skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2011

5 kwietnia, wtorek


Niemal nie spałam tej nocy z powodu komarów. Zastosowaliśmy kremy przeciwko owadom latającym z DETem, elektrycznego „zabójcę” i spiralę zapachową (taki lokalny wymysł, niesamowicie skuteczny, nawet na otwartej przestrzeni). Niestety nic nie pomagało. Najpierw budziłam się z bólu (jakoś wyjątkowo złośliwe te komary się zrobiły), a potem (czyli od pierwszej w nocy) już wcale spać nie mogłam. Plus taki, że w końcu zrezygnowałam ze spania i uzupełniłam nieco pamiętnik (i bloga).

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie świątyń. Chiang Mai to miasto trzystu świątyń, a my pomimo, ze tu mieszkaliśmy nie zwiedzaliśmy ich jakoś specjalnie. Uparłam się, że bez zobaczenia przynajmniej dwóch z tych trzech najważniejszych nie wyjadę. Zjedliśmy więc zupkę tom yam z owocami morza na ostro z ryżem i zaczęliśmy zwiedzanie.


Chiang Mai jest ważnym centrum kulturalnym i religijnym, słynie z przyjemnej atmosfery i pięknej scenerii. Miasto obfituje w świątynie, muzea, bazary, knajpki, restauracje i wiele innych atrakcji. Jedną z największych atrakcji Chiang Mai są liczne świątynie, jest ich ponad 300, a wiele zasługuje na miano najpiękniejszych w kraju, szczególnie Wat Phra Singh, Wat Phrathat Doi Suthep, czy Wat Chedi Luang.
Wat Phra Singh wzniesiony został w 1345 roku przez króla Pha Yoo, dla uczczenia jego ojca – Khama Fu.
Bezcennym skarbem świątyni są manuskrypty zapisane na liściach palmowych oraz teksty i scenki rodzajowe pokrywające jej ściany. Na malowidłach są uwiecznione sceny z życia codziennego XIV-wiecznych Tajów, ich dawne obyczaje i stroje. W świątyni tej przechowywane są także niezwykle cenne wizerunki Oświeconego np. Phra Phutthasihing Buddha z XIV w.


Wat Chiang Man to najstarsza ze wszystkich świątyń miasta, wzniesiona w 1296 r.Na mnie nie zrobiła absolutnie żadnego wrażenia. Stoi w miejscu, gdzie niegdyś mieszkał król Mengrai (założyciel miasta), zanim jeszcze powstało miasto. Lokalnym skarbem przechowywanym w tej świątyni są figurki Buddy, kamienna – Phra Sila Khao i wykonana z kryształu – Phra Setangamani (podobno posiada ona moc wywoływania deszczu). Ten kompleks świątynny słynie ze swej doskonale zachowanej chedi, wzniesionej na czworokątnej podstawie, dźwiganej przez 17 stiukowych słoni.


Świątynia Wat Chedi Luang określana bywa mianem „Filaru Miasta”, ponieważ znajduje się dokładnie w jego centrum, przy Prapokklao Road. Najbardziej charakterystyczną budowlą tego zespołu świątynnego jest masywna, kwadratowa chedi.
Tajowie wierzą, że we wnętrzu świątyni Wat Chedi Luang przebywa duch znany jako Prueksa Thevada, który strzeże miasta od wojen i zamieszek, a także dba o to, by deszcz spadł w porę. W związku z tym duch-strażnik cieszy się wielkim szacunkiem rolników. Podobno przechowywano tu także posąg Szmaragdowego Buddy (dziś znajduje się w Bangkoku)



Nie zdążyliśmy tylko pojechać do Wat Phrathat Doi Suthep przez niektórych uważanej za symbol i jedną z najwspanialszych świątyń Chiang Mai. Ta świątynia położona jest poza centrum, na wzgórzu. Podobno rozciąga się stamtąd wspaniały widok na panoramę stolicy prowincji.
4 kwietnia, poniedziałek


Jutro lecimy do Singapuru, który jest legendarnie drogim państwem, więc dziś jest ostatni dzień na załatwienie spraw zdrowotnych. Zresztą Tajlandia słynie ze swojej opieki zdrowotnej na wysokim poziomie za niskie pieniądze. Czytałam, że w sytuacji gdy ktoś w Azji potrzebuje operacji lub szybkiej pomocy lekarskiej, ubezpieczyciele przewożą najchętniej właśnie tutaj. No więc wzięłam moja listę symptomów i poszłam do znanego mi już szpitala. Miałam już swoją kartę z kodem paskowym i można powiedzieć, ze po kilku wizytach byłam już stałym klientem  Zaskoczeniem dla mnie były tym razem tłumy oczekujących. Jednak białych turystów obsługiwano chyba poza kolejnością, bo już po chwili byłam w gabinecie mierzenia objawów życia.
Gdy pielęgniarka zapytała z czym przyszłam, podałam moją listę. Trochę się zdziwiła, ale co tam. Czekała mnie jeszcze rozmowa z lekarzem. O dziwo wystarczyło mi znajomości angielskiego hihihi zarówno na opisanie objawów, jak i na badania i omówienie testów do wykonania. No więc znowu kompletne badania, godzina oczekiwania na wyniki i… nic!
Okazało się, że jestem zupełnie zdrowa. Co oczywiście bardzo mnie uszczęśliwiło, jeszcze bardziej jednak zaskoczyło. Przez ostatnie dni czułam się fatalnie, byłam pewna, że znowu mam jakiegoś lokatora, znaczy pasożyta. Często i mocno bolały mnie różne części mojego ciała. Stwierdziłam u siebie nawet zmiany osobowości. A okazało się, że jedyne, co można zdiagnozować medycznie to… niestrawność! Lekarz dokładnie omówił ze mną moja dietę, wyjaśnił wpływ azjatyckiego jedzenia, szczególnie warzyw, na mój organizm i zalecił więcej europejskiego jedzenia.


