skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 marca 2011

8 marca, wtorek
Wcześnie rano wyjeżdżamy do Wietnamu. Takie to łatwe! Oczywiście z hotelu mamy transport (zawsze w cenie biletu) na dworzec autobusowy, gdzie wsiadamy w luksusowy autobus. Jeszcze wydajemy ostatnie kambodżańskie pieniądze na wodę i bagietki (ach te francuskie bagietki! Aż podrapałam sobie podniebienie, takie chrupiące – jeszcze nie wiem, że w Wietnamie i Laosie też będzie ich mnóstwo, w każdym miejscu w wielu nowych smakach). Wietnam pełen jest egzotycznych potraw – a każdy region ma własne smakołyki. Kuchnia wietnamska jest bardzo prosta, ale zarazem smaczna i niesamowicie lekkostrawna. Widoczne są wpływy kulinarne południowych Chin – szczególnie Kantonu oraz Kambodży i Francji. Najlepsze potrawy można zjeść tylko w lokalnych miejscach, z których większość nie figuruje w żadnym przewodniku. Dyskusje na temat wyższości kuchni z różnych regionów Wietnamu należą do tradycyjnych tematów poruszanych w każdej knajpie.
Do Sajgonu przyjeżdżamy wczesnym popołudniem. Nigdy nie zapomnę jak Agnieszka napisała mi na gg – „to teraz zrozumiesz znaczenie słowa SAJGON – „przechlapane”. No więc nastawiłam się, że będzie naciągactwo, złodziejstwo i w ogóle wszystko, co najgorsze. A tu miłe zaskoczenie! Oczywiście co chwila ktoś naprasza się z tuktukiem albo bajkiem (motorem), pierwsze ceny towarów i usług są znacznie zawyżone, ale jest spokojnie (jak na azjatyckie warunki). Miało być bardzo drogo, ale hotel z wi-fi za 10 dolców znajduje się sam. I to w jakiej dzielnicy! Ludzie żyją tu jak w komunie, znaczy w wielkiej zbiorowości. Bo mają na parterze otwarte na ulice salony, gdzie spędzają całe dnie oglądając TV, bawiąc się z dziećmi itp. nie ma drzwi ani okien, po prostu brak ściany. Czasem małe płotki, żeby dzieci nie wybiegły. I tak od świtu do nocy. A na wąskich uliczkach (na szerokość motoru, al. piesi się już wtedy nie mieszczą) straganiki z jedzeniem, piciem… Są smażone na wiele rodzajów ryby, ślimaki i inne takie.


Ho Chi Minh (wymowa: ho ci min; wiet. Thành Phố Hồ Chí Minh), dawniej Sajgon (wietn. Sài Gòn) to fascynujące miasto na południu Wietnamu na zachodnim brzegu rzeki Sajgon, 6,65 mlnmieszkańców. Do 1976 Ho Chi Minh nosiło nazwę Sajgon, a w latach 1954-1975 było stolicą Republiki Wietnamu. Miasto otrzymało swoją nazwę od polityka Hồ Chí Minha.


