skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malezja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 maja 2011

9 maja, poniedziałek

Przed lotem do Indonezji dużo czasu spędzamy na necie. Nie wiemy jak będzie na Sumatrze, więc chcemy nadrobić trochę zaległości.

Popołudnie przeznaczamy na zwiedzanie. Miasto słynie z drapaczy chmur, są tu drugi co do wysokości budynek na świecie - wspaniałe wieże Petronas Towers o wysokości 452 m, jak również piąty na tej liście wieżowiec Menara Kuala Lumpur. Myśleliśmy o wejściu na Petronas Towers albo Wieżę Telewizyjną (Menara), ale na pierwsze jest tylko 160 biletów dziennie i trzeba czekać od piątej rano a na druga wjazd jest bardzo drogi. Wybieramy zatem kilka atrakcji i na nich się koncentrujemy. Zaczynamy od zabytkowego meczetu Jamek. Tuz przy stacji metra o tej samej nazwie, z której zazwyczaj startujemy. Niestety musimy poczekać kilka godzin na wejście, bo właśnie jest czas modlitw i jako niemuzułmanie nie możemy wejść. Podoba mi się otwartość i uśmiech z jakim nas witają, tłumaczą kiedy możemy wrócić. I to, że choć jestem w krótkiej sukience bez pleców, nie mam problemów, bo przygotowali na takie okazje specjalne chusty i płaszcze.

Idziemy zatem na Plac Wolności, po malajsku - Kuala Lumpur Dataran Merdeka. Znajduje się w sercu Kuala Lumpur, jest ze względów historycznych szczególnie ważny dla wszystkich Malezyjczyków. To tutaj 31 sierpnia 1957 r. spuszczono z masztu flagę brytyjską i wciągnięto na jej miejsce flagę Malezji. Obecnie stoi w tym miejscu najwyższy na świecie (mierzący 100 metrów) maszt flagowy . Pod placem zlokalizowany jest podziemny kompleks restauracyjno-rozrywkowy Plaza Putra. Znajduje się tu między innymi Putra Indoor Golf Center - jedyny w mieście salon gier z komputerowymi symulatorami gry w golfa Par-T Golf. Tam nie schodzimy. Natomiast plac sam w sobie nie robi wrażenia. Wielkie boisko i tyle. Le jest dobrym miejscem do fotografowania, stojącego vis a vis, gmachu Sułtana Abdula Samada.
Pałac wyróżnia się elementami architektonicznymi w stylu mauretańskim, błyszczącymi miedzianymi kopułami oraz wysoką na 130 metrów wieżą zegarową. Piękne! Budynek zaprojektowany został przez architektów Normana i Bidwella. Ukończono go w 1897 r. po dwóch latach budowy. Przez długi czas stanowił siedzibę administracji brytyjskiej, później mieściło się tutaj kilka różnych instytucji rządowych. Od kilku lat budynek przystosowany jest do potrzeb malajskiego wymiaru sprawiedliwości oraz Muzeum Tekstyliów.
Skręcamy w lewo, mijamy uliczki będące kolorową mieszanką nowoczesności i historii, i oto już jesteśmy na Targu Centralnym - Central Market. 50 lat temu był to największy targ miasta. Obecnie pełni funkcję centrum kulturalnego z szeroką ofertą artystyczną, jest centrum handlu wyrobami rękodzielniczymi, od lokalnej sztuki poprzez antyki aż po modne wzornictwo użytkowe. Wiele tu pięknych przedmiotów, wszystkie maja tylko jedną wadę – są horrendalnie drogie. Indonezyjskie maski są kilkudziesięciokrotnie droższe niż w Indonezji.
Targ oferuje ogromny wybór pamiątek z podróży. Można tu kupić przedmioty chyba z całej Azji.

Wracamy obejrzeć meczet Jamek. Znajduje się w centrum miasta, przy ulicy Tun Perak, niedaleko Dataran Merdeka - Placu Niepodległości, dokładnie w miejscu, w którym osiedlili się pierwsi mieszkańcy. To tu zbiegają się rzeki Gombak i Klang. Tę okolicę uważa się za miejsce narodzin Kuala Lumpur. Meczet, zwany przez Malezyjczyków "Masjid Jamek" jest niewielki, ale uroczy. Stanowi prawdziwą ozdobę miasta. Zaprojektował go zafascynowany architekturą i sztuką orientu brytyjski architekt Arthur Benison Hubbard. Mnie urzeka to, jak został wkomponowany w nowoczesna architekturę z drapaczami chmur i bankami ze szkła i metalu. Nocą jest przepięknie oświetlony. W środku panuje senna atmosfera. Niektórzy sobie przysypiają w cieniu. Taka oaza spokoju w środku wielkiego miasta.

