skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palawan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Palawan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 kwietnia 2011

13 kwietnia, środa
Rano żegnamy się naszymi nowymi przyjaciółmi i jedziemy zrealizować nasze marzenia nurkowe. Udało nam się znaleźć te drugą szkołę.
Z całego serca polecam Sea Dog Diving. Jey (Duńczyk, który pracował w El Nido) przyjechał tu kiedyś, zakochał się w tym rajskim zakątku i właśnie otworzył szkołę. Jest otwarty, kompetentny, profesjonalny. Ma doskonały sprzęt i robi znakomite zdjęcia. Trafiliśmy na promocję – dwa nurkowania za 2 600 peso, trzy za 2 800. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Pierwsze nurkowanie jest oczywiście najgłębsze. Pele – nasz lokalne guide – prowadzi nas na wrak. To moje siódme nurkowanie a ja nurkuje na wraku!!! Nie mogę w to uwierzyć. Jest fantastyczny. To łódź transportowa, z dwoma cargo. Gdy z głębi wyłania się jej prawa burta, zastygam na chwilę zachwycona. Naprawdę robi wrażenie! Schodzimy na 24 metry i opływamy kadłub. Nie możemy zejść już głębiej, bo nie mamy kwalifikacji (i tak je lekko naciągnęliśmy, ale to profesjonaliści i wiedza co robią. Jest naprawdę bezpiecznie). Wpływamy do obu ładowni, gdzie spotykamy ławice ryb. Pepe pyta czy chcemy przepłynąć wąską dziura między ładowniami. Oczywiście! Ocieram się lekko butla, ale wyzwanie to wyzwanie. Czuję, że się uczę, że nurkowanie to fantastyczna przygoda.Potem plywamy jeszcze nad pokładami, robimy przystanek bezpieczeństwa na piaszczystym terenie. Wszystko tak, jak wcześniej ustaliliśmy z Jeyem.
Wypływam z okrzykiem na ustach. Jey chwali mnie, że jako nauczycielka potrafiłam wytrzymać pod wodą trzy kwadranse bez gadania. Dodaje, że jego mama tego nie potrafi, dlatego nie może nurkować. Ja tez mam go za co chwalić. Nurkowanie na doskonałym sprzęcie daje mnóstwo satysfakcji, nie trzeba się co chwile martwić spadającymi płetwami, odpinającym się pasem z obciążeniem, czy zacinającym się filtratorem. Genialnie!
Drugie nurkowanie robimy nieco płycej na rafie. Widoczność rzedu 15-20 metrów pozwala nam dostrzec wiele atrakcji. A spokojny Pepe pozwala nam się nimi cieszyć. Gdy bawimy się z żółwiem morskim tylko przygląda się czy nie zrobimy mu krzywdy. Co z przygoda!
Płyniemy na rajska wyspę, gdzie chłopaki serwują nam posiłek. Obiad pod palmami i relaks w hamaku… Cudownie!

Po przerwie nurkujemy na płytko położnej rafie. Mamy godzinę na zabawę z setkami rybek! Tak jak obiecywał Jey ryb są setki, tysiące. Może nie są wielkie, ale tak niesamowicie kolorowe, że Az trudno w to uwierzyć. Pepe pokazuje nam tez ślimaki co ciekawsze makro.
To było to! O takim nurkowaniu marzyłam. Okazuje się, że o marzenia warto walczyć, nie można się poddawać po pierwszych niepowodzeniach, bo wszystko jest możliwe!
Popołudnie zamiast spędzić na odpoczynku – to jednak spore wyzwanie dla naszych organizmów – przeznaczamy na powrót do Puerto Princessa. Daruje sobie jednak opowiadanie o tym jak skonani docieramy na miejsce. I jak zostaliśmy na noc w luksusowym hotelu z basenem, z którego nie mieliśmy siły skorzystać. Dziś najważniejsze były nurkowania.
12 kwietnia, wtorek

Palawan, jedna z wysp należących do Filipin, położona między Morzem Południowochińskim a morzem Sulu, oddzielona od Borneo cieśniną Balabac, a od Wysp Calamian cieśniną Linapacan.

