skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Himalaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nepal. Himalaje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 grudnia 2010


24 listopada, środa
Założyliśmy sobie, że dojdziemy tylko do gorących źródeł i tam się zrelaksujemy. Okazuje się jednak, że to nie takie „tylko”. Cóż, dla osób nie przywykłych do chodzenia po górach, do długodystansowego wysiłku bez możliwości regeneracji i uzupełnienia wszystkich składników, których ubywa z organizmu z każdą minutą wysiłku, nawet z dobrą kondycją i właściwą motywacją – Himalaje mogą stanowić problem. Niech nie zwiedzie was to, że spotkacie na szlaku emerytów i małe dzieci. Na Himalaje trzeba się przygotować.
Z tego dnia zapamiętam wiele pięknych miejsc, np. dżunglę z zajebiaszczo wielką paprocią rozmiarów sporego drzewa, las rododendronowy, widok na masyw Annapurny. I szlak zniszczony przez oberwanie skały – przeprawa nad przepaścią z wykorzystaniem dostępnych korzeni drzew, przejście przez nadgniły, nieużywany już mostek (szybko!) i niekończącą się wspinaczkę po kamiennych schodach. W sumie ciekawy dzień. Ale po przeanalizowaniu sytuacji stwierdziłam, że nie ma sensu iść dalej. Dla mojego towarzysza to żadna przyjemność – to męczarnia i walka o każdy krok.

23 listopada, wtorek
Budzi nas odgłos deszczu. Jaka porażka! Smutne oczy, nosy na kwintę. Tyle czekania i co? Łukasz kupił sobie cały ekwipunek na ten trekking w Katmandu. Ja po Manaslu mam może mniejsze ciśnienie, ale być w górach („już był w ogródku, już witał się z kózką…”) i nic nie zobaczyć?!
Przeczekujemy jednak ulewę i ruszamy. Po deszczu pojawia się słoneczko i jakoś odzyskujemy wiarę. Maszerujemy sobie, z początku dziarsko, potem coraz wolniej. No chyba jednak za wcześnie ruszyliśmy w góry. Osłabienie chorobą daje o sobie znać bardzo szybko. Do zmroku udaje nam się przejść 4-godzinną trasę.
Spotkani na trasie Polacy polecili nam kilka ciekawych miejsc, więc schodzimy z głównego szlaku unikając tłumów i wędrujemy sobie boczną ścieżką do Bee Hives. Po drodze typowe himalajskie krajobrazy dolinne.
16 listopada, wtorek
Łukasz jest chory. Leki nie pomagają, więc wieczorem idziemy znowu do lekarza. Pobiera krew do testów – wyniki rano. Podejrzewa tyfus. Przy okazji: nasze szczepionki psu na budę! Cholerstwo kurewsko drogie, a nikt nie zająknął się na temat pięciu odmian duru brzusznego w samej Azji.
15 listopada, poniedziałek
Dosyć tego! Tu potrzeba lekarza. Menager hotelu zawozi nas swoim autem do prywatnej kliniki, gdzie przemiły doktor (nawet Łukasz przyznaje, że gość zna się na rzeczy) po długim badaniu pociesza go, że to niegroźna infekcja, wymagająca jednak antybiotyków i diety. Opieka medyczna kosztuje 100 dolarów amerykańskich, ale w cenie jest tyle wizyt ile będzie trzeba, leki i wizyty domowe, jeśli zajdzie taka konieczność. Doktor podkreśla, że wyleczenie Łukasza to sprawa honoru i prosi o kontakt, jeśli jego stan się nie poprawi.
No to próbujemy biletami. Poniedziałkowy poranek w Europie. Zazwyczaj w pracy. I tam właśnie zastaje moja Sister. W ciągu pół godziny Irinka (pozdrawiamy Mołdawię serdecznie, ze szczególnym uszanowaniem dla miasta stołecznego Kiszyniowa i jego instytucji, które pozwalają pracownikom wyższego pionu na surfowanie po necie w godzinach pracy!) kupuje nam bilety i przesyła meilem wersję w PDF-ie. Szczególny respekt za wypełnienie kilku stron formularzy w ciągu wymaganych 9 minut. Przy okazji na skype mamy okazje posłuchać jak Irinka mnie dopytuje o różne dane po polsku, czyta ankietę po angielsku, swoim podwładnym odpowiada po rumuńsku a na jakiś służbowy telefon po rosyjsku. Dopiero po sfinalizowaniu transakcji przyznaje, że jest spóźniona na jakieś bardzo ważne spotkanie, gdzie wszyscy już na nią czekają. KOCHAM CIĘ SISTER!
Z ważnych, aczkolwiek mało fabularnych, wydarzeń tego dnia to w pokoju hotelowym organizujemy mały szpitalik a ja uczę się roli pielęgniarki. Ciekawe, rozwijające doświadczenie – to dobra wersja i jej się będziemy trzymać :D
A, jeszcze przechodzę krotki kurs gotowania w knajpie koreańskiej (ale innej). Mięsko do samodzielnego smażenia, cały stół przystawek, zupki, herbatka – jakieś 30 zeta.
14 listopada, niedziela
Rano wcale nie chce być lepiej. Trzeba zaczekać jeszcze trochę i zobaczyć co z tego będzie. Trawimy dzień na bezowocnych poszukiwaniach osoby, która pomoże nam kupić bilety, na obserwowaniu dolegliwości Łukasza i walce z nimi.
13 listopada, sobota
No więc postanawiamy ruszyć się w końcu z Pokhary. To ma być lekki trekking, w typie „tee house”, czyli właściwie bez sprzętu. Łukasz nawet kupił nowy plecak, żeby zapakować się do małego. Ja siepoddaję.Za bardzo lubię mieć wszystko przy sobie, żeby zrezygnować z mojego 75-litrowego (plus 10 w kominie) Tytana. Będę spotykać ludzi z maleńkimi plecaczkami (nawet 20-litrowymi) i nie mogę pojąc z czego oni zrezygnowali. Ja odpowiadam, że mój jest taki duży, bo wzięłam za dużo kosmetyków.
Po drodze jeszcze jakieś drobne zakupy, obiadek i kafejka internetowa, bo chcemy kupić bilety na samolot. Po godzinnej walce Łukasz stwierdza, że z jakiegoś powodu nie może tego zrobić. Domyślam się, że - podobnie jak na Sri Lance z India Express - w Nepalu zablokowano płatności kartami kredytowymi. Ale żeby wiadomość o tym umieścić na witrynie internetowej – gdzie tam! Odwiedzamy zatem agencje turystyczne. Proponują nam bilety na te samą trasę w cenie co najmniej dwa razy wyższej. Gdy pytamy o Air Azję następuje konsternacja, telefon do Katmandu i odpowiedź, że tej linii w Nepalu nikt nie obsługuje. A więc tutaj nie da się ich kupić. A więc szukamy kogoś, komu można zaufać i poprosić o pomoc, kogoś kto zna perfekcyjnie angielski i ma kartę kredytową oraz mieszka w kraju z którego można zapłacić za te bilety. Jak łatwo się domyślić, lista takich osób nie jest długa, zaś dostępność tych osób on – line redukuje ją do jednej pozycji. Ale to już jutro. Trzeba zaczekać w Pokarze do następnego dnia, bo po powrocie z gór może być już za późno na kupno ticketów w dobrej cenie (ok. 90 dolców z Kalkuty do Bangkoku). Znajdujemy blisko czysty gest house i negocjujemy ostro cenę. Chcemy zostać tu do świtu i wcześnie rano, po załatwieniu sprawy z biletami, ruszyć w góry. Jednak w nocy Łukasz gorączkuje i w ogóle źle się czuje. Chciałby, żeby to była malaria albo jakaś inna choroba tropikalna (bo jak twierdzi, będzie to dobrze wyglądało na blogu), ja zaś przekonuję go, że mężczyźni czasem (rzadko ale jednak) zapadają na choroby typu grypa czy przeziębienie. O tym Łukasz nie chce jednak nawet słyszeć.