Czas zatroszczyć się o bilety na lotnisko. Jako zdeklarowana przeciwniczka taksówek podejmuję wyznanie znalezienia komunikacji publicznej. Bez trudu znajduję info o kolejce miejskiej na terminale lotnicze, ale cena podana na stronie internetowej poraża – 35 zl w jedną stronę. A droga ma zająć 28 minut! Na mapie miasta jest informacja o autobusach miejskich, ale podróż jest trzy razy dłuższa. Na dworcu centralnym jest jednak informacja turystyczna, gdzie przesympatyczna pani podaje konkretne namiary: z podziemia jeżdżą autobusy po 8 i 9 zł! Kupujemy bilety na ostatni kurs. Przyznaję, jesteśmy bardzo z siebie zadowoleni.

Jedziemy na obiad. Z kolejki naziemnej podziwiamy miasto. Największe wrażenie robi Malajski Meczet Narodowy. Znajduje się tuz obok. Posiada charakterystyczny pofałdowany dach, dzięki czemu jest punktem orientacyjnym w śródmieściu.


A teraz bufet. Zgodnie z naszą tradycją upatrzyliśmy sobie w mieście kilka bufetów i teraz idziemy ucztować. Na nasze legitymacje studenckie (ciiii! Mam ITICa jako studentka Uniwersytetu w Tokio) za 22 zł od osoby przez dwie godziny jemy i pijemy bez umiaru. Tym razem nie jest to jednak zwyczajny bufet. Ten japoński „shabu one” oferuje ekskluzywne owoce morza, ryby w kilku rodzajach – wszystko prosto z parującego lodu. Gotujemy sobie różne różności, dojadamy gotowymi potrawami. Samych muszli gotujemy z siedem rodzajów. Do tego kraby – pyszniutkie! Niektórych nazw nie potrafimy rozszyfrować, ale i tak są pyszne. Do tego napoje – najlepsza zielona herbata z miodem jaką w życiu piłam! Oczywiście „słodkości” lokalne, czyli różne puddingi z owoców, brązowy cukier i żelki. Wraz ze świeżymi owocami najlepiej smakują z lodami. Wśród wielu smaków wyróżnia się miętowy i oczywiście durianowy.


Zasiedzieliśmy się troszkę. Chciałoby się jeszcze pospacerowac po rozświetlonym mieście, gdzie pani w czadorze sprzedaje na ulicy kradzione chyba zegarki, ale nie ma już na to czasu. Biegiem na metro, po nasze plecaki z hotelu i na Dworzec Centralny, gdzie wsiadamy do już odjeżdżającego autobusu. Noc spędzimy na lotnisku.

Międzynarodowe lotnisko położone jest około 50 km na południe od Kuala Lumpur. Jest to największe lotnisko Malezji i jedno z największych w Azji. Stanowi bazę linii lotniczych Malaysia Airlines oraz AirAsia. W 2008 roku lotnisko zostało wybrane za najlepsze lotnisko w klasie portów lotniczych obsługujących 15-25 milionów pasażerów rocznie.

Lotnisko posiada dwa terminale pasażerskie: Główny terminal, terminal satelitarny. Dodatkowo dostępny jest specjalny terminal dla tanich linii lotniczych (LCCT) - to dla nas! Pomiędzy głównym terminalem i terminalem LCCT kursuje autobus lotniskowy (koszt 1,50 RM=1,5zł). Pomiędzy terminalem satelitarnym i głównym terminalem kursuje co 3-5 minut specjalny pociąg. Podróż trwa 2 minuty. Mnóstwo tutaj miejsc takich jak kawiarnie, restauracje, bary, wiele sklepów, apteki, kantory wymiany walut, poczta, bank, bankomaty, wypożyczalnie samochodów, kaplica, meczet. Istnieje możliwość skorzystania z kliniki, pomieszczeń konferencyjnych, bezpłatnego bezprzewodowego Internetu (teoretycznie jest ograniczony do dwóch godzin, ale Łukasz pasł się na necie cała noc), pokoi dla VIP-ów, specjalnych poczekalni, centrum fittnes. Oczywiście w łazienkach są prysznice. Dostępne są także udogodnienia dla osób niepełnosprawnych i dla matek z dziećmi (w tym sala zabaw dla dzieci), a także pomieszczenia dla palących. Bo w tej części Azji jest to nałóg tak silny, ze nawet na lotniskach sa pomieszczenia dla palących.



Punkty informacji lotniskowej znajdują się we wszystkich budynkach terminali. Dostępnych jest także wiele komputerów, umieszczonych we wszystkich terminalach, dzięki którym można uzyskać informacje o lotnisku, komunikacji, najważniejszych miejscach w Malezji. Czyli bez problemy się odprawiamy, choć wcześniej nie wydrukowaliśmy biletów. Okazuje się, że na i-phona stworzono specjalna aplikację, Wysyłasz smsa i dostajesz kod kreskowy, który w takim punkcie skanujesz prosto z telefonu i już jesteś odprawiony! Rewelacja! Szkoda, że nie mam i-phona. Jeszcze!
Lotnisko obsługuje między innymi linie lotnicze: Malaysia Airlines, AirAsia, Air China, Air India, Cathay Pacific, EgyptAir, Emirates, Japan Airlines, KLM, Lufthansa, Qatar Airways.


