skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Medan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Medan. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2011

25 maja, środa
Przed świtem jesteśmy w Medan. Nareszcie! Nie wiem czy w te stronę zakrętów jest więcej, czy ja się czymś zatrułam, ale po podróży ledwie żyję. Z radością odbieramy smsa od Yumas, żebyśmy przyjechali jak najszybciej i położyli się na trochę spać przed lotem. Nawet szarpnęliśmy się na becaka, zamiast szukać busa. Okazało się jednak, że kierowca nie ma wydać, więc po chwili zastanowienia zapłaciłam mu dolarem amerykańskim. Jednym dolarem. Był zadowolony.
Yumas jedzie zawieść Chipę do szkoły a my korzystamy z okazji, by się zdrzemnąć. Oj, bardzo nam tego było trzeba! Potem mamy akurat tyle czasu, żeby zjeść razem pyszne śniadanie (bardziej przypomina to obiad, bo Yumas martwi się, z czeka nas daleka droga i musimy być najedzeni), porozmawiać o indonezyjskiej kuchni, zapakować się i pożegnać. To ostatnie trwa trochę, bo wymieniamy się upominkami a każdy trzeba pooglądać i się nim nacieszyć.


Sala odlotów medańskiego lotniska okazuje się całkiem przyzwoita; mają eleganckie toalety (wprawdzie z olbrzymimi karaluchami, ale zdążyłam już przywyknąć), kilka siedzeń a nawet wi-fi. Czas do odprawy wykorzystujemy surfując po necie i nadrabiając towarzyskie zaległości.
Lot do Hong Kongu jest straszliwie długi, odwykłam już od takich przelotów. Kilka razy wpadamy w turbulencje, ale widoki są przepiękne. Za naszymi plecami siedzi matka z dzieckiem, które nieustannie kopie w nasze siedzenia. Pytam więc stewardesy czy możemy się przesiąść, bo w rzędzie przed nami nikt nie siedzi. OK. To akurat rząd przy wyjściu ewakuacyjnym na skrzydło, więc jest więcej miejsca. Po kilkunastu minutach przychodzi jednak inna stewardesa i prosi, żebyśmy wrócili na swoje miejsca, bo pan siedzący równolegle z nami skarży się, że zapłacił więcej za dodatkową przestrzeń. A więc tutaj też są zawistni i złośliwi… Tłumaczę jednak o co chodzi i stewardesa uśmiecha się słodko.
Oczywiście, zostańmy sobie tutaj.
W Hong Kongu lądujemy strasznie zmęczeni i głodni. Lotnisko jest znakomicie urządzone i zorganizowane, ale ceny niestety nie pozwalają się nam cieszyć lokalnym jedzeniem. Kupujemy natomiast miejscową kartę sim i kontaktujemy się z nasza hostką Karen. Potem kupujemy kartę OCTOPUS na komunikacje publiczną i ruszamy w drogę do Karen i Gabriela. Dotarcie do jej domu zajmuje nam kilka godzin, bo potrzebujemy czasu by oswoić się z tutejszymi regułami. Kolejne godziny spędzamy na sympatycznych rozmowach i planowaniu kolejnych dni.