Powierzchnia 11,8 tys. km2, kształt mocno wydłużony, długość 435 km, szerokość 39 km. 237 tys. mieszkańców (1970). Główne miasto - Puerto Princesa. Powierzchnia górzysta (najwyższy szczyt Mantalingajan, 2085 m n.p.m.).
Klimat równikowy, wybitnie wilgotny, średnia roczna temperatura 24-27°C, suma roczna opadów 2000 mm. Naturalną roślinność stanowią wilgotne, wiecznie zielone lasy, wzdłuż wybrzeża roślinność trawiasta. Bogaty świat zwierzęcy reprezentują m.in.: dziki, jelenie-sambary, makaki jawajskie.
Rozwinięta uprawa ryżu, kukurydzy, palmy kokosowej, roślin strączkowych, batatów, trzciny cukrowej. Gospodarka oparta na rybołówstwie, wydobyciu rudy rtęci, chromu, manganu i wyrębie drzewa.
Palawan, najbardziej na zachód położona wyspa Filipin. Choć oddalona zaledwie o godzinę lotu z Manili ciągle jeszcze nie jest zadeptana, nie jest zbyt popularna i ludzi którzy tu trafiają, to zazwyczaj backpakerzy przyjeżdżający z czyjegoś polecenia.
Palawan, który otoczony jest blisko 2,5 tys. wysepek i skał wulkanicznych, tworzących malowniczy archipelag to wyspa zupełnie inna od wszystkich innych filipińskich wysp - najbardziej dzika i tajemnicza. Mimo iż zjeżdża się na nią coraz więcej turystów, wciąż można odkryć zupełnie dzikie, nieskazitelnie czyste, a przy tym zupełnie nieznane jeszcze tak zwane sekretne plaże, na które da się dopłynąć tylko łodziami.
I to był nasz plan na dzisiaj. Gdy hariette powiedziała, ż eprzed wyjazdem do Indii (na miesiąc wolontariackiej pracy w domu dziecka) chce sobie zrobić „dzień plażowy” nie sądziłam, że wypadnie on tak ciekawie. Wynajęliśmy na cały dzień lokalną łódź bankę. Pływamy od wyspy do wyspy, a właściwie od rajskiej plaży do innej plaży. Wędkujemy – dziewczyny górą! Rybki są cudowne i tak niesamowicie kolorowe. Oczywiście prosimy rybaków by pomogli nam je uwolnić. Niestety moje najczęściej były tak pazerne, że ataku na haczyk nie przeżyły. Na plażach leżymy w hamakach, jemy olbrzymi tuńczyki z grilla z sałatką owocową (okazało się, że zakup tych tuńczyków rzeczywiście nawet na morzu jest problemem, bo nikt nic tego dnia nie złowił – dopiero szósty czy siódmy rybak miał co sprzedać).
My jesteśmy urzeczeni.
My jesteśmy urzeczeni.
Wieczór spędzamy w lokalnej knajpce, ale dziś już nie mamy siły na tuńczyka. Jest jeszcze sporo owoców morza do wyboru i pyszne soki z nieziemsko kwaśnych owoców (cytryna przy nich jest słodka!). No i wymieniamy się kolekcjami filmów. Chłopaki pochłonięci swoimi zabawkami, a my się z nich nabijamy :D
11 kwietnia, poniedziałek
Dojechaliśmy w nocy na oparach benzyny. Gdy kierowca mówi ci nocą w dżungli, że paliwa właściwie już nie ma a końca drogi nie widać i podejrzewasz, zmoże jednak się zgubiliście; gdy Tylek boli cię tak, że nie masz siły nawet narzekać; gdy wokół mrok nieprzenikniony a odgłosy wokół trudno zidentyfikować, bo nigdy wcześniej takich nie słyszałaś; gdy kręgosłup od dźwigania plecaka oraz zwalczania przesileń na zakrętach i pod górkę (czyli niemal non stop!) zdaje się pęknąć… nawet Port Barton ze stacja benzynowa pod postacią półki z butelkami po coli – uszczęśliwia!

Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym hoteliku – w sumie niezły wybór (cena przyzwoita, duży pokój, piękny ogród, rodzinna atmosfera, tylko wifi i prądu od północy brak, więc nad ranem robi się duszno nie do wytrzymania).
Rano idziemy na plażę w poszukiwaniu szkoły nurkowej. Photoshop siada: palmy jak z reklamy bounty, piasek na plaży biały jak śnieg, woda kryształ i do tego gorąca. A do tego niemal nie ma turystów, jesteśmy prawie sami w tym raju.

Znaleźliśmy szkołę Doris. Jest z Niemiec. Mamy mieszane uczucia, ale bardzo chcemy zanurkować jeszcze dzisiaj, więc się decydujemy. Ceny przyjazne. Okolice przepiękne. Wokół Palawanu i pobliskiego Archipelagu Calamian znajduje się ok. 40% raf koralowych na Filipinach, więc możliwości do śledzenia podwodnego życia nie brakuje. Warto jednak dodać, że rafy wokół samego Palawanu (w szczególności okolice El Nido) są często zniszczone przez połowy z użyciem dynamitu, a najwięcej podwodnych atrakcji można zaobserwować w pobliżu wyspy Busuanga na północy. Okazało się, że zniszczone są połowami ryb na masowa skalę – wszystkie niemal tuńczyki wywożone są przez Tajwańczyków i na miejscu trudno je dostać. Ponoć wieśniacy nie maja z tego powodu co jeść i wałczą miedzy sobą o ryby, gdy rybacy wracają z połowów.
W szkole Boris spotykamy przesympatyczne młode małżeństwo z Anglii – w podróży poślubnej od dziewięciu miesięcy. Plyniemy razem i razem nabieramy wątpliwości. Okazuje się, że właścicielka dysponuje zdezelowanym sprzętem – Łukasz dostaje niedziałający regulator, ja dziurawego Jacketa a Hariette nieszczelnego oringa i powietrze jej ulatuje z pierwszego stopnia. Nasze akwalungi Doris wymienia i nie wiem jak ona to robi ale pływa w tym wszystkim uszkodzonym. Pływa kiepsko, przy pierwszym nurkowaniu właściwie kreci się w kółko po zniszczonej rafie przy minimalnej widoczności. Potem twierdzi, że nie mogła znaleźć wraku. To chyba dlatego ze jest na kacu a cały czas popija cos alkoholowego – orientuje się w czasie przerwy. W każdym razie nurkowanie potraktowałam jako refreshing, bo minęły już dwa miesiące od mojego szkolenia i trzeba było popracować nad pływalnością.
W czasie przerwy plyniemy na rajską wyspę, gdzie w resorcie jemy pyszny obiad. Lenimy się trochę, fotografujemy… Po południu nurkujemy Pio raz drugi. Doris się chyba zreflektowała i zaczęła się starać. Fara jest po prostu cudowna. Widzimy mnóstwo ryb, które potem identyfikujemy w albumach, gdy pijemy z Doris piwko na werandzie na plaży. Tak czy inaczej więcej nie chcemy z nią nurkować, obiecujemy sobie, że znajdziemy drugą szkołę, bo podobno takowa tu istnieje.

Wieczór spędzamy w towarzystwie naszych nowych znajomych. Nadajemy na tych samych falach. Tak to już jest w gronie backpakerów.

czwartek, 28 kwietnia 2011

10 kwietnia, niedziela
Wstajemy przed świtem, żegnamy się z Sharon i jedziemy wypożyczyć motocykl. Wybieramy hondę 125. Wydaje się duża, ale gdy próbujemy przymocować chociaż jeden plecak, przekonujemy się, że widzimy to, co chcemy widzieć. Ostatecznie jedziemy z plecakami na sobie (Łukasz z przodu, ja z tyłu). Po chwili przekonujemy się, że nie działa licznik kilometrów i wskaźnik prędkości.