Ho Chi Minh jest zespołem miejskim funkcjonującym na tym samym poziomie organizacyjnym, jak wietnamskie prowincje, ma więc strukturę polityczną prowincji, z Radą Ludową i Komitetem Ludowym.
Miasto jest podzielone na 22 dzielnice. 5 z nich to dzielnice wiejskie (Nha Be, Can Gio, Hoc Mon, Cu Chi i Binh Chanh), obejmujące tereny rolne wokół miasta, włączone w oficjalne granice miasta. Tylko 5 dzielnic miejskich ma nazwy (Tan Binh, Binh Thanh, Phu Nhuan, Thu Duc i Go Vap), pozostałe są numerowane od 1 do 12.
Ludność Ho Chi Minh i okolic jest szacowana na ok. 9 mln (2009), co czyni je najludniejszym miastem w kraju i najludniejszą prowincją. Etnicznie dominują Wietnamczycy, na drugim miejscu są tzw. Chińczycy zamorscy (Hoa).
W 1679 r. w małej rybackiej osadzie, w bagnistej kambodżańskiej prowincji Prey Nokorpozwolono osiedlić się uchodźcom chińskim, zwolennikom upadłej w 1644 r. dynastii Ming. W drugiej połowie XVII w. prowincja stopniowo została przejęta przez władający południem Wietnamu ród Nguyễn i zasiedlona przez osadników wietnamskich. W 1698 r. przywódca rodu Nguyễn, Nguyen Phuc Chu, utworzył dwie prowincje: Tran Bien i Phien Tran, oraz ustanowił wicekróla dla tego obszaru. Miasto, nazwane po wietnamsku Gia Định, szybko stało się ważnym centrum gospodarczym.
W okresie kolonialnym Francuzi uczynili miasto stolicą swoich indochińskich kolonii i zmienili nazwę na Sajgon (wiet. Sài Gòn). Nazwa miasta, używana wcześniej nieoficjalnie, pochodzi prawdopodobnie z języka chińskiego. Okres panowania Francuzów miał duży wpływ na dzisiejszy wygląd miasta.
W okresie I wojny indochińskiej Sajgon zostaje stolicą wspieranego przez Francuzów cesarza Bảo Đạia. Po przegranej w 1954 roku wojnie Francuzi wycofali się z Wietnamu, cesarstwo upadło, a Sajgon został stolicą Republiki Wietnamu (Południowego), utworzonej na mocy postanowień układu pokojowego w Genewie.
Po II wojnie indochińskiej miasto przeszło w 1975 roku pod kontrolę Wietnamu Północnego. W 1976 roku, już w ramach Socjalistycznej Republiki Wietnamu, nazwa została zmieniona na Miasto Ho Chi Minha, aczkolwiek do dzisiaj jego mieszkańcy używają nieformalnie nazwy Sajgon. Formalnie nazwę Sajgon nosi Dzielnica nr 1.
Ho Chi Minh jest zamieszkany przez liczną mniejszość chińską, a dzielnica Chợ Lớn jest potocznie określana mianem Chinatown.

Tyle na dziś historii z wikipedii :D Trzeba ruszyć na zwiedzanie. Niewiele tu miejsc do obejrzenia. Ale już sam klimat miasta jest wart „przeżycia” (dosłownie!). W Wietnamie poruszanie się po mieście jest… inaczej zorganizowane. Na stronie KONIEC ŚWIATA znalazłam takie to instrukcje.
Należy się trzymać następujących zasad:
1) Przechodzisz przez ulicę pełną rozpędzonych motorów? Idź powoli ale zdecydowanie do przodu, uważnie obserwuj nadjeżdżających kierowców i wykorzystuj luki, ale nigdy się nie cofaj i pamiętaj, że kierowców obowiązuje niepisana zasada, że wymijają cię ZA twoimi plecami, a nie przed tobą.
2) Wynająłeś motor z kierowcą? Niezależnie od tego, co widzisz, zawieś ocenę sytuacji według zachodnich kryteriów, trzymaj się mocno, nie wykonuj gwałtownych ruchów, nie krzycz i zaufaj Wietnamczykowi przed tobą. Po pierwsze nie pozostaje ci nic innego, po drugie – w 90% to bardzo dobrzy i doświadczeni kierowcy.
3) Wynająłeś skuter i sam pędzisz przez ulice Hanoi? Jeśli umiesz jeździć na motorze – wyłącz europejskie przyzwyczajenia, daj się ponieść nurtowi ulicy, ale bądź bardzo czujny. Jeśli pierwszy raz siedzisz na dwóch kółkach – daj się ponieść nurtowi ulicy… i upewnij się, że masz kask i wykupione ubezpieczenie zdrowotne.
4) Nigdy nie panikuj.
Zabawne? Ależ wcale nie!
My postanowiliśmy pojechać do Muzeum Zbrodni Wojennych (niegdyś: Amerykańskich) motorem. Znaleźliśmy bez trudu chętnych, ale cena była wysoka. Zaproponowaliśmy więc, że pojedziemy na jednym motorze. Kierowcy wpadli w panikę. Jak to?! Pan jest za duży! No więc uparliśmy się, że damy radę i w końcu jeden wariat się zgodził. Łukasz dostał kask – bo ważne, żeby miał pierwszy i ostatni, a ja siadłam w środku na zakładkę. Jazda była istnym szaleństwem. Nie potrafię słowami opisać tego PRZEŻYCIA – w dosłownym znaczeniu. W drodze powrotnej nie udało nam się już nikogo na to namówić i wracaliśmy dwoma bajkami, których kierowcy porozumiewali się między sobą i z innymi użytkownikami drogi klaksonami. Jeździli po chodnikach, zjeżdżali z krawężnikach wysokości kilkudziesięciu centymetrów, jeździli pod prąd, śmigali między autobusami i innymi kolosami, poganiali zbyt opieszałych według nich motocyklistów…