Dało mi to do myślenia. Jeżdżę sobie już dziesiąty miesiąc, jem lokalnie i generalnie dobrze to znoszę. Może jednak nasze europejskie organizmy są zaprogramowane inaczej niż tutejsze. Chociaż w Indiach to lokalni mieli ogromne problemy w toalecie. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że należy jeść tam gdzie miejscowi. Ale to nie takie proste. Jeśli miejscowi są biedni, to jedzą tam gdzie jest tanio, niezależnie od tego czy jest czysto i zdrowo. Potem mają spore problemy gastryczne, ale nie maja innego wyjścia jak jeść tanio. Z drogiej strony jedzenie w drogich restauracjach nie gwarantuje niczego, bo kuchnie są niedostępne oczom klientów. W tych ulicznych przynajmniej widać, czy kucharz myje ręce.


Menu? Taki ryż na przykład wydaje się dobry na wszystko. Ale ile można go jeść i w jakich kombinacjach? Nieznane naszej kuchni warzywa sprawiają, że stolec przybiera wszelkie znane w przyrodzie barwy, że o kształtach nie wspomnę. Mogłabym teraz prowadzić wykłady z tej materii.



Po obiedzie szukam stomatologa. Jest z tym mały kłopot, bo w Tajlandii nie funkcjonuje państwowa opieka stomatologiczna, zaś prywatne gabinety nie tylko są, co oczywiste, drogie. Specjaliści przyjmują wieczorami. Nie mogę wiec znaleźć nikogo, kto zająłby się mną „od ręki”. W jednym z gabinetów przyjmuje młoda pani doktor, ale gdy siadam na fotelu stwierdza, że jeden ząb należy leczyć kanałowo, co w ogóle nie wchodzi w grę w tym miejscu, a drugi – cóż, dziura jest za duża i ona nie podejmie się rekonstrukcji. Kiedy niby ona się zrobiła taka duża?! Próbuję jeszcze w kilku miejscach, ale wszyscy są zbyt odpowiedzialni, by podjąć czegoś, do czego nie maja kompetencji. Nie to co u nas. W końcu starszy doświadczony stomatolog ogląda mojego zęba i stwierdza, że nie trzeba jednej wielkiej plomby (czyli specjalistycznego leczenia podobnego do robienia koronki), bo wystarczy zrobić trzy małe plomby dookoła. Skoro tak, siadam na fotel. Po zastrzyku znieczulającym, trzech kwadransach borowania z chustką operacyjna na twarzy i odsysaczem w ustach, mam nowe plomby i ząb nie boli. Wprawdzie powoli odrętwienie puszcza, ale wierzę, że będę mogła nurkować.
3 kwietnia, niedziela
Nie ma o czym pisać. Źle się czułam i cały dzień spędziłam w łóżku. Jutro pójdę do stomatologa z bolącym zębem i do lekarza. Zrobiłam sobie listę objawów. Wyszła mi cała strona sporego notatnika. Korzystając z wi-fi w pokoju przetłumaczyłam sobie to na angielski i przygotowuję się do wizyty.
*Pisze z dwutygodniowym opóźnieniem, więc nie martwcie się o mnie. Następnego dnia wykonano wszelkie możliwe badania i okazało się, ze wszystko jest w porządku. Teraz mam nadzieję, że mój ubezpieczyciel zwróci mi poniesione koszty.

środa, 13 kwietnia 2011

2 kwietnia, sobota

Jak to w sobotę, najciekawszy jest wieczór. A tej soboty pierwszy raz zobaczyłam walki Muay Thai na żywo. Wcześniej widziałam (i nagrywałam) sparingi, więc miałam pewne wyobrażenie. A na walce nie byłam, bo przy poprzedniej bytności w Chiang Mai byłam zbyt chora, zaś w Bangkoku walki na Lumpini Stadion okazały się zbyt drogie.
Atmosfera. To najważniejsze. Korytarz prowadzący do sali głównej wymalowany w sceny walk. Niezłe. Mijam Tajów krzyczących, nawołujących na walkę. Robi się gorąco. Mamy rezerwację, wiec spokojnie zajmujemy miejsca. Gra muzyka, wokół ringu stoliki a za nimi bary. Konkurujące o klientów. Uprzejme Tajki uwijają się między gośćmi zachęcając do zakupu drinków. Cholernie drogich drinków. Nawet Anglicy siedzą przy małym piwie. Bo na razie większość widowni stanowią biali turyści. A więc trafiliśmy w miejsce dość turystyczne. Tajowie z klubów przychodzą tylko na walki swoich zawodników albo na te walki, po których spodziewają się szczególnych emocji. Bilety są dość drogie niestety. Dziś w programie osiem walk plus jakaś specjalna – zobaczymy co za niespodziankę szykują. Dochodzi 21:30 – światła zaczynają migać i z głośników słychać szlagiem „We are the champions”. Za nami pijana Tajka w wieku dojrzałym, towarzysząca Białasom, głośno pokrzykuje.

