skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 sierpnia 2010


11 sierpnia, środa
Globtroterzy to wiedzą – w Trabzonie wizy do Iranu dostaje się z dnia na dzień. Jedziemy zatem do Trabzonu. Ruszamy w środę, by mieć czwartek i piątek na wizy. Jeszcze ostatnia kawa z Wadzią – właścicielem hostelu, który dla nas jest jak przyjaciel. Oczywiście pożegnanie z naszymi „Zielonymi schodami” jest bolesne. Wzruszam się bardziej, niż wyjeżdżając w Przemyśla. Czy tak się przywiązałam do tych ludzi i tego miejsca, czy ta podróż tak mnie zmieniła…
Wszystko zdaje się nas zastrzymywać Tbilisi. Jeszcze ta nieszczęsna ambasada Izraela! Kto wiedział, że taki kolorowy budynek to ambasada. Żadnych tabliczek, zakazów fotografowania… no i zatrzymano Tomka, bo fotografował to, czego nie powinien. Na szczęście udało się jakoś załagodzić sprawę i w końcu wyjeżdżamy autobusem na granice miasta. Gruzini nie mogą zrozumieć dlaczego nie jedziemy busem do Batumi (7 godzin, 20 lari ok. 38 zl), zatrzymują dla nas odpowiedni autobus, chcą się nam dorzucić do biletu albo wynegocjować dla nas cenę. W końcu jednak zostajemy sami i niemal od razu zatrzymuje się auto. Jedziemy razem ponad 100 km, słuchając opowieści o wojnie i o tym jak się teraz żyje w Gruzji. Potem przesiadka do Baso – wesołego biznesmena, właściciela kilku TIRów, z którym jedziemy do Ureki nad morze, a który nie morze przeboleć, iż nie mamy czasu by u niego zostać na dłużej. Właśnie otworzył kawiarnię na plaży za Ureki i bardzo chciał nam ja pokazać. Obiecujemy, że wrócimy wiosną i wówczas spędzimy kilka dni na jego daczy nad jeziorem. W Ureki łapiemy do granicy.… KRAZa!!! Taka ciężąrówką jeszcze nie jechałam. Trochę monotonnie i powoli, ale wysiadamy na samym przejściu granicznym. Robi się późno, wiec jemy obiadokolację, wymieniamy resztę kasy na turecka i na piechotę do Turcji! Jak zawsze, trwa to zbyt długo. Zapada powoli zmrok, zatem decydujemy się spędzić noc nad morzem. Piękna plaża, ciepłe morze i troskliwi, gościnnie tureccy kierowcy. Ruszymy o świcie i zdążymy do ambasady – z takim planem zasypiamy tego dnia.

piątek, 13 sierpnia 2010


10 sierpnia, wtorek
Z Elą (mamy teraz przecież hostel pełen Polaków) poszłyśmy do bani. Wypatrzyłam ją w czasie ostatniego pobytu w Tbilisi. Nie taką dla turystów, elegancka i na pokaz, tylko taką, do której chodzą miejscowi. Zaraz za rogiem :D
Zaczęło się więc od tego, że babuszki wyraziły zdziwienie skąd się tu wzięłyśmy. A babuszki jakieeee! Szkoda, że nie wypadało fotografować! Zaproponowały nam prywatną kabinę, ale chciałyśmy zobaczyć salę ogólną. Co to było za miejsce! Ściany przeżarte tą siarką, woda cuchnąca zgniłym jajkiem, stare kabiny i chyba jeszcze starsze panie. Nie używa się bikini, wiec fotek nie ma i nie będzie. Wszystkie chodzą miedzy kabinami bez zasłonek, szorują swoje ciała, nawet farbują włosy. Przyjaźnie nas zagadują, wypytują o pochodzenie, wrażenia z Gruzji. Zachwycają znajomością kilku słów po gruzińsku. Więc najpierw gorący prysznic, a potem masaż. Właściwie to nie masaż, a ścieranie naskórka. Przemiła, potężna i silna Azerbejdżanka nasączała specjalną gąbkę czymś w rodzaju octu i mocno tarła. Profesjonalnie starła mi z kilogram skóry! A ta, która została jest teraz taka… jedwabiście gładka jak z reklamy :D Boskie uczucie/ Za jedyna kilkanaście złotych. Sauny powinny być obowiązkowe na całym świecie.


Na popołudniowym spacerze za najlepsza metodę poruszania się po Tbilisi uznałam metodę żabich skoków. Od jednego parku do drugiego. Ależ się rozleniwiłam! A pan sprzedający mi lody w parku powiedział, że mam „charoszy telewizor”. To o laptopie oczywiście.
9 sierpnia, poniedziałek
Dzień spędziłam na regenerowaniu się, internetowych rozmowach z przyjaciółmi po tygodniowym milczeniu… Osiągnięciem dnia była naprawienie wi-fi w moim laptopie, co świętował cały hostel (prawie wszyscy goście to znów Polacy), pijąc, jedząc, korzystając z Internetu i opowiadając o obcych krajach (szczególnie interesuje nas teraz Iran).


8 sierpnia, niedziela
Postanowiliśmy wracac do Gruzji trasa północną, przez góry a po drodze zwiedzić Szeki (karawanseraj i pałac chana). Oczywiście wszystko autostopem. Uparliśmy się, że nauczymy Azerów czym jest autostop! Niektórzy jednak już wiedzieli jak to działa. Sami się zatrzymywali, zapraszali na posiłek, kupowali lody, wymieniali się z nami adresami internetowymi, opowiadali o swoim kraju i życiu w nim. Czasami udało się nam nawet podpytać jak to jest naprawdę.