niedziela, 28 listopada 2010




7 listopada, niedziela
Ostatni dzień schodzenia. Żal, że to już koniec. Wściekłość, że nadal nie ma zasięgu GSM (a miał być dwa dni temu). Poszukiwanie samotności, bo wokół za dużo ludzi. Spotkanie naszej nepalskiej znajomej sprzed przełęczy. Wieczorem zakupy warzyw i pożywny posiłek, którym wzbudzamy zazdrość sąsiadów.

sobota, 27 listopada 2010




6 listopada, sobota
Kontynuujemy schodzenie. Plecak już lekki. W pierwszej wiosce napotykamy wiele ciekawych scenek, więc pstrykam fotki bez opamiętania. Są umorusane brzdące mozolnie rozbijające orzechy kamieniami, są pijani od rana panowie, grający w para (rodzaj gry hazardowej), którym kobiety donoszą ara (rodzaj lokalnego alkoholu domowego wyrobu), są wreszcie kobiety przesiewające zboże na dachu (najlepsze miejsce do suszenia). No i jest mała świątynia, z młynkami modlitewnymi i tajemniczym mrokiem wewnątrz. Niestety pojawiają się tez symptomy cywilizacji. Przeraża mnie widok małych dzieci, mierzących do siebie z plastikowych karabinków. Rozumiem, że turyści rozdają baloniki czy długopisy, nawet że ciasteczka i czekoladki, ale to już przesada. Spotkam jeszcze kilka takich miejsc i zawsze widok berbeci bawiących się bronią wywoła we mnie ciarki.
Idziemy wyrwa skalną. Szykują tu miejsce na drogę dla jeepów. Karkołomne zadanie. W kraju, gdzie brak dobrej drogi dojazdowej do stolicy, postanowiono wybudować drogę w góry! Żeby dowozić turystów jak najdalej. W południe, w Jagat, docieramy do głównego szlaku trekkingowego w Dolinie Marsjandi, wiodącego wokół Annapurny. Natychmiast pojawiają się tłumy turystów, a wraz z nimi coca- cola, wypasione restauracje i wyśrubowane ceny. Obowiązują wspólne cenniki dla całego regionu, wiec niezależnie czy ekskluzywna restauracja, czy waląca się chatynka z przysypiającą gospodynią – ceny daleko poza moim budżetem. Przysłowiowe staja się gotowane jajka, za które facet krzyknął 200 rupii nepalskich (9 zł) od sztuki. Coraz rzadziej można spotkać kobiety mielące ziarno w tradycyjny sposób czy dziewczęta w tradycyjnych strojach. Ich miejsce zajmują dżinsy, butelki sprite’a i morze anten satelitarnych. Tylko ściemniacze tacy jak nasza Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple („sławny poznański podróżnik” – Krzysztof Kryza) potrafi opowiedzieć o tym przed kamerą jako o miejscu dzikim i niedostępnym. Przerażające, że tacy ludzie wracają i opowiadają swoje bzdury na spotkaniach, budując w odbiorcach przekonanie, że miejsca te są egzotyczne, zakazane i… im niedostępne. Zamiast zachęcać do podróży, do otwarcia się na inne kultury – zniechęcają. Nie uważam, by przerost ambicji własnych czy potrzeba zbudowania własnej legendy, były tu jakimkolwiek wytłumaczeniem. „Podróżników” tego pokroju uważam po prostu za groźnych, ale tez godnych jedynie pogardy. Gdy w mijanej wiosce napotykamy festiwal z autentycznie bawiącymi się ludźmi, Krzychu mija ich bez zatrzymywania. Ja zostaje godzinę, by nacieszyć się rozmowami ze świętującymi ludźmi, posłuchać o ich problemach i cieszyć się ich radościami.

Nocujemy w Tal, gdzie mamy okazje nie tylko przyjrzeć się młodzieży w trzecim, najważniejszym dniu festiwalu, ale bawi cię razem z nimi. Nagonienie, jakiego używają czy muzyka, którą grają u nas nie znalazła by zrozumienia, ale tutaj są lokalnymi gwiazdami. Tłumy (kilkunastu nastolatków) szaleją. Odrobina alkoholu wystarcza, by przenieść imprezę na wyższy poziom :D Co chwila rozstawiają się przed następnym domostwem oświetlonym świecami i grają znowu te same utwory, A wszyscy bawią się znakomicie.