Na lotnisku w Kuala Lumpur znajdują się dwa główne parkingi mogące pomieścić w sumie prawie 11,5 tysiąca samochodów. Parking krótkoterminowy jest kryty, składa się z czterech siedmiopiętrowych bloków (A, B, C, D). Jedna godzina postoju to koszt 3,50 RM, 1 dzień postoju to koszt 43 RM. Parking długoterminowy - pierwsze trzy dni postoju kosztują 129 RM – i jest to minimalny czas na jaki trzeba zostawić samochód, ale już następne dni postoju to tylko 15 RM.
Oficjalna strona internetowa lotniska www.klia.com.my
8 maja, niedziela

I niech mi już nikt nie mówi, że podróże (góry, lasy, dżungla) albo aktywności (nurkowanie czy skoki ze spadochronem) są niebezpieczne! 90% wypadków wydarza się w domu! Poślizgnęłam się pod prysznicem i się poobijałam. Mam wiele szczęścia, że nie złamałam ręki, którą się podparłam. Że jej nie zwichnęłam. Ale stłuczenie też bardzo boli. Podróżowanie z fizjoterapeutą ma jednak te zalety, że w przypadku urazów ortopedycznych jest się pod specjalistyczną opieką. Cóż z tego, skoro najważniejszym jej przejawem było powtarzane ”nic ci nie jest”. Prawda, ale boli.
Pomarudzić trochę – to moje prawo. Wszystko zajmuje teraz więcej czasu – pakowanie się, ubieranie. Prawy nadgarstek spuchł i boli przy próbie chwycenia czegokolwiek. Kciuk buntuje się przy próbie używania go w jakikolwiek sposób. Nosze tę moją rękę jak przyszytą. Przyglądam się jej jak nie swojej i zastanawiam się jak to jest przy większych urazach. Jak trudno oswoić swoją psychikę z takimi sytuacjami, zmusić do zaakceptowania własnych ułomności. Bolesne wyobrażenia.


Mimo wszystko spacerujemy po mieście. Malaka do XIV w. była prężnie rozwijającym się portem o dużym znaczeniu politycznym i ekonomicznym. To tutaj handlowano między Indusami, Malajami, Arabami, Tajami, Khmerami i Chińczykami. Upadek Malaki rozpoczął się, gdy dotarli tu Portugalczycy, którzy zaatakowali i przejęli miasto w 1511r. Port ufortyfikowano i próbowano utrzymać jego kupiecki potencjał - bezskutecznie. Od tego czasu (przechodząc z rąk do rąk) Malakka podupadała. Dzieła dokończyli Brytyjczycy w XIX i XXw.


Znakomicie wybraliśmy czas przyjazdu do miasta – dziś niedziela, więc trafiamy na niedzielny targ staroci. Ja i tak najbardziej lubię nasze, przemyskie (mój tata organizuje najlepsze giełdy staroci!), ale Łukasza i wolami nie można odciągnąć. Ratuje nas chińska restauracja, bo już czas najwyższy na jedzenie.


W downtown wszędzie napotykamy na rowerowe riksze, paskudnie i masowo poozdabiane plastikowymi kwiatami. Słynne są ze swoich ozdób w stylu rustykalno-tandetnym oraz głośnej muzyki. Klient wsiada a kierowca włącza jakiś przebój – i tak jadą przez miasto. Nie wiem jak można to wytrzymać kilka minut, a już właściciele godni są podziwu, no chyba że już dawno ogłuchli.


Po południu wracamy do KL. W Melace autobusy wyjeżdżają z Melaka Sentral, czyli skrzyżowania dworca autobusowego z centrum handlowym. Ponoć wmawia się turystom, że transport publiczny jest tu kiepski i dlatego taksówkarze zdzierają z przyjezdnych.
My jedziemy – jak wczoraj – autobusem publicznym. Tym razem za 1,50 zł, bo ulice są jednokierunkowe, więc w cenie mamy godzinny objazd po całym mieście. Po trzech kwadransach mijamy nasz hotel i jedziemy już prosto na dworzec autobusowy 


Podróżowanie w Azji jest bardzo proste. Także teraz. Szybciutko klimatyzowany autobus za małe pieniądze do KL a tam przesiadka na metro i do centrum. Mieliśmy się zatrzymać u Danego, ale ten nadal jest zajęty przeprowadzką. Jedziemy więc do znanego nam hoteliku, gdzie dostajemy ten sam pokój.