Pierwsze walki to zawsze starcia początkujących. Ależ to jeszcze dzieci! Chłopcy z okolicy, tak drobni, że chciałoby się powiedzieć, iż powinni spać już o tej porze, zgodnie z klubowymi rytuałami, tańczą (w znaczeniu tańca rytualnego, ale nie jestem specjalistą, wiec nie jestem pewna czy ten czasownik oddaje istotę zjawiska) przed walką i kłaniają się w narożnikach na cztery strony świata. Widać, że bardzo poważnie do tego podchodzą. Wiedzą, że reprezentują swoja szkołę. I że ich zachowanie jest wyrazem szacunku do przeciwnika. Patrzą na nich rodzina i przyjaciele. Pierwsza walka to bardzo ważna chwila w ich życiu. Podobnie zachowują się dziewczynki. Właściwie są tak młode, że jeszcze nie widać, że to dziewczynki. Jest to napisane na ulotce ze zdjęciami. Walczą kiepsko, szczególnie dziewczynki są źle dobrane. Za duża między nimi różnica wagi i w końcu (takie jest moje wrażenie) ta większa, niezależnie od umiejętności, musi wygrać. Zapewne brakuje dziewcząt do walk, a to zawsze atrakcja dla turystów.


Kończą się starcia początkujących i przychodzi czas na walkę specjalną. Ciekawa sprawa. Na ring wychodzi dwóch, jak na warunki fighterów, starszawych, mocno wytatuowanych i umięśnionych, mężczyzn. Nie mają rękawic – w Tajlandii walki na gołe pięści są zabronione (organizuje się je jeszcze w Birmie, ale nawet tam nie udało nam się ich zobaczyć). Wykonują przepiękne tańce rytualne, demonstrując swoją siłę i sprawność. Dochodzę do wniosku, że są za starzy, żeby walczyć – i rzeczywiście, ich „walka” to pokaz. Przypomina to wrestling. Tyle, że w tajskim wydaniu. Pokazują najciekawsze możliwych kopnięć. Latają w powietrzu jak na filmach, markują ciosy i upadki. Wbrew pozorom naprawdę warto było to obejrzeć.
Teraz czas na walki dorosłych. Najpierw dziewczęta. Na ring wychodzi błękitnooka blond modelka - wysoka i szczupła. Następnego dnia spotkam ja na markecie – dziewczyneczka nastoletnia, subtelna i delikatna. Ale teraz w stroju do Muay Thai, nasmarowana oliwką (żeby ciosy się ześlizgiwały) błyszczy w świetle neonów jak gwiazda. Niestety jej rywalka okazuje się być Tajka o jakieś 7 kilo lżejsza i kilkanaście centymetrów niższa. Natknęłam się na nią przed chwila w toalecie. Wyglądała na mocno odurzoną – to po pierwsze, i wcale nie wyglądała na dziewczynę – to drugie. Walka okazuje się żałosnym spektaklem, w którym ustawiono małych zawodników lokalnych, żeby biali po miesiącu treningów mogli się chwalić, że wygrali walkę na stadionie. Tak jak było z naszym kolegą z Kanady, który po dwóch tygodniach treningów walczył na Koh Phangan. I wygrał przez nokaut. Potem następną walkę. I nikt mu nie powiedział, że bicie w tył głowy jak na ulicy jest tu ciosem nie fair. Biała lalunia kopie swoją mniejsza rywalkę tylko w pierwszej rundzie. Szybko uderza w kość i boli ją piszczel. Po kilku rundach bezładnego okładania się sędzia uznaje jej zwycięstwo.


Tajowie na widowni zachęcają do stawiania zakładów na pieniądze. Sumy nie za wielkie, ale jakoś nie ma zbyt wielu chętnych. Szukają wsparcia u Tajek, towarzyszącym turystom siedzącym w lożach Lipowskich, ale niewiele zyskują dzisiejszego wieczora.
Czas na walkę wieczoru. Ogromny, wydzierany biały zawodnik (tatuaże świadczą, że to Ne jego pierwszy sezon w Tajlandii, albo jest tu kilka miesięcy) i jego o głowę niższy przeciwnik z Chiang Mai. Biały wykonuje rytualny taniec przepisowo, ale bez zaangażowania. Taj rusza się z gracją, zyskuje sympatie widowni i na jego twarzy pojawia się grymas… ironii bodajże. Zapowiada się ciekawie. Ale oto w narożniku (po zewnętrznej stronie) staje dziewczyna z aparatem i zaczyna nagrywać starcie. Myślałam, że zasada „żadnych kobiet na ringu” jest powszechnie obowiązująca. Niestety zabrakło tu profesjonalizmu. Wydaje się, że to kolejna ustawiona walka, ale po kilku starciach biały zaczyna dostawać łomot. Taj uśmiecha się pod nosem. Widać, że ma duże doświadczenie. Wie, że jeśli olbrzym nie pokona go w pierwszej rundzie, zabraknie mu siły. Tak, ten klimat jest zabójczy dla nas, białasów. Widownia wrzeszczy z uciechy, dopinguje go jak rzymskiego gladiatora, ulubieńca tłumów. Biały opada z sił, nie broni się już nawet. Jego dziewczyna jest załamana. Najpierw wygląda jakby chciała wskoczyć na ring, żeby go obronić przed nieustępliwymi ciosami przeciwnika. Potem zaczyna być wściekła i wrzeszczy do niego „fight, fight!!!” Ale to już mu nie pomoże. Przegrał. Zatacza się, nie trzyma gardy. Przeciwnik bawi się nim jak kot myszą. Gdy żądza tłumu zostaje zaspokojona podskakuje i uderza łokciem z góry. Biały pada. Sędzią rozstrzyga na korzyć Taja. I wtedy okazuje się, że biały krwawi. Taj podbiega, przeprasza, klęka i chwyta go pokornie za kolana. Wstrząsające widowisko. Co za honor! Pozostaje pod wielkim wrażeniem tego chłopaka. A przegrany? Ktoś sprowadza go z ringu, ale jakoś za bardzo nie ma się nim kto zająć. Nagranie walki? Chyba jednak nie pojawi się jutro na facebooku.
1 kwietnia, piątek
PRIMA A PRILIS
Mieliśmy dziś zaprezentować żart primaaprilisowy autorstwa Łukasza, ale okazało się, że czasu nam zabrakło. Może innym razem, wiec nie zdradzę o co chodziło.
Przypomniało mi się za to, że zapomniałam napisać, iż z fajnych rzeczy to w Ha Noi jedliśmy zupę z węży morskich. Bardzo smaczna zupka. A węże są takie malutkie. Na każdym bazarze je mają. Żywe. W miskach. Wija się pięknie. Tak mienią się różnymi kolorami w wodzie. Ale w realu to chyba nie chciałabym ich spotkać. Wolę je w zupie… jednak.