5 listopada, piątek
Dziś Jerzy zarządził późna godzinę wyjścia, więc czekamy do 10tej szukając sobie zajęć – ja piorę, Michały wspinają się na morenę boczną lodowca i focą, Gdy w końcu ruszamy stwierdzam, że mi smutno. Bo przygoda z Manaslu ma się ku końcowi. Teraz już tylko w dół. Jak mówi Andrzej „to najbardziej pod górę zejście, jakim schodziłem”. Ale widoki przez cały dzień przepiękne. Przez pół dnia wędrujemy przez morenę przednią lodowca. Jakie to olbrzymie! Człowiek jawi się taki maleńki w zestawieniu z dziełami przyrody.
Po południu orientujemy się, że trasa, którą Jerzy wyznaczył na dziś, jest jednak zbyt długa. Rano zrobiłam mu awanturę, po której skrócił trasę. Zresztą mieliśmy odpocząć. Jednak kolejny dzień wędrujemy do zmroku. Wszystkie grupy, które startowały tam gdzie my, zostały już dawno po drodze. Na szczęście docieramy do sympatycznego hoteliku, gdzie jesteśmy jedynymi gośćmi. Wieczór upływa nam przy gorącym piecu, lokalnym trunku i radosnych rozmowach.

sobota, 20 listopada 2010






3 listopada, środa, urodziny Marysi
Gdy ktoś w twoim otoczeniu świętuje urodziny, to ten dzień także dla ciebie staje się świętem. A gdy urodziny obchodzi ktoś tak wyjątkowy jak Marysia, to po prostu oczywiste, że i ten dzień będzie wyjątkowy, piękny i dostarczy wielu wzruszeń.
Środa miała być ostatecznym sprawdzianem przed przełęczą, której większość z nas jednak trochę się obawiała. Gum, nasz przewodnik, powiedział, ze kto dojdzie do Darmashala 4 470 mnpm (inaczej Larke Phedi), przejdzie tez przez przełęcz. Trasa była krótka, tyle że różnica wysokości znaczna. Słońce cudnie przygrzewało, upiększając swoim blaskiem niesamowite widoki na lodowce, na ośmiotysięczniki, na odległe przełęcze… Idealny dzień, by delektować się górską wędrówką. Gór co stoją nigdy nie dogonię… gór mi mało i trzeba mi więcej, żeby przetrwać od zimy do zimy; ktoś mnie skazał na wieczna wędrówkę po śladach, które sam zostawiłem; góry góry i ciągle mi nie dość, skazanemu na gór dożywocie… szczyty wolnym mijają mnie krokiem. To taki dzień, tuż przez dniem próby, gdy cieszysz się narastającym podnieceniem, ekscytujesz każda drobnostką, gdy budzi się w tobie filozof. W napięciu obserwujesz swój organizm i sprawdzasz czy jesteś gotowy, ale już wiesz – że jesteś. I ta pewność buzuje w twoich żyłach, wywołuje najprawdziwszy śmiech i uwrażliwia. Rozglądasz się wokół, by dzielić się tą radością. Kładziesz się na trawie i kontemplujesz góry. Po prostu kontemplujesz, Już nie sprawdzasz na mapie, bo przecież mapę znasz już na pamięć. Już nie pytasz o wysokości i odległości. To niema teraz znaczenia. Jest Piękno w najprawdziwszej postaci. Sycisz się jego widokiem, napawasz tym Pięknem i wypełniasz nim swe myśli, uczucia. Chłoniesz. Mówią na to „ładowanie akumulatorów”. Ja sparafrazowałabym raczej Kasię Nosowską, bo to chwila, gdy czujesz że na obraz Boga stworzono Cię, a wszystko co widzisz obietnicą cudu jest. Dobrze jest pobyć w takiej czasoprzestrzeni w milczącej obecności osób, które czuja jak ty i rozumieją te chwile obcowania z sacrum. Gdy pada pytanie: dlaczego ludzie chodzą w góry, odpowiadamy z Mirkiem jednocześnie „bo są”. Ot, i cala odpowiedź dla ludzi gór. Wolność, przestrzeń, hart ducha. Musisz polegać na swoich siłach. Musisz ocenić swoje możliwości. Musisz nie tylko na gore wejść, musisz z niej zejść, bo inaczej należysz do góry. Nie ma udawania. Nie ma zgrywania kogoś innego. Góry to nie miejsce dla mięczaków. Tu okazuje się jaki naprawdę jesteś, co możesz i czy potrafisz dać z siebie wszystko. Bo góry są jak kobiety. Piękne, zachwycające o łagodnym wyglądzie. Z daleka. Ale wymagają szacunku, bezwzględnej miłości i oddania. Tylko spróbuj je zlekceważyć. Tylko obraź je ignorancją! Ukarzą cię okrutnie. Pokażą ci, gdzie twoje miejsce. Ujawnia wszystkie twoje słabości, twoją pychę i ignorancję. I jeśli przeżyjesz te konfrontację – jesteś szczęściarzem, bo możesz z tej lekcji wyciągnąć wnioski. Zapewne więcej tego błędu nie popełnisz. A czy będziesz mniam odwagę, by spróbować jeszcze raz? To zależy czy naprawdę kochasz. Czy ta miłość jest głęboka, wierna a oddanie szczere. I od tego co w górach znajdujesz. Na pewno odkryjesz prawdę o sobie, a przecież nie wszystkim się ta prawda podoba. Ale to już inna kwestia… Mirek powiedział tego dnia, że ten kto nie ma Piękna w sobie, ten go tu nie znajdzie.

wtorek, 16 listopada 2010







2 listopada, wtorek
Budzimy się wyspani. Po raz pierwszy od dawna było nam tak ciepło! Nasza gospodyni zadbała o dodatkowe pledy i koce dla nas. Spaliśmy pokotem wokół paleniska, do późna palił się … pod ołtarzykiem. Było na tyle ciasno, że gdy w nocy któryś z chłopaków zaczynał chrapać, po prostu dostawał kuksańca od sąsiada i wszyscy znowu zasypiali w błogiej ciszy. Podobno w nocy biegały szczury, ale jakoś szczury nie robią na mnie wrażenia o ile jest ciepło a ich popiskiwania nie budzą mnie ze snu. A spać potrafię teraz długo. Od zmierzchu do świtu (a właściwie wyjścia słońca, bo wtedy robi się na tyle ciepło, że mamy odwagę wyjść na zewnątrz) jest jakieś dwanaście godzin. Znakomitą część tego czasu po prostu przesypiamy.