wtorek, 7 czerwca 2011

20 maja, piątek


Trzeba myśleć o powrocie do domu. Znaleźliśmy bilety do Europy, ale zakup przez Internet to transakcja ryzykowna. Prosimy więc Yumas o podpowiedź gdzie można to zrobić bezpiecznie. Po rozważeniu kilku opcji najrozsądniejsze wydaje się skorzystanie z sieci bezprzewodowej w bibliotece medanskiego uniwersytetu.
Po przejechaniu miasta trycyklem (becakiem) w dzikim tłumie pojazdów wszelkiej maści i krótkim zwiedzaniu meczetu – muzeum, gdzie licealistki fotografowały się z nami a nie z zabytkiem zaś obsługa zasypiała z nudów, spotkaliśmy się zatem z Yumas pod uniwersytetem i razem poszliśmy do biblioteki.
Niesamowite uczucie. Tak poważnie, dostojnie, muzułmańsko. A tu wchodzi dwójka bacpakerów i zasiada wśród opatulonych w chusty studentek. Dziesiątki oczu skierowały się w nasza stronę, zaglądały nam przez ramie sprawdzając jakie strony otworzymy. Nie zaskoczyliśmy jednak nikogo. Tak jak wszyscy wokół nas, zaczęliśmy od odpalenia facebooka :D Wi-fi było jednak przeraźliwie wolne. Zbyt wiele osób w jednym miejscu, żądnych sieci, filmów, materiałów edukacyjnych… czegóż innego mogliśmy się spodziewać w Indonezji!
A zatem biletów nie udało nam się zakupić. Ale w zamian udzieliliśmy wywiadu. Otóż podeszła do nas młoda elegancka pani i zapytała, z pomocą bibliotekarki, mówiącej nieco po angielsku, czy zechcemy z nią porozmawiać. Okazała się być dziennikarką. Domyślam się, że lokalną, najprawdopodobniej uniwersytecką. Ale fotoreportera miała bardzo profesjonalnego. Padły pytania o to co tu robimy oraz oczywiście kim i skąd jesteśmy. Ulotki promocyjne z Przemyśla i Wrocławia zrobiły furorę.
A potem postanowiłyśmy się z panią bibliotekarką wymienić kontaktami. Łukasz pisał swojego maila na kartce a ja w tym czasie otworzyłam wyszukiwarkę na facebooku i poprosiłam panią o wpisanie swoich danych. Ucieszyła się gdy zobaczyła swoje zdjęcie na moim laptopie a ja kliknęłam co trzeba i kiedy po sekundzie poprosiła o mój adres zapytałam zdziwiona po co, skoro ma mnie już na fb. Popatrzyła na mnie, zastanowiła się a potem tak zabawnie zamrugała oczkami i rozkoszny uśmiech wypełzł na jej jeszcze zaskoczona twarz. „Tak jest szybciej i prościej”- podsumowałam. „Tak jest szybciej i prościej”- potwierdziła nasza nowa znajoma.



Popołudnie spędziliśmy szukając kawiarenki internetowej w Medan. Jest to możliwe. Ale podłączenie własnego laptopa to już wyzwanie. Podłączenie go w sposób pozwalający na skorzystanie z Internetu – to okazało się niemożliwe. Po kilku godzinach błąkania się po mieście wróciliśmy skruszeni do Yumas.
Yumas potrafi pomóc we wszystkim. Wskazała nam firmę przewozową w okolicy (po indonezyjsku „Tęcza”), gdzie kupiliśmy bilety do Palau Weh zacznie taniej, niż oferują turystom na dworcach autobusowych. Po pysznej kolacji z Yumas i Chipą pojechaliśmy tam lokalnym busikiem, z którego rozbrzmiewała (oj, jak rozbrzmiewała!) lokalna muzyka. Autobus długodystansowy zreszta także okazał się do lokalny. Wygodny, i owszem. Ale w przejściu na plastykowych krzesełkach zasiedli dodatkowi pasażerowie a przy toalecie z tyłu autobusu znajdowała się „smoking area”, w której panowie się nie mieścili, więc palili gdzie im było wygodnie.

Drogi w niezłym stanie, kierowcy znakomici. Ale zakrętów tyle, że 350 km jedzie się 13 godzin! Nawet przepiękne widoki i mili współtowarzysze podróży nie sprawią, że choroba lokomocyjna na tej trasie nie wystąpi. Na szczęcie większość drogi przespałam.
19 maja, czwartek

Płyniemy do Parapat, gdzie natychmiast, z przystani, łapiemy autobus publiczny do Medan. Jeszcze na promie jakaś para pyta czy nie pojedziemy z nimi taksówką. Nie mogą się nadziwić, że chcemy wracać komunikacją publiczną. My to lubimy! Jest masakrycznie ciasno, autobus nie zatrzymuje się na postoje, wszyscy pala strasznie śmierdzące papierosy, zakręty dają się we znaki, ale i tak mamy frajdę.


Droga prowadzi przez tereny rolnicze. Gdzieniegdzie na polach spotykamy dostojne grobowce, przypominające świątynie. Stawiano je na własnej ziemi zgodnie z wolą zmarłych.
Tutaj także mijamy wioski Bataków. Wioski te składają się z kilku, kilkunastu zabudowań, są to domy na palach z dachem kształtem przypominającym łódź.
Ciekawostki, które wyszperaam w Internecie, uruchamiają wyobraźnię…

Jest sześć klanów Batak, kiedyś walczyły ze sobą, teraz żyją w harmonii. Każde plemię miało swojego króla (do czasów dojścia do władzy Sukarno). U Simalungun, ostatni król panował do 1947 roku. Najdłużej panował król przed przedostatni bo około 35 lat. Miał 24 zony i 88 dzieci. Żony miały wspólną sypialnię, król swój pokój. Sypialni nie należy kojarzyć z dzisiejszymi sypialniami, spało się na twardej macie, potrzeby fizjologiczne w nocy załatwiało się w sypialni przez otwory w podłodze. Na dole mieszkały zwierzęta, np. świnie, które oczyszczały teren. Żona, z którą chciał spędzić noc otrzymywała zielony listek pod poduszce. Żonami opiekował się wykastrowany ochroniarz. Król miał potężny posłuch wśród poddanych. Żonę wybierał poprzez wskazanie palcem.


