewnić się na czym mi zależy, obejrzał moje zdjęcia, zwrócił uwagą, co może stanowić problem w przyszłości i skierował na prześwietlenie. Wtedy dwie filigranowe pielęgniarki założyły mi specjalny fartuch ochronny (gdy jedna niechcący pacnęła mnie nim lekko po twarzy, druga ja wyzywała i chciała spoliczkować, ale natychmiast zaczęły mnie bardzo przepraszać – a ja zaskoczona uśmiechnęłam się bezradnie, bo u nas służba zdrowia aż tak się nie przejmuje pacjentami), upewniły się, iż nie mam biżuterii i wprowadziły mnie do specjalnej komory. Szok! Nie wiedziałam jak mam zagryzać, kiedy mogę się ruszać – wszystko mi pokazały i włączyły urządzenie. Różne powłoki zaczęły się kręcić i ustawiać wokół mnie a spiker mówił po angielsku „a teraz się przygotowujemy do…”, „a teraz jesteśmy gotowi”, „a teraz się nie ruszaj”. Rewelacja! A ja tak tkwię w środku z szerokim uśmiechem i nagle pik! Po zdjęciu. Wracam do gabinetu, lekarz podświetla zdjęcie na specjalnym uchwycie przy fotelu dentystycznym i opowiada. Mam bzika na punkcie moich zębów, ale przyznaje on sprawili ogromną radość. Na początek docenił moją kolekcje plomb, licówek i wkrętów… To dobra robota mojego ukochanego stomatologa z Przemyśla – a na zdjęciu wyglądam jak Robocop! Tutejszy omawia ze mną każdy ząb, odpowiada na wszystkie pytania, zapewnia, ze w nurkowaniu nic mi nie przeszkodzi. Potem zalecenia zapisuje na specjalnej karcie i jeszcze raz upewnia się, że pamiętam czym powinnam się zająć w najbliższej przyszłości (gdy będę miała czas).
Przy okazji odbierania wiz do Wietnamu z tej samej usługi skorzystał Łukasz. Różnica polegała tylko na tym, że do założenia mu fartuszka ochronnego dziewczyny musiały użyć stołeczka. I tym razem to ja w poczekalni na miękkim fotelu piłam kawę i oglądałam projekcje możliwych zabiegów i operacji. Potrafią tu czynić cuda!

sobota, 5 marca 2011


14 lutego, poniedziałek
Rankiem lecimy do Bangkoku. Jak dobrze! Auta znowu jeżdżą normalnie, czyli po lewej stronie i nie mamy kłopotów na skrzyżowaniach. Potrawy na przydrożnych stoiskach są znane i lubiane. Ludzie w większości komunikują się po angielsku. Wszystko jest znakomicie przemyślane i zorganizowane. Komunikacja publiczna działa bez zarzutu. I wszędzie są wiatraki albo air conditionery. Ceny są zasadniczo uczciwe a jest tak bezpiecznie, że czasem wręcz zapominamy chronić swoje bagaże. A w naszym ukochanym KC guest housie witają nas z uśmiechem i zmrożoną wodą! I mają dla nas pokój. I działa wi-fi! I za rogiem jest seven-eleven. I czegóż chcieć więcej?

poniedziałek, 31 stycznia 2011







26 stycznia, środa – 30 stycznia, niedziela
Przed świtem wysiadamy z autobusu w okolicach Khan San Road, czyli turystycznej ulicy Bangkoku. Początkowo plan był taki, by złożyć wnioski wizowe do Birmy i wyjechać ze stolicy. Ale wielkie miasto wciąga, więc… spędziliśmy te dni w Bangkoku chłonąc atmosferę miasta. Przepyszne tajskie jedzenie (na długo zapadną mi w pamięci: mleko z zielonym słodkim makaronem, supersodkie kandyzowane banany, ziemniaki i maniok w słonym mleku kokosowym!), świetne wyprzedaże przed Chińskim Nowym Rokiem i rejsy po rzece (szczególnie nocą). No i jeszcze muszę dodać do tej listy seans filmowy „Niebezpieczny Bangkok” w Bangkoku. Na bieżąco komentowaliśmy co już widzieliśmy a co jeszcze nie, co wygląda tak samo w rzeczywistości a co zostało zrobione „pod film”. BDW: film serdecznie polecam!