Wieczór (mimo, że umówiliśmy się z Danym, ale ten podobno zasnął i nie przyjechał) spędziliśmy w chińskiej dzielnicy. Miasto jest pięknie oświetlone. I nawet w „rogu jedzeniowym”, czyli punkcie z tanim jedzeniem mają wi-fi.
7 maja, sobota
Zjechaliśmy z wysp, bo umówiliśmy się z Danym na weekend. Ale okazało się, że kupił nowy dom i się przeprowadza. No więc jedziemy od razu do Malaki.
Malakę założyli Hindusi, potem przejęli ją Chińczycy, potem wyznawcy islamu i na końcu jeszcze po kolei portugalscy żeglarze, Holendrzy i Brytyjczycy. Malaka jest zlepkiem tych wszystkich kultur i społeczności do dnia dzisiejszego. Zupełnie niesamowita mieszanka, gdzie w chińskiej restauracji obsługują muzułmanie, hindusi, Chińczycy…


W centrum miasta na wzgórzu stoją ruiny kościoła Sw. Pawła, ze wzgórza rozpościera się wspaniała panorama na Ocean Indyjski, olbrzymią replikę łodzi Magellana, rzekę i miasto. Głównym punktem miasta jest wieża zegarowa obok miniaturowego parku z fontanną i niewielkim kościołem.

Dalej za rzeką leży hinduska dzielnica z domami w ciemnoczerwonym kolorze, jeszcze dalej najstarsza część miasta- Chinatown. Tutaj znajdują się najtańsze hotele. Ale w weekend ceny sa zazwyczaj wyższe. Ulice tej dzielnicy mają 600-700 lat, są wąskie i niewielkie- ale maja swój niepowtarzalny urok i klimat. Lampiony, malowane smoki, latawce, przydomowe ołtarzyki, niewielkie mieszkania na piętrze...
Świątynie buddyjskie, pagody, meczety- kadzidełka, stukania dzwonków, monotonne zawodzenie mnicha buddyjskiego i nawoływanie imama. I wszystko obok siebie od wieków w zgodzie i symbiozie. Malakka to miasto wielu religii, wielu narodów i nacji.


W sobotę miasto pełne jest turystów. Jest głośno i elegancko. Zakładam więc najlepszą kieckę, buty na obcasie i ruszamy na zwiedzanie. Melaka objęta jest ochroną UNESCO i słynie z pozostawionego przez holenderskich kolonistów ratusza i kościoła, oraz ze wspaniale zachowanego Chinatown, z najstarsza w Malezji chińską świątynią. Budowle holenderskie, mimo swej wartości historycznej, nie robią już na nas wrażenia. Postanawiamy zobaczyć nabrzeże – przesympatyczne i statek Magellana. Przypadkiem trafiamy do Muzeum Służb Celnych. Ekspozycja jest niesamowita. Pokazuje nie tylko mundury, sprzęt i historię służb, ale także skonfiskowane na przestrzeni wielu lat towary – z opisem, dlaczego ich przewóz był nielegalny.
Są tu więc wyprawione zwierzęta, ich rogi i skóry – to oczywiste. Są kawałki rafy, muszle itp. – to wiemy: wywóz jest nielegalny. Są motory itp., za które nie zapłacono cła, albo właściciel nie miał wszystkich dokumentów. Podziwiamy przepiękne noże i broń białą – oczywiście są to przedmioty niebezpieczne. Są też butelki z alkoholem – niektóre piękne, ozdobne albo olbrzymie. Rozumiem, Krak muzułmański, alkohol jest zabroniony. Ale są też przepiękne etniczne rzeźby, owinięte półprzeźroczystymi chustami – okazuje się, że uznano je za obsceniczne! A obok wiszą obrania: T-shirty pamiątkowe, kostiumy z nadrukami – skonfiskowano je, bo z Malezji nie można wywozić niczego, co ma na sobie frazy ze świętego Koranu. Bardzo ciekawe muzeum.


Potem idziemy zobaczyć statek Magellana. Tak jak krzyż Magellana w Cebu City – lipa! Rekonstrukcja. Ale fotki fajne można zrobić. Zwiedza się ekspozycję boso.


Obok jest muzeum czyjegoś imienia, prezentujące zbiory o tematyce marynistycznej, podwodnego świata, łodzi itp. Także w kształcie wnętrza łodzi.


Wypatrzyliśmy także „okręt wojenny”. To już następne muzeum, po drugiej stronie ulicy. Poświęcone służbom mundurowym – wojsku i policji. Pospiesznie zwiedzamy ekspozycję wewnątrz – mundury (także te w wersjach dla różnych religii, z toczkami, z chustami, turbanami) z kilku epok, odznaczenia, pamiątki, dyplomy, zdjęcia. Moja uwagę przykuwa oldscoolowy sprzęt nurkowy.
Teraz park maszynowy na zewnątrz. Wspinamy się na różne konstrukcje, fotografujemy się z działkami, na pokładzie łodzi patrolowej. Zgadnijcie kto marudzi, że nie można zejść do maszynowni.