Charakterystycznym elementem życia politycznego Azerbejdżanu jest kult prezydenta, zarówno zmarłego Gajdara, jak i Ilhama. Ulice azerbejdżańskich miast zdobią portrety obu polityków, liczne cytaty z ich wypowiedzi itd. Bilbordy z tymi zdjęciami są dosłownie wszędzie. Jak już pisałam, nie wszyscy są jednak z tego zadowoleni. Generalnie bowiem ludziom żyje się ciężko, ceny są astronomiczne a pensje niskie. My jednak poza wizą (67 dolarów) wydawaliśmy w tym kraju 10 dolarów dziennie. Wieczorem wróciliśmy do Tbilisi, na nasze „klimatyzowane” miejsce – werandę Greek Starsi.

niedziela, 1 sierpnia 2010




31 lipca, sobota
Obudziłam się z wielką potrzebą wyruszenia… gdziekolwiek. Ale przecież w Drogę ruszamy jutro, a temperatury tutaj zniechęcają do ruszenia się gdziekolwiek poza sympatycznie „klimatyzowaną” werandę. Otworzyłam mapę Gruzji 0 nic sensownego nie przyszło mi do głowy. Plan Tbilisi – i jest! W mieście jest jezioro!!! Zapytałam Wadzię (nasz gospodarz) o dojazd i okazało się, że niemal spod naszej werandy jedzie autobus w tamtym kierunku. Potem jeszcze tylko dwukilometrowy spacer pod górę i jestem nad Lake Kus-Tba. No więc przyjemne miejsce, niezatłoczone pomimo soboty i takie… gruzińsko spokojne. Przyjazne człowiekowi spragnionemu odpoczynku. A mnie tak brakuje książek! W Turcji przeczytałam książkę Bartka a w Armenii przywiezioną przez Ewę („Kochanek Wielkiej niedźwiedzicy”) i na tym mój kontakt ze słowem drukowanym się skończył. Nie licząc ulotek promocyjnych miast i regionów ;D odnalazłam więc w moim laptopie e-booki i zaczęłam czytać… M. Szwai Klub Mało Używanych Dziewic. Kontakt z książka jest ważny… ale skąd miałam wiedzieć, że „niebo zamieni się w piekło”. Spiekłam się na raczka i przez najbliższy tydzień skóra z brzucha będzie mi schodziła płatami, uniemożliwiając noszenie dwóch plecaków i nieźle dając do wiwatu!
do pooglądania tbiliskie podwórka i zrelaksowani policjanci - na specjalne zamówienie Ewy Ewciu jak Bałkany?

piątek, 30 lipca 2010




30 lipca, piątek
I znowu siedzę sobie w parku. Innym, ale równie sympatycznym. Mam już swoje ulubione. Zresztą Tbilisi to jedno z moich ulubionych miast (w ścisłej czołówce wraz z Dubrownikiem i Kamieńcem Podolskim). Czuję się jakbym spędziła tu już długie miesiące: mam swoje ulubione babuszki, podwórka, ekipy lokersów, punkty z bułeczkami, pizzą (dla mnie zawsze na gorąco) oraz piwem.(Ty mi nie mów ze piwo ma być chłodne, u mnie zawsze jest chłodne).
Podsumowując dzisiejszy dzień… odpoczęłam! Rano sformułowałam swoją kolejną lekcję: 1. nie pij wódki, gdy do jedzenia jest tylko sok a ty padasz z głodu. 2. nie pij wódki z Polakiem, który mówi po rosyjsku lepiej niż ty.
Do południa ustaliliśmy z Tomkiem, że ruszamy do Azerbejdżanu stopem w niedzielę i siedzieliśmy na necie sprawdzając możliwości wyrobienia kolejnych wiz. Korzystając z dostępu do prądu w naszym hostelu, gotowałam nasze kaszki, makarony itp., gdyż Bartek zostawił moje tescowe zakupy, a dalej tego nie zabierzemy, bo ciężkie. Po obiedzie gospodarz postawił nam schłodzone piwko. Fajny ten nasz chaziajn. Ma obecnie wolne pokoje a nam pozwala mieszkać na werandzie po 10 zł za dobę (w tym Internet bezprzewodowy). Zapomnieliśmy już nawet kiedy ostatnio się z nim rozliczaliśmy. Wczoraj braliśmy od niego olej, a dziś poprosił, żebyśmy wzięli pieniądze od Hiszpanów, bo on musi wyjść.
Popołudnie przeznaczyłam na niespieszne zwiedzanie tbiliskich świątyń. Największe wrażenie zrobiła na mnie katedra Soni (musiałam się nakombinować, bo ktoś uznał mój strój za nieodpowiedni), ale odwiedziłam też kościół matki boskiej Metechtyjskiej, bazylikę Anczichotyjską oraz meczet i dwie synagogi. Przemiły pan, który uznał mnie za jewrejkę (moją chustę umiem wiązać narożne sposoby, zatem pasuje do wszelakich świątyń) w czasie spaceru po starówce opowiadał mi współczesnej sytuacji geopolityycznej Gruzji, swoich poglądach filozoficzno-religijnych i wielu innych fascynujących sprawach. Ale najbardziej poruszyła mnie historia kobiety, spotkanej pod Anczichoti. Współczesna wersja Hioba. Pochodzi z Abchazji. Miała wszystko. Dzieliła się swym majątkiem z potrzebującymi, chwaliła Boga i wiodła szczęśliwe życie. Wojna odebrała jej wszystko. Pochowała dzieci, wnuki, bliższych i dalszych krewnych. Ją sama poraniła fizycznie i psychicznie oraz odebrała możliwość powrotu do domu. Teraz siedzi pod kościołem zbierając jałmużnę, by mieć za co utrzymać córkę p na zdjęciach piękna, utalentowana tancerka. Co chwilę czyni znak krzyża i podkreśla, że dzieje się wola Boża i ona niczego więcej nie chce. Pyta o moje imię, by modlić się za mnie i zapalić świeczkę w moim imieniu. Gdy mówi, glos się jej łamie a łzy napływają do oczu. Ale nie przeklina swojego życia. Choć została tak okrutnie doświadczona i widzę jak jej ciężko, zachowuje głęboką wiarę w Opatrzność Bożą i troskę o drugiego człowieka.
Zapada zmrok. Temperatura powietrza staje się znośna. Jak mawia Jerzy: chrześcijańska. Ludzie wokół są tak przyjaźni, że serce ściska się na myśl, że za kilka dni trzeba będzie opuścić ten kraj. Choć rozstaliśmy się tu z Bartkiem, Gruzja na zawsze zostanie w moim sercu. Wiem, że nadal będę tu wracać. I wszyscy, których do przyjazdu tutaj zachęciłam. Maleńki kraj a w rozmowach z autochtonami, napływowymi i turystami wciąż powtarza się ten samym motyw: jak mantra powtarzane przekonanie, że kto raz tu przyjechał, będzie już wracał zawsze. Tu wszystko jest tak… helpfull. Począwszy od wjazdu bez konieczności wykupywania wizy, przez bardzo pozytywne nastawienie Gruzinów do Polaków, powszechną znajomość języków rosyjskiego i angielskiego, na cenach towarów i usług kończąc. Od Azerbejdżanu poczynając nie będzie już tak łatwo i przyjemnie. Przygoda zmieni się w Wyzwanie.