Muzeum Zbrodni Wojennych to miejsce służące ukazaniu okrucieństw wojny, z jasnym i wyraźnym oskarżeniem Amerykanów. Kilka ekspozycji ze zdjęciami amerykańskich reporterów wojennych, okraszonych ich opowieściami jak zrobili te fotografię. Na mnie największe wrażenie zrobiła opowieść o dwóch chłopcach, gdy jeden, nieco starszy, próbował osłonić młodszego braciszka, więc kula przeszyła ich obu. A zaraz obok opowieść o chłopcach, którzy żyli jeszcze gdy reporter do nich podszedł. Trudno pojąć okrucieństwo takiej wojny. Są też dokumenty z tamtych czasów, plakaty propagandowe, sala telewizyjna z filmem - niemożliwy do zrozumienia narrator, są ekspozycje uzbrojenia, tablice z zestawieniem wydatków i wyposażenia wojsk amerykańskich w kolejnych wojnach oraz park maszynowy na zewnątrz. Tu oczywiście wszyscy radośnie się fotografują z samolotami, działkami samobieżnymi i tego typu atrakcjami.


Zanim pójdę spać jeszcze jedna uwaga – nie da się zapomnieć, że to kraj komunistyczny. Nie widać tego w zachowaniu ludzi czy gdy się targujesz o ceny, ale wszędzie znajdują się propagandowe bilbordy i plakaty. Coś jakby pod wspólnym hasłem „cały naród buduje swoją stolicę”. Oczywiście na czerwonym tle, zawsze na największych skrzyżowaniach i w towarzystwie Hồ Chí Minh’a (ur. 19 maja 1890 w prowincji Nghe An, zm. 2 września 1969 w Hanoi) − pseudonim polityczny Nguyễn Sinh Cunga, znanego również jako Nguyễn Tất Thành iNguyễn Ái Quốc − wietnamski polityk komunistyczny, założyciel i przywódca politycznyKomunistycznej Partii Indochin, premier (1954) i prezydent (1954-1969) Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Hồ Chí Minh urodził się prawdopodobnie w roku 1890, w prowincji Nghệ An, w rodziniekonfucjańskiego "uczonego" Nguyễn Sinh Sắca. Początkowo otrzymał imię Sinh Cung, które, gdy miał 10 lat, zmieniono mu zgodnie z miejscowym obyczajem na Tất Thành. Po ukończeniu szkoły otrzymał uprawnienia nauczycielskie pozwalające mu pójść śladami ojca. Jednak powiązania jego rodziny z ruchem Đông Kinh Nghĩa Thục sprawiły, że Hồ Chí Minh wcześnie zetknął się z działaczami narodowo-wyzwoleńczymi, co skierowało go w innym kierunku. W 1911 r. zamustrował na statek jako Van Ba, pomocnik kucharza i wyruszył w podróż do Francji, a potem do Stanów Zjednoczonych i Anglii.
W owym czasie nie prowadził dziennika i nie sporządzał notatek, nie jest więc jasne dlaczego udał się do Europy nie zaś do Japonii, wówczas ostoi azjatyckiego nacjonalizmu. Może nie chciał wiązać się z Japończykami, już wtedy nastawionymi bardzo ekspansjonistycznie. Znacznie później mawiał, że obawia się zaskoczenia podczas "przeganiania tygrysa spod drzwi frontowych, podczas gdy wilki zachodzą od tyłu." Najbardziej prawdopodobne jest to, że chciał nauczyć się od Zachodu jak Zachód pokonać. Trzy lata spędził na morzu zwiedzając cały świat. W 1913 r. przybył do Stanów Zjednoczonych. Po roku popłynął doLondynu gdzie pracował jako pomocnik kucharza. Prawdopodobnie wrócił wtedy do nazwiska Nguyễn Tất Thành. Uczył się angielskiego i poznawał poglądy socjalistów, irlandzkich separatystów i różnego pochodzenia nacjonalistów. W 1917 r. podobno wrócił do Francji, data ta jednak nie jest niczym udokumentowana. Wg oficjalnych danych władz francuskich do Francji przybył dopiero w 1919 r. jako Nguyễn Ái Quốc (Nguyen Patriota)

