skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobusy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobusy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2011

20 kwietnia, środa
Dzień przeznaczony na przemieszczanie się po wyspach. Rano płyniemy promem na Cebu. Znowu odprawa jak na lotnisku,, prześwietlanie bagażu i podróżnych, oczekiwanie na specjalnej eleganckiej sali z naklejkami zachęcającymi do rozbrojenia się, opłaty za korzystanie z terminala, stewardessy z uśmiechem wskazujące miejsce na pokładzie.

Na Cebu wszyscy próbują nas przekonać, że na północ wyspy się nie dostaniemy, bo Filipińczycy świętują Wielki Tydzień i autobusy są przepełnione. Tak powtarza w kółko taksówkarz wiozący nas na dworzec autobusowy, to samo mówiła już nawet pani na lotnisku w ubiegłym tygodniu!

Okazuje się jednak, że na dworcu (po kontroli przeprowadzonej jak na lotnisku, z użyciem psów) autobusowym orientujemy się całkiem łatwo, a zresztą wszyscy wiedza dokąd mogą chcieć jechać biali turyści, zatem natychmiast znajdujemy się w autobusie d Maya, skąd odpływają łodzie na Malalpascua. BDW: bilet autobusowy to 163 peso, na ódx kolejnych 80 (próbują zedrzeć jeszcze 20 za podwiezienie do dużej lodzi, bo ponoć jest niski stan wody!).
Taksówka do promów kosztuje z Cebu kilka tysięcy (z lotniska 3 000 peso, z przystani promowej 2 500; przeprawa specjalna (na zamówienie) 1 000 peso od osoby. Transfer organizowany przez resorty na wyspie (bus plus łódź) to koszt rzędu 7 000 peso.

Przez kilka godzin podziwiamy piękne widoki przez okna autobusu. Niestety nie ma wielu chętnych na przeprawę, więc znajdujemy nocleg i zostajemy w miasteczku. Jest klimatycznie. To Wielki Tydzień, więc trwają procesje, w których uczestniczą chyba wszyscy mieszkańcy.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

26 marca, sobota
Jako się rzekło, jesteśmy w Luang Prabang - średniej wielkości mieście, dawnej stolicy Laosu. Dziś jest prawdopodobnie najpiękniejszym miastem tego kraju oraz jedną z jego największych atrakcji turystycznych.
Chociaż planowo autobus miał dojechać o 4:00, jesteśmy na miejscu po 6tej rano. Spodziewałam się tego po relacjach jak wygląda droga. Wiec jesteśmy zadowoleni., jest już jasno, łatwiej wytargować tuktuka do centrum i można już szukać noclegu (nie płacąc za te noc, która właśnie się kończy, a przecież to jeden z powodów wybierania przejazdów nocnych – zaoszczędzić na noclegach).


Za dnia możemy bliżej przyjrzeć się miastu, które otoczone jest zielonymi wzgórzami. Od wczesnego rana, oczekując na przygotowanie pokoju i szukając czegoś na wczesne śniadanie, włóczymy się po małych uliczkach, przy których można podziwiać kamienice i wille pochodzące z czasów francuskiego kolonializmu. Małe kolorowe budynki, niektóre nadgryzione przez ząb czasu, niektóre zupełnie odremontowane, tworzą niepowtarzalną atmosferę miasteczka. W większości kamienic w samym centrum miasta urządzone są hoteliki, restauracje, kawiarnie lub sklepiki z pamiątkami. Wielu turystów podąża przez miasto szlakiem wyznaczonym przez przewodnik turystyczny, ale my chodzimy własnymi ścieżkami. Mamy poczucie odkrywania czegoś tylko dla siebie. Tak trafiamy na mnichów pracujących przy czyszczeniu i restauracji jednej ze świątyń.

Spacer po centrum Luang Prabang to prawdziwa przyjemność, zwłaszcza, że miasto jest wolne od spalin samochodowych. Ze względu na swój status światowego dziedzictwa, można się tu poruszać jedynie rowerem lub motorem. Samochody osobowe są tu rzadkością. Za to skuterów oczywiście nie brakuje. I, jak w każdym turystycznym mieście, wszędzie masa tuk-tuków.



Popołudniu dopada mnie zmęczenie. Klimatyzacja chyba tym razem wygrała, więc ukrywam się przed światem w pokoiku z wifi i wściekła na pochmurny dzień, który jeszcze pogarsza mój nastrój, serfuję po necie i przygotowuję się na poważnie do zwiedzania miasta i jego okolic.