czwartek, 13 stycznia 2011




27 grudnia, poniedziałek
Wczoraj uwierzyłam, że rzeczywiście trafiliśmy na jakis wyjatkowy dzień i korzystamy z promocji. Łukasz był sceptykiem, ale odwiedziliśmy tylko jeden sklep, kierowca tuktuka był cudowny i z wielką wdzięcznością przyjął napiwek. Upierałam się, że to co nam mówią może być prawdą. Ale gdy dziś znowu spotkaliśmy się z podobnymi tekstami, nabrałam podejrzeń. Przypomniałam sobie jak ochoczo wszyscy spotykani Tajowie opowiadają o sklepach i warsztatach szyjących garnitury i sukienki na zamówienie. Dziś znowu, gdy pytaliśmy o autobus, znalazł soie uczynny pan, który poinformowal, że pałac Królewski w związku z uroczystościami jest czynny od 14tej, więc lepiej, żebyśmy wzięli tuktuka za 2 zl i zwiedzali zgodnie z jego propozycją. Zaznaczył nam trzy miejsca, zlapal tuktuka i dogadał się z kierowcą. Na mapie zapisal tez do którego sklepu warto pojechać. Ale gdy w pierwszej świątyni spotkaliśmy pana, który na widok naszej mapy wykrzyknął „Ale macie szczęście, to najlepszy sklep w calej Tajlandii” zorientowałam się, że to po prostu znakomicie przeprowadzony szwindel. Nas to kosztuje jednak tylko 10 minut w sklepie sponsora a wszyscy są tak uprzejmi, prowadzą, pokazują, tłumaczą… nie mam nic przeciwko temu. Nie są nachalni jak w Indiach, nie naciągają na dodatkowa kasę a my zwiedzamy tak jak planowaliśmy. Więc wszyscy są zadowoleni.
Dziś zwiedzanie zaczynamy od Wat Benchamabophit (na zdjęciu stoję przed wejściem). Uroczo, spokojnie, piękne ogrody wokół.
To wyjątkowa świątynia położona przy Thanon Si Ayutthaya, w pobliżu Pałacu Chitralada, wzniesiona z białego marmuru i mogąca poszczycić się wspaniałą kolekcją posągów Buddy. Jest to jedna z najpiękniejszych świątyń Bangkoku, znajdujących się poza Miastem Królewskim (Rattanakosin).
Wat Benchamabophit znajduje się w malowniczej, pełnej zieleni dzielnicy Dusit (mniej więcej na północny-wschód od Rattanakosin), tuż za zespołem pałacowym Chitralada, w którym mieszkają król i królowa Tajlandii.
Ta wyjątkowa świątynia znana jest pod trzema różnymi nazwami:
Wat Benchamabophit Dusitvanaram (wersja oficjalna)
„Marmurowa Świątynia” (odnosząca się do materiału, z którego wzniesiono budowlę)
„Świątynia Piątego Króla” (związana z fundatorem budowli – Ramą V)
Budowę świątyni rozpoczęto na rozkaz króla Chulalongkorna (Ramy V) w 1899 roku, a zaprojektował ją przyrodni brat króla – książę Naris. W świątyni znajduje się posąg Buddy (Phra Buddhajinaraja), pod którym pochowano prochy założyciela świątyni.
Całość budowli wykonana jest z białego włoskiego marmuru Carrara.
Zwiedzając świątynię zaobserwować można wyjątkową grę elementów stylistyki europejskiej z orientalną. Liczne szczegóły zdobnicze, jak chociażby jak witraże czy przyozdobione złotem krużganki, do złudzenia przypominają te znane z europejskich kościołów. Witraże przedstawiają jednak sceny z azjatyckiej mitologii, krużganki zaś mieszczą wykonane z brązu posągi Buddy.
Główny bot jest doskonałym przykładem nowoczesnej tajskiej architektury. Na dziedzińcu za kaplicą znajdują się 53 posągi Buddy (33 oryginały i 20 kopii), reprezentujące słynne wizerunki i style z całej Tajlandii, jak i z innych buddyjskich krajów.
Przy wyjściu na dziedziniec świątynny rośnie drzewo. To legendarne, liczące niemal sto lat, bodhi – gatunek drzewa pod którym Budda dostąpił oświecenia.