No więc czym byłam taka zajęta pierwszego dnia kwietnia? Pakowaniem paczki. Bardzo starałam się być twarda i niczego nie kupować. Ale to nie takie proste! Właściwie to całkiem trudne, a zaryzykuję stwierdzenie, że nawet niemożliwe, bo w Azji mnóstwo jest pięknych rzeczy. Pięknych, ujmujących, oryginalnych i… tanich. A to idealny prezent dla kogoś znalazłam, a to ktoś mnie o coś poprosił. A to zachowałam sobie bilety wstępu, by były śliczne, a to mała dziewczynka wyprosiła, żeby kupić od niej pocztówki. Dużo takich małych umorusanych dziewczynek na mojej trasie miało zestawy widokówek ze swoich krajów. A to uszyłam sobie garnitur, a przecież nie będę go woziła ze sobą, bo w klimacie tropikalnym niewiele jest okazji, by go założyć. A to część ubrań i sprzętu przestała być użyteczna w tej części podróży. Przez dwa miesiące grzecznie przeczekały u znajomego z CouchSurfingu, ale czas nadszedł, by cos z nimi zrobić. Były tam jeszcze zakupy z Nepalu i Indii…

A to wreszcie uznałam, że czas wysłać zapasową kopię zdjęć do domu. Po kilku godzinach byłam gotowa. Zapakowałam wszystko do wielkiego plecaka – ten też postanowiłam odesłać, by podróżować tylko z małym, 45 litrowym maksymalnie. I poczłapałam na pocztę.
Wcześniej dokładnie sprawdziłam najpierw na mapie, a potem w rzeczywistości, gdzie się znajduje, żeby z tym plecorem w upale po mieście nie błądzić. Więc Ta część poszła gładko. Znaczy szybko. Ale sama poczta… Cóż poczta tajska, z natury pełna jest pracujących w niej Tajów. A życiu każdego białego turysty czy podróżnika przychodzi taki moment, że Tajowie zaczynają go po prostu najnormalniej w świecie wkurzać. Swoim brakiem rozkminy. Swoim brakiem znajomości angielskiego. Swoim brakiem znajomości tajskich przepisów. I w ogóle swoim tajskim istnieniem. Jak mówiła Agatka - wtedy należy się z Tajlandii ewakuować! O Jezusie i Maryjo! Nie myślałam, że dożyję tej chwili!!! A jednak. Jakiś menadżer od siedmiu boleści twierdzący, że mogę wysłać 30 kg, a ja wiem, że limit to 15. jakiś chłopak, który przyniósł mi wszystkie możliwe wielkości pudełek, tylko nie takie, które pasowałoby na mój plecak. Nareszcie, kiedy poznałam już wszystkich pracowników poczty, mogę postawić paczkę na wadze. I co? I mam 380 gramów za dużo! No to otwieram wszystko i grzebie, co by tu odrzucić. Kiedy już, z krwawiącym sercem, odkładam kilka rzeczy – dostaję właściwe pudełko. Jest mniejsze, więc lżejsze. Więc znowu dokładam po kolei moje drobiazgi – mieszczą się prawie wszystkie! No to zostało jeszcze tylko wypełnić formularze, opisać paczkę, opłacić (niezbędna dodatkowa wizyta w bankomacie bo „Cash only” rządzi!) i poszło!


Słaniając się ze zmęczenia dotarliśmy do bufetu sushi. Ale nie mam siły opisywać dokładnie jak to działa. Następnym razem nakręcę filmik. Zapisze tylko, ze to był jedyny posiłek tego dnia, wystarczył mi na następne 24 godziny a po nim nie miałam już siły na żadną aktywność. Nawet film na dobranoc był głupkowaty, bo na rozmyślania też nie miałam siły.

sobota, 9 kwietnia 2011

31 marca
Dziś jedziemy do Chiang Mai. Miasto Chiang Mai jest klejnotem północnej Tajlandii. Słynie z rzemieślniczej zręczności mieszkańców, którzy tworzą piękne wyroby z drzewa, srebra i jedwabiu. Ale tez np. z mydła. Znajduje się tutaj ponad 300 zachowanych świątyń, które powstały w okresie XII-XVI wieku.

piątek, 8 kwietnia 2011


30 marca, środa


Budzimy się w Chiang Rai w doskonałych humorach, jesteśmy w Złotym Trójkącie i wybieramy się na wycieczkę skuterem. Bo w Tajlandii można wypożyczyć skuter nie zostawiając paszportu :D

