skąd się wzięłam?
- mac
- Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
czwartek, 2 września 2010
Rankiem docieramy do Dogubezaid, niemal u stóp Araratu. Widoki przepiękne, ludzie uprzejmi, ale my jak najszybciej chcemy dotrzeć do granicy. Jak najszybciej, a przy okazji za darmo, bo po wyjściu z toalety stwierdziliśmy organoleptycznie, że właśnie wydaliśmy ostatnie pieniądze. Jakieś 30 km to pikuś, a nawet Pan Pikuś, bo do granicy jeździ mnóstwo tureckich ciężarówek. Nie tylko dowożą nas do granicy, ale też (inni) na herbatę, śniadanie, pouczają co do zasad hidżabu (chusta na głowie, bez makijażu, luźna długa tunika i spodnie – w ciemnych kolorach, zakryte stopy), skutkiem czego wyglądam jak przebieraniec poobwiązywana do granic. A na granicy skwar nie do wytrzymania! Jej przekroczenie to dla mnie pierwsze wyzwanie. Żar leje się z nieba, toalety pozamykane a strażnicy gdzieś się pochowali i trzeba ich sobie znaleźć. Tylko Homeini i Khamenei spoglądają z bilbordów. Przez najbliższe dni będą tak na nas patrzeć – niczym Wielki Brat z najgorszych koszmarów. Uzbrojeni po zęby żołnierze z uprzejmym „wellcome to Iran” prowadzą nas do informacji turystycznej. Islamska republika Iranu bardzo dba o wizerunek, wic informacje turystyczne są wszędzie – co nie oznacza, że łatwo się w nich czegokolwiek praktycznego dowiedzieć.
Pierwsze kroki w Iranie okazują się nie takie trudne. Uzbrojeni w wiedzę polskich podróżników radzimy sobie z odnalezieniem jedzenia (choć to ramadan), kafejki internetowej (umawiamy się z couchem z Teheranu) i autobusami. Taksówki jednak przerastają nasze możliwości negocjacyjne. Po pierwsze ceny nie są podawane w obowiązującej walucie – rialach, lecz przedrewolucyjnych tomanach (jedno zero mniej), które oczywiście funkcjonują jedynie i wyłącznie w świadomości Irańczyków, nie będąc żadnym oficjalnym środkiem płatniczym. Co więcej, w kraju, gdzie litr paliwa kosztuje 10 centów (powyżej 3 litrów dziennie – 40 centów) ceny powalają. Domyślając się, ze to tylko oferta dla westmanów przy granicy – postanawiamy spróbować autostopu. Po raz kolejny zatrzymuje się pierwszy turecki TIR. Chcieliśmy dojechać tylko do najbliższej miejscowości, ale zabieramy się aż do Tabrizu (niemal 300 km). Po drodze oczywiście zostajemy zaproszeni na obiad, poznajemy jego licznych przyjaciół mieszkających i pracujących przy trasie przejazdu. Oczywiście on mówi w swoim języku a my staramy się cokolwiek zrozumieć. Wieczorem okazuje się, że policja zrobiła blokadę i nie przepuszcza Tirów, więc zostajemy na nocleg w jakiejś Pipidówce Niżnej (przed snem oglądamy razem w szczelnie zasłoniętej kabinie – rozrywka jest w tym kraju zabroniona – horror z tureckim dubbingiem. Fascynujący!