Jest tu ciekawe Ko Kham (Muzem Pałacu Królewskiego) przedstawiające historię miasta, XVI wieczne świątynie Wat Xieng Thong i Wat Wisunarat, sporo młodsze Wat Mai Suwannaphumaham i Wat Xieng Muan, legendarna Wat That Luang, której podwaliny stworzyli indyjscy misjonarze króla Aśoki w III wieku przed Chrystusem. Ilość świątyń buddyjskich, które można odwiedzić w samym Luang Prabang oscyluje wokół dwudziestu. Jest jednak jedna, która góruje nad całym miastem. Położona w najwyższej górze w samym centrum, Phu Si, podobno warta pokonania kilkuset schodów. Panoramę najlepiej oglądać w czysty, niezamglony dzień, a my trafiamy na chmury, a nawet lekką mżawkę.


2
Pozostaje poczytać o historii tego miasta i uzupełniać bloga z drinkiem na bazie laolao w dłoni. W hotelu gorące napoje także są w cenie, co okazuje się istotne przy tej pogodzie. Napoje rozgrzewające można natomiast kupić bardzo tanio na markecie. A zatem historia… Od 1893 roku Laos był kolonią francuską. W czasie drugiej wojny światowej kraj był okupowany przez wojska japońskie i tajskie. Po zakończeniu wojny był w dalszym ciągu pod kontrolą Francji. W 1949 roku utworzone zostało królestwo Laosu, które weszło w skład Unii Francuskiej. Uzyskanie niepodległości w 1953 roku niewiele zmieniło. W tym samym roku komunistyczne oddziały partyzanckie (armia narodowa Pathet Lao) opanowały północny Laos. Długie lata konfrontacji zbrojnej doprowadziły do zwycięstwa komunistów. W 1975r. król abdykował i utworzona została Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna, związana politycznie i gospodarczo z Wietnamem i ZSRR. Zaraz po rewolucji 1975r. król wraz z rodziną udali się do północnego Laosu i słuch po nich zaginął. Obecnie Laos zdecydowanie odchodzi od ustroju komunistycznego na rzecz gospodarki rynkowej. Przykład dla krajów regionu z pewnością dały szybko rozwijające się Chiny - kraj komunistyczny z nazwy, a kapitalistyczny od środka.

Luang Prabang to historyczna stolica Laosu przeżywająca okres świetności w XIV wieku. Wtedy to właśnie do miasta dotarł podarunek Khmerskiego króla - 83 centymetrowa złota statuetka Buddy, zwana Phra Bang. Od nazwy tej właśnie statuetki - najbardziej czczonego posążku Buddy w Laosie - wzięło swą nazwę całe miasto. Luang Prabang otaczają malownicze góry a nad miastem dominuje wzgórze Phousi, z którego roztacza się piękny widok na dawną stolicę i dolinę Mekongu. Bardzo mnie ubawiło w czasie porannego spaceru, gdy zobaczyłam restauracyjke o tej nazwie, bo jakoś nie uwierzyłam, że chodzi o małego zwierzaczka i podtekst wydał mi się nawet zbyt oczywisty (miasteczko słynie z dostępności prostytucji i miękkich narkotyków). Dopiero popołudniu natknęłam się na nazwę wzgórza i uznałam zasadność nazywania tak restauracji i hoteli. Wzgórze Phousi położone jest na południowym krańcu półwyspu, utworzonego przez rzeki Mekong i Nam Khan. Większość historycznych świątyń znajduje się właśnie na tym półwyspie. W 1995 roku całe miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury - UNESCO. W mieście zobaczyć można liczne zabytkowe świątynie buddyjskie oraz francuską kolonialną architekturę. Interesujące są również okolice miasta. Większość turystów przebywających w Luang Prabang udaje się również do grot Pak Ou położonych 25 km od miasta nad brzegiem Mekongu. We wnętrzu jaskiń obejrzeć można liczną kolekcję figurek Buddy. Jak opowiadali- jaskinia jak jaskinia. Wydaje mi się jednak, że nie te jaskinie robią na turystach wrażenie, ale przede wszystkim trzygodzinny rejs łodzią po Mekongu. Ja jednak przyjrzałam się rzece (cieszyliśmy się na dwudniowy rejs Mekongiem do granicy z Tajlandią), jeszcze raz obejrzałam zdjęcia z rejsów i nabrałam wątpliwości czy to rzeczywiście takie atrakcyjne. Trzeba będzie się nad tym jeszcze zastanowić. Ale jak Katie Scarlett O'Hara-Hamilton-Kennedy-Butler – „pomyślę o tym jutro”.
25 marca, piątek
Dzień spędzamy w stolicy. Ale nie na zwiedzaniu tylko na pasieniu się. Jak już pisałam Vientiane, jak na stolice, jest bardzo spokojne, bez zgiełku i hałasu typowego dla dużych miast. Kilka ciekawych zabytków, które już obejrzeliśmy i urokliwy brzeg Mekongu. Mieliśmy jechać oglądać Buddów, ale po nocnym przejeździe nie mieliśmy już na to ochoty. Można było zatem wziąć dzienny autobus na północ, ale po tym co się naczytałam o trasie uznałam, że łatwiej będzie ją znieść w nocy, bo może uda się nawet kimnąć. Dzień przeznaczyliśmy zatem na szwendanie się po bazarach typu wszelakiego, domach handlowych i wylegiwaniu się w cieniu przyświątynnych drzew. No i na konsumpcję nieskończonej ilości bagietek z tuńczykiem, serem, warzywami i sosami będącymi najwyższej klasy specjalnością lokalną.