Wat Benchamabophit jest interesujący także pod tym względem, iż uważa się go za ostatnią monumentalną świątynię wzniesioną w Bangkoku. Warto więc połączyć jej zwiedzanie z wcześniejszymi odwiedzinami w Wat Pho – najstarszej świątyni miasta, aby móc zaobserwować zmiany w architekturze świątynnej wyznawców buddyzmu, nastałe na przestrzeni stuleci.
Potem kierowca wiezie nas do nastepnej świątyni. Ale po drodze odwiedzamy sklep – ten sam! Nie dziwi się zupełnie, zachowuje spokój i wiezie nas z uśmiechem na ustach do nastepnego. Krótka wizyta, dziękujemy i po sprawie.
Mijamy wielka huśtawkę. Wielka Huśtawka to obiekt religijny używany niegdyś w ceremoniach Bramińskich, a dzisiaj jedna z atrakcji turystycznych Bangkoku. Znajduje się przed wejściem do świątyni Wat Sutat. Wybudowano ją w roku 1784 na rozkaz króla Ramy I. Używano ją do jednej z dwunastu najważniejszych ceremonii religijnych odbywających się co roku. Mnisi huśtali się na niej jako część ceremonii przypominającej hinduską wersję stworzenia świata. Czytałam, że czterech mężczyzn stojąc lub siedząc probowało złapać ustami wiszace jabłko, ale często spadali. Wypadkow było tak wiele, że ze względów bezpieczeństwa zaprzestano tej praktyki w roku 1935.
Wysiadamy z tuktuka i umawiamy się gdzi ebedzie na nas czekal. Idziemy do Wat Suthat. Wat Suthat Thepphawararam ( tajski : วัด สุ ทัศน เทพ ว รา ราม, tajski wymowy: [su.t wat ʰ na t ʰ ê ː p.p ʰ a.wáʔra ː ra m ː] ) to królewska świątynia pierwszej klasie, jednym z sześciu świątyń w Tajlandii. Budowa została zapoczątkowana przez Jego Królewską Wysokość Rama I w 1807 roku (BE 2350). Dalsza budowa i dekoracje zostały przeprowadzone przez króla Rama II , którzy przyczynili rzeźbić drewniane drzwi, ale w świątyni nie została ukończona aż do panowania królaRama III w roku 1847 (BE2390). Świątynia ta zawiera Buddy obraz Phra Sri Siakjamuni lub "Sisakayamunee", który przeniósł się z prowincji Sukhothai . Na dolnym tarasie podstawy, znajduje się 28 chińskich pagód co oznacza 28 Buddów urodzony na tej ziemi. Wat Phra Suthat zawiera także Buddy Trilokachet w Ubosot (Zwykła Hall) i Phra Buddha Setthamuni w Sali Kan Parien (sala konferencyjna)
W 2005 r. świątynię przekazano UNESCO z uwagi na wartość dla światowego dziedzictwa UNESCO .
O dziwo po wyjsciu ze świątyni nie znajdujemy naszego tuktuka. Nie zapłaciliśmy mu, wiec ile on musi zarabiać na dowożeniu turystów do sklepów?! Idziemy na obiad a potem spacerujemy do Pałacu Królewskiego, który (ojej! Cóż za niespodzianka! ;/) własnie zamykają, bo czynny jest jednak normalnie do 15tej. Idziemy zatem na nogach do słynnego Wat Po. Wat Po (Świątynia Leżącego Buddy) znajduje się niedaleko kompleksu Wielkiego Pałacu oraz Świątynia Szmaragdowego Buddy. Jest to największa świątynia Bangkoku i jest słynna z 46-metrowego posągu leżącego Buddy, który znajduje się wewnątrz. Stopy posągu mają po 3 metry wysokości i są pięknie udekorowane masą perłową.
Oprócz tego, w Wat Po znajduje się najbardziej poważana w Tajlandii szkoła Tajskiego Masażu.
Ja jednak najbardziej zapamiętam, że to plątanina maleńkich światyń, których nie mam siły zwiedzać. Bardzo źle się poczułam. Na kompleks pałacowy nie miałabym sił.
Wracamy do hotelu po plecaki i jedziemy na dworzec autobusowy. Masakrycznie się wleczemy, bo Bangkok jest dziś wyjątkowo zakorkowany.