I nie trzeba mieć prawa jazdy (na skutery w ogóle nie trzeba, a na motory nie obowiązuje wówczas po prostu ubezpieczenie). Są nawet takie mini skuterki dla mnie.
Ale na razie pożyczamy skuter z automatyczna skrzynia biegów i szalejemy od rana do nocy. Najpierw dzielimy się obowiązkami – Łukasz jest kierowca a ja mu przypominam, że jeździ się po lewej stronie drogi. Jestem też lusterkami i nawigacją.
Potem ruszamy na poszukiwania stacji benzynowej. Na początku kiepsko nam z tym idzie (pytani ludzie mylą chyba „gas stadion” z „bus stadion”, bo kierują nas wszyscy na dworzec autobusowy a tam nijak żadnego paliwa znaleźć nie możemy, ale po chwili wszystko wraca do normy.
Jedziemy na północ. Około 20 km od Chiang Rai znajduje się… no właśnie! Jak to nazwać?! To „coś”. Może najpierw opowiem jakie to jest i dlaczego, a potem zajmiemy się nazewnictwem. No więc jest kilka mniejszości etnicznych, w tym najsłynniejsze Plemię Karen, znane jako Długoszyje, które zamieszkuje Mianmar (Birma)i północ Tajlandii. Tradycyjnie zamieszkiwało i nadal zamieszkuje, ale mniej już tradycyjnie. Bo oto rzeczywistością jest fakt powstawania wiosek - zoo, które budowane są, a następnie zasiedlane sprowadzanymi z Mianmaru dziewczynami. Kwestią sporną jest, czy dziewczyny uciekły z Birmy, czy zostały uprowadzone. Następnie cale ich życie, ich prywatność, wystawiane są na sprzedaż (za cenę biletu). I ponownie pojawia się spór: chcą tak żyć czy są do tego zmuszane?
No bo z jednej strony dzięki tym obręczom kobiety, choć w dzisiejszym rozumieniu niekoniecznie realizujące ideał Piękna, widnieją na większości pocztówek, są najbardziej znanymi twarzami w tej części Azji a kamery i migawki aparatów fotograficznych towarzyszą im codziennie, przy każdej niemal czynności.
Wydawało się, iż dawny zwyczaj wydłużania szyi zaniknie, lecz dzięki turystom stał się… no właśnie: formą podtrzymywania tradycji, czy możliwością zarobku? Bo przecież tutejsze kobiety nie muszą ciężko pracować w polu jak ich sąsiadki, wystarczy że siedzą na progach chat i pozują do zdjęć uszczęśliwionym turystom. W Birmie ewidentnie są do tego zmuszane przez juntę wojskową. A w Tajlandii? Połowa dochodu z opłat za odwiedzenie wioski należy do nich. Co więcej, na azjatyckim rynku matrymonialnym cena panny młodej o szyi zdobionej pierścieniami znacznie wzrosła. Taka żona świadczy o zamożności mężczyzny, który ją poślubił, gdyż musiał wpłacić rodzicom swej wybranki sporą zapłatę.
Z drugiej strony choć do wiosek (jest ich już kilka) co dzień przybywają turyści, to kobiety z Birmy wciąż nie nauczyły się ani angielskiego, ani tajskiego. Są przekonane, że wrócą do siebie, do domu. Jednakże rządzona przez wojskową dyktaturę Birma to nie najlepsze miejsce do życia. Utworzono tam między innymi specjalną wioskę mniejszości narodowych, do której przymusowo przesiedlono ludzi. Trzymani pod strażą są pokazywani turystom niczym okazy w zoo. Słyszałam też, że koło jeziora Inle są trzymane pod strażą trzy kobiety. Turysta Kobiety odgrywają upokarzający spektakl, którego sensu większość turystów nie pojmuje. Dlatego, choć planowaliśmy odwiedzić kobiety w ich wiosce w Birmie, zrezygnowaliśmy. Nasz przewodnik którym pisałam, wyjaśnił nam jak to wygląda naprawdę i nie chcieliśmy wspierać junty.
A w Tajlandii? Tutaj połowa dochodu z turystyki oraz wszystko co kobiety zarobią na sprzedaży pamiątek należy do nich. Spotkałam się także z informacją, iż zdarza się, że jeśli uciekinierki nie trafią pod opiekę tajskiego rządu są porywane przez „przedsiębiorców turystycznych”, którzy następnie pokazują długoszyje kobiety niczym na średniowiecznym jarmarku. Podobno sprawą interesuje się Amnesty International. No więc ze wszystkich powyższych możliwości wybrałam zakup (nietaniego) biletu i spacer po wioskach mniejszości. Przyznaję, że nic nie kupiłam, ale tez nie byłam zbyt natarczywa w robieniu zdjęć. Najbardziej rozczuliła mnie sytuacja, gdyż dzieci w szkole (trudno to sobie wyobrazić, że w wiosce jest szkoła bez ścian i można zobaczyć lekcję) chórem zapytały mnie skąd jestem.
Odpowiadając pokazałam im ulotkę o Przemyślu (tak! Nadal dźwigam te cholerne ulotki i przy każdej odprawie na samolot obawiam się, że każą mi płacić za nadbagaż) a one z zachwytem oglądały obrazki i słuchały jak się mieszka w Europie. Nauczycielka wskazała palcem zdjęcie zakonu karmelitańskiego i zaczęła krzyczeć: ”TV, TV!”. Myslę, że mają podobny budynek w jakimś serialu. Al. dzieciaki natychmiast zaczęły się uśmiechać z zachwytem a nauczycielka jeszcze długo po moim wyjściu studiowała tę ulotkę.
W sali lekcyjnej zwróciłam uwagę na to, że kilka dziewczynek miało założone obręcze na szyje. Pierwsze mosiężne pierścienie dziewczynka otrzymuje kiedy ukończy pięć lat. Dziewczynka przez pierwszych kilka lat nosi niewielką liczbę obręczy, a gdy osiągnie 10 - 12 lat może wybrać, czy decyduje się na włożenie kolejnych kręgów, czy chce zrezygnować z tradycji. Większość się decyduje. W końcu tak samo wyglądają ich matki. Kiedy się z nimi rozmawia twierdzą, że to ich tradycja i chcą ją kultywować.