sobota, 14 sierpnia 2010
Budzę się przed świtem. Zbieramy się szybko i zaraz znajduje się samostop. Gość proponuje podwózkę do Trabzonu, twierdząc, że rusza za chwilę (tylko zje z kolegami melona). Gdy więc Tomek mija ich wracając z toalety, traktują go jak dobrego znajomego, zapraszając na wspólne śniadanie. Zdziwiony nie wie jak się zachować. Ostatecznie zjadamy z nimi conieco, pijemy herbatę, a gdy wyjazd się opóźnia stanowczo odmawiamy kolejnej kąpieli w morzu. Nasz kierowca wsiada więc natychmiast do auta i rusza w mokrych ubraniach. Kładę się spać, a Tomek zasypia na fotelu pasażera. Po jakimś czasie budzę się jednak z krzykiem. Wpadliśmy na barierkę ograniczającą jezdnię! Na szczęście to TIR. Po obejrzeniu auta jedziemy dalej. Kierowca uspokaja nas, że wszystko w porządku. Próbujemy dotrzymywać mu towarzystwa, ale trudno rozmawiać, gdy zna się tylko kilka słów po turecku. Po chwili znowu zasypiam i, co było do przewidzenia, znowu budzi mnie uderzenie w barierkę. Teraz już nie dajemy się zwieść. Nasz kierowca przysypia. W końcu przyznaje się, że prowadzi już trzy doby bez snu (z Baku, przez cały Azerbejdżan i Gruzję). Robimy więc co w naszej mocy, by go czymś zająć. Przygotowujemy mu napój energetyczny, przekonujemy do postoju i regenerującej kąpieli w morzu. Niestety, gdy tylko zostaję z nim sama, natychmiast czyni mi propozycje… nazwijmy je matrymonialnymi. Co za zdziwienie: a ten na takiego nie wyglądał. Do końca wspólnej podróży Tomek już kontroluje sytuacje, nie pozwalając mu nawet rozmawiać ze mną. W Trabzonie żegnamy się bez żalu i czym prędzej odnajdujemy irańska ambasadę. Najpierw groźny strażnik, potem dziwna (jedno oko niebieskie, drugie brązowe) acz przemiła pani powtarzająca „no problem” przyjmuje nasze wnioski wizowe, zdjęcia, a następnie potwierdzenie wpłaty 75 euro. Przyjmujemy to za dobrą wróżbę.
Odnajdujemy informację turystyczną i instalujemy się w tanim hotelu. Nie dość, że kosztuje grosze, to jeszcze ma wi-fi! Tyle, że 10 metrów dalej znajduje się jeden z meczetów. Muezin regularnie, acz bardzo fałszując, przypomina o modlitwach, wydzierając się wprost w nasze okna. Do wszystkiego jednak można przywyknąć.
Po regenerującej drzemce wybieramy się na spacer po mieście. Niewiele tu do zwiedzania, ale zdjęcia porobić można. Natrafiamy natomiast na ciekawie pomalowany samochód. W najbliższej kafejce internetowej odnajdujemy angielskich właścicieli – uczestników projektu, polegającego na rajdzie kilkuset aut z Anglii do Mongolii. Opowiadamy chłopakom o naszym hotelu i umawiamy się na późniejsze spotkanie. Są to Matt Souls i Tom Napper a o ich projekcie możecie dowiedzieć się więcej pod adresem: www.theadventurists.com (odnośniki: mongol rally, alanparachutedick). Bardzo ciekawy i odważny pomysł – kilkaset samochodów przemierzających świat w szlachetnym celu.
Jest ramadan, więc namierzenie czynnej restauracji sprawia nam niemały kłopot. Ostatecznie korzystamy z praw turysty i objadamy się jeszcze przed zmierzchem. Następnie dajemy się zaprosić lokersom na lemoniadę i pogawędkę. Opowiadają nam o zwyczajach związanych z ramadanem, kiedy i czego im nie wolno, jaką siłę daje im poszczenie (kilka utworów muzycznych, więc przy okazji uczę się jak w moim nowym telefonie działa bluetooth). Potem czekamy na koncert, który ma się odbyć w pięknie położonym amfiteatrze. Okazuje się, że to, na co ściągnęły tłumy to recytacje, czy raczej próby śpiewania Koranu. Jednak miejscowi soliści nie grzeszą talentem muzycznym, więc po jakimś czasie wracamy o hotelu.