29 lipca, czwartek
O jak dobrze posiedzieć w parku!!!
Cudowne uczucie: nigdzie się nie spieszyć! Móc rozmawiać z ludźmi, poznawać ich sprawy… Byłam już zmęczona zwiedzaniem w tempie Bartka. To za szybko. Brak czasu na interakcje. Teraz zamiast pędzić dalej do najbliższego zabytku mogę podelektować się atmosferą kraju, którego wszyscy mieszkańcy rozpromieniają się na wieść, że jestem z Polski. Chętnie przyjmują na pamiątkę materiały promocyjne o Polsce i Przemyślu, wzruszają się i wyrażają solidarność z Polakami, których prezydenta dopadła Rosja. Postanowiłam kilka najbliższych dni spędzić na niespiesznych spacerach i rozmowach z tymi przyjaznymi ludźmi.
Moim planem na pierwsze dni po wyjeździe było znalezienie kogoś kto zrobi mi afrykańskie warkoczyki. W Turcji nie było jednak na to czasu. Tutaj zaczęłam szukać, ale wszyscy odsyłali mnie do salonu Natali. Dziś w końcu go znalazłam. Nie błoto proste, bo został przeniesiony w nowe miejsce. Co więcej, gdy już stanęłam pod nim, nie umiałam do niego wejść. Okazało się to być miejscem tak ekskluzywnym, że otwierają tylko klientom, którzy wiedzą, że i jak należy skorzystać z domofonu. Żeby dostać się do środka poczekałam na najbliższą nowobogacką i weszłam z nią. Nie bardzo umiałam się w tym miejscu znaleźć, bo nigdy z takim luksusem jeszcze nie miałam do czynienia. I to w kraju, gdzie bezrobocie wynosi ponad 70%, pensja ok. 400 zł a renta ok. 170 zł. Zresztą pytane wcześniej kobiety odpowiadały, że nie wiedzą gdzie to jest, bo one to salonów piękności po prostu nie chadzają. Ok, no więc jestem w środku. Wszyscy uprzejmie ze mną rozmawiają, co rusz wzywając kolejną, kompetentną osobę. W końcu przychodzi metroseksualny młodzieniec, który kwestię ceny upiera się zostawić na koniec, roztaczając przede mną rozmaite możliwości. Gdy tłumaczę, że już miałam warkoczyki, wiem czego chcę i co mi się podoba – staje się bardziej konkretny. Cena powala mnie z nóg (dobrze ze siedziałam w wygodnym fotelu): ok. 1200 zł! To ponad 12 razy tyle ile kosztowało to w Hurgadzie!!! Uprzejmie dziękuję i wychodzę. Nie poddaje się jednak. Odnajduję mały zakład fryzjerski, wdaję się w kolejną rozmowę na temat afrykańskich kasyczkow i po przyjemnych pogaduchach z sympatycznymi pracownicami oraz klientkami uzyskuję adres i numer telefonu zakładu, gdzie cena jest 10 razy mniejsza (ok. 2 zl za warkoczyk). Co więcej, po otrzymaniu serii ulotek o Przemyślu, miła pani dzwoni tam i pomimo tego, że specjalistka od warkoczyków jest jeszcze w Batumi, umawia mnie na jutro na wizytę! Dostaję też instrukcję jak dojechać tam z mojego hostelu. I to rozumiem. :D :D :D
Pozostaje jeszcze kwestia roweru, ponieważ Tomek nie podjął jeszcze decyzji czy dojrzał już emocjonalnie do pożegnania się ze swoim bajkiem. Odnajduje sklepy z rowerami, ale ceny mnie zniechęcają. To raczej dobre miejsce by rower sprzedać, zwłaszcza że właściciel hotelu już się przymawiał, że kupiłby dla córki (a jego pani sprzątająca chciałaby kupić Tomkowego laptopa, ale chyba nie ma pojęcia o cenach).
Po załatwieniu spraw na dzisiaj, siadam w parku, wyciągam laptopa i zastanawiam się co by tu jeszcze zwiedzić. Ustalam plan, nanoszę pozycje na plan miasta i postanawiam najpierw ugotować obiad. Bo dziś mam chęć na gotowanie. Już rano smażyłam warzywa – zestaw pomidorów, bakłażanów, cebul czerwonych, czosnku i papryk dla dwóch osób kosztował 3 zł Z chlebem znakomite! Zachęcona sukcesem postanawiam poszaleć w „kuchni”. Dziwne, że gotowanie sprawia mi przyjemność. Ostatnio czułam się tak lata temu. Chyba zaczynam kolejny etap podróży, etap życia.
Aha, jeszcze o tych parkach. Tbilisi to bardzo zielone miasto. Choć temperatury są tu zabójcze, to nawet w samo południe można przejść przez miasto w cieniu. Każde podwórko ma drzewa, każdy balkon donice z kwiatami. Na naszej werandzie w hostelu sporo miejsca zajmują kwiaty, wprowadzając przyjemny nastrój. Drzewo rzuca rozkoszny cień i nawet w południe jest tam chłodno i przytulnie. Tak samo w parkach. Zawsze wystarczy się rozejrzeć, by znaleźć ławeczkę w zacienionym miejscu. Lub w słońcu – jeśli ktoś woli. Ale tacy wariaci oczywiście zdarzają się tu rzadko. Teraz na przykład siedzę w parku przy centrum handlowym, dobiega muzyka, która pamiętam z radia sprzed co najmniej piętnastu lat, ludzie niespiesznie mijają mnie z zakupami i nikt mnie nie niepokoi. Przyglądają się tylko ciekawie, ale niejako ukradkiem. Życie toczy się swoim niespiesznym rytmem. Rodziny z dziećmi piknikują na trawnikach, pary szczebioczą nawet w słońcu a bezdomny - nie zaczepiany nawet przez policjanta, który przysiadł na ławce przy sprzedawczyni ziaren słonecznika – przysypia na bruku pod fontanną. Szkoda, że fontanna nie działa. Ale zawsze można podejść do sprzedawczyni zieleniny, która zrasza swój towar wodą z podziurawionej butelki i z uśmiechem powiedzieć: ja toże choczu i prysznic gwarantowany. Bardzo orzeźwiający :D