Nie wiadomo skąd wziął się zwyczaj zakładania obręczy. Tu powtórzę za kilkoma artykułami w Internecie, że zdaniem jednych pochodzi on z czasów, gdy wokół wiosek kręciły się tygrysy atakujące swe ofiary najczęściej od razu za szyje. Grube metalowe obręcze miały uchronić przed kłami drapieżnika. Według innych podań pierścienie miały zapewnić małżonkowi dochowanie wiary przez żonę. W przypadku zdrady zdejmowano je z szyi, która pod ciężarem głowy ulegała złamaniu. Do dziś gdy dla potrzeb naukowców któraś z kobiet Padaung musi zdjąć obręcze, naraża ją to na śmiertelne niebezpieczeństwo skręcenia karku. Przez wiele lat o ich szyjach krążyły najbardziej fantastyczne legendy, niektóre z nich wręcz mówiły, iż kobiety z tego plemienia mają więcej kręgów szyjnych. Dopiero w ostatnich latach wykonano zdjęcia rentgenowskie, które wyjaśniły tą zagadkę. Nienaturalnie wydłużone szyje kobiety zawdzięczają nie tyle wydłużeniu kręgów szyjnych, co opuszczeniu pod ciężarem metalu kości obojczyka i żeber.


Czytając o Długoszyich znalazłam tez stwierdzenie, że mężczyźni przechodzą przez wioskę praktycznie niezauważani przez turystów. To prawda! Niemal ich nie zauważyłam i tylko przypadkiem znaleźli się na moich zdjęciach! Ostatecznie nie ma w nich nic niezwykłego. No, może tylko longyi - długi kawał materiału noszony zamiast spodni. Jednak w porównaniu z szyjami ich kobiet nie robi to wrażenia.

Zostawiamy pięć plemion przy ich sprawach i jedziemy dalej na północ. Jesteśmy na terenie Złotego Trójkąta. Złoty Trójkąt, obejmujący obszar około 200 000 km, znajduje się na terytorium trzech państw: Birmy, Laosu i Tajlandii. Region ten związany jest z handlem opium i heroiną (stąd przymiotnik "złoty"). Odmianę maku, z którego produkuje się opium zaczęto uprawiać na wspomnianym terenie w XIX wieku. Wtedy to m.in. na teren północnego Laosu sprowadziły się plemiona górskie z południowych Chin, gdzie narkotyk ten był ważnym artykułem handlowym. Produkcja opium w Laosie była kiedyś legalna i wspierana przez władze i różne tajne służby. Obecnie posiadanie i spożywanie opium jest karalne.
Całkowite wykorzenienie produkcji opium utrudnia brak środków finansowych, infrastruktury oraz warunki terenowe. Gęste lasy, rwące potoki górskie i niedostępne góry utrudniają to zadanie. Choć według wszelkich danych region ten nadal stanowi ważne źródło uprawy maku, to rządy Laosu i Tajlandii od wielu lat dokładają wszelkich starań, by plemiona górskie zamieszkujące te tereny uprawiały inne rośliny przynoszące dochód np. kawę czy herbatę. Dzięki tej polityce tereny uprawy maku z roku na rok się zmniejszają. Obecnie prym w regionie w handlu opium dzierży Mianma (Birma).
Złoty Trójkąt to nazwa, która niewiele mówi o konkretnych zabytkach, bardziej jest nazwą dla przestrzeni, atmosfery… jest to miejsce gdzie spotykają się trzy państwa – Laos, Tajlandia i Birma. Jako się rzekło słynęły one z produkcji i rozprowadzania opium na skalę światową. Do niedawna nawet turyści mogli spróbować opium, była to jedna z tutejszych atrakcji. Oficjalnie jest to już zabronione i nielegalne. Za posiadanie i przemycanie opium lub narkotyków jego pochodnych grożą wysokie kary, łącznie z karą śmierci.
Przy granicy z Birmą i Laosem znajdują się dwa muzea opowiadające opiumową historię. Zdecydowanie warte odwiedzenia jest „Hall of Opium” ( w „House of Opium” podobno nie znajduje się nic wyjątkowego, jest ono tańsze, ale mniejsze a wystawy są uboższe, za to jest nieco bliżej i świetnie oznakowane). Jest to jedno z niewielu miejsc w Azji, które wywarło na mnie takie wrażenie! Profesjonalne wystawy, dobrze dobrana muzyka i światła, projekcje, filmy…. Do tego dochodzą audiowizualizacje i ciekawe eksponaty. Niestety nie wolno robić zdjęć.
Muzeum powstało z inicjatywy króla (a właściwie jego matki), aby przedstawić ludziom historię opium nie tylko w Azji, ale na całym świecie oraz skutki zażywania narkotyków. Nastrój panujący w muzeum skłania do refleksji i przemyśleń. Na końcu jest nawet specjalna sala do refleksji. Zwiedzenie całego zajęło mi około dwóch godzin.