Co tydzień w piątek i sobotę w Chinatown organizowany jest nocny market. Sprzedawcy rozstawiają swoje kramy, na których można kupić chyba wszystko, w szczególności mnóstwo bardzo nieprzydatnych do niczego przedmiotów. Spacerujemy wśród straganów do późna w nocy, kosztując różnych tradycyjnych specjałów. Chińskie pyszności w postaci małych „pierożków” wszystkich smaków, desery lodowe, ziemniaczane chipsy na patyku…

czwartek, 19 maja 2011

6 maja, piątek

Ze wszystkich nurkowisk w okolicy najbardziej podobało nam się na P. Postanawiamy tam zatem popłynąć jeszcze raz. Wymeldowujemy się z hotelu, ale przesympatyczny właściciel proponuje, żebyśmy zostawili plecaki. Bardzo nam to pasuje, bo chcemy jeszcze wrócić na neta a potem stąd bliżej na przystań (z drugiej plaży trzeba wziąć taksówkę za kilka złotych).



Po południu Łukasz siedzi u Indyjczyka na necie (to się nazywa uzależnienie), a ja próbuję uniknąć poparzeń słonecznych nie rezygnując z piasku i wody. Ludzie wokół mają ciekawe pomysły. Jakaś para gra sobie w plażowego ping-ponga. A obok chłopak czyta w wodzie książkę. Nad powierzchnię wystaje mu tylko głowa i ręka z rzeczoną książką. Wieczorem mam okazje z nim porozmawiać – chwali się, że to pierwsza książka, jaką czyta w życiu. Jest z Norwegii.
Był w Polsce, bo akurat trafił na tanie bilety, i zdziwił się, że mamy plaże i… tanie piwo! Podróżuje sam, ale jest tak roztrzepany, że zostawił na ławce przy mnie bardzo drogi aparat fotograficzny (nota bene próbując wsiąść do nie swojego autobusu) i gdy zwracam mu uwagę, że cos zostawił śmieje się, że tak stracił już aparat w Indiach.
Jeżeli coś mnie jeszcze dziwi w podróży, to ludzie tacy jak on. I ta druga dziewczyna, ale o niej to nawet nie mam siły pisać.


Wieczór spędzamy objadając się w miasteczku pysznym malajskim jedzeniem w lokalnych, czyli rozsądnych, cenach. Restauracje na wyspie są niestety bardzo drogie, ale jedzenie tutejsze jest tak pyszne, że trzeba mieć naprawdę bardzo dużo samozaparcia, żeby zmusić się do zupek chińskich.
Noc ponownie spędzamy komfortowym autobusie do Kuala Lumpur. Rozkładane, szerokie siedzenia pozwalają się wyspać. Nawet Łukasz nie może narzekać na brak przestrzeni. Tylko ta klimatyzacja zamrożona w pozycji „minus sto”… Wożę ze sobą, poza koszulą, dwie bluzki z długim rękawem, specjalnie do klimatyzowanych autobusów. I grube skarpety. I oczywiście saronga. A Łukasz ma nawet grubą, zimowa czapkę i mi pożycza swój kapelusz.
5 maja, czwartek

To znowu dzień nurkowy. Tak tu pięknie! Nie znajduje słów by opisać bogactwo zycia podwodnego, które dane mi było oglądać. Muszę jednak wspomnieć, że w czasie pierwszego nurkowania, na T3, trafiliśmy w bardzo silny prąd. Miejsce jest przepiękne, skalne wąwozy, wąskie przejścia, piękne ryby, nawet na płaszczkę trafiłam. Ale agresywne trigerfishe to już nie bardzo. Gdy nasz przewodnik podawał mi na dnie ciężarek, bo byłam niedociążona, zaatakowała go i ugryzła w nogę. Co więcej, silny prąd zaczął nas spychać na pełne morze. Okazało się, że powietrza, wskutek walczenia z tą siłą, wystarczyło nam tylko na 37 minut. Do tego wynurzenie było awaryjne, z bojką wokół której pływaliśmy i z wzywaniem łodzi.

4 maja, środa

Błogie nicnierobienie na rajskiej wyspie Perhentian Kecil. Trudno jednak ująć w słowa miękkość piasku, przyjemność zanurzania się w cieplej, krystalicznie przejrzystej wodzie, widoki na góry i skały czy przyjemny „chłód” (tak, 25 stopni i cień to tutaj już chłód) dżungli. Zmieniliśmy bowiem nocleg na „miejsce indyjskie”, gdzie „dżungla spotyka się z morzem”. Jest tu znacznie chłodniej, spokojniej a w barze woda mineralna w butelce podawana jest z lodem w szklankach(w tej samej cenie co butelka w sklepach) a wifi jest gratis (na plażach po 10-15 zł za godzinę). Pokoik za 15 dolarów to tutaj bardzo tanio, ale właściciel zapowiada, że w przyszłym tygodniu zaczyna się sezon (w pierwszym hotelu wciskali nam, że sezon zaczął się kilka dni temu) i cena podskoczy trzykrotnie. Uff! Dobrze, że nas już tu nie będzie.