Wstajemy zatem o 6:20 wyspani i gotowi do działań. Nasza gospodyni zajmuje się najpierw bydłem, potem małym dzieckiem siostry. W pewnym momencie bezceremonialnie oddaje malucha Michałowi pod opiekę i idzie do obórki. Mały jest sodki, więc każdy chce mieć z nim zdjęcie. Opiekujemy się nim na zmianę, robimy mu grzechotkę kamyków i opakowania po tabletkach musujących. Zaskakuje nas, że maleństwo wcale się nie boi obcych, nie marudzi i nie rzuca zabawką.
Pytamy o drogę na najbliższy pięciotysięcznik. Nasza gospodyni okazała się osoba niezwykle ciekawa świata – była na tej górze. Dlaczego? Bo była ciekawa jak świat wygląda z góry! A zatem tak bardzo się nie różnimy :D Mówi, że jej droga zajęła dwie godziny, więc pójdziemy ze cztery. Z uśmiechem prostujemy, z pewnie z sześć. Pokazuje nam mniej więcej kierunek (Traditional Trade Router to Tibet – przełęcz na granicy z Tybetem 5098 mnpm), ścieżkę i o 9tej ruszamy pod górkę. Umawiamy się, ż każdy wchodzi tyle, na ile ma ochotę, bo to tylko aklimatyzacja. Nieobowiązkowa. Po pierwszym wspólnym postoju rozdzielamy się. Każdy wędruje swoim tempem i swoja ścieżką (jest ich mnóstwo), licząc, że akurat ta wybrana przez niego nie skończy się w kosówce albo piargach (jednego nienawidzę bardziej niż drugiego ;/). Harpagon Michał już po chwili majaczył na horyzoncie.
Wędrówka na szczyt (5177 mnpm) zajęła mi rzeczywiście sześć godzin. Im wyżej, tym trudniej oddychać, częściej trzeba się zatrzymywać i nie można już tak ufać swojemu ciału. Okazało się, że niełatwo znaleźć drogę, ale oczywiście było warto. Wielką frajdę miałam z obserwowania Andrzeja, dla którego było to pierwsze tak wysokie wejście i cieszył się jak dziecko. Aż trzeba było na niego nakrzyczeć, ż e robi się późno i musimy wracać. BDW: dobrze mieć w górach towarzysza, który nie obraża się jak krzyczysz czy rzucisz cierpkie słowo; towarzysza, który bez ściemy powie ci co myśli; a przede wszystkim towarzysza o którym wiesz że ani ty jego, ani on ciebie nie zostawi w trudnej chwili. Dlatego ze sprawdzonym towarzyszem jeździsz na kolejne wyprawy i nie przejmujesz się tym, co sobie myślą ludzie (zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi wyglądamy kontrowersyjnie i ciągle szukają wytłumaczenia co nas łączy – więc powiem: PRZYJAŃ). Wprawdzie czasem przyjaźń ta jest szorstka, jak na przełęczy gdy Andrzej znikając na lodowcu naraził się na wiele cierpkich słów i piąstki, ale to przecież z troski.
Wracamy do Samdo ze śpiewem na ustach. Zejście, gdy już znamy trasę, zajmuje nam niespełna dwie godziny. Schodzimy przed zmrokiem i przed chmurami, ale i tak dostajemy burę, że za późno wracamy. Andrzejowi wystarcza jednak, że nikt poza nami nie wszedł tak wysoko i zadowolony idzie spać.
A wieczornej odprawie ustalamy szczegóły przejścia przez przełęcz. Przewodnik trochę nas straszy, ale ostatecznie twierdzi, że przejdą wszyscy, więc my też zasypiamy w dobrych humorach.




