skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukit Lawang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukit Lawang. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2011

13 maja, piątek
PIĄTEK TRZYNASTEGO
Rano Łukasz zapytał, czy zobaczymy dziś orangutany. No jak to?! Dzisiaj mielibyśmy nie zobaczyć? Kiedy jak kiedy, ale dzisiaj na pewno.
I rzeczywiście. Przyszły. Całym stadem. Na karmienia przychodzi podobno czternaście, ale oczywiście nie wszystkie naraz. Dziś przyszło siedem! Matki z dziećmi, młode samice, samce… Niesamowite wrażenie. Najpierw słychać uginające się, pękające gałęzie. Bo orangutany są za ciężkie na te gibkie drzewa. Potem widać, że coś się rusza. A potem pojawia się Człowiek Lasu. Słońce prześwieca przez jego sierść, a on wyciąga ramiona daleko, daleko przed siebie i skacze na kolejne drzewo. I już jest! W zasięgu naszych oczu i naszych aparatów. Słychać jęk zdumienia, potem wyrazy zachwytu i zaraz po nich odzywają się migawki aparatów fotograficznych. I wtedy pojawia się strażnik sprawdzający, czy wszyscy, którzy robią zdjęcia wykupili odpowiednie pozwolenia. No więc dzielnie zmieniamy się z Łukaszem przy aparacie, razem robiąc dokładnie 199 fotek. Nie mamy jednak kłopotu z rozpoznaniem kto która zrobił, bo pamiętamy na co polowaliśmy.

Spotkanie z orangutanami to niezwykłe przeżycie. Mistyczne. Czytałam, że czasem orangutany maja swojego ulubionego opiekuna, chodzą z nim z rękę, pomagają przeprawić łódź z turystami na drugą stronę. Skoro ludzie tak piszą, to pewni tak jest. Ale przyglądając się im, ich sile, dzikiej dumie i niezależności, trudno w to uwierzyć. Takie oswajanie orangutanów to już wypaczenie, niezgodne z naturą i nie wiem czemu, poza uciesze turystów, służące. Na szczęście my mamy przyjemność obserwować przy pracy profesjonalistów, podchodzących do zwierząt z należnym im szacunkiem. Ostrzegają przed jedną z samic, która może zaatakować, więc trzymamy się na dystans. Nie wiem czy gdyby przyszło jej do głowy zrobić nam krzywdę, te kilka metrów miałyby znaczenie, ale jestem tak zauroczona tymi zwierzętami, że nie potrafię myśleć o niebezpieczeństwie. Zaskoczyło mnie, ze jestem pod tak wielkim wrażeniem. Tyle już dzikich i wielkich zwierząt widziałam, tyle fotografowałam z bliska, a jednak jest w tych spotkaniach cos specjalnego, coś co sprawia, że się nie nudzą. Że ekscytacja i napięcie nie przemijają. Że fascynacja wciąż jest świeża. Doprawdy wielka jest Potęga Natury.

Orangutany to powolne i długowieczne zwierzęta. Samotność jest ich prawdziwą naturą. Samiec po zbliżeniu z samicą nie interesuje się swoim potomstwem - zajmuje się tym samica opiekująca się młodymi do siódmego-ósmego roku ich życia.

Orangutany są przede wszystkim wegetarianami. Na ich codzienną dietę składają się owoce, pędy roślin oraz kora drzew, którą obgryzają swoimi silnymi szczękami i zębami. Czasem jedzą insekty, czasem także małe ssaki. Pomimo niezwykłych ludzkich odruchów orangutany spośród wszystkich małp człekokształtnych są najmniej spokrewnione z człowiekiem. W języku Bhasa indonesja orangutan oznacza "człowieka z lasu". Trzeba przyznać, że Indonezyjczycy mają wiele szacunku dla tej olbrzymiej spokojnej małpy, jednakże zdarzają się wypadki, iż zabija się je bardzo brutalnie.