Dwa dni w drodze nie były jednak stracone! W Pakse zafundowałam sobie wizytę u fryzjera a w Vientiene u kosmetyczki. I od razu poczułam się taka zadbana :D



Wieczorem byłam już tak zmęczona, że najbardziej hardkorowa droga nie była w stanie powstrzymać mnie przed zaśnięciem. Łukasz miał z tym trochę kłopotu, ale kiedy natknął się w bagażu na butelkę z drinkiem, bez zastanowienia wypił moje zdrowie i zapadł się w objęcie Morfeusza równie skutecznie co i ja. Postanowiliśmy zawierzyć kunsztowi kierowcy („ach ci azjatyccy kierowcy! To wybitni specjaliści! Mają swoją własną filozofią jazdy, która okazuje się tak bardzo skuteczna!”) i nie obserwować drogi.
Autobus mknie wąską drogą, która w pewnym momencie przestaje w ogóle przypominać drogę, tyle w niej dziur. Skręcamy w lewo, jedziemy w górę, teraz ostro w prawo i jeszcze bardziej ostro w lewo i w dół, a potem znów w górę i w prawo, w lewo i w prawo i w dół i w lewo i w górę i… jeszcze raz to samo! Podobno w dzień widoki za oknem co jakiś czas zapierają dech w piersiach, a jednocześnie bezlitosne serpentyny ściskają żołądek i nie pozwalają nacieszyć się górskim pejzażem. Cóż, dobrze, że jedziemy w ciemnościach. Tego co widzę w światłach mijanych samochodów i oświetleniu domostw i tak mi wystarczy. Kiedy docieramy do Luang Prabang jesteśmy zmęczeni jeszcze bardziej niż wczoraj.

niedziela, 3 kwietnia 2011

24 marca, czwartek
Ale jestem wyloozowana! Aż zapomniałam napisać o kąpieli w wodospadach. No bo okolica słynie nie tylko z tych wielkich wodospadów, ale także wielu wielu mniejszych. Do jednego z nich – o zachodzie słońca – przedzieraliśmy się ścieżką wśród kawiorów i krzaków. A w innym – w naszej wsi – kąpaliśmy się.
Na półki skalne tworzące wielkie terasy niełatwo dotrzeć. Trzeba zaplanować trasę wśród rozlewiska i miejsc o dużej głębokości lub mocnym nurcie – do wyboru. Ale jak się już na miejscu to można się położyć na płaszczyźnie przez która przepływa woda o głębokości 2-5 cm, albo wejść do jednej z wielu jam, takich jakby wanien kąpielowych, albo stanąć pod wodospadem i skorzystać z naturalnego pasażera, albo wreszcie z miejscowymi dzieciakami pozjeżdżać pod wodospadami jak na ślizgawce. Zresztą każdy może wymyślić coś innego…

Płaskowyż Bolaven to siatka pól ryżowych, gęste lasy i klimatyczne wioski. Tadlo przyciąga turystów atmosferą oraz 10-metrowym wodospadem.

Następne zdjęcia to wschody i zachody słońca, wyznaczające rytm życia tutaj, fotografowane z naszej werandy. 




A dzisiaj jedziemy do Pakse. Samo Pakse nie jest miejscem nadzwyczajnym. Ot takie miasto na brzegu Mekongu – bez rewelacji. W każdym razie bankomat znaleźliśmy, nawet kilka, choć LP podaje ze w mieście jest tylko jeden. Na celowniku północ. Wieczorem jedziemy do Vientiene, lecz nasz autobus okazuje się nie tak luksusowy jak ostatni. Szczerze mówiąc okazuje się tragiczny i do stolicy dojedziemy straszliwie umęczeni. Ale szkoda na to słów.
22 marca, wtorek
No i nie mamy więcej czasu na błogie leniuchowanie. Trzeba jechać dalej.
W nocy była cudowna burza. Jeszcze takiej nie widziałam. Ogromna burza z setkami olbrzymich piorunów wszędzie wokół. Na wyspach robi jeszcze większe wrażenie. Pioruny bardziej huczą, woda niesie głos dalej i dalej, nie ma wysokiej zabudowy i rozbłyski widać po horyzont… Wioski pogrążone w ciszy i ciemności i tylko ja sobie siedzę na werandzie bungalowu i ten spektakl jakby specjalnie dla mnie… Tak, wiem jak to brzmi. Nie było piorunochronu, ale wszystkie urządzenia wyłączyłam i odłączyłam z ładowania – zresztą i tak prądu zabrakło. Hamaki zwinęłam, pranie zebrałam, to co miałam robić? Bać się? Podziwianie jest znacznie fajniejsze. Chyba mogłabym zostać łowcą tajfunów czy coś w tym stylu, bo burze poza podziwem nie wywołują we mnie żadnych innych emocji. Tak więc w rankingu najpiękniejszych zjawisk przyrody w kategorii burza ta z delty Mekongu ląduje zaraz obok tej z Kirgistanu, gdy na 3 500 mnpm burza wpadła do kotła i nie mogła uciec bo szczyty wokół były za wysokie. Teraz też bywało jasno jak w dzień i głośno jak na lotnisku. Oczywiście to nadzwyczajne zjawisko trwało długo, więc się nie wyspałam, co po kilku dniach ostrej aktywności ostatnio hihihihi było wielkim problemem.

