skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalkuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalkuta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 grudnia 2010




19 grudnia, niedziela
Raniutko mamy oddać materiał do testów – a tu nic! Jeszcze kawa (jednak dobrze mieć ze sobą menażkę i grzałkę). Dopiero teraz się udaje :D biegniemy z pojemniczkami do laboratorium. Dopiero teraz mamy tak naprawdę czas na poznanie miasta.
Kalkuta (hindi कोलकाता, trl. Kolkātā, trb. Kolkata; bengali: কলকাতা, trl. Kolkatā, trb. Kolkata ang. Kolkata; do 2001 hindi कलकत्ता, trl. Kalkattā, trb. Kalkatta; ang. Calcutta - stare nazwy wciąż w powszechnym użyciu) – miasto w północno-wschodnich Indiach, w delcie Gangesu. 4 638 350 mieszkańców (2006); region metropolitalny 15,6 mln mieszkańców (2006). Stolica stanu Bengal Zachodni, wielki węzeł komunikacyjny i port morsko-rzeczny, wielki ośrodek przemysłowy, handlowy, naukowy i kulturalny w regionie. Liczne zabytki architektury pałacowej i świątynie hinduskie. Czwarte co do wielkości miasto kraju.
Kalkuta została założona w 24 sierpnia 1690 roku, kiedy Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska weszła w posiadanie trzech wiosek, w tym Kalikaty, od której nazwy wywodziła się pierwotna nazwa. W 1698 roku ukończono budowę fortu Williams. W 1756, w czasie wojny siedmioletniej miał miejsce incydent w Czarnej Jamie. Wobec zignorowania żądania miejscowego władcy, który nie chciał rozbudowy fortu, wtrącono ponad 140 brytyjskich żołnierzy i cywilów do lochu o powierzchni 20 metrów kwadratowych. Następnego ranka dożyło tylko 23 więźniów.
W 1772 roku Kalkuta została stolicą Indii Brytyjskich. Była nią aż do 1912 roku, kiedy miasto utraciło stołeczność na rzecz New Delhi. W tym czasie osuszono okoliczne bagna i rozbudowano miasto.
W czasie II wojny światowej miasto zostało dwukrotnie zbombardowane przez Japończyków. W 1943 z powodu przekazywania żywności wojskom alianckim doszło do niedoborów wapnia. Spowodowało to głód, w wyniku którego zmarło ponad 5 mln ludzi. W 1946 roku doszło do zamieszek w wyniku których śmierć poniosło 2 tys. ludzi. Po podziale Indii Brytyjskich doszło do masowej migracji: Hindusi uciekali z ówczesnego Pakistanu Wschodniego (obecnego Bangladeszu) do Indii, natomiast muzułmanie migrowali w przeciwną stronę.
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych strajki, przerwy w dostawach energii elektrycznej i działalność maoistowskich bojowników spowodowały stagnację ekonomiczną miasta. W połowie lat dziewięćdziesiątych nastąpiła powolna poprawa sytuacji gospodarczej po wprowadzeniu przez rząd Indii reform gospodarczych. Od początku XXI wieku, dzięki sektorowi IT, gospodarka szybko się rozwija.