O mogę napisaco tych rajskich wyspach, których wspomnienie przywołuje błogi uśmiech na mojej twarzy… Nazwa „perhentian” znaczy „punkt zatrzymania się”, czyli port. Pod taką nazwą wyspy występują jeszcze w dokumentach z XIX wieku. Są tu zarówno komfortowe resorty, jak i budżetowe hoteliki czy shaletty. Co dziwne, nazwa guest house nie oznacza, że będzie taniej niż w resorcie. Przy czym w czasie malezyjskich świąt, wakacji itp. ceny sa kilkukrotnie wyższe. Jest to bowiem ulubione miejsce wypoczynkowe Malezyjczyków, a ci óredo biednych nie należą. Zresztą nam je polecił (szczególnie nurkowania) Dany – Łukaszowy host sprzed dwóch lat.


Tak naprawdę są dwie wyspy. Perhentian Kecil jest tą bardziej “the budget traveller and the backpacker scene”, szczególnie wzdłuż Long B., gdzie wylądowaliśmy przez przypadek dwa dni temu. Piętnaście minut spaceru przez dżunglę i jesteśmy na Coral Bay (Teluk Aur), która jest mniejsza, cichsza i jeszcze tańsza. Aha, są to plaże publiczne. Bo resorty mają plaże prywatne. Oglądaliśmy takie z łodzi. Cóż, wściekłabym się gdybym płaciła takie pieniądze a plaża byłaby rodem z portu wojennego, do tego ogrodzona drutem kolczastym.
Druga wyspa Perhentian Besar jest większa i bardziej ekskluzywna. Przewodnik LP i Internet podają, że wyspy łączy most, za przejazd którym pobierana jest opłata 10 zł, ale ja mostu nie widziałam. Natomiast taksówek wodnych rzeczywiście jest mnóstwo. Tyle, że drogie. Jak i transport na ląd (70 zł w obie strony).

środa, 18 maja 2011

3 maja, wtorek



Raniutko zbieramy wszystkie swoje graty, przedzieramy się przez wzgórze porośnięte dżunglą (niby niewysokie, ale spróbujcie wędrować pod górę z plecakiem przy wilgotności bliskiej 100 %!) i szukamy noclegu na następną noc. W upatrzonych wczoraj miejscówkach jest pełno, więc zostawiamy bagaże w TURTLE BAY DIVING i płyniemy nurkować.

Szkołę wybraliśmy wczoraj po wizycie w kilku innych. Mnie spodobała się nazwa  Bardzo profesjonalni. Anita, z która na początku rozmawialiśmy, odpowiadała rzetelnie i uczciwie na wszystkie nasze pytania. Sprzęt mają w porządku. Pozwolili nam nurkować tam, gdzie chcieliśmy (tym razem odrobiłam zadanie domowe i nurkowiska miałam opisane w notesie; Anita śmiała się, że znam warunki lepiej niż ona). Atmosfera w szkole jest doprawdy niesamowita. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że w szkole pracuje 5 dive masterów i 6 instruktorów. Ale zupełnie nie widać tych tłumów. Są znakomicie zorganizowani, sympatyczni i poświęcają nurkom dużo czasu oraz uwagi. Po nurkowaniu zasiadają z nami przy kawie czy herbatce, pokazują na zdjęciach wszystkie napotkane stworzenia, analizują warunki i omawiają zaistniałe sytuacje oraz pomagają uzupełnić książki nurkowań.
Spędzamy w ich bazie godziny, rozmawiając z ludźmi o nurkowiskach tutaj i na całym świecie, o sprzęcie, po prostu gadając. Spotykamy też Magdę – dive masterkę z Kanady, której rodzice są Polakami. Nasz rozmowa po polsku wywołuje małe zamieszanie, bo nikt tutaj nie tylko nie rozumie co to za język, ale nie ma pojęcia o pochodzeniu „Maggi”.