Te wspaniałe zwierzęta można spotkać na wolności w kilku narodowych parkach na terenie Sumatry: Gunung Leuser National Park, Tanjung Puting, Kutai, a także na Borneo indonezyjskim i malezyjskim.


Po spotkaniu z orangutanami niewiele nam już pozostaje do zrobienia w Buking Lawang. Odwiedzamy jeszcze nasza ulubioną restauracyjkę. Serdecznie polecam Yusri Cafe, rodzinny interes prowadzony przez przesympatyczne małżeństwo Yusuf i Ritę, którzy prowadza także szkołę gotowania, organizują wieczory z tańcami regionalnymi, a przede wszystkim znakomicie dotrzymują towarzystwa przy przepysznych posiłkach. Nauczyliśmy ich „bardzo dobre”, więc teraz rozpoznają już Polaków.


Po posiłku Idziemu na autobus. Rikszarze cenią sobie za podwózkę na dworzec – około kilometra – 10 000 rupii, czyli ponad 3 zł. Idziemy więc na nogach, co pozwala mi spokojnie fotografować wszystko, co jedzie drogą. Przeładowane motory, riksze, wozy. Sama zaczynam myśleć, że jedna osoba na motorze to straszne marnotrawstwo przestrzeni.

Szybciutko znajdujemy busika do Medan. Głównym środkiem transportu w tej części świata obok wszędobylskich skuterów i motorów są minibusy. Jazda takim minibusem to dla każdego Europejczyka niezapomniane przeżycie. Najważniejszą częścią pojazdu jest klakson - musi być głośny i niezawodny. Tego używa się najwięcej. Wszystko inne ma prawo nie działać - pasów bezpieczeństwa nie ma, zegary ruszają się tylko na wertepach a wycieraczki jedynie „zdobią” przednią szybę. Okna się nie domykają (jeśli są szyby), a w autobusach najczęściej nie ma w nich uchwytów, więc w czasie deszczu leje się przez nie woda i bryzga bardzo daleko.

Drogi indonezyjskie to oddzielna historia. Kierowcy większych samochodów jadących z przeciwka muszą się nieźle nagimnastykować przy mijaniu. Na górskich odcinkach dróg przed zakrętami tworzą się ogonki samochodów czekających na wolną drogę z przeciwka. Oczywiście przed każdym zakrętem należy używać wspomnianego wcześniej klaksonu i słuchać, że z naprzeciwka tez ktoś jedzie. Jeżeli chcesz wyprzedzić, też musisz poczekać aż wyprzedzany da ci znak sygnałem dźwiękowym, że możesz to zrobić.
Drogi są bardzo, bardzo kręte, więc nawet przy bardzo dobrej nawierzchni, pokonanie stosunkowo niewielkich odcinków, nawet bardzo dobremu kierowcy, nawet przy niewielkim natężeniu ruchu, nawet przy niezłej pogodzie i takirze stanie pojazdu, zajmuje niemożliwie dużo czasu.

W autobusach oczywiście nie ma klimatyzacji, za to wszyscy, łącznie kierowca i dziećmi, palą papierosy. Nie takie eleganckie, jak w Unii Europejskiej, ale takie straszliwie śmierdzące. Nawet w autobusach z klimatyzacją (takich nocnych), gdzie jest często wyznaczona specjalna „smoking area” (jak na lotniskach), ale nikt się tym nie przejmuje, więc denerwowanie sienie ma najmniejszego sensu.