Po południu dojeżdżamy do Medan. Zastanawialiśmy się nad wzięciem od razu nocnego autobusu na północ bo Banda Ach. Ale to chyba by było zbyt męczące. Umawiamy się więc z Yumas i jej synem Chipą. Spędzamy razem popołudnie i wieczór. Toczymy niekończące się rozmowy o religii, kulturze i zwyczajach w naszych krajach. Porównujemy jedzenie i bez końca wypytujemy co i jak się tutaj przyrządza do jedzenia.

sobota, 21 maja 2011

11 maja, środa

Rano, po wspólnym śniadaniu i porzuceniu zbędnych bagaży, Asma podwozi nas na dworzec autobusowy. W Medan są dwa dworce – jeden na krótkie dystanse, drugi na długie. W sumie to nie wiem po co. Bo i tak autobusy odjeżdżają z znanych mieszkańcom skrzyżowań. Krążymy zatem chwilę po mieście w poszukiwaniu właściwego busa. O dziwo nie ma go tam, gdzie powinien, więc jedziemy jednak na dworzec, gdzie znajdujemy duży autobus. Dziwne, ale czasem bilety na busy i autobusy są w tej same cenie, a czasem różnej.
Oczywiście o ile podadzą turyście prawdziwa cenę. I o ile w ogóle wpuszcza go do autobusu, bo czasem zmuszają do wynajęcia taksówki w myśl zasady, ze biały nie ma czasu, ale ma pieniądze do wydania. Cóż, mafie transportowe są wszędzie, nawet w tak miłych miejscach jak Sumatra. A my nie mamy pieniędzy na zbyciu. Zasiadamy w tym autobusie z pomocą Asmy, dzwonimy do Yumas, że wszystko OK (właśnie kupiliśmy miejscowy numer, więc podaję + 620821 67 890432; sieć nazywa się simPATI, co mnie urzekło). Jakoś nie przyszło nam do głowy, by zapytać kiedy ruszamy. Z poziomu ślamazarności ruchów pomocnika kierowcy wnioskuję, że za godzinę. Plus zapewne następna godzina stania na ulicy. Mam rację. Zupełnie nie zwracamy już uwagi na to czekanie. Indonezja słynie z tego, jak sami Indonezyjczycy o tym mówią, że ich czas płynie swoim własnym rytmem. Kauczukowy czas. Takie ładne określenie. Jeśli pytasz o której będzie autobus musisz doliczyć do tego plus minus dwie godziny minimum. Odpowiedz brzmi zawsze: Zaraz wyjeżdżamy.



Absolutnie nikt tu się na to nie skarży. Jak zresztą na wiele innych rzeczy, dla Europejczyka niemożliwych do przyjęcia. My chyba już się wpasowaliśmy. Ludzie zapadają w stan pewnego odrętwienia i cierpliwie czekają na odjazd.


Oglądamy sobie miasto. Medan ma ponad dwa miliony mieszkańców, jest brzydkie, bez chodników i zorganizowane w typowo azjatycki sposób – czyli dla Europejczyka totalnie chaotyczne. Mnóstwo tu ludzi, motorów i motorów z przyczepką osobową zwanych becakami. Tego już wczoraj próbowaliśmy jadąc do klubu. Motorem, jak wszędzie w tej części świata, wozi się wszystko i wszystkich. Najbardziej klasycznie to dwójka dorosłych i dwójka dzieci. Na becaku – drużyna piłkarska: za kierowcą na motorze jedna lub dwie osoby, pod daszkiem ile się da, a tutaj da się naprawdę sporo. Nawet na schodku można przecież stać. We dwóch, albo trzech, jeśli się dobrze złapać.