1 listopada, poniedziałek
Dzień Wszystkich Świętych

Obudziliśmy się w Samageonie pokrytym warstwą śniegu. Od świtu biegałam z aparatem próbując uchwycić tę zimowa atmosferę. Po kilku godzinach słońce rozpuściło puchową kołderkę i znowu zrobiło się po himalajsku wczesnojesiennie.
Przed wyruszeniem w trasę przydarzył mi się dziwny wypadek. No właśnie, dlaczego to znowu mnie się przydarzyło?! Drewniana podłoga hostelu załamała się pode mną i zawisłam w dziurze na wysokości pierwszego piętra. Zablokował mnie plecak a przerażeni porterzy pomogli mi się wydostać z pułapki. Wszyscy zgromadzeni byli bardzo zdziwieni, bo jestem dość lekka (nawet z plecakiem, jeśli porównać z kolegami) i trudno to wydarzenie wytłumaczyć. „A może to normalne, że się inaczej marzy i pije się po pół I żeby to zrozumieć to trzeba rzucić się ze schodów, najlepiej głową w dół.” W każdym razie humor miałam kiepski i choć zapuściłam sobie muzę z mp3 i darłam się w niebogłosy, to do końca wyprawy ten nostalgiczmny nastrój nawiedzał mnie już będzie tak często, że właściwie mogę powiedzieć, iż po prostu mnie nie opuszczał.
Tego dnia powędrowaliśmy do Samdo. Mapa podaje wysokość 3 690 mnpm a tabliczka w wiosce 200 metrów wyżej (dokładnie 3850). Miejscowość położona jest przepięknie na płaskowyżu. Jeszcze pół wieku temu był tu tylko las, ale uciekinierzy z Tybetu wycięli drzewa i założyli tu wioskę. Jednak warunki życia były (i nadal są) tu tak ciężkie, że gdy Chińczycy zaproponowali uciekinierom powrót, ci ulegli namowom, gdyż życie w Tybecie było dla nich łatwiejsze. Zostali nieliczni i tylko najbardziej wytrwali.
Gdy z Jerzym i Andrzejem docieramy do wioski otrzymujemy od grupy zestaw informacji na temat możliwości noclegowych. Hotele nie tylko są drogie, ale jeszcze stosują znienawidzoną przez Polaków zasadę, że nie wolno gotować w pokojach i trzeba zamawiać jedzenie w hotelowej restauracji (ceny są oczywiście niebotyczne). Ale Michały znalazły miejscówkę w chacie. Na razie wygrzewamy się na dachu stodółki, który służy nam za taras. Kobieta wyścieliła nam matę i czujemy się jak panowie świata. Spragnieni ciepła i słońca czujemy się jak na plaży. Jemy, żartujemy, obserwujemy otoczenie. Mnóstwo tu różnokolorowych namiotów, świetnie wyposażonych turystów z całego świata. Z naszego tarasu mamy doskonały widok na całą wieś. Jest pięknie. Leżymy sobie na skraju wioski, delektujemy chwila a słodka błogość powoli przeradza się w potrzebę wspięcia się na jakąś górkę. Chyba mało nam dzisiaj. No i proszę, tuż za nasza chatą wiedzie ścieżka na pobliskie szczyty. Gdy cień ogarnia płaskowyż wspinamy się na te górki, by złapać ostatnie chwile słońca. Podziwiamy panoramę okolicy, która jawi się jak sceneria do filmu przyrodniczego. Olbrzymie masywy skalne, lodowce, ośnieżone szczyty, mgły nadciągające z doliny, małe domki i kolorowe namiociki. Świat ludzi jest taki tyci, zabawny i bezbronny.
Schodząc do wioski spotykam tragarzy naszej grupy. Zastanawia mnie dziwna sytuacja, która widzę. Okazuje się, że ich gospodyni (przeraża mnie, że będą spali jak bydełko, pod zadaszeniem, ale w strasznym zimnie) opatruje jednego z chłopaków, przyklejając na poranioną łydkę plastrem z rolki papier toaletowy. Kiedy pytam czy mogę pomóc, ochoczo się zgadzają, więc idziemy do dziewczyn, gdzie robimy im przyzwoite opatrunki z trybiotykiem i wykorzystaniem współczesnych materiałów opatrunkowych. Otarcia, od podwiniętych dżinsów i klapek typu japonki, jakich dorobił się jeden z chłopaków wprawiają mnie w osłupienie. Opatrując ranę widzę najpierw „żywe mięso” a potem przerażenie i zakłopotanie w jego oczach.
Wracamy na kolację. Nasza gospodyni przygotowuje nam chlebki tybetańskie. Odwiedza nas jej siostra, która dobrze mówi po angielsku, więc konwersację na wieczór też mamy zapewnioną. Okazuje się, że jako jedyna z wioski dziewczyna uczy się w szkole średniej – aż w Pokarze. Do szkoły wędruje trzy dni przez góry (tę trasę my zrobimy w tydzień, ze specjalistycznym sprzętem) a potem jeszcze cały dzień jedzie autobusem. Opowiada nam o tym, że gdy miała 15 lat, pogoda się załamała a koledzy z którymi szła ją zostawili. Prawie tam zginęła. Opowiada, że nie ma właściwie szans na zrealizowanie swoich marzeń – chciałaby zostać pielęgniarką – gdyż jej rodzice są starzy i nie ma nadziei, że znajda pieniądze na jej studia. Jej ojciec ma 72 lata i nie myśli już logicznie, starsze siostry maja swoje rodziny, swoje dzieci. Jesteśmy pod wrażeniem jej determinacji, ambicji i wytrwałości. Postanawiamy zrobić coś, by jej pomóc. Nie jest to jednak łatwe, zważywszy na to, iż dziewczyna pochodzi z innego końca świata a my nie mamy doświadczenia w sponsorowaniu młodych talentów. Ostatecznie w tej zapomnianej przez Boga wiosce nie potrafimy podjąć żadnej decyzji. Umawiam się z nią w Pokarze za kilka dni, wymieniamy się numerami telefonów nepalskich, adresami (adres w Samdo? Coś takiego nie istnieje!). Andrzej zaproponował dziewczynie utrzymanie, jeśli zdecyduje się na przyjazd do Polski. Wszyscy zdajemy sobie jednak sprawę jak trudno taki przyjazd na studia pielęgniarskie zorganizować. W oczach dziewczyny błyszczą łzy…

sobota, 13 listopada 2010

kilka ostatnich dni przechorowałam - dopadły mnie skutki choroby wysokościowej
ruszam na trekking do Południowego Sanktuarium Anapurny
moje numery telefonów - polski i nepalski pozostaja aktualne choc nie zawsze działają
więcej relacji i zdjęć za 10-14 dni







31 października, niedziela
Śpimy w Samagaon dwie noce. Dzisiejszy dzień przeznaczony jest na aklimatyzacyjne wejście na wysokość 4 tysięcy metrów nad poziomem morza. Rano znajdujemy pokoje w hoteliku, do którego się przenosimy. Od jakiejś pani bierzemy mleko i jogurt z jaka (tzn z samicy jaka, ale nikt z nas nie pamięta jak się nazywa „żona jaka”).
Dziś dzień moich urodzin. Spodziewałam się słońca i bezchmurnego nieba. Tymczasem mamy załamanie pogody. To jedyny dzień trekkingu, gdy jest pochmurno. I właśnie dlatego wszyscy ten dzień zapamiętamy.
Po 9tej ruszamy na spacer, który ma być lajtowy, bo to przecież nasz dzień odpoczynku. Przewodnik twierdzi jednak, że wędrówka zajmie nam jakieś 5 godzin. Wędrujemy z różnych powodów – dla aklimatyzacji, z ciekawości, dla toastów za moje zdrowie… na pewno nie dla widoków, bo mleczna mgła wypełnia przestrzeń wokół nas.
Wspinaczka na cztery tysiące powyżej poziomu morza okazuje się bardzo długa i mozolna. Zdjęcia właściwie nie wyszły. Pod gumpę, gdzie polał się urodzinowy alkohol (miejscowy, zakupiony jeszcze w Katmandu i przytargany aż tutaj) nie wszyscy dotarli, ale filmik pokazuje jak się bawiliśmy. Urodziny na wysokim poziomie hihi
Wieczorem w ramach prezentu urodzinowego zafundowałam sobie gorącą kąpiel (w kamiennej komórce, wokół śnieg). Potem były poprawiny urodzin w naszym pokoju – tak małym, że wszyscy goście siedzieli na dwóch łóżkach otuleni kocami i śpiworami. W prezencie otrzymałam śliczną nepalską czapunię – w moich ulubionych kolorach. Większość grupy ma już takie (Marysia, która ma urodziny za kilka dni też taka dostała, więc zaczynamy tworzyć prawdziwy teem).