W Medan przesiadamy się na autobus do Berestagi. Mafia autobusowa jest tak dobrze zorganizowana, że pozwalamy się w końcu naciągnąć na podwójne cenę biletu (po 2 dolary za dwie godziny jazdy). Ale kiedy chłopak nie chce nam wydać reszty (dolara), robimy wielką awanturę. Chłopka broni się jak potrafi. W autobusie kłamie po indonezyjsku, a to , że mamy plecaki na dachu, a to, ze musiał zapłacić za naszą taksówkę na dworzec. Ale wszyscy trochę rozumieją po angielsku, więc powtarzamy nasza historię. Wszyscy są po naszej stronie. Starsze panie strasznie krzyczą na niego, a on niewzruszenie wraca na swoje miejsce. Zaczynają interweniować mężczyźni – to samo. Kiedy wysiadamy w Berestagi, postanawiamy nie dać mu tej satysfakcji. Łukasz staje w drzwiach, nie wpuszczając go do środka, a ja robię awanturę na cały rynek. Krzyczę, że jest oszustem i chce nas okraść. Gdy próbuje ludziom wciskać swoje historie, powtarzam głośno, ze jest kłamcą. Kilkunastu mężczyzn nerwowo powtarza mu, żeby załatwił sprawę, bo blokujemy przejazd. A on nic. Autobus musi kawałek odjechać, jego kierowca jest mocno zdenerwowany i krzyczy na niego, a on dalej swoje. W końcu śmieję się mu prosto w oczy. Doskonale się bawię. Chłopak nie wytrzymuje sytuacji – tylko w jego oczach widać wściekłość, poza tym doskonale się trzyma. Oddaje nam resztę nie mogąc chyba nadal uwierzyć, że biali awanturowali się tak uparcie o kilka złotych. Dobrze. Następnym razem może nie będzie tak bezczelny. A my nasze odzyskane pieniądze natychmiast wydajemy na przekąski.

Z pomocą spotkanych Francuzów szybko znajdujemy nocleg i idziemy „na miasto”. Najważniejszym zakupem okazuje się być świeżutki pachnący durian. Jest olbrzymi i zjedzenie go zajmuje nam sporo czasu. Ale daje też mnóstwo przyjemności. Niesamowita dawka energii.

sobota, 21 maja 2011

12 maja, czwartek


Budzę się o piątej rano ,taka jestem podekscytowana. Dziś idziemy z wizyta do orangutanów. Po poczytaniu relacji o trekkingach w dżungli, zdecydowałam, że chcę zobaczyć orangutany w czasie karmienia. Jest to możliwe dzięki Centrum Rehabilitacji Orangutanów "Bohorok" utworzonego przez WWF w 1973 roku. Ma ona celu odnowienie populacji tych fascynujących zwierząt głównie poprzez powtórne przystosowanie ich do życia na wolności. Obecnie na terenie parku żyje tam ponad 6 600 osobników i jeśli są chętni turyści (płacący po 2 dolary za wejście, 5 USD za aparat i 16 USD za możliwość kręcenia filmów), strażnicy parkowi przygotowują banany i mleko i idą z turystami na górę, gdzie ze specjalnej platformy karmią orangutany. Jeśli te przyjdą, bo podobnie jak ludzie, nie zawsze przychodzą.

No i o to w przygotowywaniu do życia w naturalnych warunkach przecież chodzi. Tymczasem o trekkingach przeczytałam, że są bardzo męczące (a ja po tylu miesiącach w podróży już tylu sił witalnych nie mam), że przewodnicy dokarmiają orangutany, żeby je sprowokować do podejścia – a to już idei parku narodowego kompletnie zaprzecza, no i ze czasem te dzikie bądź co bądź zwierzęta atakują, gryzą ludzi. O tym opowiedział mi już strażnik parkowy, mówiąc że jedna z mam już wiele osób pogryzła.