środa, 28 lipca 2010


28 lipca, środa
Obudziłam się ze strasznymi problemami żołądkowymi. Stoperan nie pomógł. Dopiero egipski Antinal dał radę. Posegregowałam rzeczy.
Pojechaliśmy do ambasady irańskiej, gdzie czekały na nas bardzo złe wieści. Wyrobienie wiz – niezależnie od tego jakiego typu – trwa dwa do trzech tygodni. Tymczasem od 19 lipca już leci nam czas wizy azerskiej (nie wyrabiają do przodu a musieliśmy mieć azerskie przed wyjazdem do Armenii, bo po Armenii pewnie by nam ich nie przyznali) i po prostu nie zdążymy z terminami. Pozostaje nam wiec zdobycie w Baku uzbeckiej a potem tranzytowej turkmeńskiej. Ponieważ pobyt w Baku i okolicach jest bardzo drogi, postanowiliśmy pojechać tam dopiero w poniedziałek. Tymczasem musimy zdecydować czy jedziemy dalej na rowerach czy stopem. Trzeba radykalnie ciąć koszty, bo w tym tempie to wystarczy mi kasy na pół roku.
Mam kilka sposobów na poprawę humoru. Zaczęłam od rozmów z przyjaciółmi. Bardzo pomogło. Potem kupiłam sobie nowy plecak. Nowy sprzęt zawsze pomaga. No i jeszcze coś z ciuszków, oczywiście najbardziej mi potrzebna w tym momencie tunikę. Najlepsze, że poszalałam sobie w miejscowych second handach :D hihihi No a potem długi spacer. Ulicami Tbilisi mogę spacerować godzinami. Przyglądać się przepięknym kamienicom. Co prawda teraz zrujnowanym, gdyż na wszystko tu brakuje pieniędzy, ale jak stara kobieta, zachowującym ślady dawnej piękności. Rozmawiam o tym z miejscowymi. Myślę, że to piękno i słonce pozostały w ich sercach.

27 lipca, wtorek
Wstałam o świcie, by popstrykać zdjęcia zanim zacznie się ruch uliczny. Potem do południa odsypiałam. Gdy Tomek wrócił z nieudanych zakupów obiektywu (jedyny sprzedano wczoraj) przekazał mi wiadomość, że Bartek postanowił wracać do kraju. Źle się czuje i stwierdził, że nie ma sensu pchać się dalej. Spotkanie potwierdziło tę informację. Ustaliliśmy, że zabierze moje rzeczy do Polski. Gdy przyszedł Gigi zabraliśmy nasze rzeczy z piwnicy i zawieźli je do naszego hostelu. Oczywiście humory nam nie dopisywały. Na szczęście zawsze można liczyć na chłodne piwko w towarzystwie miejscowych chłopaków.