piątek, 7 stycznia 2011




26 grudnia, Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia, niedziela
Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia to tradycyjnie czas odwiedzania rodziny. My postanowiliśmy tego dnia zwiedzać świątynie. Buddyjskie, ale zawsze to świątynie, a szczegółów się w tym roku nie czepiamy.
Część dnia spędzamyv na Kao San. Ulica Kao San to kawałek Bangkoku, w którym Tajowie czują się jak turyści. Wiele lat temu, kiedy Tajlandia i Azja Południowo-Wschodnia nie były miejscami odwiedzanymi przez rzesze turystów z całego świata, to właśnie tutaj otwarto pierwsze hoteliki (pensjonaty lub guesthouse) dla odważnych młodych ludzi, którzy zapragnęli na własną rękę zobaczyć ten kawałek świata i przeżyć przygodę swojego życia. Wiele się od tego czasu zmieniło, ale Kao San nadal jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Bangkoku. Obecnie nie jest to już nawet tylko jedna ulica, ale wręcz mini-dzielnica wypełniona tanimi guesthousami, restauracjami z zachodnim jedzeniem i straganami, na których można kupić wszystko czego może zapragnąć podróżujący niezależnie młody człowiek. Jest tu też wiele barów, kilka dyskotek, a także setki miniaturowych agencji podróży, gdzie można kupić tanie bilety do najpopularniejszych miejsc Tajlandii: Cziang Maj, Ko Pangan, Puket... Wyruszają też stąd autobusy do innych krajów regionu, takich jak Kambodża czy Laos. Kao San to fascynująca symbioza między młodymi ludźmi wszystkich chyba narodowości na świecie i Tajów, którzy robią co mogą, żeby skorzystać z okazji i zarobić. Obnosni sprzedawcy pamiątek, drobni rzemieślnicy, sklepikarze i kramikarze, naganiacze – dziś przeszli samych siebie. Dziewczęta skapo odziane w stroje będące namiastką mikołajowych, migoczące czapeczki i inne gadżety pod tytułem Merry Christmas… istne szaleństwo!
Gdy wreszcie wyrwaliśmy się do najbliższej świątyni, okazało się, że natknęliśmy się na ekipę telewizyjną. Zrezygnowani wyszliśmy na zewnątrz i wówczas spotkaliśmy przesympatycznego człowieka, podającego się za pracownika policji turystycznej, który opowiedział nam, iż właśnie wczoraj tę światynię odwiedził król (zrozumieliśmy nareszcie skąd w okolicy tyle ołtarzy królewskich w ostatnich dniach) w związku z czym dziś są darmowe wejścia do kilku światyń a tuktuki z flagą Tajlandii i buddyjską (powiedział, że królewską) wożą turystów za 2 zl. Naszkicował nam swoją propozycję trasy zwiedzania, zapewnił kilka razy, że jesteśmy szczęściarzami, bo to tylko dzisiaj i oczywiście natychmiast znalazł się taki tuktuk - zaczęliśmy naszą wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do świątyni, w której znajdował się Czarny Budda. Tam kolejny przesympatyczny pan opowiedział nam dlaczego Budda jest czarny (taki jest oryginalnie, a ludzie jako wota składają „blaszki” złota, którymi stopniowo jest oklejany), jak składać pokłony i dlaczego. Pogawędził z nami, zapytał skadjesteśmy, dokąd pojedziemy i podejrzanie długo opowiadał o rządowym sklepie szyjącym garnitury, który powinien (zreszta to tez mieliśmy już zapisane na mapie) koniecznie znaleźć się na naszej trasie. Sklep potraktowaliśmy z przymrużeniem oka (po Indiach wizyty w sklepach sponsorów nie robią na nas zupełnie żadnego wrażenia), zajechaliśmy do informacji turystycznej (nareszcie miła i kompetentna obsługa, kilka naprawde przydatnych informacji a nie tylko próba sprzedaży biletów) i pojechaliśmy do Złotego Buddy. Olbrzymia postać ze złota wielkości świątyni oraz spokój panujący dookoła zrobiły na nas wielkie wrażenie. Slońce chyliło się już ku zachodowi, więc pognaliśmy do
Wat Saket. Wat Saket Ratcha Wora Maha Wihan ( tajski : วัด สระ เกศ ราชวรมหาวิหาร, zwykle krótko Wat Saket) jest buddyjską świątynią ( Wat ) w Pom Sattru Prap Phai dzielnicy Bangkoku.
Świątynia pochodzi z epoki Ayutthaya, kiedy to został powołany Wat Sakae. Król Rama I odnowił świątynię i zmienił jej nazwę na Wat Saket.
Phu Khao Thong (Zlota Góra, ภูเขาทอง) jest na stromym wzgórzu wewnątrz związku Saket Wat. Jest to najwyższy punkt Bangkoku, sztuczne wzgórze budowane przez trzch królów.
W okresie panowania króla Ramy III (1787 - 1851), wydano na budowę Chedi ogromne pieniądze. Jednak duże Chedi upadł podczas procesu budowlanego, ponieważ miękka gleba się osunęla. Powstały wzgórek błota i cegły został na około pół wieku i zarastał. Od tej pory wyglądało to jak naturaln mała góra, wiec otrzymał nazwę "Phu Khao" (ภูเขา).
Wreszcie za panowania króla Ramy IV , na wzgórzu został zbudowany mały Chedi. Ten mniejszy został ukończony za panowania króla Ramy V (1853 - 1910), kiedy to relikwie Buddy z Indii umieszczono w Chedi. W 1940 zostały zbudowane otaczające betonowe ściany, aby zapobiec osuwaniu się wzgórza na skutek erozji.
Każdego roku w listopadzie w Wat Saket odbywa się festiwal, z piękną procesją przy świecach.
Phu Khao Thong stała się popularną atrakcją turystyczną w Bangkoku, ale reszta obszaru Wat Saket jest znacznie mniej odwiedzana. Bardzo chciałam zobaczyć zachód słońca właśnie z tego miejsca i chociaz tabliczka informowała, że już nieczynne – weszliśmy do środka. Było warto. Z góry roztacza się piekny widok na Bangkok. Nowoczesne biurowce oplatają stare zabytkowe budynki tonace w zieleni. Po prostu pieknie.