Kalkuta utrzymuje partnerskie więzi z następującymi miastami:
• Karaczi, Pakistan
• Kunming, Chiny
• Long Beach, Kalifornia, Stany Zjednoczone
• Neapol, Włochy
• Odessa, Ukraina
Kalkuta występuje w literaturze
• "Miasto radości" Dominique Lapierre
• "Ucieczka do Indii" Krzysztof Mroziewicz 2004 (rozdz. "Miasto prawd ostatecznych")
• "Na drogach Indii" Jerzy Putrament 1967 (rozdział "Kalkuta")
• "Księga zdziwień" Kazimierz Dziewanowski 1972 (rozdział "Zdumienie i groza: Złoty Bengal - śmierć w promieniach słońca")
• "Indie na co dzień" - z notatnika religioznawcy. Tadeusz Margul 1970 (rozdz. Dwie kalkuckie wizyty", "Durga Pudża w Kalkucie", "Parę migawek kalkuckich", "Strajk generalny w Kalkucie")
• "Wiza do Indii" Jan Zakrzewski 1989 (rozdz. "Kalkuta")
• "Róża wiatrów" Artur Lundkvist 1969 (z rozdz. "Płonące Indie" s. 47-55)
• "Aż do najdalszych granic" Wojciech Giełżyński 1972 (z rozdz. "Indie, Indie, otchłań świata" - "Samo dno" 1966)
• "Kraj świętych krów i biednych ludzi" Wojciech Giełżyński 1977 (rozdz. "O samym dnie i szczypcie nadziei")
• "Życie po hindusku" Janina Rubach _ Kuczewska 1971 (Str. 120)
• "Pariasi" Pascal Bruckner PIW 1996 (tłum z fr. 1985 r) - str. 475- 509 (rozdz.Nieuleczalni", "Sterty szkieletów" i "Ludzki pył")
oraz filmie:
• Parineeta' * Yuva * Calcutta Mail * The Namesake * Hey Ram * 15 Park Avenue * Howrath Bridge 1958 * Born Into Brothels:Calcutta's Red Light Kids (dokument) * Miasto Radości (City of Joy) * Calcutta (reż Luis Malle)

Po południu odbieramy wyniki badań. Trochę nam tam muszą potłumaczyć, ale wszystko jest ok. Z tej radości idziemy na deser lodowy (długo go będziemy pamiętać, bo chyba on nam zaszkodził!). W aptece specjalnie dla mnie sprowadzają tabletki. Przychodzimy po nie tuz przed zamknięciem i na zapleczu czekamy na kuriera. Niesamowicie mili ludzie. I to ci sami, których kilka godzin wcześniej widzieliśmy „w akcji”. Jakiś niezadowolony klient wywołał awanturę. Wszyscy strasznie na siebie krzyczeli (jak pisze że strasznie, to znaczy, że u nas się aż tak nie krzyczy) a „nasz” ekspedient już zdejmował fartuch i wywoływał gościa na bójkę na zewnątrz. Szedł jak byk. Az miło popatrzeć. A chwilę później obsługują nas uprzejmie w kasie jakby nigdy nic.
18 grudnia, sobota
Dzień zaczynamy od zmiany hotelu. Znajdujemy w zaułku czyściutki gest housik z przemoła obsługą za niewielkie pieniądze. 10 dolców za pokój wysokiej klasy – tego się w Indiach nie spodziewałam. A już na pewno nie w Kalkucie!
Zaplanowaliśmy sobie na Kalkutę tak dużo czasu, by załatwić dwie rzeczy: zrobić testy i wysłać paczkę. Okazuje się, że nie wzięliśmy pod uwagę, że jest weekend i poczty są nieczynne. Więc paczka poleci z Tajlandii. Ale tuż rarogiem jest prywatny szpital, czynny codziennie. Umawiamy się na wizytę - po 12 zł od osoby. Lekarz, którego pierwsze litery imion dają ATM czyli bankomat :D, bada nas (mnie mija już infekcja, ale mam biegunki, mdłości i zawroty głowy; Łukaszowi ta sama infekcja górnych dróg oddechowych zajęła płuca) sprawdza i opisuje wszystko dokładnie. Zleca nam badania, o które prosimy. Testy na pasożyty (w tym amebę) kosztują ok. dwóch dolarów. Te na malarię, tyfus itp. są o wiele droższe a doktor uważa je za niepotrzebne, bo nie gorączkuję. Kupujemy pojemniczki na materiał do badań i tu zaczynają się schody. Oboje mamy kłopot z „long toilet”. Szukamy więc czegoś, co nas „przegoni”. Najlepsze do tego wydaja się lokalne jogurty. Objadamy się więc takimi specjałami.
Spacerujemy po mieście, robimy zakupy. W Tajlandii będzie drożej, więc uzupełniamy apteczki i kosmetyczki. Żarcie uliczne jest tu zupełnie inne. Tyle nowych potraw i deserów do spróbowania!