O szóstej mamy łódź na ląd. Ale najpierw trzeba się spakować w świetle latarki i rozliczyć z gospodynią. To nie takie proste, bo jest wściekle wcześnie, więc wszyscy śpią (wydawało nam się ze o tej porze wioska budzi się do życia, ale pewności niemieliśmy, bo by przecież o tej porze spaliśmy – tzn wstawałam na wschód słońca, wychodziłam na werandę, robiłam zdjęcie, wzdychałam i wracałam spać). Obudzona nie tylko nadal nie mówiła po angielsku, ale nie mówiła w ogóle. Tefom jeszcze nie było, żeby dawać ludziom pieniądze i prosić, by wzięli.
W końcu jakoś się udało i poczłapaliśmy na „przystań”. Tu na szczęście znalazł się chłopak, który nas przewiózł. Rejs taka łódką o świcie po Mekongu… kolejna propozycja do reklamy Master Card z serii „bezcenne”. Jest cicho i spokojnie, jakby nie było żadnej burzy. Wolne wiosłówki i szybki motorówki miejscowych mijają nas w różnych kierunkach. Uśmiechają się do nas życzliwie i wydaje się, że tak naprawdę wcale się nie spieszą. Znikają po chwili w szuwarach i można by pomyśleć że byli tylko przywidzeniem.


W wiosce nie udaje nam się dobudzić sprzedawcy naszych biletów, więc musimy sobie radzić sami. Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić gdy nikt słowa w cywilizowanym języku nie zna! W końcu trafiamy na „lokalny dworzec autobusowy”, z którego mamy „autobus”. Wspomniany dworzec to plac błota w środku niczego, gdzie stoi kilka ciężarówek. Okazują się one być lokalnymi autobusami. Ten środek transportu nie przypomina w ogóle autokaru, lecz małą ciężarówkę, która w swej tylne części (tam, gdzie zazwyczaj wozi się towar) zamontowane ma dwie ławeczki. Bardzo wąskie twarde ławeczki. Nad pasażerami znajduje się zadaszenie chroniące ich przed słońcem.
Monika wpakowała swój plecak i, ponieważ zostało kilka minut do odjazdu, poszłyśmy do „toalety” (na zdjęciu, więc opos pominę). Kiedy wracałyśmy oczom naszym ukazała się odjeżdżająca ciężarówka. Okazało, że na zegarku kierowcy godzina wybiła, więc ruszył. W ostatniej chwili chłopcy odzyskali plecak. Dziwne – pomyślałam. – Żadnych oznak sympatii dla białych turystów?! I zatęskniłam za Indiami gdzie każdy wie dokąd jedziesz, bo opcja jest tylko jedna, więc nawet nie musisz pytać i tak zatrzymają co trzeba i ulokują cię dokładnie tam, gdzie chciałeś się znaleźć.
Ale tragedii nie ma. Za godzinę jest następny. Chłopcy Ida zdobyć coś do jedzenia a my zostajemy z bagażami. Już tęsknie za tym pysznym lokalnym jedzeniem, które podawała pani w naszej ulubionej restauracyjce na wyspie.
Pośrodku pomiędzy ławeczkami stały cztery ogromne kosze liści jakichś przypraw, pod ławeczkami kilka koszyków ryb, z których z dolnej części powolutku wypływała woda – przewozi się je w lodzie ale nijak osłonięte, podtapiając nasze sandały, plecaki i co tam stalo na ziemi. Z Don Det do Pakse – większej miejscowości na południu Laosu – jedzie się zaledwie trzy godzinki. Słońce, wiaterek a na postojach tłumy kobiet sprzedających co się da.

W samym Pakse do zobaczenia nie ma dosłownie nic, ale w okolicy troszkę atrakcji - na wschodzie i północy nieduże wsie i wodospady, na południu, około 40 km od miasta - ruiny Wat Phou, coś w rodzaju Angkor Wat w miniaturze.