Jeśli chodzi o organizację nurkowań to znowu wszystko inaczej i trzeba się uczyć, przede wszystkim wspinaczki do łodzi po nurkowaniu bez drabinki. Łodzie są małe a odległości na nurkowiska niewielkie. Jednak pierwszego dnia wykupiliśmy nurkowania dalekie i zdziwiło nas, że wszyscy wypływają w kombinezonach. Każdy dostaje przygotowany sprzęt, ale sam sobie go sprawdza, zanosi na łódź a potem czyści i rozkłada. Oczywiście można liczyć na pomoc.
Urzekło mnie, ze nikogo nie niecierpliwi nieskończona ilość przymiarek, których dokonujemy za pierwszym razem czy prośba o inny typ a to płetw, a to jacketu. Nie dziwi też obciążenie o jakie prosimy – bo zabieramy go sporo w porównaniu z innymi nurkami. Po kilku dniach wiem już, że BCD w rozmiarze XS jest dla mnie za małe, ale nie dlatego że się w niego nie mieszczę, tylko ma dla mnie za małe komory powietrzne i mam kłopot z wyregulowaniem pływalności w prądach. Nabieram rozeznania w płetwach i ich sile napędowej – o jej znaczeniu w silnym prądzie przekonam się już niedługo.


W przerwie między nurkowaniami instalujemy się w bungalowie (tutaj wszyscy używają nazwy shalett, która nas niesamowicie bawi) dosłownie dwa metry od szkoły. Warunki bardzo proste, ale mamy chatkę pod palmą, na granicy dżungli i plaży z przepięknym widokiem na morze. Siedząc na werandzie staram się uzupełniać pamiętnik, ale widoki co chwila odrywają mnie od tego zajęcia. Szczególnie widowiskowy jest zachód słońca. A nocą, gdy już zapadnie zmrok, plaża oświetlona jest setką świec. Mikroskopijne stoliczki rozstawione na plaży kuszą…
2 maja, poniedziałek

Wczesnym rankiem dojeżdżamy do Kuala Besut.
I tak jak na Cebu nazwa Maya funkcjonuje w backpakerskiej świadomości jedynie jako miejsce przeprawy na Malapascua, tak Kuala Besut to dla nas tylko i wyłącznie przystań szybkich łodzi na Perhentian Islands. Natomiast te szybkie łodzie owiane są legendą. I słusznie. Wsiadasz na taką dużą, zadaszoną motorówkę i dostajesz do założenia kamizelkę ratunkową. Rozglądasz się wokół, morze spokojne, słoneczko - żadnych zagrożeń, więc zastanawiasz się po co ci ona. Popełniłeś błąd w ocenie sytuacji. Nie spojrzałeś w oczy kapitanowi.
Ale już to, że kamizelka jest mokra, powinno dać ci do myślenia. Najlepsze co możesz w tej chwili zrobić to bagaże, chronione czymś nieprzemakalnym, ustawić na środku, zdjąć nadmiar ubrań i schować je głęboko a na siebie założyć kamizelkę, zapiąć ją szczelnie i mocno się czegoś chwycić.
Droga na wyspę zajmuje nam 45 minut dając mi wiele radości. Piękne widoki, prędkość, słońce… ach! Od razu dodam, że z powrotem płynęliśmy tylko 30 minut, więc łatwo się domyślić, że tym razem był to raczej lot ponad wodą niż płyniecie. Szalony chłopak prowadził tak, że odbijaliśmy się od co większych fal, a rozbryzgi przelatywały przez kilkumetrową łódź na drugą stronę.
Oczywiście zeszliśmy na ląd kompletnie mokrzy. Ale uciecha z tej przejażdżki na długo pozostanie dla mnie niezatartym wrażeniem. Chichrałam się z uciechy tak (nie zważając na naszych muzułmańskich konserwatywnych towarzyszy podróży, którym strach wyokrąglił oczy do wielkości pięciozłotówki), że Łukasz mruczał tylko z niezadowoleniem „Przestań się tak śmiać, bo ci twarz pęknie”.

Na wyspie zainstalowaliśmy się w nieprzyzwoicie drogim domku z wszystkimi wygodami. Od razu wyprałam i rozwiesiłam wszystkie nasze rzeczy, zarządziłam odnowę biologiczną z powrotem do cywilizowanego wizerunku, co zajęło nam kilka godzin. A potem poszliśmy zwiedzać wyspę, szukać odpowiedniego noclegu i szkoły nurkowej.
Przebojem tego dnia były jaszczury. Fotografowaliśmy je w zapamiętaniu, nie myśląc nawet o tym czy kąsają. Na szczęście okazały się niegroźne. Nie jedzą ludzi i – o dziwo – ludzie nie jedzą ich mięsa. Przynajmniej oficjalnie.