No to jedziemy do Bukit Lawang. Te wrota do Parku Narodowego Gunung Leuser znajdują się jakieś 80 km na zachód od Medan. Położona nad brzegiem rwącej, górskiej rzeki Bohorok, niegdyś mała wioska, z czasem zamieniła się w tętniące życiem miasteczko turystyczne, w którym przestrzeń jest skwapliwie wypełniana różnymi hotelikami, restauracyjkami, sklepikami z pamiątkami bądź straganami z żywnością. Na dworcu autobusowym (a jakże! Kilometr od miasteczka) odbiera nas znajomy Yumas, miejscowy przedsiębiorca turystyczny Edi. Ediego wszyscy tu znają, więc dzięki temu, że zobaczyli go z nami, już nas nie nagabują na różne atrakcje. No dobrze, nie nagabują bardzo intensywnie, tylko tak „troszkę”. Wydaje się, że wszyscy tu potrafią mówić po angielsku, a przynajmniej ci, którzy mają do czynienia z turystami. Tak więc dogadać się nie jest trudno.


Szybko się kwaterujemy (uwielbiam te ceny – 5 dolarów za pokój z łazienką) i po południu idziemy jeszcze do Jaskini Nietoperzy. Szczerze mówiąc wcale mi się nie chciało, ale okazało się, że warto. Yumas postraszyła nas trochę, że to niebezpieczne miejsce, ż koniecznie trzeba mieć przewodnika, bo można się zgubić. Ale w dżungli są drogowskazy i miejscowi, którzy wskazują drogę a jaskinia jest doprawdy cudowna. Bo jak mówię o jaskini w dżungli, to mam na myśli jaskinię w dżungli. Nie jakąś klitkę, tylko sześć jaskiń połączonych ze sobą, gdzie można sobie wędrować i godzinę. Nie jakąś wypasioną, pod turystów przygotowaną, tylko taką prawdziwą, bez poręczy, bez platform, bez światła. Czyli radź sobie człowieku sam. Nie ma innych turystów, za to sa olbrzymie pająki, latające nietoperze (w końcu to BAT CAVE a tu nazwy mają swoją wartość, jak na przykład LAS TROPIKALNY albo DESZCZ), wiszące nietoperze i stalaktyty. I stalagmity. I korzenie. I kałuże, I mnóstwo pięknych formacji skalnych. A wyobraźnia działa, oj działa!


Lokalne jedzenie w lokalnej knajpce (Rita serwuje ryż w kształcie serca, bo jak mówi „my kochamy naszych klientów” a dostawa świeżych warzyw przybywa – na głowie!) i już jesteśmy szczęśliwi szczęściem błogim, bezkresnym. Jeszcze tylko film na dobranoc i spać.
10 maja, wtorek
Żegnamy Malezję. Opuszczam ją z uczuciem niedosytu. To bardzo ciekawy kraj, tak różnorodny, otwarty. Przyznaję, że po wizycie w Iranie, nieco się obawiałam panujących tu reguł. Pytałam np. Ruth jak należy się ubierać, co wypada kobiecie. Okazało się, że to kraj muzułmański, ale bardziej w wydaniu tureckim. Przypomniałam sobie jak kiedyś poproszono mnie o wyrażenie opinii na temat krajów muzułmańskich. To tak jakby ktoś zapytał co myślisz Europie. Są tak różne. Ale wszystkie, dobrze: niemal wszystkie kraje muzułmańskie, które odwiedziłam, są bardzo otwarte, tolerancyjne. A Malezja tu króluje. W Europie mamy problem jak poradzić sobie z imigrantami, wszystkie pomysły stosowane przez dziesiątki lat okazały się błędne. A tutaj wydają się nie mieć tego problemu. Może to muzułmanie wiedzą jak sobie radzić z mniejszościami. A my, którzy mamy siebie za tak mądrych i wykształconych, nie wiemy jak tę różnorodność ogarnąć. Jak zorganizować się w państwie, gdzie ludzie mówią w kilku językach. Tu każdy ma swój język a jednak jakoś się dogadują. Tu każdy ma swoją religię, a jakoś ze sobą nie walczą. Bo chyba kluczem jest, że KAŻDY MA SWOJĄ RELIGIĘ. A w Europie powszechna jest wiara w naukę, ateizm, deizm… A to oznacza, że łatwo nam przychodzi żartowanie z religii. Chrześcijanie dowcipkują sobie ze swoich wyznań, z duchownych, ze struktur kościelnych. Taka już nasza tradycja. A większość religii tego nie znosi. Mamy siebie za takich otwartych i się na ich uburzenie uburzamy jeszcze mocniej. Ale czy oglądając kabaret, w którym ktoś wyszydza nasze wartości, wszystko, co wpajano nam od dzieciństwa, gdy komik przekonuje złośliwie, że żaden Bóg nie istnieje – czy wówczas także się śmiejemy? Myślę, że większości z nas jest po prostu przykro. A przecież wychowywano nas w europejskim duchu tolerancji! Dlaczego zatem dziwimy się, że ludzie znacznie silniej niż my związani z tradycją przodków, ze światem natury, uważają za oczywiste, że w coś po prostu należy wierzyć? I że każdą religię należy szanować? Tutaj w tradycyjnych strojach wcale nie chodzą kobiety biedne. Zazwyczaj te najbardziej zakapućkane w chusty i tuniki mają w ręce laptopa a na szyi identyfikator. Dziewczęta ubierają się ślicznie, bardzo fit, i tylko chusta na głowie świadczy o tym, że są muzułmankami. Wbrew temu, czego się spodziewałam nikt nie oburza się na Chinki w króciutkich szortach, hinduski w powiewnych szatach czy turystki w strojach przedziwnych. Oczywiście nie wpuszczą cię tak do świątyni, ale to chyba normalne. U nas też nie wpuszczają w krótkich spodenkach i bluzkach bez rękawów. Tylko tutaj są na to przygotowani i z uśmiechem podadzą ci bezpłatnie wypożyczany szal. A u nas? W najlepszym wypadku babcie wyklną cię na wszystkie świętości do siódmego pokolenia. Przesadzam? Nie wydaje mi się.