My jednak wysiadamy na dworcu południowym, żegnamy się z Monika i Michałem i szukamy autobusu do Tadlo. Niby ten sam dworzec, ale za jakimś bazarem, po drugiej stronie drogi. Niby autobus pasażerski, ale więcej w nim paczek i worków niż ludzi, chociaż tych tez całkiem sporo. Znajduje dwa ostatnie miejsca i ruszamy.
Jednym z najciekawszych miejsc na południu Laosu jest płaskowyż Bolaven, dokąd właśnie zmierzamy. Tutaj uprawia się przepyszną laotańską kawę i herbatę. Czeka nas jeszcze dwukilometrowy marsz do wsi właściwej (taksówkarzowi podziękowaliśmy bo cena była z kosmosu), znalezienie pokoju i… leżenie na hamaku!

Tadlo mnie zachwyciło! Planowałam zostać na jedną – zostałam na dwie noce, bo - jak powiedziały spotkane na samym początku dziewczyny tu wszyscy zostają dłużej. I rzeczywiście, wszyscy opowiadali, ż przyjechali tu na chwilę a zostali… dużo dłużej. To miejsce nadaje się idealne na wypoczynek pośród natury. To takie miejsce gdzie zapomina się o zegarku a jedynie zachód słońca podpowiada, ze kolejny dzień chyli się ku końcowi.



Mieszkamy w pięknym ekskluzywnym bungalowie, bo TUTAJ nas na to stać. Mamy cudownie urządzony pokój z meblami, lawą, fotelami, kilkoma lampkami, łóżko wielkości niejednego pokoju z moskitierą, łazienkę jak marzenie, wielki taras z bambusowymi mebelkami i widokiem na pola. Jak na wsi oglądanej w telewizji! Mogę czuć się tak swobodnie! Zostawić otwarte drzwi do pokoju, zapomnieć o laptopie na werandzie – i nikt się tu nie kręci, nie zagląda. A jeśli wyjdę przez drzwi główne, po minucie spaceru jestem w najlepszej knajpie w okolicy. Madame Pat nie umie liczyć, więc jeśli musi wydać to mówi, ze nie ma drobnych i trzeba się rozliczyć następnym razem, ale za to cudownie gotuje! Ale to już temat na osobna opowieść…

Zalegliśmy w hamakach na werandzie z widokiem na pola, z których wieśniacy wracali w świetle zachodzącego słońca właśnie i miałam wrażenie ze tak samo rytuał ten trwa tutaj od stuleci. Krowy biegnące same do gospodarstw, psy przyjaźnie nastawione do ludzi. Cóż, zwierzęta zawsze są takie, jak ich opiekunowie.



Życie w Tadlo płynie swoim niczym niezmąconym rytmem jak wody rzeki przecinające tę ziemię. Mieszkańcy wioski od świtu do zmierzchu zajmują się swymi sprawami, ale zawsze maja czas by przystanąć, uśmiechnąć się, doradzić. Nie przejmują się drobiazgami – nawet skuter wypożyczają nam na słowo honoru (jedyni, którzy nie chcą paszportu albo bardzo wysokiego depozytu). Czas jak by się zatrzymał a technologia i nowoczesność nigdy tu nie dotarły.



Ludzie mieszkają w drewnianych chatach krytych strzecha, nocą ogrzewają się przy ognisku z chrustu zbieranego na brzegiem rzeki. Po wiosce biega inwentarz w postaci zabawnych świń najczęściej, ciesząc Łukasza do granic absurdu. Nikt niczego od ciebie nie chce, nie chce ci niczego sprzedać ani świadczyć żadnej usługi!

sobota, 2 kwietnia 2011

20 marca, niedziela
Rano wysiadam w Pakse na południu Laosu. Wysiadam w miejscu nieczęsto odwiedzanym przez turystów. To znaczy jest ich tu wielu, ale to tylko maleńki procent tych przyjeżdżających do Laosu. Ważniejsze jednak, że wysiadam z autobusu… jakiego istnienia nie przewidywałam w najśmielszych fantazjach futurystycznych. Nie był aż tak drogi, by cena sugerowała istnienie takiego cuda. Fotki pokazują cos niecoś. Nie tylko odespałam ostatnie dwie noce, ale też spokojnie i wygodnie obejrzałam film na lapku. Największym zaskoczeniem było jednak to, że dostaliśmy miejscówkę na samym końcu autobusu, nie w dwójce tylko w „loży szyderców” – kanapie na pięć osób. Okazało się, że obok nas w ostatniej chwili rozłożyła się jeszcze tylko jedna parka. Ale zaraz! Ja znam tych ludzi! Polacy, których spotkaliśmy dziś przy świątyniach. Monika i Michał okazali się znakomitymi kompanami podróży. I nie tylko. Świetnie rozkminili sobie pomysły na urlopy, na zwiedzanie Azji. Znaleźliśmy wspólne tematy, zgadaliśmy się w kwestii wspólnych planów, więc postanowiliśmy wspólnie spędzić kilka następnych dni.