11 sierpnia, środa
Globtroterzy to wiedzą – w Trabzonie wizy do Iranu dostaje się z dnia na dzień. Jedziemy zatem do Trabzonu. Ruszamy w środę, by mieć czwartek i piątek na wizy. Jeszcze ostatnia kawa z Wadzią – właścicielem hostelu, który dla nas jest jak przyjaciel. Oczywiście pożegnanie z naszymi „Zielonymi schodami” jest bolesne. Wzruszam się bardziej, niż wyjeżdżając w Przemyśla. Czy tak się przywiązałam do tych ludzi i tego miejsca, czy ta podróż tak mnie zmieniła…
Wszystko zdaje się nas zastrzymywać Tbilisi. Jeszcze ta nieszczęsna ambasada Izraela! Kto wiedział, że taki kolorowy budynek to ambasada. Żadnych tabliczek, zakazów fotografowania… no i zatrzymano Tomka, bo fotografował to, czego nie powinien. Na szczęście udało się jakoś załagodzić sprawę i w końcu wyjeżdżamy autobusem na granice miasta. Gruzini nie mogą zrozumieć dlaczego nie jedziemy busem do Batumi (7 godzin, 20 lari ok. 38 zl), zatrzymują dla nas odpowiedni autobus, chcą się nam dorzucić do biletu albo wynegocjować dla nas cenę. W końcu jednak zostajemy sami i niemal od razu zatrzymuje się auto. Jedziemy razem ponad 100 km, słuchając opowieści o wojnie i o tym jak się teraz żyje w Gruzji. Potem przesiadka do Baso – wesołego biznesmena, właściciela kilku TIRów, z którym jedziemy do Ureki nad morze, a który nie morze przeboleć, iż nie mamy czasu by u niego zostać na dłużej. Właśnie otworzył kawiarnię na plaży za Ureki i bardzo chciał nam ja pokazać. Obiecujemy, że wrócimy wiosną i wówczas spędzimy kilka dni na jego daczy nad jeziorem. W Ureki łapiemy do granicy.… KRAZa!!! Taka ciężąrówką jeszcze nie jechałam. Trochę monotonnie i powoli, ale wysiadamy na samym przejściu granicznym. Robi się późno, wiec jemy obiadokolację, wymieniamy resztę kasy na turecka i na piechotę do Turcji! Jak zawsze, trwa to zbyt długo. Zapada powoli zmrok, zatem decydujemy się spędzić noc nad morzem. Piękna plaża, ciepłe morze i troskliwi, gościnnie tureccy kierowcy. Ruszymy o świcie i zdążymy do ambasady – z takim planem zasypiamy tego dnia.
wtorek, 13 lipca 2010
Wstaliśmy późno. Chłopaki się wczoraj popili, wiec musieli odespać. Mycie w rzece. Potem pojechaliśmy obejrzeć jakiś kościółek, do którego drogowskaz z drogi wypatrzyliśmy dzień wcześniej. Spodziewałam się czegoś podobnego jak w Kutaisi kilka lat temu, ale to, co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Otóż było to największe założenie architektoniczne w okolicy, z X wieku, z trzema nawami, absydą i transeptem. Dach nad nawą główna się zawalił, tworząc malownicze uzupełnienie malowideł płaskorzeźb. Najbardziej poruszyły mnie sześcioskrzydłe anioły w nawie bocznej oraz ornamentyka – ormiańska? Na zewnątrz kościół zdobiony były płaskorzeźbami lwa i krowy (sic!), ale najważniejsza był atmosfera panująca w jego wnętrzu. Czuło się, od pierwszego kontaktu z tymi kamieniami, że jest to miejsce przemodlone. Że wiele osób zanosiło tu przed oblicze Pańskie swe prośby i błagania. To wrażenie było tak potężne, że aż mnie onieśmieliło. Stopniowo przekraczałam kolejne stopnie sacrum, intuicyjnie postępując zgodnie z tym, czego uczono mnie o cerkwiach. Gdy weszłam do absydy serce biło jak szalone. To było bardzo wzruszające. Na dugo zapadło w moim sercu i zmysłach.
Cały dzień jechaliśmy wzdłuż rzeki do Morza Czarnego. Pięknie poprowadzone drogi, widokowa trasa. Często zatrzymywaliśmy się na „fotos fotitos”, więc do granicy dojechaliśmy wieczorem. Ostatni kebab i jazda do Batumi! Na tę kąpiel w Morzu Czarnym czekałam bardzo długo :D Spotkani Polacy tez jada do Swanetti.
11 lipca, Niedziela
Czymże jest szczęście? Od tysięcy lat filozofowie, duchowni, przywódcy narodów łamią sobie głowy nad odpowiedziami na pytanie czym jest szczęście? A i tak każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam, by być szczęśliwym po swojemu. Mieć swoje miejsce na ziemi, zasadzić drzewo, Freestyle…możliwości jest wiele. Więc może – skoro to jednak filozofia – jest to kwestia umiejętnie postawionego pytania. Moja praca dowodzi, że pytania są bardzo ważne. Zasadnicze.