No więc lecimy na Sumatrę. Jakoś nie ogarnęłam do tej pory jak wielkim krajem jest Indonezja. Czułam się rozgrzeszona, bo to przecież na końcu świata. A jednak moja ignorancja mnie przeraża. Tyle jeszcze musze się nauczyć…


Nazwa Indonezja pochodzi od dwóch greckich słów: indos (z jezyka łacińskiego) oznacza indyjski, nesos (z greki) oznacza wyspa. Jest to pasująca nazwa do archipelagu składającego się z 17 508 wysp. Taka ilość wysp i wysepek sprawia, że jest to największy kraj wyspiarski na świecie. Szacuje się, że jedynie około 6000 wysp jest zamieszkałych. Ten kraj z jego ogromną liczbą wysp i wysepek charakteryzuje się różnorodnością krajobrazu, fauny, flory i lokalnych plemion z ciągle żywymi dawnymi tradycjami. Wyspy Archipelagu Indonezyjskiego rozciągają się na obszarze ponad 5000 kilometrów wzdłuż równika i stanowią naturalny pomost między Australią i Azją Południowo-Wschodnią.

Nie sposób tego ogarnąć na raz. Gdy przeglądam oferty biur podróży, to myślę, że ci którzy się na to decydują, nie mają chyba pojęcia, że cały urlop spędzą w drodze. Jak ktoś pisze, że trzeba dwóch tygodni, by niespiesznie zwiedzić samą Sumatrę, to chyba postradał rozum. Albo ma własną awionetkę.
Wyspa Sumatra jest szóstą co do wielkości wyspą na świecie i trzecią w archipelagu indonezyjskim i mimo swojej atrakcyjności cały czas leży poza utartymi szlakami licznie odwiedzanymi przez turystów. Może jest trudno dostępna, odległa, mało znana, ale za to kryje wiele niespodzianek i jest rajem dla podróżników-odkrywców. Na Sumatrze spotkać można mieszankę etniczną, mówiącą w 52 językach, 4 krainy geograficzne: bagniste niziny wschodniego wybrzeża, ciągnący się wzdłuż całej wyspy łańcuch gór, wąski pas nadbrzeżnych równin zachodniego wybrzeża i archipelag wysp Mentawai, piękne krajobrazy, pałace dawnych sułtanów sumatrzańskich, domy kultury Bataków, grupy etnicznej zamieszkującej tę wyżynę czy w lesie deszczowym orangutany, a przy „odrobinie” szczęścia kwitnącą raflezję. No to my chcemy te orangutany. I koniecznie wulkan!

Na klimat i pogodę Indonezji mają wpływ dwie tropikalne pory roku. Klimat monsunowy zmienia się średnio co sześć miesięcy. Wilgotność i temperatury zmieniają się zgodnie z porami roku lecz wpływ na nie mają również takie czynniki jak pora dnia, wysokość nad poziomem morza i odległość od morza. Dwie pory roku – sucha (od kwietnia do października) i deszczowa sprawiają, że rozwija się bujna roślinność tropikalna. Średnie temperatury to: 28°C - wybrzeża, 26°C – tereny położone z dala od wody i góry, 23°C wyżej położone obszary górskie. Średnia względna wilgotność powietrza zawiera się między 70 i 90%. Średnie opady od 1000 mm we wschodniej Jawie do ponad 4000 mm w górach.