Laos jest krajem bardzo górzystym, znaczną część jego powierzchni zajmuje dzika roślinność, w tym dziewicza dżungla. Kraj przecina sieć rzek, głównie Mekong i jego dorzecze. W Laosie nie ma może atrakcji na miarę Angkoru , ale parę miejsc na pewno zasługuje na uwagę. Największą atrakcją Laosu jest jego dzika i nieprzeciętnie piękna przyroda, dlatego postanowiliśmy zacząć od kilku dni słodkiego lenistwa w hamaku w "krainie 4 tysięcy wysp" na południu. Hamaki kupiliśmy sobie jeszcze w Kambodży a pogoda wydawała się pewniejsza na południu – północ jakąś taka zimna ostatnio. Spotkani Polacy opowiadali o swoich trzech dniach pobytu w Luang Prabang – w deszczu i zimnie. Chcieliśmy tego uniknąć. No i ta ich podróż na południe. Pokazywali zdjęcia autobusu, który zakopał się w błocie po gwałtownych opadach i utknął na 10 godzin w pustkowiu.


A zatem lenistwo na wysepkach Mekongu. Miejscówka znana jest jako 4 tysiące wysp, ale tak naprawdę to trzy wyspy „właściwe” i trzy tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem (na oko) mniejszych lub większych kamoli wystających z wody, niektóre porośnięte drzewami.
Mówi się także, że to sto wysp w porze deszczowej i tych kilka tysięcy w porze suchej, gdy poziom wody w Mekongu znacznie opada. Rzeka w najgłębszym miejscu ma około 50 m. głębokości i żyją tu rzadkie delfiny słodkowodne. Brzmi zachęcająco, ale z delfinami to lipa. My jednak wiemy po co jedziemy – delektować się rustykalna atmosferą.



Łodzią motorową docieramy na wyspę, szukamy jakiejś chatki nad Mekongiem i dziwimy się tym niespodziewanie wysokim cenom. Już miało mi się przestać podobać, gdy chłopaki stanęli na wysokości zadania i znaleźli świetne bungalowy w jeszcze lepszej cenie. Tuz przy świątyni, kilometr od sławnych wodospadów. Cisza, spokój, lokalna knajpka i właścicielka z która nie można się dogadać. Po prostu cudownie!
Zawieszamy nasze hamaki, zalegamy z zimnymi napojami i zapominamy o bożym świecie na resztę dnia. Nasza aktywność ruchowa w ciągu dnia ogranicza się do wyciągania ręki z hamaka w celu wprawienia go w ruch. Gapimy się na rzekę, obserwujemy rybaków, którzy wypływają na połów.


Przyglądamy się dzieciakom chłapiącym się w wodzie, ludziom na moście łączącym nasza wyspę z sąsiednią. Gdy nam się to nudzi, odwracamy głowę, zmieniamy kilka slow a naszymi sąsiadami, czyli Monika i Michałem. A nie, przepraszam. Poszliśmy jeszcze cos zjeść. A że Laotańczycy to wyjątkowo leniwy naród (zasłużył sobie na opinię najbardziej leniwego wśród kolonii francuskich, a konkurencja była przecież niezwykle silna w tej części kuli ziemskiej), to na nic innego czasu nam już nie starcza :D tak, wpasowywanie się w klimat znakomicie nam wychodzi hihihihi

piątek, 1 kwietnia 2011

18 marca, piątek
Wieczorem dnia poprzedniego wsiedliśmy w autobus klasy sleeper do Laosu. Naczytałam się strasznych historii o podróży takim autobusem: ludzie piszą o tym jak często się psują i są naprawiane w pustkowiu, przez kilka godzin. Albo o strasznej trasie – kręto i stromo a widoki z lekka przerażające. No i jeszcze o wymuszeniach łapówek na granicy, wprowadzonych dodatkowych „opłatach” itp. I co? Z jednej strony nie taki diabeł straszny jak go malują. W autobusie jest toaleta i w przeciwieństwie do tych europejskich działa i jest dostępna. Chociaż bywa, że śmierdzi w całym autobusie. I w drodze do niej pokotem leżą ludzie – trzeba się wspinać po relingach. Ale jest kilka telewizorów i klimatyzacja.