Dziś obudziłam się z myślą, że wyruszając w Drogę, nie byłam przekonana co do tego, czy chce z niej wrócić. Znaczy do Przemyśla. I to chyba z łatwością wyczuwali moi przyjaciele. Kilkakrotnie słyszałam „Ty już nie wrócisz” i inne takie. Nie wiem gdzie chce osiąść. Czy chce osiąść gdzieś na stałe. I obudziłam się z pytaniem czy to dobrze, czy źle. Ale to chyba niewłaściwie sformułowane pytanie. Czy chcę wrócić? Ale przecież już dawno Andrzej powiedział: „Madzia w Przemyślu przepakowuje plecak i wraca w góry”. A zatem co jest Drogą a co powrotem? Narazie nie wiem. Ale jestem pewna, że zaczynam odpowiednio formułować pytania, więc odpowiedź przyjdzie z czasem. Potrzeba tylko spokoju, inspiracji, spotkań. Wystarczy zanurzyć się w czasie linearnym. Jakże to trudne dla westmana nie śpieszyć się donikąd. Dać się złapać w niespiesznie płynący czas, niczym mucha w pajęczynę. Mieć czas a nie zegarek. Otworzyć szeroko oczy, uaktywnić wszystkie zmysły i przeżywać, chłonąć. Jak mawiamy w języku hamburgerów: ładować akumulatory. (No właśnie, akurat zdechł nam akumulator bo przesadziliśmy z prądnicą i sprowadziliśmy policję, by nas poratowała. Miejscowi są bardzo przyjaźni i pomocni, a policja w Azji to coś zupełnie innego, niż u nas. Tu policjant jest pierwszą osobą, do której zwracasz się, gdy masz problem. Policja wie o wszystkim, wszystkiemu potrafi zaradzić. Kiedyś w Gruzji bywali naszą informacją turystyczną, przechowalnia bagażu, hotelem i klubem nocnym, organizowali nam transporty w górach, przewodników i ochroniarzy. Nie twierdzę, że się porozumiewaliśmy w jakimś konkretnym języku – choć czasem po rosyjsku – ale się rozumieliśmy. Więc tym razem też nam pomogą.)
Oczywiście stanęli na wysokości zadania. Nie chcieli przyjąć nic w zamian, nawet na lemoniadę nie dali się zaprosić. Popływaliśmy rzece, zjedliśmy śniadanie (ja zażyczyłam sobie dzisiaj budyń czekoladowy) i ruszyliśmy w drogę.
Jechaliśmy wśród rozpalonych anatolijskich wzgórz. Delikatne ich łuki przywodziły na myśl kształty kobiece, gdy – jak pisał Tetmajer – w miłosnym zamiera uścisku. Przybierały barwę spalonej pustyni, niczym kobiety gorącej jeszcze miłosnymi uniesieniami, czasem pawiookich śladów po resztkach makijażu. Zastanawiające skojarzenia – stwierdzili chłopcy. Cóż, sensualność doznań wpływa zapewne także na obrazowanie. Bo w tym klimacie staję się jak ameba – ona pochłania wodę i z niej w większości się składa; ja chłonę doznania. Wszystkimi zmysłami. Ciepły wiatr na policzku, słoneczne promienie bezwstydnie pieszczące me ciało, feria zapachów, których pochodnia opisać nie umiem i odgłosy egzotycznej – dla nas – przyrody. To sprawia, że świat łato przychodzi odbierać zmysłami a skojarzenia stają się bardziej cielesne. Namiętność zdaje się budzić z odrętwienia przepracowania, niczym nasze niedźwiedzie z zimowego snu, jeszcze bardziej wygłodniała i buzuje pod cienką skórą, gotuje się, wrze.. A świat postrzegany zmysłami wydaje się być jeszcze pełniejszy, bardziej kolorowy i różnorodny. Pełniejszy. I dobrze.
czwartek, 8 lipca 2010
kolebka kultury europejskıej
Nıemnıej jednak narod, ktory tworzy takıe autostrady (z taaaaka ınrfastruktura) ma zagwarantowany rozwoj gpspodarczy, ınwestycje, a UE nıe jest mu po prostu potrzebna.