.
W Paryżu wstąpił do SFIO − francuskiej partii socjalistycznej. 19 czerwca 1919 r. napisał petycję do uczestników konferencji wersalskiejnawołująca do uznania praw narodu wietnamskiego do wolności i samostanowienia. Po zapoznaniu się z leninowskimi Tezami w kwestii narodowej i kolonialnej doszedł do wniosku, że komuniści mogą mu pomóc w wyzwoleniu Wietnamu. W grudniu 1920 r. wziął udział w kongresie SFIO w Tours, gdzie po rozłamie został jednym z założycieli Francuskiej Partii Komunistycznej.
W 1921 wystawił w jednym z klubów swój monodram "Bambusowy Tygrys", w którym portretował skorumpowaną wietnamską marionetkę,cesarza Khai Dinha. Podobno był to spektakl "w stylu Arystofanesa, nie pozbawiony werwy i wartości scenicznych"[2]. Pisywał artykuły do gazet, nawet recenzje filmowe (w magazynie "Cinegraph", pod pseudonimem Guy N'Qua). W 1921 r. utworzył Związek Międzykolonialny i zaczął wydawać czasopismo La Paria. Poznał wielu ówczesnych, wpływowych działaczy i stał się popularny. Latem 1923 r. wyjechał po kryjomu do Berlina, a następnie do ZSRR. 27 stycznia 1924 r., tydzień po śmierci Lenina, moskiewska Prawda opublikowała jego artykuł: "Lenin i kolonie". Latem 1924 r. wziął udział w V kongresie Kominternu, gdzie wybrano go na członka Biura Dalekowschodniego i wysłano doKantonu, gdzie miał pomóc w organizacji ruchu komunistycznego. W Kantonie Nguyễn Ái Quốc założył Stowarzyszenie Wietnamskiej Młodzieży Rewolucyjnej, które wkrótce zdominowało wietnamski ruch rewolucyjny.
Po przejęciu władzy w Chinach przez Czang Kaj-szeka Nguyễn Ái Quốc wrócił do ZSRR. Przez kilka miesięcy podróżował, biorąc udział w różnych zjazdach i kongresach. Na jesieni przyjechał do Syjamu, gdzie założył czasopismo Amity przeznaczone dla wietnamskich emigrantów. Do ogarniętego niepokojem kraju wrócić nie mógł. 10 października 1929 r. Sąd Cesarski na sesji w Vinh (prowincja Nghe An), uznał go winnym zamieszek i w procesie zaocznym skazał na karę śmierci. W czasie jego nieobecności wśród działaczy partyjnych doszło do rozłamu w wyniku którego utworzono kilka różnych organizacji i partii komunistycznych. Na początku 1930 r. przyjechał do Hongkongu, gdzie zorganizował spotkanie przywódców wietnamskich organizacji komunistycznych. W wyniku tej konferencji powołano Komunistyczną Partię Wietnamu (Đảng Cộng sản Việt Nam), którą w październiku tegoż roku przemianowano na Komunistyczną Partię Indochin (Đảng Cộng sản Đông Dương).
6 czerwca 1931 r. władze brytyjskie aresztowały Nguyễn Ái Quốca. Do ekstradycji jednak nie doszło. Rozgłoszona fałszywa wiadomość o jego śmierci odwróciła od niego uwagę władz francuskich i za cichym przyzwoleniem brytyjczyków w styczniu 1933 r. udało mu się uciec do Chin. Wiosną 1934 dotarł do ZSRR. Okres pobytu w Moskwie jest bardzo słabo udokumentowany, jeśli nie liczyć jego własnych wspomnień wydanych w 1963 r. Wiadomo jednak, że nie ominęły go stalinowskie czystki i, że w latach 1934-38 był politycznie nieaktywny. Pod koniec 1938 roku powrócił do Chin.