26 lipca, poniedziałek
Ewa i Lemur wcześnie rano wyjechali do Polski. Bartek zapowiedział, że musi poleżeć dzień dłużej, wiec dzień upłynął nam na poszukiwaniu sklepów i serwisów fotograficznych. Ja dokupiłam zapasowa baterię do aparatu (ze 100 lari wynegocjowałam cenę na 70) a Tomek próbował znaleźć rozwiązanie swojego problemu z porysowanym obiektywem. Jeździliśmy po całym mieście odsyłani od Annasza do Kajfasza. W miedzy czasie w Tbilisi zabrakło prądu, co uniemożliwiło kontynuowanie podróży metrem. Na szczęście utknęliśmy na „płytkiej” stacji, wiec wyjście na powierzchnie nie było aż takim wyzwaniem. Ale i tak dodawaliśmy sobie animuszu śpiewając naszą ulubioną piosenkę.. Myślę, że pomogło to wszystkim pasażerom, bo przyjaźnie się do nas uśmiechali.
Ostatecznie trafiliśmy na bazar w okolicach dworca kolejowego. Było to spełnienie naszych marzeń artystycznych, fotograficznych i doznaniowych. Spędziliśmy tam pół dnia polując z aparatem i prowadząc ciekawe rozmowy z lokersami.
Wieczór spędziliśmy sącząc piwko w parku. Jaka tu cisza i spokój. Gruzini nie staja się po alkoholu głośni ani agresywni. W parkach jest przyjemnie o każdej porze dnia i nocy.

poniedziałek, 19 lipca 2010



19 lipca, poniedziałek
Najpierw wszystkich obudził Criss, który nie potrafił wyłączyć budzika o szóstej rano. Pojechał na dworzec, by kupić bilet na autobus do Turcji. Wrócił po siódmej z wiadomością, że ma autobus o ósmej. Poczekaliśmy na Bartka i okazało się, że nie ma on w aucie wszystkich rzeczy Crisa, bo je wyprał i suszą się na sznurze w hotelu. Zaczął się szaleńczy wyścig dwoma samochodami – Cross miał taksówkę – na dworzec autobusowy. Wpadliśmy tam minute przed odjazdem autobusu. Przy czym Cris nie odzyskał rzeczy, zapomniał o telefonie komórkowym i nie miał jeszcze wypisanego biletu. Ach, ci beztroscy Anglicy!
Po odstawieniu Crissa zajęliśmy się wizami. Po negocjacjach w kilku punktach załatwiliśmy wszystkie sprawy dość pomyślnie.
Nadszedł czas na zwiedzanie. Nazwa Tbilisi pochodzi od gruzińskiego słowa „tbili” – ciepły, nawiązując do ciepłych źródeł w okolicy. Samo miasto liczy sobie ponad 1500 lat i tym samym jest jednym z najstarszych na świecie.
Warto odwiedzić katedrę Sioni, siedzibę Katolikosa kościoła gruzińskiego, gdzie znajduje się krzyż św. Nino zrobiony z dwóch gałązek winorośli splecionych kosmykami jej włosów. Grób świętej znajduje się we wiosce Bodbe, krainie Kachetia. Dzięki św. Nino Gruzja stała się drugim chrześcijańskim krajem na świecie.
Trudno nie zauważyć potężnej, kobiecej figury stojącej na wzgórzu, gdzie rozpościera się widok na całe miasto. Ta postać symbolizuje postawę Gruzinów trzymając w lewej ręce dzban wina, by ugościć przyjaciół, w prawej – miecz do obrony przed wrogami. Na Placu Wolności stoi kolumna św. Jerzego, patrona Gruzji. Jego dzień zwany Giorgobaba obchodzony jest 23 listopada.
My jednak skupiliśmy się tego dnia na łowach z aparatem fotograficznym. Dawaliśmy się zagadywać, częstować słodkościami, namawiać na zwiedzenie polecanych przez autochtonów miejsc. Ale przede wszystkim bezczelnie zapychaliśmy pamięć aparatu kolejnymi portretami – szczególnie małych dzieci i starszych osób.
Najlepiej rozpocząć odkrywanie nowego kraju używając zmysłu smaku. Kuchnia Zakaukazia rozpieszcza nas na różne sposoby. Polecam gołąbki z ryżem zawinięte w liście winogron; Chaczapuri (placek serowy); Chinkali ( gruziński pieróg nadziewany mięsem), Badridżani gdzie główny składnik to bakłażan, szaszłyki i lobio ( potrawa z fasoli). Na deser serwowana jest kawa ze świeżymi owocami np. melony, brzoskwinie, arbuzy.

Jednak naszą atrakcją dzisiejszego popołudnia była wizyta w studiu tatuażu. Bart wymarzył sobie nowy tatuaż – św. Jerzego z Gruzji. Spędziliśmy więc kilka godzin u najlepszego tatuażysty w Gruzji – Andrija. Facet potwierdził swoja klasę. To prawdziwy artysta. Gdyby nie zaciśnięte zęby Barta i niemiłe bzyczenie maszynki do tatuażu, miałoby się wrażenie, że tworzy subtelny, delikatny rysunek piórkiem. Dopiero przyglądając się jego pracy zrozumiałam dlaczego tatuowanie to sztuka. Chwilami w jego oczach malowało się jakieś rozmarzenie, chyba można to nazwać natchnieniem właśnie. Wydawało się, że nie zauważa naszej filmującej i fotografującej zgrai. Niczym mnich w transie, całkowicie zatopiony w wykonywaniu swych czynności, tylko czasami wracał do rzeczywistości, pytając czy zrobić przerwę. I wtedy znów stawał się zwyczajnym, może nieco zbyt metroseksualnym, chłopakiem ze stolicy małego państewka. Tak jak my pił wodę, żartował, wychodził na papierosa. Ale gdy wracał, stawał się znów artystą. Kimś zupełnie odrębnym od naszego świata. Jakby z innej gliny ulepionym. W powietrzu unosiła się magia tworzenia. Pomyślałam: pierwszy raz mam tę możliwość by obserwować artystę przy pracy.