Po rekonesansie okazało się, że przypadkowo (nie mieliśmy żadnego planu) wysiedliśmy w najlepszym dla nas miejscu – na mniejszej, tańszej wyspie, na jednej z dwóch połączonych ze sobą ścieżkami przez dżunglę najpiękniejszych plaż z największą ilością domków i szkół nurkowych. Pływając przez następne dni na nurkowania wokół obu wysp uznaliśmy zgodnie, że nasze plaże podobają się nam najbardziej.
1 maja, niedziela
Oczywiście święto. Podobno wszyscy wyjechali. Jakoś nie widać tego w mieście. Jak mrowisko! Jestem zafascynowana ta mieszanka kulturową. Łukasz szaleje w sklepach komputerowych, których tutaj są dosłownie tysiące (jest nawet specjalny 7-piętrowy dom handlowy z podziemną restauracją i podobną ilością pięter parkingowych, o specjalizacji elektroniczno-komputerowej, gdzie główną atrakcją dzisiaj jest wydawanie i-padów nowym właścicielom) a ja zasiadam sobie w kątku z aparatem i obserwuję ludzi.
Malezja jest najmłodszym państwem Azji Południowo-Wschodniej, zamieszkanym przez wiele grup narodowościowych. Malajowie stanowią największą grupę etniczną w Malezji; są wyznawcami islamu. Żyją głównie w Malezji Zachodniej, gdzie trudnią się rolnictwem
Chińczycy, stanowiący prawie 1/3 ogółu mieszkańców Malezji, są główną grupą narodowościową Malezji Wschodniej. Wyznają oni taoizm i buddyzm. Hindusi żyją przede wszystkim w Malezji Zachodniej, są wyznawcami hinduizmu, islamu lub nauki sikhów, wielu z nich wyznaje także chrześcijaństwo. W Malezji Zachodniej, w obszarach górskich, żyje ludność tubylcza (z malajska Organ Asli).
W Malezji Wschodniej występuje ok. 25 grup mniejszości narodowych, które stanowią 50% jej mieszkańców. W Malezji obchodzi się wiele świąt i festiwali odzwierciedlających wielonarodowościową kulturę społeczeństwa; święta chińskie przeplatają się z hinduskimi i muzułmańskimi. Zatem dla fotografa – raj! W jednej kolejce po bilety stoją omotane w chusty muzułmanki, kolorowe hinduski i niemal nagie przy nich Chinki.
No a potem jeszcze jedzenie. Kuchnia malajska jest zbliżona do indonezyjskiej - bogata w przyprawy i mleko kokosowe. Większość potraw składa się z ryżu z warzywami z dodatkiem ryb, kurcząt i innych mięs (z wyjątkiem wieprzowiny). Najbardziej znanym daniem malajskim jest satay. Są to kawałki marynowanego mięsa wołowego lub drobiowego opiekane na węglu drzewnym i podawane w smacznym sosie z orzeszków ziemnych.


Popularnym daniem śniadaniowym jest nasi lemak - ryż z orzeszkami ziemnymi, kokosem i rybą, ikan billis, w sosie curry. Malezyjczycy jedzą także wiele dań z makaronu, popularnych w całej Azji, m.in. mee goreng (smażone kluski).


Gorący, wilgotny klimat Malezji sprzyja uprawie wielu egzotycznych owoców. Wcinamy tu banany, ananasy, orzechy kokosowe, arbuzy i pomarańcze. Są też owoce, których nazwy znajduję dopiero w Internecie:
Flaszowiec - tzw. jabłko cukrowe, żółto-zielony owoc o słodkim, delikatnym smaku cytryny.
Durian - duży, owalny, kolczasty owoc o wybornym smaku, lecz dla niektórych bardzo nieprzyjemnym zapachu (ja się powoli przyzwyczajam i przekonuję do niego). Uważany za afrodyzjak.
Nangka - owoc drzewa bochenkowego, podobny do owocu drzewa chlebowego, ma żółty, ciągnący się, słodki miąższ.
Gujawa - owoc o kształcie gruszki i wielkości kurzego jaja. Bardzo bogaty w witaminę C.

Mango - uchodzi za najcenniejszy owoc świata. Łukasz je uwielbia. Ma wiele odmian różniących się wielkością, barwą skórki i smakiem (od słodkiego po słodko-kwaśny). W Malezji służy jako dodatek do mięs i ryb.
Papaja - jedzona najczęściej na surowo na śniadanie, podawana z plasterkiem cytryny. Słodki, miękki miąższ jest bogaty w witaminy A i C.
Rambutan - pod czerwoną lub żółtą skórką pokrytą kolcami znajduje się słodki, biały miąższ.



Chłonę atmosferę tego miasta. Nie jest to miejsce, w którym chciałabym zamieszkać. Nie urzekło mnie jakoś szczególnie, ale jest bardzo ciekawe. Przypomina mi karuzelę – tak jest dynamiczne albo zabawkę z dzieciństwa, której nazwy zapomniałam – tuba z kolorowymi kryształkami w środku, zmieniająca obrazki przy każdym potrząśnięciu – tak szybko i zdecydowanie zmienia swój wizerunek przy każdym zwróceniu głowy w inną stronę. Zaskakujące jak różnorodne jest to miejsce! A jednocześnie jak harmonijne! W zgodzie, wzajemnej akceptacji i poszanowaniu żyje tu tyle kultur, religii, tradycji. Naprawdę Europejczycy powinni się wiele nauczyć.