W drugiej połowie 1940 roku, po krótkich walkach, francuski rząd Vichy podpisał z Japonią traktat, na mocy którego Japończycy gwarantowali suwerenność i integralność kolonii francuskich w Indochinach, a w zamian otrzymywali pełną swobodę działań militarnych. Zachęcona tym projapońska, nacjonalistyczna Liga Odrodzenia Narodowego Wietnamu zorganizowała powstanie skierowane przeciwko władzom kolonialnym. Komuniści początkowo poparli powstanie, organizując własne oddziały partyzanckie, ale po klęsce powstańców wKochinchinie uznali wystąpienia za przedwczesne i wycofali się.
28 stycznia 1941 roku Nguyễn Ái Quốc wrócił do Wietnamu, gdzie w górach prowincji Cao Bằng, w jaskini Pác Bó zaczął organizować Ligę Walki o Niepodległość Wietnamu, zbrojną organizację zwaną w skrócie Việt Minh. Z tą organizacją miał się kojarzyć kolejny pseudonim przywódcy: Hồ Chí Minh (pol. 'Ten Który Oświeca', 'Ten, który Niesie światło').
W sierpniu 1942 r., przekradając się do Chin, Nguyễn Ái Quốc został aresztowany przez lokalne władze prowincji Guandxi i przetrzymywany w różnych więzieniach do 10 września 1943 r., po czym osadzony w areszcie domowym. W więzieniu spędza czas na pisaniu wierszy.
W sierpniu 1945 r., już jako Hồ Chí Minh, został szefem Tymczasowego Rządu Rewolucyjnego Wietnamu, a 2 września na wiecu w Hanoi proklamował niepodleglość. Pokonferencji genewskiej i podziale kraju został prezydentem DRW. Zmarł 2 wrzesnia 1969 r. na atak serca w swoim domu w Hanoi.

środa, 16 marca 2011


8 lutego, poniedziałek
Trudno było ostatnim razem wjechać do Tajlandii (bo na lotnisku okazało się, że wizę on arrival wystawiają po pewnymi warunkami a jednym z nich jest posiadanie bilety wylotowego – o czym wcześniej nikt nas nie poinformował i którego oczywiście nie mieliśmy. Ale szybko znalazło się okienko dla VIPów, gdzie za „drobną opłatą administracyjną bez potwierdzenia” otrzymaliśmy niezbędny stempelek od ręki), więc trudno musiało być więc także z wyjazdem. I żeby Łukaszowej teorii stało się zadość. Ale to ja miałam kłopot, bo w moim całkiem nowym przecież jeszcze paszporcie, w którym już kończą się kartki i planuję wyrobienie tymczasowego zapewne w Hong Kongu, z powodu nadmiaru wiz ważny pan w pięknie dopasowanym mundurze nie znalazł mojej wizy tajskiej. „No visa” powtarzał. Odłożyłam więc wszystkie pakuneczki na jego stolik i sama zaczęłam jej szukać, powtarzając, że na pewno ja mam. Tylko jak ona wyglądała? Mamrotałam z lekka zakłopotana a pan serdecznie się uśmiechał do mnie z tym swoim „no wisa”. No ale wreszcie znalazłam! I pokazałam mu z dumą mała trójkątną pieczątkę z datą – 28 lutego. Pod kolekcją innych pieczątek w napisem „Thailand”. Pan wbił wzrok we wskazany przeze mnie trójkącik – uzyskany w okienku dla VIPów – przeczytał na głos datę, spojrzał na kalendarz i już zaczynał to swoje „no visa’ gdy wpadłam mu w słowo: No właśnie! Do dzisiaj! Zaskoczony poważny pan spojrzał na moją bezgranicznie paszczękę (Łukasz mówi, że uśmiech mi się zawinął dookoła głowy), pokiwał głową i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Przybili stempelek wyjazdowy, ale śmiał się tak jeszcze długo. Jeszcze długo i daleko za budynkiem kontroli paszportowej słyszałam ten śmiech.