16 lipca, piątek
Opuszczamy piękną Mestię. Nie jedziemy do Ushguli, bo rozliczne wersje dotyczące jakości drogi do niej bywają tak skrajnie sprzeczne ze sobą, że Bartek postanawia nie ryzykować. Trudno.
Jedziemy do Kutaisi. Mijamy wioski i miasteczka. Wszystkie wyglądają, jakby przetrwały jakąś katastrofę, zagładę ludzkości rodem z książki Lema. Zdecydowanie, Gruzja swoje najlepsze lata ma za sobą. Domy, wybudowane niegdyś jako piękne założenia letniskowe, otoczone ogrodami, popadają w ruinę. Obecni mieszkańcy łatają tylko najpilniejsze potrzeby, podwiązują rury, zalepiają dziury. Sprawia to bardzo żałosne wrażenie.
Stan powszechnego upadku przekłada się tez na stan dróg (szczególnie gdy porównać je do niedawnych tureckich) oraz tempo życia mieszkańców. Ogólna stagnacja. Wydaje się, że Gruzini nie maja ambicji ani planów do zrealizowania. Żyją swoimi drobnymi radościami i problemami, ekscytują się spotkaniem turystów z Polski (to przyjaciele, szczególnie śp. Kaczyński). Gdynie potrafią się porozumieć (angielski odpada, rosyjski bywa że tylko szczątkowo) uśmiechają się, machają rękami i powtarzają głośno i wyraźnie kolejne frazy w niezrozumiałym dziwnym bełkocie, który zapewne jest gruzińskim. Niestety rozróżniam i używam tylko „gamardżoba” i „marloba”.
Dojeżdżamy doi Kutaisi. Szukamy najważniejszego zabytku - Katedrę Bagrati zbudował król Bargat III ok. 1003 roku. Podczas wojny w 1692 ekspozja zawaliła kopułę i dach świątyni. Dziś na wzgórzu nad centrum Kutaisi wznoszą się już tylko ruiny, ale i teraz podczas ważnych uroczystości odprawiane są tu nabożeństwa. Niestety jest w remoncie,. Nawet z zewnątrz nie ocenimy jej uroku, bo otoczona jest
Jedziemy więc do Gelati. Spędziłam tam niegdyś niezapomniane chwile,ale tym razem znajdujemy nocleg nie nad rzeką, a w okolicach monastyru. Cudowne miejsce. Gelati została zbudowana w 1106 roku z rozkazu króla Dawida Budowniczego, który w tym samym miejscu założył również akademię. Kompleks kościołów jak i budynek samej akademii stoją po dzień dzisiejszy.
W VI wieku, w miejscu gdzie znajduje się katedra, powstał klasztor, który działa i dziś. Główny budynek klasztoru, zbudowany na rozkaz Kwirke – króla Kachetii – pochodzi z XI w i jest najwyższą świątynią Gruzji.
Spędzamy wieczór fotografując zachód słońca a ranek – wnętrza. Nocna burza sprawia, że namioty trzeba wyczyścić, więc wyjedziemy późno.

17 lipca, sobota
Nasyceni duchowo – katedra w Gelati i i fizycznie – przepyszne bułeczki z rozmaitymi nadzieniami u mojej ulubionej pani w Kutaisi – ruszamy w drogę do Gori, miasta rodzinnego Józefa Stalina. Soso Dżugaszwili urodził się tutaj w 1879 roku, 21 grudnia - przepowiedziano wówczas jego matce Keke, że syn będzie żył długo i zajmie szczególne miejsce w historii XX wieku.
Kamienny wódz z kamienną twarzą stoi przed ratuszem w centrum Gori, w nieodłącznym żołnierskim płaszczu. Ostatni kamienny generalissimus w Gruzji i pewnie w całym świecie. Dwukrotnie próbowano burzyć pomnik i dwukrotnie mieszkańcy protestowali - w pięćdziesiątym szóstym i w osiemdziesiątym ósmym, za Gorbaczowa.
Kult Stalina jest w Gruzji żywy.
Nie odważyłam się zwiedzać muzeum: Dom-Muzeum Józefa Stalina, który pierwotnie miał być muzeum komunizmu. Już na podwórku wlos się jezy na myśl, że ten człowiek to największy zbrodniarz ludzkości. Wstęp kosztuje ok. 20 zł. Poprzednim razem ograniczyłam się do obsikania jego domu, teraz zachowuje się znacznie bardziej kulturalnie. Ale z trudem powstrzymuję, że przed okazaniem emocji. Źle się tu czuję.
Ale mieszkańcy Gori są z niego dumni. Soso Dżugaszwili był podobno prymusem, bardzo lubianym i uczynnym kolegą. W muzeum zebrane są pamiątki po nim, osobiste przedmioty i prezenty, które dostał do rządów komunistycznych krajów oraz zdjęcia i portrety, a także dokumenty ilustrujące jego życie. Stoi też wagon, w którym podróżował (wstep 10 zł).
Wieczorem dojeżdżamy do Mtschety, gdzie znajdujemy znakomite miejsce na nocleg – na brzegu rzeki, w zieleni i do tego gratis :D

piątek, 16 lipca 2010

ekipy filmowe na gruzinskich lodowcach



15 lipca, czwartek
Postanowiliśmy uskutecznić mały trekking. Ruszamy z Mestii – wysokość 1 450 mnpm do lodowca – około 1 900 mnpm. Trasa z Mestii do lodowca Chalaati jest bardzo przyjemna i obfituje w ciekawe momenty, jak na przykład przejście mostkiem zawieszonym nad przepaścią.
Na lodowcu spotkalimy gruziska ekipe telewizyjna – krecili fiolm dokumentalny o podrozniku z XIX wieku. Czy na gruzinskich lodowcach zawsze wsystepuja ekipy filmowe? Gdy bylam na moim pierwszym klodowcu w zyciu – kilka lat temu na Kazegu w Gruzji – spotkalam ekipe krecaca reklamowke dla sieci komorkowej :D