środa, 29 grudnia 2010



21 grudnia, wtorek
Wstaliśmy przed 12.00 (w Polsce 7.00), bo musieliśmy odespać wcześniejsze noce. W dzień Bangkok wydaje się hałaśliwym, zatłoczonym, ale jak dla mnie bardzo przyjemnym miastem.
Świętowanie, jeszcze w Kalkucie, naszych dobrych wyników testów na pasożyty – przy lodach okazało się nienajlepszym rozwiązaniem. Nie odchodzimy więc zbyt daleko od hotelu i naszej wypasionej łazienki. Niesamowite jakie tu wszystko czyściutkie, jakie dopieszczone. Hotelik (pokój za 50 zł na dwoje) jest tak urokliwy, że choć leży 50 metrów od głównej ulicy bardziej przypomina chatki na Bahama niż gest house. Są urocze pokoiki z balkonami i łazienkami - tak czyste, że można jeść z podłogi. Jest wi-fi non stop, tarasiki i dachy zaaranżowane na przesympatyczne miejsca ze stolikami i mnóstwem zieleni, stawik ze złotymi rybkami i jeszcze wiele elementów, wprowadzających niepowtarzalny nastrój. Jedyny minus to mnóstwo komarów, ale to nie strefa malaryczna, więc da się wytrzymać.
Dzień spędzamy na niespiesznych spacerach, poznawaniu okolicy i miejscowych potraw. Nie sposób się im oprzeć. Mam ochotę kupić coś do jedzenia na każdym mijanym stoisku.
Przy okazji cieszy mnie, że wzorem widywanych dziewcząt, mogę założyć krótka sukienkę. Jednak spacerując miedzy chińskimi sklepikami dostrzegam dziwne spojrzenia mężczyzn. Pytam Łukasza co jest nie tak i nie uzyskuje odpowiedzi. W pewnym momencie starsza chińska pani na mój widok wydaje okrzyk, który w zapisie fonetycznym wygląda mniej więcej tak: „UUUUAAAAAOOOOUUUU!” co zupełnie nie oddaje napięcia emocjonalnego, które okrzyk wyraził. Chyba jednak ta dzielnica nie jest gotowa na moją piękną, nową, pierwszy raz założoną sukienkę. Prędko wracam do hotelu się przebrać.