2
No a to był przecież dopiero początek. O drodze Bangkok – Siam Raep krążą straszne historie. A to o oszukańczych biurach podróży organizujących przejazd, a to o przysłowiowym łapówkarstwie khmerskich pograniczników czarczujących pod byle pozorem na całkiem wysokie sumy, a to o zdzierczych prowizjach pobieranych za pomoc w wyrobieniu wizy na granicy, a to w końcu o zatrzymywani się na posiłki w przeraźliwie drogich punktach oraz zwlekaniu z dojazdem do celu podróży, by po zmroku wysadzeni na peryferiach Siam Raep turyści tym łatwiej dali się zwieść miejscowym tuk – tukowcom. Wszystko to prawda. Jak również to, że podróżnik z jako takim otrzaskaniem bez kłopotu i jakiegokolwiek zdenerwowania ze wszystkim sobie poradzi. Wystarczy dobrze wybrać biuro, które nie porzuci Cię na granicy (najlepiej sprawdzić wcześniej wykupując jakąś imprezę), pogranicznikom wystarczy powiedzieć, że się nie ma pieniędzy, albo zapytać o potwierdzenie (można tez zaproponować drobniejsza sumę i wtedy bywa, że uniosą się honorem i powiedzą, ze jak tak, to niech już będzie bez tej opłaty – tak było w naszym przypadku), pośrednikom wystarczy odmówić (chociaż jadący z nami Australijczyk nijak nie mógł pojąć, że wizę kupiliśmy sami, bo on zapłacił dwa razy więcej jakiemuś facetowi, który zresztą zniknął z jego paszportem i facet o mało nie pobił wszystkich którzy mu się nawinęli, a wielki i silny był z niego facet), na postojach wystarczy poszukać innej knajpki w okolicy – zazwyczaj jest ich nawet kilka, albo kobiet sprzedających jedzenie obnośnie, zaś na tuktukowców sposobów jest mnóstwo. I jeden lepszy od drugiego. My zaczekaliśmy aż się tłum rozmyje i dopiero wtedy zaczęliśmy negocjacje z chłopakiem który od początku nas wybrał jako cel ataku. W końcu uśmiechnęłam się do niego, zaproponowałam mniej niż połowę jego ceny a gdy zaprotestował dodałam słodko: Widzisz tu jeszcze jakichś turystów? Albo zarobisz trochę na nas, albo nie zarobisz nic. Jak widzisz my jesteśmy gotowi by iść piechotą – i zademonstwowałam latarkę. Natychmiast z szerokim uśmiechem zaprosił nas do swojego tuktuka. Zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy, pokazując wprawdzie po drodze coś co sam, polecał, ale trzeba przyznać, że miejsce było uczciwe. Gdy się na nie nie zdecydowaliśmy, ale chcieliśmy zapłacić, bo byliśmy w rejonie który nas interesował, przyjął pieniądze, ale przeprosił, że musi nas odstawić do hotelu i podać szefowi nazwę, bo jak nie to będzie miał kłopoty. I tak znaleźliśmy się w Królestwie Kambodży. Państwie o klimacie skansenowym na pograniczu Birmy i Nepalu, gdzie żądzą zupełnie inne zasady. I które zaskoczyło mnie tym, że… mnie oczarowało jak mało które! Ale to już opowieść na następne dni.