Gdy rano podchodzimy do lądowania w Medan jestem oczarowana. Właśnie tak wyobrażałam sobie dżunglę! Na początek jednak lądujemy w dżungli miejskiej, czwartym co do wielkości mieście Indonezji. Wiza na lotnisku nadal kosztuje 25 dolarów (niektóre biura podróży zdzierają z klientów 35 USD plus opłaty lotniskowe). Z nas próbują zedrzeć przy wymianie, ale jesteśmy przygotowani. Wymieniamy tylko kilka banknotów, które zostały nam z KL i dokładnie wiemy ile chcemy za nie dostać. Gdy panie orientują się z kim mają do czynienia – natychmiast tracą nami zainteresowanie. Nie są nami zainteresowani także celnicy, którzy znikają, zanim podejdziemy do odprawy. Przy okazji muszę wykorzystać sytuację, żeby popastwić się nad Łukaszem i zaznaczyć, że zapomniał, iż mamy dodatkowy bagaż i chciał wyjść zostawiając go na lotnisku. Tak przywykliśmy do podróżowania z małym plecaczkiem, że ten drugi, z pamiątkami i nieco zbędnymi drobiazgami, nie zaprząta naszej pamięci.


Taksówką jedziemy do Yumas, Asmy i Chipy – rodziny, z którą jesteśmy umówieni. Bardzo chcieliśmy zacząć poznawanie tego kraju od spotkania z tradycyjną, muzułmańską rodziną. I znaleźliśmy takich ludzi, chętnych do poznania nas, dzięki CS. Jesteśmy bardzo szczęśliwi mogąc spędzić z nimi ten pierwszy dzień. Wprawdzie najpierw musimy trochę odespać, bo tutejsze temperatury nie sprzyjają aktywności po nieprzespanej nocy, ale i tak tego dnia czerpiemy garściami, korzystając z ich serdeczności. Przede wszystkim uczestniczymy w przygotowywaniu posiłków. Wspólnie zasiadamy do stołu i rozmawiamy bez końca. Jedziemy z Yumas i jej synem do Klubu Angielskiego, gdzie uczestniczymy w zajęciach, prowadzonych przez Amerykankę. To miejsce, gdzie spotykają się ludzie, chcący poza kursem szkolnym, uczyć się języka angielskiego. Panuje tu bardzo sympatyczna atmosfera. Poznajemy wiele osób, bo każdy chce z nami porozmawiać. Nawet nauczycielka gramatyki angielskiej z tutejszego uniwersytetu rozmawia ze mną długo pytając o mnóstwo różnych rzeczy – bo mój akcent jest dla niej bardzo interesujący.
Wieczorem jeździmy z „nasza rodzinką” po mieście. W Medan niewiele jest do zobaczenia, a już na pewno do zwiedzania, ale oni bardzo chcą nam pokazać swoje miasto. Centrum jest ładnie oświetlone a ich opowieści napełniają życiem te parki, ulice. Rozmawialiśmy wcześniej o urokach duriana, więc jeździmy szukając specjalnego sklepu, w którym sprzedają naleśniki z duriana. Yumas jest „cała szczęśliwa” (to powiedzenie w tej chwili najbardziej do niej pasuje), gdy udaje jej się to miejsce znaleźć. „Dom duriana” oferuje wszystko, co z duriana zrobić się da. Niestety po naleśnikach nie mamy już miejsca ani sił na cokolwiek innego. Durian rzeczywiście jest bardzo, ale to bardzo kaloryczny. Kupujemy więc jeszcze drożdżówki z durianem do domu,


Wieczór spędzamy rozmawiając o ich i naszej kulturze, o tradycjach, o tym jak się tutaj żyje. Asma pracuje w wielkiej korporacji, która przeniosła go tu tymczasowo z Jawy. Nie wydaja się być zadowoleni z tego, jakby zesłano ich na prowincję. I chociaż Yumas pracuje jako wykładowca na uniwersytecie a Chipa jest jednym z najlepszych uczniów w szkole, to nadal to miasto jest dla nich „not enough busy”. Bardzo ciekawi ludzie Wiele wiedzą o swoim kraju, w wielu miejscach byli, w wielu mają znajomych. Idziemy spać bardzo późno –dobrze, że odsypialiśmy przed południem.