Plan dnia mamy bardzo napięty. Chcieliśmy być około 8:00 przy podziemnej rzece, ale okazało się, że drogi są bardzo kręte i delikatnie mówiąc w nie najlepszym stanie. Pokonanie 78 kilometrów zajmuje nam dwie i pół godziny. Na miejsce docieram obolała, zmęczona i zrezygnowana. Do El Nino na północy wyspy na pewno w ten sposób nie dojedziemy.

Czeka nas jednak miła niespodzianka. Przy kasie spotykamy polską rodzinę, podróżującą po świecie katamaranem od siedmiu lat. Obowiązki kapitana pełni 9-letni Noe, nawigatora 13-letnia Nel, a majtkiem jest Kazimierz – wystarczająco dorosły, by być także ojcem wspominanej wcześniej załogi. Wynajmujemy wspólnie łódź, a że okazują się świetnymi kompanami, spędzamy razem czas do popołudnia. O projekcie WYSPA SZCZĘŚLIWYCH DZIECI powinnam Wam nieco opowiedzieć sama, bo nie mają swojej strony internetowej ani bloga. A mieliby o czym opowiadać! Lekkość Z jaka opowiadają o swoich przygodach na różnych kontynentach zasługuje na uwiecznienie w książce lub filmie.

Pomyślcie tylko jak to jest, gdy uczycie niesamodzielnie, egzaminy zdajecie w czasie telekonferencji przez Internet (nota bene sami ten system wprowadzacie, żeby nie latać co roku do Polski), mamę widujecie co kilka lat a z przyjaciółkami macie kontakt przez Internet. Jak zawiniecie do dużego portu. Czasem zatrzymujecie się gdzieś na dłużej, np. na rok w Australii, żeby pochodzić do szkoły. Więc lepiej mówicie po angielsku, niż w rodzimym języku. I o wielu krajach wiecie naprawdę bardzo dużo, ale własny słabo pamiętacie. I w wieku kilkunastu lat jesteście chodząca biblioteczka podróżniczo-orzyrodniczo-geograficzno-wizową. I znacie się na mnóstwie rzeczy takich jak budowa i obsługa łodzi, pośrednictwo wizowe, budowa geologiczna różnych części ziemi itd. Więc myślicie i dyskutujecie jak dorośli, i maci konkretny plan na to, czym się będziecie zajmować w przyszłości. I dojrzali jesteście zupełnie inaczej niż wasi rówieśnicy, bo umiecie już współpracować z ekipą przebywającą przez długi czas na bardzo małej przestrzeni, być spolegliwymi i empatywnymi. Trudno mi wyobrazić sobie dorosłe życie, które przebije takie dzieciństwo.
Podziemna rzeka w Sabang zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Za radą Sharon byliśmy Tamm przed tłumami i to się opłaciło.
Sabang okazuje się niewielką turystyczną wioską pod palmami. Turyści wsiadają na bangki (te łódki na moich zdjęciach) i płyną jakieś 20 minut wzdłuż wybrzeża do ujścia rzeki. Bangki dopływają do idyllicznej plaży w zatoczce. Stąd chwila spaceru tu wysiadamy przez dżunglę. Kapitan łodzi odprowadza nas i pokazuje, że w okolicznych zaroślach zamieszkuje spora rodzina małp -werwetów.
Wreszcie ukazuje się wlot korytarza podziemnej rzeki. Tu dostajemy kaski, kamizelki ratunkowe i wsiadamy na wiosłową łódkę z przewodnikiem. Na łodzi jest reflektor, w świetle którego podziwiamy stalaktyty, stalagmity i inne atrakcje.