30 października
Śniły mi się zęby. Przez cały dzień się stresowałam, nie pamiętając co to dokładnie znaczy. Dzień był zresztą śliczny. Chciałam zadzwonić do domu, ale miałam wewnętrzne przekonanie, że dowiem się czegoś bardzo złego, więc znowu zlekceważyłam przeczucia. Po powrocie do Katmandu dowiem się, że był to dzień pogrzebu mojej mamy. Zjechała rodzina z całej Polski, kondolencje wysyłali z całego świata. Tylko ja tkwiłam sobie w moim marzeniu nieświadoma, że mój świat właśnie siemienia już na zawsze. Czy to by cos zmieniło, gdybym wiedziała? Gdybym zadzwoniła z telefonu satelitarnego do domu? Powrót do cywilizacji zająłby mi tydzień. Kilka następnych dni znalezienie biletu na samolot. Więc na pogrzeb bym nie zdążyła. Oj, rację miał Heniu Bober, gdy kilka lat temu tłumaczył mi dlaczego Ne warto używać telefonów na trekkingu – i tak nie zdążysz wrócić. Ale z drugiej strony moja rodzina starała się ze mną skontaktować. I stało się coś bardzo dziwnego. Nie działał żaden z moich numerów telefonów, a w Polsce ludziom pobierano z konta pieniądze za rozmowy do mnie. Żaden z mnóstwa wysłanych do mnie smsów nigdy do mnie nie dotarł. Co więcej, gdy zalogowałam się do sieci 8 listopada nie przyszła do mnie żadna wiadomość. Nawet życzenia urodzinowe, a ponoć wysłano ich wiele. Wśród setek meili, które odebrałam po powrocie znalazłam tylko jeden od bratowej o śmierci mamy. Doprawdy nie wiem jak to wytłumaczyć.
Tak więc nie wiedziałam, że moja rodzina jednoczy się w żalu, że martwi się co się ze mną dzieje. Zamiast wspierać moich najbliższych, jeszcze przysporzyłam im zmartwień. Nie ogarniam tych wszystkich emocji i nic mądrego tu nie napiszę. Zostaję jednak z przekonaniem, że należy ufać swojej intuicji. Żegnając się z mama przed wyjazdem miałam przeczucie, ż juz się nie zobaczymy. Chciałam wracać z Iranu, ale tato mnie powstrzymał. W naszej drodze dokonujemy wyborów a decyzje, jakie poweźmiemy są słuszne lub nie, dobre lub złe – ale są ostateczne. Nie mamy machiny czasu, by wrócić do przeszłości i poprawić nasze postępowanie. Dlatego tak ważne jest, by robić to, co nam serce dyktuje. Czy żałuję, ze byłam w Himalajach, gdy umierała moja mama? Tej wyprawy nie sposób żałować. Na podstawie danych, jakie posiadałam – to była słuszna decyzja. Ale obiektywnie rzecz ujmując: moje postępowanie zapewne wiele osób zraniło. I z tą świadomością muszę żyć. Wiem, że „ludzie i tak będą gadać”, jaka to ze mnie wyrodna córka. Ja wiem, że mama była dumna ze mnie i moich decyzji. Z domu wyniosłam przekonanie, by kierować się własnym sumieniem a nie opinią otoczenia. Jeszcze nie wiem czy wsiądę w samolot by zapalić świeczkę na grobie mamy, ale wiem ze nie będę się kierować ludzkimi językami. Śliwki tkwią na jednym drzewie niezależnie od praw fizyki: czasu i przestrzeni. Mamę mogę opłakać i pożegnać w każdym miejscu, a w górach jest bliżej Boga. Szczególnie w Himalajach.





29 października, piątek
Postanawiamy nie iść zbyt wysoko, by nie nabawić się choroby wysokościowej (już dziś kilka osób czuło się nie najlepiej). Zatem dzisiaj kolejne 500 metrów podejścia (przewodnik nalegał na tysiąc, zapewne licząc, że wcześniej skończymy trekking) i tylko 4 godziny marszu. Mamy czas, więc rano się nie spieszymy. Zgrywam zdjęcia i filmy z andrzejowej komórki, uzupełniam mp3 (stęskniłam się za muzyką bardziej niż myślałam).
Dzisiaj jest najpiękniejszy dzień trekkingu. Trasa cudownie widokowa, spokojny spacer. Mijamy dzieci bawiące się balonikami – nieodzowny znak, że był tu Krzychu Kryza. Nie potrafię odłożyć aparatu fotograficznego nawet na chwilę: dzieci, ludzie na polach, babcia rzucająca najpierw w krowę a potem we mnie kamieniami… Mijani ludzie uśmiechają się i pozwalają się fotografować. Dzieciaki wybiegają nam naprzeciw – są niesamowicie umorusane i kozy wiszą im z nosów. Nawet murki modlitewne są dziś wyjątkowo duże i fotogeniczne. Ze zwierząt jucznych poza osłami i mułami pojawiają się koniki (bardziej kucyki) i krowojaki (jeszcze nie jaki, mniej mają sierści i mniejsze maja rogi).
Spotykamy policję parkową i po raz pierwszy rozmawiam z nimi – przekonuję się, że są bardzo mili ale bez permitów nie dałoby się tu przejść. Po kilku godzinach dochodzimy do pięknej wioski – pustej, bo wszyscy pracują w polu. Tylko starszy pan sprzedaje jabłka – po 5 rupi za sztukę. Andrzej jest tak szczęśliwy, że kupuje cały plecak (dobrze, że ma przy sobie tylko ten mały).
W porze obiadowej przychodzimy do Lho. Wszyscy już tu są a Jerzy twierdzi, że czeka na mnie jak na zbawienie, bo trzeba poszukać jeszcze jakichś noclegów – pokój jest 7 osobowy a nas jest dziesięcioro. Idziemy więc na obchód wioski i znajdujemy chatynkę tybetańską, której właściciel zgadza się nas przenocować za grosze. Nie mówi po angielsku ale dogadujemy się na migi. Jest tak klimatycznie, że zamiast czterech osób, przychodzi nas szóstka. Zostawiamy nasze bagaże i idziemy do górującej nad okolica gompy z klasztorem. To taka mała aklimatyzacja dla nas – jakies 200 metrów wspinaczki. Szwedzie biegają mali mnisi – obdarci, zmarznięci i w świetnych humorach. Pierwszy raz zwiedzam gompę – wszystko wzbudza moje zainteresowanie: figury Buddy, bębny, chorągiewki i maty modlitewne, zdjęcia Dalajlamy… Zostawiamy ofiarę i wychodzimy za zewnątrz, by obejrzeć zachód słońca. Oblegają nas odziani w czerwone szaty chłopcy, którzy chcą, by ich fotografować. Obserwujemy ich przy kolacji a potem w trakcie zajęć – sprzątają wspólnie podwórko. Starsi nadzorują, młodsi bez szemrania wykonują wszystkie polecenia.
Wieczór spędzamy w tradycyjnej rodzinie tybetańskiej. Klimat jest po prostu niesamowity. Nie ma światła, wiec gospodarze oświetlają łuczywem. Przygotowują tradycyjne jedzenie. Najpierw dostajemy gotowane ziemniaki a potem dalba z resztka tych ziemniaków i różnymi dodatkami. Przychodzi syn gospodarzy – okazuje się, że mnich z pobliskiego monastyru, który mówi po angielsku i opowiada nam trochę o życiu mniejszości tybetańskiej w Nepalu. Strasznie trudne to życie. Uciekli pół wieku temu przed reżimem a tu musieli wszystko zbudować od podstaw. Nawet wykształcenie jest wielkim problemem, bo przecież w wioskach brakuje szkół i nauczycieli. Rodzina szuka sponsora dla 2latka, by jego przyszłość ułożyła się lepiej. Nie potrafimy mu pomóc, więc na razie ograniczamy się do leczenie małego. Jest bardzo przeziębiony, a oni nie mają żadnych leków. Przygotowujemy my aspirynę i witaminy, tłumaczymy jak podawać dziecku. Ale wszystko to jak grochem o ścianę. Wydają się nie dostrzegać związku miedzy zimnem, brakiem ubranek czy butów a chorobą.