Ale z drugiej strony te udogodnienia są największa wada tego autobusu. Z klimatyzacji wieje tak, ze na górnych pryczach ludzie śpią pod kocami w polarach i czapkach zimowych. W telewizorkach najczęściej prezentowane są koncerty patriotyczne – te są całkiem fajne (panie w pięknych strojach, wspaniała scenografia, ładne piosenki), ale częściej filmy po wietnamsku (żenada), kabarety (oczywiście po wietnamsku, ale w porównaniu z laotańskimi to cos się tam jeszcze dzieje) albo – o zgrozo! – kiczowate teledyski wrażliwością estetyczną zbliżone do naszego disco – polo. Najgorsze jednak dzieje się wówczas, gdy wyłączają telewizory. Wówczas z głośnika – około 10 centymetrów nad moją głową – zaczyna napier…ć muzyka! Na pełny regulator! Po wietnamsku! A po wietnamsku znaczy, że im więcej drżących (czytaj; świdrujących mózg i każdą komórkę twojego ciała) „M” i „N” oraz „ejn”, „łąkczitong” i wszelkiej maści „ągąg” tym lepiej. Tego to ja już wytrzymać nie mogłam! Wyszłam z siebie, stanęłam obok i o trzeciej nad ranem poczłapałam (tzn wisząc na rękach nad głowami śpiących w przejściu ludzi) do kierowcy z prośbą, żeby przyciszył. Powiedział „ok.”, odesłał mnie na miejsce i nic nie zrobił. I tak jeszcze dwa razy. Później zrozumiałam – nie mają możliwości przełączenia tylko na kabinę kierowcy, więc muzyka musi napierd…ć na cały autobus, żeby kierowca nie zasnął. Nie zasnął. Ja zresztą też nie.


A w autobusie wbrew wcześniejszym zapewnieniom spędziliśmy czas do późnego popołudnia. Wokół lało jak z cebra, więc poza przejściem granicznym opuszczaliśmy autobus niechętnie (toaleta w środku a na jedzenie i ta nie mieliśmy miejscowej waluty – raz udało nam się kupić ryż z warzywami za dolary).
Można było próbować spać. Albo czytać. Ale wówczas szybko dopadała człowieka choroba lokomocyjna. W sam raz na podstawowe informacje. Laos należy do najsłabiej rozwiniętych i najbiedniejszych krajów Azji. Tylko mała część 6 milionowej populacji mieszka w nielicznych i niewielkich miastach, reszta żyje w prostych (ale często malowniczych) wioskach i zajmuje się głównie uprawą ryżu.
Z informacji praktycznych – ceny bardzo podskoczyły. Miał to być dla nas kraj wymarzony na odpoczynek w rustykalnej atmosferze. Niestety okazało się straszliwie drogo, komercyjnie i turystycznie. A może tylko źle się do Laosu nastawiłam po pierwszym noclegu w stolicy. Bo około północy okazało się,, że pokój jest zarobaczony. Hotelik był już zamknięty i nawet nie można było wyjść by poszukać innego noclegu (dobrze, że nie wybuchł pożar!). Prawie nie zmrużyłam oka a i tak zostałam pogryziona przez jakieś zdradzieckie k…stwo. Nawet boję się zapytać co to było i co mogło przenosić. Od tego dnia mam nowy nawyk przy wybieraniu pokoju – dokładnie oglądam poduszki.

sobota, 5 marca 2011







Czwartek, 10 lutego
Popołudnie środowe opisze tutaj, bo należy tematycznie do dni następnego. Otóż po południu przepłynęliśmy jezioro i spieszyliśmy się na autobus do stolicy. Trzeba było do niego dojechać 14 mil. Najlepszą forma transportu są motory, ale nie wolno tu wozić turystów prywatnym transportem, więc musieliśmy wyjść poza miasto (za punkt kontrolny). Po drodze obejrzeliśmy jeszcze bazar z typowo lokalnymi toaletami (a jednak nawet po tylu miesiącach można zostać zaskoczonym!).
Motory to temat na osobną historię. Cena nie podlegała dyskusji, bo ustalał ją nasz przewodnik (przecież oni po angielsku to tylko kilka słów). Ale chłopaki zachowywali się jakby to był spisek o najwyższej klauzuli tajemnicy. Brali go pod rękę, odchodzili na bok i zachowywali się jak w filmach gangsterskich. Wyglądało to trochę podejrzanie, ale z perspektywy czasu wydaje mi się dość zabawne. Zwłaszcza, gdy wiem, co nastąpiło potem. Bo potem kategorii „zabawne” przyznać już nie sposób. Mieliśmy mało czasu, więc zarzuciłam kask na kapelusz i ruszyliśmy. Zanim się obejrzałam, chłopaków nie było widać. Mój kierowca jechał dość „ostrożnie” tzn tylko trochę bałam się, że spadnę na wertepach. Nawet nie za bardzo wyprzedzał, więc tych ciężarówek z naprzeciwka idących na czołowe zderzenie było niewiele. Za to nieznośnie stukał jego pasek od niezapiętego kasku a mnie drętwiały nogi w niewygodnej pozycji. I nigdzie nie widziałam moich towarzyszy. Musieli jechać bardzo szybko. Gdy w końcu do nich dołączyliśmy zobaczyłam obłęd w oczach Łukasza. Jego driver do rozsądnych nie należał, więc niebezpiecznych wjazdów z pobocza na asfalt i mijanek z ciężarówkami było znacznie więcej. Pomyślałam, że może miałam niewyraźną minę i mój kierowca, zobaczywszy ją w lusterku, jechał powoli. A może z natury był spokojniejszy. Tego się już nie dowiem.
Pognaliśmy na dworzec, gdzie nasz przewodnik wytłumaczył nam który przystanek jest nasz i pożegnał się, by wskazać drogę jeszcze jakimś turystom a następnie pojechać do Kalew, gdzie został w przechowaniu nasz zbędny na trasie bagaż. Człowiek orkiestra.
Autobus podstawiony tutaj okazał się całkiem przyjazny, z miła obsługą. Czternaście godzin do stolicy może nie minęło jak z bicza strzelił, ale szczególnie uciążliwe tez nie było. Do Yangonu dotarliśmy około 5 nad ranem. Niestety autobusy na plażę, żeby nieco turystom utrudnić życie, z zupełnie innego 'dworca' (Dagon Ayer High Way Station). Lonely Planet podaje, że jedyny autobus bezpośredni odjeżdża o 7:00,na polskim blogu znalazłam informację, że o 6:00. nie po raz pierwszy, i nie ostatni, LP się grubo mylił. Niestety znalezienie taksówki za przyzwoitą cenę zajmuje dużo czasu. A potem okazuje się, że jedzie z nami jeszcze mnich, którego trzeba odstawić do ekskluzywnej, strzeżonej dzielnicy (reklamowanej na bilbordach w całym mieście). Co prawda fajnie pokręcić się taksą po takim miejscu, ale na dworzec przyjeżdżamy o 6:20. Rzeczywiście LP kłamie z tymi godzinami, a także z cenami. Nie mogliśmy wręcz uwierzyć w ceny jakie nam podano. Czy przed kolejnymi wydaniami książki ktoś w ogóle weryfikuje te informacje?!