17 grudnia, piątek
W czwartek o 16tej szukaliśmy na peronie bodajże 27 naszego wagonu – w pociągu długim chyba na kilometr. Miałam okazję zobaczyć kolejki ludzi grzecznie czekających na otwarcie wagonów. Okazało się, ż pociąg przyjechał spóźniony i wsiadamy do przeraźliwie brudnego składu. Na szczęście mamy górne koja, wiec nie toniemy w stertach śmieci, które kleją się na podłodze i piętrzą w stosy. Nasze miejsca udaje się jako tako ogarnąć. Rodzinka z dołu nieco wyśmiewa nasze zachowanie, gdy standardowo przypinamy plecaki łańcuchami pod dolnym łóżkiem. Może i ludzie wokół wyglądają na sympatycznych ale w Indiach niczego to już nie zmienia. Ostrożność podróżnicza oznacza ograniczone zaufanie do otoczenia zawsze i wszędzie. Za wiele osób opowiedziało nam swoje historie – jak to zostali oskubani. Najczęściej przez swoją głupotę. Tak jak ci Niemcy, których poznałam w drodze do Pokhary a potem w Katmandu opowiadali Łukaszowie, że wysiedli na chwilę z autobusu (publicznego), by kupić herbatę a po powrocie nie znaleźli plecaka – z paszportami, i-podem, laptopem, przewodnikiem i innymi drobiazgami. Skomentowali to stwierdzeniem, że duuużo ich to teraz kosztuje. Szkoda, że tak niefortunnie zaczęła się ich podróż, ale przecież sami są sobie winni. Mnie by do głowy nie przyszło, by pozostawić paszport bez opieki. Paszport i karty kredytowe oraz grubszą gotówkę mam przy sobie zawsze – w czasie snu (w hotelu zdejmuję pas, ale zawsze kładę go pod poduszkę), w toalecie (w miastach takich jak Delhi dokumenty i pieniądze zabierasz ze sobą idąc pod prysznic, bo singli obrabiają nawet gdy ci są w łazience).
Pociąg rusza z dwugodzinnym opóźnieniem, co nikogo bynajmniej nie dziwi, ani nie denerwuje. Nas tez nie – ledwie ten fakt zauważam. Czas opuścić Indie, skoro aż tak tu wsiąkliśmy. Nareszcie mamy przy sobie wszystkie nasze ciepłe ubranka, więc tej nocy w końcu nie marzniemy. Co chwilę tez dokupujemy sobie gorące herbatki albo coś do przegryzienia. Śpimy, gadamy, obserwujemy ludzi – i tak mija nam ponad doba podróży. O Kalkuty przyjeżdżamy z opóźnieniem, około 20tej, więc już po zamknięciu przeprawy promowej. Po opowieściach Łukasza z poprzedniej jego bytności w Kalkucie (o przeładowanych nieziemsko promach i zatonięciu jednego z nich tuz po jego wyjeździe) jakoś nie bardzo miałam ochotę na te atrakcję, więc z chęcią wsiadam do taksówki. A taksówki w Kalkucie są świetne – wszystkie żółte starym stylu. Jak z filmów. Mnóstwo miejsca w bagażniku na plecaki, w miarę uczciwi kierowcy. Są też riksze chodzone, ale – jak już wspominałam – to nie dla mnie.
Jedziemy na ulice turystyczną. Kalkuta przez okno taksy wygląda tak, jak ją sobie wyobrażałam. Jak Indie w soczewce. Ciemno, brudno, śmierdząco i przeraźliwie biednie. Gdy wysiadamy w ciemność kieruje się w stronę wskazaną przez mojego towarzysza. „Drogą czy chodnikiem?”- pytam. „Ulicą. Będzie bezpieczniej.” Rzeczywiście, w mroku dostrzegam bezdomnych, psy, odpadki… Nie wygląda to jak w filmach, gdzie nawet żebracy są sterylnie czyści i sympatyczni.
Z trudem znajdujemy jakiś hotelik w przyzwoitej cenie. Okazuje się jednak, że jest awaria i ciepła wodę przynoszą nam w wiadrze. Okno pokoju, pozbawione szyb, wychodzi na korytarz. Z ulicy dochodzą hałasy (m. in. naprawiają ten cholerny wodociąg) wiec nie wysypiamy się tej nocy –oględnie rzecz ujmując.