26 października, wtorek
W związku z wczorajszą decyzją wracamy tą samą trasą. Napotykamy karawany mułów (przy okazji uczę się odróżniać muły od osłów i poznaję ich cechy – takich to mam mądrych kolegów w ekipie!). Uparcie fotografuje murki modlitewne, które należy mijać zawsze z lewej strony. Mijamy małe wioski i poletka, które wieśniacy uprawiają metodami z głębokiego średniowiecza – widzę sochę, brony itp.
Droga jest piękna, ale choć znana to uparcie długa i mozolna. Na obiedzie spotykamy się ponownie w Lakowie, gdzie m. in. uzupełniamy zapas worków, które podkładamy pod namioty, bo bardzo tu wilgotno.
Potem wędrujemy zmieniając brzeg rzeki jakby z powrotem, ale w kierunku głównej doliny. Przechodzimy przez malowniczy most, zawieszony nad rzeką. Takich mostów jest tu wiele. Tak, ktoś z lękiem przestrzeni miałby tu trudne życie. Nawet ja czasem przypominam sobie słowa Osła, ze „Shreka’: „nie patrz w dół, w dół nie patrz!” Oswajanie leków sprawia wielką radość, ale bywa, że napotykamy niespodziewane przeszkody. Michał znalazł się na moście wiszącym wraz z osłami, które wcale nie zamierzały zwalniać, wiec to on musiał przyspieszyć, by przypadkiem nie przyszło im do głowy go wyprzedzać. Ja na pewnym, szczególnie dziurawym, mostku postanowiłam wyjątkowo postawić na ostrożność, Gdy tak sobie dreptałam wsłuchując się w osłową mantrę poczułam, że mostek nadzwyczaj się kolebie. Obejrzałam się – już ta czynność wydawała mi się szaleństwem nad kipielą wodna kilkanaście metrów pod moimi stopami – i ujrzałam jakichś tragarzy objuczonych ponad wszelka miarę popier… w dyrdy po tym samym mostku co ja. Świat wirował coraz szybciej, więc nie pozostało mi nic innego jak… biec! Uff! Teraz gdy spoglądam sobie w przepaście (przecież nikt tu nie stawia barierek) przypominam sobie słowa Endrju: „Co za problem, przecież codziennie ryzykujemy tu życie”. No właściwie to prawda, tylko dotąd jakoś nie chciałam zdać sobie z tego sprawy. Ale warto. Warto przejechać pół świata, postawić swoje życie na głowie, wydać na to wszystkie pieniądze i zaryzykować zdrowiem, może życiem, by zrealizować swoje marzenia. Tu, w najwyższych górach świata, czuje się obecność Boga. Przyjaciółka poprosiła, bym tu wołała do Niego z prośba o realizacje jej życzenia urodzinowego, bo przecież tu mnie musi usłyszeć. No więc chodzę sobie tutaj modląc się, śpiewając (no dobra, fałszując) Jutrznię, a czasem kolędy (no co???) i rzeczywiście czuję obecność Boga. Myślę, że trzeba mielec w sobie dużo egocentryzmu, by chodzić po Górach (śledzić swój organizm, koncentrować się na nim, czego potrzebuje a co mu dolega; samemu podejmować trudne decyzje i wyznaczać sobie cele), ale jednocześnie, by w pełni doświadczyć Gór, trzeba umieć wypełnić je Bogiem, Ludźmi, Przyjaźnią.
27 października, środa
A wczoraj potrzebowałam trochę ciszy i samotności. Rozbiłam sobie namiot tylko dla siebie „w pięknych okolicznościach natury” i długo patrzyłam w rozgwieżdżone niebo. Dziś ruszamy z Pewy (czyt.: Peły) do Ghap (2 160 mnpm). Trasa ma być bajtowa – pięć godzin. Jednak z dwoma odpoczynkami wędrowaliśmy od ósmej do 16tej. Co więcej, Lama próbował nas popędzać, co nas po prostu rozwścieczyło, bo w końcu wiemy ile mamy czasu i na jaki postój możemy sobie pozwolić. Chyba jednak pojął, że to nie ma sensu i nie przeszkadzał mi w fotografowaniu.
Na trasie po raz pierwszy natknęliśmy się na wodne młynki modlitewne. Coś niesamowitego takie młynki. My wykorzystujemy energię wodną do produkcji prądu, a oni do modlitwy. Różne priorytety.
W Ghap ekipa zatrzymuje się w hotelu sąsiadującym ze świątynią (flagi, maski, bęben). Niestety w nocy towarzysza im szczury. Andrzejowi i mnie nie podoba się to miejsce, więc idziemy kilometr dalej. Dogadujemy się z tragarzami innej ekipy, że chcemy spać z nimi w wiacie. Początkowo sądzą, że też jestem porterką, jak oni. Ciągle tu słyszę, że wyglądam na Nepalkę (mongoidalne rysy, czarne włosy, no i ten mój wielki plecak). Gdy jeszcze mówię kilka słów po nepalsku, zgadzają się ze śmiechem (właścicielowi płacimy jak za namiot). Ten wieczór na zawsze zapadnie w mej pamięci. Gotowanie wraz z nimi zupy z kapusty, potem wspólne jedzenie diro (coś jak mamałyga, gotowana mąka) z sisnu (sos z pokrzyw! Baaardzo zdrowy i pożywny); opowieści o Europie, Polsce (pokazuję naszą flagę, zostawiam ulotki o moim mieście); nauka nepalskiego; nowa historia mojego życia (moja mama była Nepalką, ale urodziłam się w Europie); rozmowy z Sherpami o górach, turystach, realizowaniu marzeń; nepalskie śpiewy przy ognisku… no i wszyscy mówią do mnie „siostro”.
28 października, czwartek
No i ekipa postanowiła odpocząć. Wyruszamy o ósmej na trzygodzinną trasę do Namrung (około 500 metrów różnicy wysokości). Czasu mamy co niemiara, więc spacerujemy sobie bardziej, niż wędrujemy z Jerzym i Andrzejem (moja poznańsko – rumuńska ekipa) przez las. Ale co to za las – jeśli oglądaliście „Avatara” to nie musze wam tłumaczyć. Coś nieziemskiego, magicznego… aleja niczym z dzikiego parku typu angielskiego kilkaset lat temu wśród olbrzymich drzew, rzeki, która wyżłobiła sobie koryto głębokości kilkunastu metrów, tworząc fantastyczne konstrukcje skalne… Potem las rododendronowy, cisza i spokój a w oddali ośnieżone szczyty. Chwile doprawdy magiczne.
W południe osiągamy Namrung. Nowy hotel z prądem! Postanawiam skorzystać, by naładować wszystkie baterie. Kilka godzin słońca przeznaczamy na mycie (woda już tylko lodowata), pranie, opalanie (o ile się nie podniesiesz do poziomu wiatru, to jest nawet ciepło). Około 16tej słońce chowa się za horyzontem i włączają prąd (jest tu elektrownia wodna). Wpadam na pomysł, by wykorzystać laptopa. Oglądamy więc najpierw jakiś film, potem polskie kabarety a na koniec słuchamy muzyki (szczególnie polskiej), do której niektórzy podskakują dla rozgrzewki. Nie wiem jakim cudem podłoga to wytrzymała, ale rzeczywiście zrobiło się ciepło. Do gniazdek obowiązuje grafik wykorzystania, więc tę noc przeznaczam na uzupełnienie dziennika podróży. Żeby nie zasnąć słucham muzyki, która sprawia, że jeszcze bardziej tęskni mi się za kimś. A tu o zasięgu gsm nawet pomarzyć nie można jeszcze przez dwa tygodnie. Droga zaskakuje, więc tym razem też pozostaje tylko poczekać na to, co przyniesie.
Dwa tygodnie później dowiedziałam się, że tego dnia we śnie zmarła moja mama.