Nie ma bezpośredniego autobusu, ale możemy jechać z przesiadką. No więc wsiadamy do dość wygodnego autobusu, który o 8:15 jedzie do Pathein. Mamy komfortowe miejsca na samym przedzie i obserwujemy jak wsiadają kolejni pasażerowie. Dostają od konduktora małe plastykowe krzesełka i znajdują sobie miejsce w przejściu. Po godzinie autobus jest pełen (w cywilizowanym znaczeniu tego słowa) a mali Birmańczycy na małych krzesełkach wyglądają dość komicznie.
Do Pathein dojeżdżamy ze sporym opóźnieniem. Przez przypadek dowiadujemy się, że następny autobus odjeżdża z innego dworca. Już mieliśmy się zdenerwować, gdy uświadomiłam sobie, że jeden z chłopaków mówi chyba po angielsku. Zagadnięty, bardzo chętnie pomógł, wskazując nam bezpłatną taksówkę kolektywną, kursującą do centrum. Dotarliśmy zatem na lokalny dworzec wystarczająco wcześnie, by kupić następne bilety (nie ma miejsc siedzących, ale raczej nie mamy wyboru, bo miasteczko nie oferuje zbyt wielu atrakcji, a my po dobie w autobusach bardo już chcemy na plażę!) i poobserwować życie na dworco-bazarze. Siedzimy sobie przy autobusie i dziwimy się, że nie widać żadnych nerwowych przygotowań. Czyżby miało być jakoś inaczej niż w całej Azji? Bez walki o miejsca w środku? Bez upychania towaru? Ależ skąd! Po prostu jest to wpisane w czas przejazdu i zaczyna się dopiero o oznaczonej godzinie odjazdu. Nie zostajemy wpuszczeni do środka (no ładnie, czyli dostaniemy najgorsze miejscówki…), więc obserwujemy proces wrzucania (dosłownie! Jest tu nawet specjalny chłopak odpowiedzialny za podrzucanie tobołków wystarczająco wysoko) bagaży na dach.
Zostajemy usadzenie na komfortowym silniku z przodu autobusu. Wiele osób nam zazdrości – widzę po ich oczach. Mielibyśmy nawet ładny widok, gdyby przez przednia szybę było cokolwiek widać. Kierowca jednak jakoś daje radę, więc przez następnych kilka godzin bez przeszkód, wolno, górzystą, wąską drogą docieramy na miejsce. Żaden z zapowiadanych czasów podróży nie sprawdził się (w końcu to Birma), ale po dobie w autobusach docieramy do Zatoki Bengalskiej.
Na plaży moc atrakcji ;) - można wypożyczyć rowery, popływać w wielkiej dętce, wypić sok ze świeżego kokosa, zapatrzyć się na latawce, posmakować grillowanej krewetki lub ryby (serwowane nabite na patyk), zakupić „obraz” z owocami morza (zupełnie niesamowite). My owoce morza wybieramy na kolację. W pobliżu hotelu upatrujemy sobie knajpkę, w której jedzenie jest wyśmienite i tanie na tyle, że stać nas, by z każdym dniem zamawiać coraz bardziej wyrafinowane dania. Na początek krewetki, potem ostrygi, langusty, kraby, grillowany tuńczyk i coś, czego polskiej nazwy nie znam. Wszystko tak pyszne! Żałuję, że nie zdążyliśmy spróbować homara i ślimaka morskiego.