czwartek, 7 kwietnia 2011

29 marca, wtorek
Rankiem docieramy Chiang Kong. Obiecano nam, że potrzebujemy tylko złotówkę na przeprawę łodzią, ale oczywiście trzeba było dojechać z dworca do miasta… jak zawsze w Azji! No ale każdy krok przybliżał nas do ukochanej Tajlandii…
Tym razem kraj Tajów prezentował się zupełnie inaczej. Nigdy nie zapomnę pierwszych chwil w Bangkoku w grudniu 2010 r., gdy ujrzał realizację wizji z „Piątego elementu’, czyli ruch uliczny prowadzony na kilku poziomach, mnóstwo neonów i rozmach z jakim zaprojektowano to miasto. Tutaj, w Chaing Kong, przywitał nas szeroki Mekong, a po drugiej stronie chatkowe niemal zabudowania urzędu celnego. Ale urzędnicy niezmiennie uprzejmi i sympatyczni, taksówkarze uczciwi i pomocni a komunikacja publiczna działa bez zarzutu! Uwielbiam ten kraj!!!


Jedziemy n kilka dni do Chiang Rai. Bardzo zależało mi, by odwiedzić te okolice i udało się wygospodarować dwa dni. Już pierwszego wieczora miasteczko zachwyca mnie kolorami, piękną wieżą zegarową która o określonych godzinach świeci wszystkimi kolorami tęczy, „tańczy” i „śpiewa”. I nocnym marketem – dla turystów. I nocnym targiem – z jedzeniem dla miejscowych.

środa, 16 marca 2011


8 lutego, poniedziałek
Trudno było ostatnim razem wjechać do Tajlandii (bo na lotnisku okazało się, że wizę on arrival wystawiają po pewnymi warunkami a jednym z nich jest posiadanie bilety wylotowego – o czym wcześniej nikt nas nie poinformował i którego oczywiście nie mieliśmy. Ale szybko znalazło się okienko dla VIPów, gdzie za „drobną opłatą administracyjną bez potwierdzenia” otrzymaliśmy niezbędny stempelek od ręki), więc trudno musiało być więc także z wyjazdem. I żeby Łukaszowej teorii stało się zadość. Ale to ja miałam kłopot, bo w moim całkiem nowym przecież jeszcze paszporcie, w którym już kończą się kartki i planuję wyrobienie tymczasowego zapewne w Hong Kongu, z powodu nadmiaru wiz ważny pan w pięknie dopasowanym mundurze nie znalazł mojej wizy tajskiej. „No visa” powtarzał. Odłożyłam więc wszystkie pakuneczki na jego stolik i sama zaczęłam jej szukać, powtarzając, że na pewno ja mam. Tylko jak ona wyglądała? Mamrotałam z lekka zakłopotana a pan serdecznie się uśmiechał do mnie z tym swoim „no wisa”. No ale wreszcie znalazłam! I pokazałam mu z dumą mała trójkątną pieczątkę z datą – 28 lutego. Pod kolekcją innych pieczątek w napisem „Thailand”. Pan wbił wzrok we wskazany przeze mnie trójkącik – uzyskany w okienku dla VIPów – przeczytał na głos datę, spojrzał na kalendarz i już zaczynał to swoje „no visa’ gdy wpadłam mu w słowo: No właśnie! Do dzisiaj! Zaskoczony poważny pan spojrzał na moją bezgranicznie paszczękę (Łukasz mówi, że uśmiech mi się zawinął dookoła głowy), pokiwał głową i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Przybili stempelek wyjazdowy, ale śmiał się tak jeszcze długo. Jeszcze długo i daleko za budynkiem kontroli paszportowej słyszałam ten śmiech.

2
No a to był przecież dopiero początek. O drodze Bangkok – Siam Raep krążą straszne historie. A to o oszukańczych biurach podróży organizujących przejazd, a to o przysłowiowym łapówkarstwie khmerskich pograniczników czarczujących pod byle pozorem na całkiem wysokie sumy, a to o zdzierczych prowizjach pobieranych za pomoc w wyrobieniu wizy na granicy, a to w końcu o zatrzymywani się na posiłki w przeraźliwie drogich punktach oraz zwlekaniu z dojazdem do celu podróży, by po zmroku wysadzeni na peryferiach Siam Raep turyści tym łatwiej dali się zwieść miejscowym tuk – tukowcom. Wszystko to prawda. Jak również to, że podróżnik z jako takim otrzaskaniem bez kłopotu i jakiegokolwiek zdenerwowania ze wszystkim sobie poradzi. Wystarczy dobrze wybrać biuro, które nie porzuci Cię na granicy (najlepiej sprawdzić wcześniej wykupując jakąś imprezę), pogranicznikom wystarczy powiedzieć, że się nie ma pieniędzy, albo zapytać o potwierdzenie (można tez zaproponować drobniejsza sumę i wtedy bywa, że uniosą się honorem i powiedzą, ze jak tak, to niech już będzie bez tej opłaty – tak było w naszym przypadku), pośrednikom wystarczy odmówić (chociaż jadący z nami Australijczyk nijak nie mógł pojąć, że wizę kupiliśmy sami, bo on zapłacił dwa razy więcej jakiemuś facetowi, który zresztą zniknął z jego paszportem i facet o mało nie pobił wszystkich którzy mu się nawinęli, a wielki i silny był z niego facet), na postojach wystarczy poszukać innej knajpki w okolicy – zazwyczaj jest ich nawet kilka, albo kobiet sprzedających jedzenie obnośnie, zaś na tuktukowców sposobów jest mnóstwo. I jeden lepszy od drugiego. My zaczekaliśmy aż się tłum rozmyje i dopiero wtedy zaczęliśmy negocjacje z chłopakiem który od początku nas wybrał jako cel ataku. W końcu uśmiechnęłam się do niego, zaproponowałam mniej niż połowę jego ceny a gdy zaprotestował dodałam słodko: Widzisz tu jeszcze jakichś turystów? Albo zarobisz trochę na nas, albo nie zarobisz nic. Jak widzisz my jesteśmy gotowi by iść piechotą – i zademonstwowałam latarkę. Natychmiast z szerokim uśmiechem zaprosił nas do swojego tuktuka. Zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy, pokazując wprawdzie po drodze coś co sam, polecał, ale trzeba przyznać, że miejsce było uczciwe. Gdy się na nie nie zdecydowaliśmy, ale chcieliśmy zapłacić, bo byliśmy w rejonie który nas interesował, przyjął pieniądze, ale przeprosił, że musi nas odstawić do hotelu i podać szefowi nazwę, bo jak nie to będzie miał kłopoty. I tak znaleźliśmy się w Królestwie Kambodży. Państwie o klimacie skansenowym na pograniczu Birmy i Nepalu, gdzie żądzą zupełnie inne zasady. I które zaskoczyło mnie tym, że… mnie oczarowało jak mało które! Ale to już opowieść na następne dni.