14 lipca, środa
Dziś ruszamy do Swaneti. Swanetia to kraina leżąca w granicach Gruzji, w samym sercu pasma Wielkiego Kaukazu, wciśnięta pomiędzy Abchazję, a Raczę - zaraz obok Osetii Południowej. Swanetia to piękna, niedostępna kraina, ciesząca się złą sławą wśród zagranicznych turystów ze względu na częste napady rabunkowe.
Słynnym Swanem był Michael Khergiani, jeden z najbardziej znanych alpinistów światowych, któremu angielska królowa Elżbieta II nadała przydomek "tiger of the rocks". Reżyser radziecki Michael Kałatozow - ten od wyciskacza łez "Lecą żurawie" również urodził się w Swanetii. Kraina Swanów - górali mowiących swoim własnym językiem, niezrozumiałym dla pozostałych Gruzinów. O Swanach chodzą w Gruzji różne legendy, mniej lub bardziej prawdziwe. Gruzini w Tbilisi przestrzegają, że w Swanetii wciąż żywa jest zemsta rodowa, jej mieszkańcy są okrutnymi gburami, lepiej się im nie narażać, ale z drugiej strony podkreślają swanecką gościnność.
No cóż... najlepiej pojechać samemu, żeby zweryfikować, ile w tym prawdy.

Zobaczymy wieże rodowe, piękne góry – może uskutecznimy jakiś trekking. Przez Poti do Mesti. To te miejsca, do których nie udało mi się dotrzeć poprzednim razem. Ale wracać mamy przez Lentheki. Ciekawe czy spotkamy moich ulubionych gruzińskich policjantów – z Miszą na czele.

Mestia
Władze gruzińskie nie w pełni kontrolują jednak terytorium własnego kraju, położona na wybrzeżu czarnomorskim Abchazja oraz leżąca w środkowej część kraju, przy granicy z Rosją Osetia Południowa rządzone są przez miejscowych separatystów, nie uznających zwierzchnictwa Tbilisi.
Mestia jest stolicą Swanetii liczącą ok. 15 tys. mieszkańców. Jakieś 130 kilometrów jechaliśmy od 8 do 17!!! Co za drogi! A właściwie ich brak… co więcej, wjechaliśmy do Abchazji. Zupełnie przez przypadek, nie zatrzymując się przed jakimś szlabanem. Chyba nie musze nikomu tłumaczyć jak mogło się to skończyć. W tej zbuntowanej republice oczywiście nie mamy ochrony konsularnej, a zresztą obowiązuje nas zakaz wjazdu do niej. Na szczęście napotkani mężczyźni okazali się bardzo wyrozumiali; domyślili się, iż zapewne zmierzamy do Swanettii i po prostu się zgubiliśmy. Rzeczywiście oznakowanie „dróg” pozostawia wiele do życzenia.
Po całym dniu podjazdów, fotos fotitos – widoki cudowne! – i wiązanek Bartka, komentujących stan nawierzchni tej „drogi” (chociaż najfajniejsza, uwieczniona na filmiku, była ta, gdy w samochodzie, w okolicach skrzyni biegów na skórze rozlał mu się świeżo zakupiony miód lipowy – ta doprowadziła nas do płaczu, ze śmiechu oczywiście). Mestia :D i nocleg wynegocjowany do granic wytrzymałości psychicznej właściciela. A jutro w góry!!!




13 lipca, wtorek
Administracyjnie Gruzja dzieli się na 9 regionów (prowincji), 2 republiki autonomiczne (Abchazja i Adżaria) oraz 1 miasto wydzielone (Tbilisi). One z kolei dzielą się na 69 rejonów. Regiony-prowincje gruzińskie to: Guria, Imereti, Kacheti, Kwemo Kartli, Mscheta-Mtianeti, Racza-Leczchumi z Kwemo Swaneti, Samegrelo-Zemo Swaneti, Samcche-Dżawacheti, Szida Kartli.
Po dwóch tygodniach nastał wreszcie dzień niespieszny, dzień „restingowy”. Wymusiła to po części sytuacja (niedyspozycja Tomka) a po części nasze potrzeby – skorzystania w wersji nielimitowanej z Internetu oraz odsapnięcia na plaży po trudach podróży. Znaleźliśmy przemiłą plażę, na której osiedliśmy na kilkanaście godzin. Po wizycie w centrach informacji turystycznej i zaopatrzeniu się w niezbędne materiały, ustaliliśmy plan podróży na następne dwa tygodnie.
Sporą część dnia spędziłam w morzu. W naszym nowym miejscu woda była znacznie mniej klejąca, niż w Batumi. Mniej lepka, czyli przyjemniejsza. Zresztą wszystko powoli staje się lepsze, fajniejsze. Temperatura staje się do wytrzymania, mieszanki muzyczne w czasie jazdy pasują wszystkim. Piwo coraz bardziej przypomina piwo, ludzie mówią bardziej zrozumiale (z łatwością można się dogadać po rosyjsku, co niestety należy następnie przełożyć na angielski, bo – ze względu na Crissa – angielski jest teraz językiem naszej ekipy). Krzysiek coraz lepiej rozumie podstawowe zwroty po polsku (poza standardowymi przekleństwami i hasłami rozpoznaje już krótkie pytania: chcesz piwo Krzysiek? jak się masz?