25 października, poniedziałek
Najpiękniejszy widokowo dzień! Odkrywają się nam ośnieżone szczyty sześciu- i siedmiotysięczników. Jaka szkoda, że Wojtek po wczorajszej kontuzji postanowił wracać. Tyle dni wędrówki i nie zobaczył „białasów”. W bocznej dolinie spotykamy znacznie mniej turystów. Jeśli to jest ten dziki i niekomercyjny szlak, to chyba nie chcę wiedzieć jak wygląda komercyjny i zorganizowany – wokół Annapurny czy pod Everest.
Nasz przewodnik popełnił dziś kilka błędów, o co byliśmy na niego nieco wściekli. Źle określił odległość do mostku, przy którym zmienialiśmy szlak, więc mieliśmy się wszyscy spotkać; nie czekał tam na nas; nie wskazał właściwej drogi na rozdrożu (gdy drogowskaz kierował stromo pod górę i tam powędrowały Michały). Przyznał się do błędów i przeprosił, ale ta sytuacja skłóciła grupę. Spotkaliśmy się wszyscy dopiero w Chumling na obiedzie. Piękne widokowo miejsce, z letnią (prawie ciepłą, podgrzaną w długim czarnym wężu) wodą, gdzie kapię się i robię pranie (ach ten gen szopa pracza! Nawet wiem kto się teraz najbardziej śmieje hihi *mam takiego kolegę, który mi w ubiegłym roku wysłał mailem całą instrukcję co jak można prać i suszyć ubrania na plecaku – po tym, gdy się przyznałam, że w Mongolii chciałam prac w wodzie z lodowca, taka byłam zdesperowana).
Jemy obiad. Chłopcy rozściełają nam wielką matę, która ma służyć za stół, ale my wykorzystujemy ja do leżenia – przyjemnie wygrzewać się w słoneczku! Szczególnie po kąpieli, w bikini w oczekiwaniu na pyszny obiadek. A obiadek nie dość że pyszny, to jeszcze – po awanturze Jerzego i Krzycha – obfity (dodawali ryżu ile chcieliśmy cha chacha).
Po południu wędrujemy jeszcze jakieś dwie godzinki do Rain Jam (nasze tłumaczenie: dżdżysty dżem). Gdy rozbijam namiot towarzysz mi małpy. Grzeczne są i nie niepokoją nas w nocy. Nocleg na 2 300 mnpm jest pierwszym bez wody.
Po przeanalizowaniu mapy i naszych możliwości postanawiamy zmienić plany i nie wwędrować dalej do Nile, lecz wrócić na główny szlak, by mieć zapasowe dni na aklimatyzację przed przełęczą.