Rzeka płynie około siedmiu kilometrów przez jaskinie, z czego dla turystów dostępnych jest około 1,5 km. Dopłaciliśmy kilka groszy przewoźnikowi i zabrał nas dalej, do miejsca dokąd daje się dopłynąć łodzią. Resztę można pokonać nurkując co jakiś czas, bo skały zagradzają drogę i jedyne co pozostaje to przepłynąć pod wodą. Czasem to metr, czasem więcej. Ale jak łatwo się domyślić, nie jest to wersja popularna. Ale ten odcinek, gdzie nie wpływają już łodzie z wycieczkami, oświetlony tylko nasza lampą, gdzie tylko nasze głosy odbijają się echem wśród skał… niezapomniane przeżycie! Wszystkie formacje skalne mają swoje nazwy, więc nasz przewodnik nie zostawia zbyt wiele miejsca naszej wyobraźni. Zabawnie dopytuje, czy będziemy sobie tłumaczyć z angielskiego (chyba ma na myśli dzieci) jego opowieści. Biedak nie wie, że te „dzieci” mówią po angielsku znacznie lepiej od niego.


Wracamy przez dżunglę. Bawimy się z małymi żółwiami morskimi. A potem niespodzianka: smoki z Komodo! Fascynowały mnie odkąd Lukasz pokazał mi swoje zdjęcia i filmiki z Indonezji. Bardzo chciałam płynąc specjalnie w okolice Komodo, żeby je fotografować. Chociaż wiem, że Indonezji nie będzie na to czasu… No więc ta niespodzianka – nawet nie pytałam skąd one się tam wzięły – rozwiązała sprawę.





Tylko Łukaszowi nieco utrudniła życie, bo uparłam się, że chcę mieć fotkę z Comodo dragons, i jeżeli potem stwierdzę, że zdjęcie mi się nie podoba, to będziemy musieli pojechać specjalnie na Flores.
Popołudnie i wieczór to mozolna przeprawa motorem do Port Barton. Do Port Barton dotarliśmy dopiero po 5 godzinach jazdy, choć to wcale nie jest daleko. Gdy pytałam o odległości, miałam wrażenie, że podają mi je w milach, tak strasznie ciągnęły się te wąski, kręte, o koszmarnej nawierzchni drogi. Cichy Barton, mający 4000 mieszkańców to raczej osada niż miasto. Tu można z ulga odetchnąć od hałasu wielkich metropolii... Nie jest to jednak miejsce dla tych, co lubią pobalować...

niedziela, 24 kwietnia 2011

9 kwietnia, sobota
Zakładam na siebie wszystkie swoje ubrania i jakoś przechodzę odprawę bez ważenia bagażu podręcznego. Uff!
W 1521 roku, portugalski odkrywca Ferdynand Magellan przybył na Filipiny i przyłączył je do Królestwa Hiszpanii. Kolonizacja wysp rozpoczęła się od momentu pojawienia się na nichMiguela Lópeza de Legazpi, który przybył na nie z Meksyku w 1565 roku. Założył wówczas pierwszą europejską osadę Cebu. W 1571 roku została założona Manila jako stolica Hiszpańskich Indii Wschodnich.
W 1898 roku na Filipinach wybuchło powstanie przeciwko Hiszpanom. W konflikcie uczestniczyły Stany Zjednoczone, w efekcie czego przejęły one kontrolę nad krajem. W roku1916 Filipiny uzyskały poszerzenie uprawnień, a w roku 1934 status niezależnej wspólnoty (Philippines Commonwealth).
W 1946 Filipiny uzyskały niepodległość. W 1965 prezydentem został Ferdinand Marcos. W1986 w kraju dokonał się pokojowy przewrót, w wyniku którego obalona została dyktatura Marcosa, a władzę objęła Corazon Aquino, zwyciężczyni wyborów prezydenckich. W latach 1992-1998 na stanowisku szefa państwa zasiadał Fidel Ramos. W 1998 odbyły się kolejne wybory prezydenckie, wygrane przez Josepa Estradę. W styczniu 2001 Estrada zostałpozbawiony urzędu po oskarżeniu go o malwersacje finansowe. Jego miejsce zajęła wiceprezydent Gloria Macapagal-Arroyo, która wygrała również wybory w 2004. W 2010 na stanowisku zastąpił ją Benigno Aquino III.