Tego dnia jesteśmy pierwszymi turystami, zachowujemy się cichutko i w ogóle jesteśmy bardzo przejęci. Obejrzeliśmy film edukacyjny w centrum, pokazujący jak należy się zachowywać, czego robić nie wolno (pić, jeść, krzyczeć, dotykać ani karmić orangutanów), że przebywać można w parku tylko godzinę, bo Ludzie Lasu też chcą mieć trochę prywatności. Niestety orangutany nie przyszły. Dla Łukasza było to wydarzenie rangi katastrofy narodowej. Ja niemal tego nie zauważyłam, bo poznałam właśnie trzy fantastyczne dziewczyny z Polski: Karolinę, Adę i Anię. Co mogę o nich napisać? Trzy zupełnie odjechane przyjaciółki, na co dzień profesjonalne, eleganckie asystentki, teraz zwariowane podróżniczki. Energia i śmiech, którym zarażają.
A tym to akurat warto się zarazić. Dobrze jest spotkać w podrózy trzy pokrewne dusze, bo choć towarzystwo Łukasza jest znakomite, to dziewczynie potrzeba przynajmniej od czasu do czasu towarzystwa dziewczyńskiego. Tylu zabawnych historyjek, opowiadanych przez wszystkie trzy naraz, chyba jeszcze nie słyszałam. Nieraz popłakałam się ze śmiechu. Z otwartymi ustami słuchałam opowieści o trekingu, bieganiu boso po dżungli za orangutanami, pijawkach wgryzających się w bezbronne ciała, wreszcie o sposobach jak przekonać szefa do zgody na 26 dniowy urlop. Szkoda, że ja tych sposobów nie mogę zastosować…

Z dziewczynami idę jeszcze raz do jaskini Bat Cave. Jest jeszcze fajniej niż dzień wcześniej. Okazuje się, ż Karolina jest specjalistka od jaskiń. Kiedy przychodzi burza obawiamy się, że nas w tych jaskiniach zaleje i uciekamy. Ale tych kropli wody na suficie lśniących w świetle latarek niczym perły, tych latających nietoperzy (zwłaszcza tego, który zderzył się z Karoliną twarzą w twarz), tych atakujących zewsząd kawiorów (ten, który zaatakował Anię był naprawdę groźny) oraz pająków (Ada, ja Ci wierzę, był wielkości Twojej ręki) nigdy nie zapomnę. Powodzenia w Tajlandii dziewczyny!
11 maja, środa

Rano, po wspólnym śniadaniu i porzuceniu zbędnych bagaży, Asma podwozi nas na dworzec autobusowy. W Medan są dwa dworce – jeden na krótkie dystanse, drugi na długie. W sumie to nie wiem po co. Bo i tak autobusy odjeżdżają z znanych mieszkańcom skrzyżowań. Krążymy zatem chwilę po mieście w poszukiwaniu właściwego busa. O dziwo nie ma go tam, gdzie powinien, więc jedziemy jednak na dworzec, gdzie znajdujemy duży autobus. Dziwne, ale czasem bilety na busy i autobusy są w tej same cenie, a czasem różnej.
Oczywiście o ile podadzą turyście prawdziwa cenę. I o ile w ogóle wpuszcza go do autobusu, bo czasem zmuszają do wynajęcia taksówki w myśl zasady, ze biały nie ma czasu, ale ma pieniądze do wydania. Cóż, mafie transportowe są wszędzie, nawet w tak miłych miejscach jak Sumatra. A my nie mamy pieniędzy na zbyciu. Zasiadamy w tym autobusie z pomocą Asmy, dzwonimy do Yumas, że wszystko OK (właśnie kupiliśmy miejscowy numer, więc podaję + 620821 67 890432; sieć nazywa się simPATI, co mnie urzekło). Jakoś nie przyszło nam do głowy, by zapytać kiedy ruszamy. Z poziomu ślamazarności ruchów pomocnika kierowcy wnioskuję, że za godzinę. Plus zapewne następna godzina stania na ulicy. Mam rację. Zupełnie nie zwracamy już uwagi na to czekanie. Indonezja słynie z tego, jak sami Indonezyjczycy o tym mówią, że ich czas płynie swoim własnym rytmem. Kauczukowy czas. Takie ładne określenie. Jeśli pytasz o której będzie autobus musisz doliczyć do tego plus minus dwie godziny minimum. Odpowiedz brzmi zawsze: Zaraz wyjeżdżamy.