27 lutego, niedziela
Mieliśmy na dziś bilety do Siam Raep. Jutro kończy się nasza wiza tajska, a Lukas nie chce wyjeżdżać w ostatniej chwili, mając świadomość, że na granicy tajsko-kambodżańskiej dzieją się różne historie, a za pozostanie w Tajlandii dłużej niż na to pozwala wiza płaci się po 50 zł za dzień. Ja jednak uparłam się, że chcę zobaczyć Wielki Pałac Królewski (tajski: พระบรมมหาราชวัง, Phra Borom Maha Ratcha Wang), więc wbrew sobie poszedł wymienić bilety na poniedziałek a niedzielę przeznaczamy na zwiedzanie. Jakoś nie mieliśmy szczęścia do tego pałacu, bo wybieraliśmy się tam już kilka razy, ale zawsze cos nas powstrzymywało. Nawet nastawiony na wściekle wczesną godzinę budzik nie pomagał. Tym razem jest jednak inaczej. Płyniemy promem miejskim. Rzeka. Pełna barek, mniejszych i większych łodzi i promów. Nad nią wyrosło już kilka wysokich hoteli, ale na brzegach zobaczyć można także domy-rudery, składy, bazary i... przystań ozdobnych królewskich łodzi. Co kilkaset metrów są tu małe mola do których cumują w biegu długie jednostki "Chao Phraya Express". Nikt nie trudzi się przerzucaniem kładki czy trapu. Motorowa łódź podpływa, dobija burtą do mola. I teraz trzeba przeskoczyć na pokład... Pokład, który co chwilę niebezpiecznie się oddala. Już chwilę po otwarciu meldujemy się pod bramą. Okazuje się jednak, że to nie ta. Przez tę Tajowie wchodzą – za darmo. Dla nas jest inna – z biletami po 35 zł. I szatnią, w której wypożyczają (za depozytem) ubranka dla nieskromnie odzianych.
Ale jest to obiekt który trzeba zobaczyć - tajska architektura jest niepowtarzalna. Wzniesiono go pod koniec XVIII wieku. Z daleka ponad murem lśni wielka złocona czedi (patrz zdjęcie obok). Przy bramach, od ich strony wewnętrznej ustawiono wielkie posągi strażników, które odstraszać mają wszelkie zło (przede wszystkim swoimi potwornymi minami odstraszają co bardziej wrażliwych turystów, ale zwrotu biletów nie przyjmują)
Pałac doczekał się nawet własnej strony internetowej:http://www.palaces.thai.net/
W skład pałacowego kompleksu wchodzi między innymi Wat Phra Kaeo nazywany także Królewską Kaplicą Szmaragdowego Buddy.




Emerald Buddha czyli Szmaragdowy Budda. Wewnątrz świątyni w której siedzi (na szczycie wysokiego ołtarza-piramidy) nie wolno robić zdjęć. Ma trzy złocone stroje na trzy pory roku. Kaplica jest jednym z czterech pomieszczeń, których wnętrza d Pałac królewski w Bangkoku ma nie tylko status zabytku i oficjalnej siedziby monarchy. Jest to również święte miejsce do którego ludzie przychodzą modlić się i składać ofiary. Przed wejściem do Świątyni Szmaragdowego Buddy zapalają trociczki, na rodzaju ołtarza składają przyniesione kwiaty i owoce. ostępne są dla turystów - wchodzi się tam po pozostawieniu na zewnątrz obuwia.
Kolorowe dachy, wszechobecne złocenia, ściany wykładane milionami lusterek - wszystko to składa się na obraz z pogranicza kiczu. Mitologiczne i alegoryczne postacie, malowidła pokrywające ściany w podcieniach wokół dziedzińców... Aby to wszystko chociaż pobieżnie obejrzeć potrzeba 2-3 godzin.
.
Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam stanowiącej naturalną granicę kompleksu. Z pozostałych stron teren Wielkiego Pałacu ogrodzony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218.400m².