Narod, ktory nıe tylko stawıa, ale ı wypelnıa takıe swıoatynıe - nıe utracı swej relıgıı, tradycjı, tozsamoscı.
niedziela, 4 lipca 2010
Istamuł
Sobota, 3 lipca 2010
Przedpołudnie upłynęło nam na przepakowywaniu nissana patrola. Nie trzasnęliśmy niestety żadnej sesji foto, a byłoby co dokumentować. Bartek okazał Si znakomitym organizatorem oraz fascynatem swojego przyjaciela – Pawiego9nam jeszcze nie wolno używać tego imienia, przemawiać do auta ani się z nim spoufalać).
Po południu przespacerowałam się na europejską stronę Stambułu. To niesamowite, gdy mieszka się w Azji a na spacer czy w drodze do pracy zmienia się kontynent. Hihi
Tradycyjnie odwiedziłam swój ukochany Błękitny Meczet ale tym razem wyjątkowo większe wrażenie zrobił na mnie Nowy Meczet (w Istambule „nowy” oznacza, że jego budowę rozpoczęto dopiero w XVI wieku). Spacer zaułkami down town, urokliwymi parkami wśród Turków zapraszających na herbat urozmaicił mi Ali – pucybut, który uparł się wyczyścić moje buty typu „japonki” :D Turcja jednak jeszcze nie raz mnie zaskoczy…
Pod Hagia Sophia postanowiłam odpocząć i się posilić, ale gdy jadłam kukurydzę, podeszła do mnie mała dziewczynka i wyciągnęła rączkę. Dzieciom się nie odmawia, więc: smacznego! A mamusia zbierała datki.
Zachód słońca nad Bosforem… tu szkoda słów. Zdjęcia mówią wszystko.
sobota, 3 lipca 2010
u wrót Azji :D
środa, 16 czerwca 2010
Tureckie reminescencje
Jeśli zatem chcecie być jednym z siedmiu milionów turystów odwiedzających każdego roku Turcję – uśmiechnijcie się. Biura podróży mają szeroką ofertę wyjazdów dla każdego. Bez problemu na miejscu wykupicie wycieczki w lokalnych biurach podróży za cenę bez porównania niższą niż w hotelu. Jeśli chcecie ruszyć „na własną rękę” – polecam wrzesień, dobry przewodnik i przeczytanie wszystkiego co dostępne na forach Travelbit, Bezdroża, Globtroter i in. Na bazę wypadową bardzo polecam Didymę. Koniecznie trzeba pojechać do Efezu, Bodrum, Pamukale i Hierapolis. By poczuć klimat Istambułu zarezerwujcie sobie co najmniej dwa-trzy dni. By zyskać szacunek Turków poćwiczcie przed wyjazdem sztukę targowania się :D
Przyznaję, że bardzo polubiłam Turków. Wprawdzie nie potrafię im zapomnieć rzezi na Ormianach, obawiam się ich ewentualnego wejścia do Unii Europejskiej, nie akceptuję miejsca kobiety w tym społeczeństwie, ale nie sposób oprzeć się ich sposobowi traktowania turystów, otwartości, uśmiechowi i poczuciu humoru. Szacunek wzbudza ich tradycja, kultura, obyczaje oraz umiejętność targowania się. Cóż, niejednego naciągnęli (np. moich kolegów na bilety donikąd), ale przy odrobinie ostrożności i otwartości kraj ten staje się bardzo przyjazny i łatwy do podróżowania. Urocze – jak to w krajach arabskich – jest to, że samotna kobieta jest obiektem nie tyle adorowanym, co otaczanym opieką.
a zatem HOS GELDINIZ! [WITAMY W TURCJI!]
poniedziałek, 14 czerwca 2010
spotkania z Orientem TURCJA
Pierwszy raz pojechałam do Turcji w 2006 r. Skorzystałam z oferty Almaturu, który zagwarantował przejazdy, noclegi z wyżywieniem i propozycje miejsc wartych odwiedzenia. Myślę, że to zupełnie dobre rozwiązanie dla niedoświadczonych podróżników – jakim wówczas i ja byłam. Najważniejsze jednak, że Almatur zagwarantował zupełnie fantastycznych pilotów i rezydentów. Stanowili kopalnię wiedzy, wsparcie no i cierpliwie znosili moje pierwsze samodzielne próby podróżowania środkami transportu publicznego. Wśród osób, które nie ruszały się samodzielnie poza hotel, stanowiłam nieco drażniącą odmianę (obawiam się, że doprowadziłam mojego rezydenta do siwizny).