Absolutnie nikt tu się na to nie skarży. Jak zresztą na wiele innych rzeczy, dla Europejczyka niemożliwych do przyjęcia. My chyba już się wpasowaliśmy. Ludzie zapadają w stan pewnego odrętwienia i cierpliwie czekają na odjazd.


Oglądamy sobie miasto. Medan ma ponad dwa miliony mieszkańców, jest brzydkie, bez chodników i zorganizowane w typowo azjatycki sposób – czyli dla Europejczyka totalnie chaotyczne. Mnóstwo tu ludzi, motorów i motorów z przyczepką osobową zwanych becakami. Tego już wczoraj próbowaliśmy jadąc do klubu. Motorem, jak wszędzie w tej części świata, wozi się wszystko i wszystkich. Najbardziej klasycznie to dwójka dorosłych i dwójka dzieci. Na becaku – drużyna piłkarska: za kierowcą na motorze jedna lub dwie osoby, pod daszkiem ile się da, a tutaj da się naprawdę sporo. Nawet na schodku można przecież stać. We dwóch, albo trzech, jeśli się dobrze złapać.


No to jedziemy do Bukit Lawang. Te wrota do Parku Narodowego Gunung Leuser znajdują się jakieś 80 km na zachód od Medan. Położona nad brzegiem rwącej, górskiej rzeki Bohorok, niegdyś mała wioska, z czasem zamieniła się w tętniące życiem miasteczko turystyczne, w którym przestrzeń jest skwapliwie wypełniana różnymi hotelikami, restauracyjkami, sklepikami z pamiątkami bądź straganami z żywnością. Na dworcu autobusowym (a jakże! Kilometr od miasteczka) odbiera nas znajomy Yumas, miejscowy przedsiębiorca turystyczny Edi. Ediego wszyscy tu znają, więc dzięki temu, że zobaczyli go z nami, już nas nie nagabują na różne atrakcje. No dobrze, nie nagabują bardzo intensywnie, tylko tak „troszkę”. Wydaje się, że wszyscy tu potrafią mówić po angielsku, a przynajmniej ci, którzy mają do czynienia z turystami. Tak więc dogadać się nie jest trudno.


Szybko się kwaterujemy (uwielbiam te ceny – 5 dolarów za pokój z łazienką) i po południu idziemy jeszcze do Jaskini Nietoperzy. Szczerze mówiąc wcale mi się nie chciało, ale okazało się, że warto. Yumas postraszyła nas trochę, że to niebezpieczne miejsce, ż koniecznie trzeba mieć przewodnika, bo można się zgubić. Ale w dżungli są drogowskazy i miejscowi, którzy wskazują drogę a jaskinia jest doprawdy cudowna. Bo jak mówię o jaskini w dżungli, to mam na myśli jaskinię w dżungli. Nie jakąś klitkę, tylko sześć jaskiń połączonych ze sobą, gdzie można sobie wędrować i godzinę. Nie jakąś wypasioną, pod turystów przygotowaną, tylko taką prawdziwą, bez poręczy, bez platform, bez światła. Czyli radź sobie człowieku sam. Nie ma innych turystów, za to sa olbrzymie pająki, latające nietoperze (w końcu to BAT CAVE a tu nazwy mają swoją wartość, jak na przykład LAS TROPIKALNY albo DESZCZ), wiszące nietoperze i stalaktyty. I stalagmity. I korzenie. I kałuże, I mnóstwo pięknych formacji skalnych. A wyobraźnia działa, oj działa!


Lokalne jedzenie w lokalnej knajpce (Rita serwuje ryż w kształcie serca, bo jak mówi „my kochamy naszych klientów” a dostawa świeżych warzyw przybywa – na głowie!) i już jesteśmy szczęśliwi szczęściem błogim, bezkresnym. Jeszcze tylko film na dobranoc i spać.