niedziela, 13 marca 2011


25 lutego, piątek
Jesteśmy znowu w Bangkoku. Autobus zatrzymuje się na dworcu południowym, choć obiecywali centrum. Ale już przywykłam. Znalezienie właściwego autobusu komunikacji miejskiej przed świtem nie jest już problemem. W dzielnicy turystycznej jesteśmy przed otwarciem czegokolwiek. I co? I w naszym ulubionym hoteliku maja dokładnie jeden pokój i dokładnie w naszym standardzie. Zostawiamy więc bagaże, sprawdzamy co trzeba na necie i jedziemy do ambasady Wietnamu. Odebranie wizy bez zastrzeżeń. Ale kończą nam się zdjęcia do wiz a tu akurat otworzyli punkt z niezłymi cenami. Płacimy więc za 16 fotek i czekamy. Przychodzi facet a aparatem słabszym od mojego, karze usiąść na tle białej ściany. Dziwne, ale niczego nie ustawia. Przecież to mają być takie zdjęcia jak do paszportu, z białym tłem i duża twarzą. Nie pyta czy nam pasują, tylko drukuje. Prosimy, żeby pokazał i… o nie! Tło jest szaro-bure, twarz mała i na każdym kolejnym zdjęciu jesteśmy coraz bardziej z boku. Tłumaczymy dlaczego te zdjęcia są nie do przyjęcia a on się wścieka – zapłaćcie za ta połowę i sobie idźcie! Nie, no tego się nie spodziewałam! Zapomniałam, że ambasada to nie kawałek Tajlandii, w której generalnie jest uczciwie. Straciłam czujność! No więc zaczyna się tłumaczenie, negocjowanie. Mnie już nerwy puszczając, więc Łukasz każe mi usiąść i sam rozmawia z urzędnikami. Sytuacja przybiera niespodziewany obrót. Krzyczą na nas, że to zdjęcia tylko do wizy wietnamskiej i tu je akceptują. Ale na sowa, ze w takim razie po co komu 16 zdjęć milkną. I wtedy przychodzi konsul (czy jakiś jego zastępca), pyta o paszporty. Łukasz mówi, tak mam paszport.
- Daj!
- Mam, nie dam.
- Wiza?
- Mam.
Milczenie.
No to ładnie się narobiło. Spiszą nasze dane (maja zdjęcia z aplikacji), nie wpuszczą do Wietnamu. Mają takie parszywe prawo nie wpuścić bez podania powodu. Zaskoczeni odbieramy nasze pieniądze i w kiepskich nastrojach wychodzimy na ulicę.
A może trzeba było wziąć te fotki dla świętego spokoju? No trudno, już za późno.
Dla poprawy humorów odwiedzamy najbliższy bazar – jedzenie, słodycze, kawa i jakieś drobne zakupy zdecydowanie poprawiają nam nastroje.



No to jedziemy do głównej atrakcji dzisiejszego dnia. Muzeum Patologii i Chorób. Właściwie jest to sześć połączonych muzeów, zajmujących całe piętro nowoczesnego szpitala. Niestety nie można w środku robić zdjęć. A byłoby co fotografować!!! Jest wystawa pokazująca jakimi pasożytami można się zarazić w jakim jedzeniu –i zdjęcia oraz modele, pokazujące skutki. Są tez olbrzymie, podświetlone powiększenia różnych bakterii i pasożytów– wyglądają okropnie! Moja „ulubiona” lambria prezentuje się interesująco, ale nie mam ochoty na więcej spotkań bliższego stopnia. Wystarczy mi oglądanie jej w muzeum. Jest wystawa poświęcona skutkom tsunami, jest kardiologiczna z komorą, w której można było kiedyś zmierzyć ciśnienie. I z wypreparowanymi sercami. No i jest olbrzymia część – kilka sal – z wypreparowanymi narządami ofiar wypadków, morderstw, zawałów itp. wraz z dokładnymi opisami. Były to chyba dowody w różnych sprawach. Niektóre są bardzo stare i już mętne, inne nowiutkie, jeszcze bez opisów. Towarzyszą im często zdjęcia z miejsca zbrodni, z wizji lokalnych. Dalej znajdują się zdeformowane płody ludzkie, np. zrośnięte główkami. Najczęściej maleństwa z pierwszego trymestru, ale jest też dziecko z ósmego miesiąca – ofiara wypadku. Dokonano aborcji by matka przeżyła. Są też dzieci, które nie przeżyły pierwszych tygodni. Z ogonkami. Z jednym tylko okiem. Z wodogłowiem. Niektóre wydają się być ilustracjami greckich mitów o cyklopach, czy opowieści o wampirach.
Resztę dnia spędzamy na niespiesznych spacerach wzdłuż rzeki, kupowaniu biletów, planowaniu dalszej podróży. I na objadaniu się lokalnymi smakołykami. Moje ukochane „zupki wszystkich smaków”! i desery, o których nie wiadomo czym do końca są…