poniedziałek, 27 grudnia 2010


20 grudnia, poniedziałek.
O ósmej rano bierzemy hotelową taksę i jedziemy na lotnisko. Hotelowa jest najtańsza. Zaskakujące odkrycie.
Lotnisko międzynarodowe w Kalkucie wygląda jak dworzec kolejowy, a właściwie to nawet bardziej przypomina jakiś kurnik. Wiele złego o nim słyszałam. Ale opieszałość pracowników, brud, hordy komarów, powszechna dezinformacja i opóźnienia przebijają wszystko, co do tej pory widziałam.
Na lotnisku poznajemy chłopaków Niemiec. Jeden z nich mówi po polsku. Bardziej po śląsku niż po polsku, ze śmiesznym akcentem, ale się dogadujemy i to sprawnie. Przedstawia nam ich plan podróży dookoła świata. Wszystko fajnie, tylko nie w tak szalonym tempie! To nie dla mnie…

c.d.
Lądujemy w Tajlandii. Żałuję, że zaspałam i nie wyciągnęłam aparatu fotograficznego. Ale na pewno nadrobię to przy następnej wizycie. Lotnisko w Bangkoku robi na mnie niesamowite wrażenie. Tak nowoczesnej i przestronnej konstrukcji ze szkła, aluminium i zieleni jeszcze nigdzie nie widziałam. Słyszałam, że to tygrys Azji, że goni Singapur, ale nie miałam pojęcia, że tak to wygląda. Zachwycałam się lotniskiem! Zachwycałam się halami odpraw, organizacją, pięknymi dziewczynami z obsługi naziemnej (których zrozumieć początkowo nie mogłam, chociaż wydawało mi się, iż możliwe jest, że mówią po angielsku albo czymś do tego języka zbliżonym - z czasem tajski akcent okaże się nie lada wyzwaniem, ale możliwym do pojęcia, bo gdy masz orientację w temacie, wyłapujesz poszczególne słowa i domyślasz się reszty).
Na lotnisku próbowaliśmy rozwiązać sprawę naszych wiz, ale okazało się, że każdy ma inną wersję. Ostatecznie wjechaliśmy na naszych pojedynczych wizach 60 dniowych. Odebraliśmy bagaże i tak nam się spodobało, że gotowi byliśmy zostać na lotnisku na noc – właśnie się ściemniło. Zdobyłam mapki lotniska, miasta i informacje jak dotrzeć do centrum. Zawsze jest kilka możliwości, choć zdarza się, że wmawiają ci iż tylko taksówka można dojechać (polecam stronę WWW I hale taxi). Wybraliśmy wybudowany zaledwie kilka lat temu skytrain. Ponoć początkowi mieszkańcy podchodzili do niego z rezerwą, ale ostatecznie przekonali się do tej luksusowej formy podróżowania po mieście i pomogło to rozładować korki w straszliwie zatłoczonym Bangkoku. Sterylnie czysty pociąg typu metro, z peronami o zabudowanych torowiskach i drzwiach otwierających się automatycznie do poszczególnych wagonów, z uprzejmą anglojęzyczną obsługą i pięknymi eleganckimi pasażerami to coś, czego się tutaj nie spodziewałam. Z zachwytem przyglądałam się światu za oknem – jak z gier komputerowych albo filmów typu „Pięty element”. Brakuje tylko ruchu na kilku poziomach. Ale są drapacze chmur i szerokie ulice, wszystko fantastycznie podświetlone. My mkniemy sobie z zawrotna prędkością a uprzejmy kobiecy głos informuje gdzie jesteśmy. Nie słychać żadnego hałasu.
Jedziemy sobie do chińskiej dzielnicy, by na razie uniknąć tłumu turystów. Znajdujemy hotelik (z trudem dogadujemy się z chińskimi Tajami!). Przed wejściem do hotelu leży kilkanaście par sandałów/klapek/butów, które muszą zdejmować goście. Później okazuje się, że buty ściąga się także przed wszystkimi świątyniami oraz większością sklepów. Wyjątkiem są restauracje oraz duża sieć mini-marketów 7-eleven (w rodzaju Żabki). Tych marketów jest tyle (na niemal każdym rogu ulicy), że służą za punkty orientacyjne przy wskazywaniu drogi.