Na brzegu Morza Czarnego w tym miejscu fascynują mnie kamienie. Tym razem zupełnie niesamowite kolory. Wśród nich najwięcej jest zielonych. Więc leżąc sobie wśród fal śpiewam, jak mnie nauczyła mama: wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet; ściskając w ręku kamień zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.

niedziela, 27 czerwca 2010




Góra Kazbek to nieczynny wulkan. Według mitu to do niego miał być przykuty Prometeusz za kradzież ognia bogom. Zresztą z ta górą związanych było wiele tabu dotyczących polowań i wspinania się na nią. Na wysokości 4 tys mnpm znajduje się jaskinia, która zgodnie z legenda zamieszkana była przez pustelnika, który chronił w niej wiele świętych przedmiotów np. żłobek Chrystusa czy namiot Abrahama. Ja spotkałam miejscowego przewodnika, który wchodzi na tę górę poza wprowadzaniem turystów także na każde swoje urodziny. W wieku lat 30 był na szczycie 30 razy…



Tam spotkałam ekipę filmową kręcącą reklamówkę sieci komórkowej. Oczywiście baaardzo miłych przewodników, alpinistów… i chłopaków, którzy próbowali czytać polski przewodnik po ich kraju :D Uczyli mnie tez przeskakiwać przez rzekę lodowcową, co do tej pory wydawało mi się szaleństwem. Kazbek… magiczna góra… moje pierwsze 3 000 mnpm; mój pierwszy lodowiec. Nazywa się Gergeti, zaczyna się tuz przed tymi symbolicznymi 3 tys i wznosi się prawie do szczytu. To sprawia, że góra wygląda zupełnie niesamowicie i jest tak charakterystyczna.






Gruzja to kraj górzysty. Z takimi szczytami jak mój ukochany Kazbek (5047). Najbardziej rozgwieżdżonym niebem na Tsminda Sameba, najpiękniejszymi widokami, najcudowniejszymi wschodami słońca i… najlepszymi polskimi imprezami 2 tys mnpm (przy hektolitrach gruzińskiego wina :D). Bo spotkałam tam najfantastyczniejszą polska wyprawę do Gruzji 2007 roku – trabantem! Serdecznie pozdrawiam! I jeszcze kilka innych polskich ekip… W każdym razie kilkudniowy zapas wina poszedł w kilka godzin. A ja – jak na jedyna kobietę w grupie przystało – zerwałam wszystkich o godzinie 5:13 i wygnałam w góry: na lodowiec! Niestety tylko Hubert dotrzymał mi towarzystwa.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

magiczna Gruzja


ŚWIAT JEST WIELKI, zbyt wielki, by móc go poznać. Więcej marzeń, niż czasu by je spełnić. Dlatego (podobnie jak Jacek Pałkiewicz, choć ani myślę się z nim zestawiać, bo to by było oczywiste świętokradztwo) nie wracam do miejsc, które już odwiedziłam. Nawet do krajów dużych i pięknych. Ale jest wyjątek. Pierwszym, i to maleńkim krajem, który mnie zupełnie zaczarował była Gruzja. Opowiadałam znajomym o nim tak intensywnie i z taka pasją, że teraz już i oni tam wracają… Dlaczego? To jedno z tych zaczarowanych miejsc, gdzie znajdujesz więcej szczęścia, niż możesz sobie wymarzyć, więcej niż potrafisz przeżyć. Gdzie Natura jest zachwycająca, ludzie ujmujący a tradycja… o zabytkach z XVI wieku mówi się: Taki nowy? Nie wart uwagi.
Przepiękna gruzińska legenda opowiada jak to Bóg tworzył świat. Najpiękniejsze miejsce na ziemi zostawił dla siebie. Zajęty praca tworzenia nie zauważył, ż przywędrowali tam Gruzini. Gdy się spostrzegł biesiadowali już w najlepsze. Dzielili się tym, co mieli, co mogła wydać ta surowa ziemia i śpiewali. Ale jak! Śpiewali cała duszą, z tak wielką radością życia, że Bóg z uśmiechem oddał im ten zakątek świata, przyznając, że tylko tacy jak oni – twardzi ludzie gór, mogą żyć w tak surowym klimacie. Powiecie, że legenda jak legenda. Ale wystarczy spotkać tych ludzi. Pobiesiadować z nimi. Biały ser, pomidory, cebula i oczywiście alkohol (temat na osobną opowieść). Usłyszeć jak śpiewa mężczyzna, który przeżył tydzień pod lawiną i odjęto mu język. Nie mówi, ale śpiewa! I te górskie wędrówki… Piesze, konne. Fantastyczni, otwarci ludzie, którzy zapraszali nas na posiłek a po cichu zwijali nasze obozowisko, gdyż prawo gościnności nie pozwala, by przybysze nocowali gdzie indziej jak w najlepszym pokoju. Czy nie ma zagrożeń? Owszem, są. Słyszałam strzały z karabinu maszynowego, wędrowałam pod czujna opieką policji i ograniczników, ale przestraszyłam się tylko raz. Gdy Jurij, po kilku godzinach znajomości, w czasie konnej przejażdżki zaprowadził mnie do cerkwi (pamiętajcie, że Gruzja to kolebka chrześcijaństwa w ortodoksyjnym, prawosławnym wydaniu, a Gruzini to bardzo religijni ludzie), poprosił mnie bym została w ich wioseczce już na zawsze i… się oświadczył!

ale za tydzień znowu ruszę do Gruzji...

GRUZJA 2007