Ciekawy pytaniem jest ile wysp składa się na Filipiny.Ponoc ponad 7 tysiecy.najwazniejsze Największe wyspy to:
Luzon - 104 tys. km²
Mindanao - 94,6 tys. km²
Samar - 13,1 tys. km²
Negros - 12,7 tys. km²
Palawan - 11,7 tys. km²
Panay - 11,5 tys. km²
Mindoro - 9,7 tys. km²
Leyte - 7,2 tys. km²
Cebu - 4,4 tys. km²
Bohol - 3,8 tys. km²
Masbate - 3,3 tys. km²

Po 9tej jesteśmy na Palawanie, w Puerto Princessa. Od razu przekonujemy się, że z tym angielskim to nie taka oczywista oczywistość. Obowiązują języki: filipiński (oficjalny, oparty na tagalog), angielski (oficjalny), hiszpański oraz 87 języków i dialektów używanych lokalnie. Hiszpańskiemu zawdzięczam, że ciągle czuję się, jakby obok mnie ktoś rozmawiał po polsku. Ta sama melodia języka! Podobna wymowa.
W PP znajduję IT, mapkę, lokalne jedzenie, publiczną plażę. To znaczy plaża jest prywatna, ale właściciel wpuszcza ludzi za drobną opłatą. Później Sharon (nasza filipińska hościna) opowiada, że to jedyne takie miejsce w okolicy i mieszkańcy miasta musza jeździć wiele kilometrów, by znaleźć plaże i móc pływać w morzu. Trudno to sobie wyobrazić. Lądowanie na tej wyspie było jednym z najwspanialszych doznań w moim zyciu. O ile lądując na Clarku mijaliśmy wulkan, to tutaj myślałam, że lecimy wodolotem! Nie sposób opisać majstersztyku z jakim pilot kluczył, obniżał lot, zmieniał kierunek, a wszystko kilka metrów nad wodą. A przejrzystość wody robiła takie wrażenie!!!

Plaża jest ciekawa, z małymi niby domkami, częściowo w wodzie. Kolor wody zupełnie niesamowity, ludzi prawie nie ma. Cisza, spokój. Już wiem, że jestem w raju. I mogę odespać ostatnie zarwane noce.
Niestety, jest zbyt pięknie, bym mogła spać. Znaczy Łukaszowi się udaje. Szczęściarz. Ja pływam, fotografuję, rozmawiam. Po kilku godzinach mam gotowy plan wynajęcia skutera. Chytry plan, zważywszy, że opanowałam zaledwie podstawy prowadzenia laotańskiego skutera z automatyczną skrzynią biegów.
Popołudniu kręcimy się trochę po mieście. Na bazarze znajduje cudowne lokalne mrożone napoje ze słodkościami w postaci żelków. Korzystamy z neta. Namierzamy rekomendowana szkołę nurkową, która znajduje się na peryferiach i okazuje się być prywatnym domem z gburowatym właścicielem. Natomiast rekomendowana na forach wypożyczalnia motorów to strzał w dziesiątkę. Umawiamy się na następny dzień.

Wieczór spędzamy z Sharon. Przyjechała tu z manili, jest fizjoterapeutką. Najsympatyczniejsza Filipinka, jaka spotkałam! Pokazuje nam okolicę. Uczy nas nieco o lokalnym jedzeniu. Robią tu grilla dosłownie ze wszystkiego. Okazuje się, że moim ulubionym będą grillowanie jelita! Są tez oczywiście różne narządy na patyczkach, maczane w przedziwnych sosikach. Można zjeść tego całą kopę!