skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laos. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 kwietnia 2011

29 marca, wtorek
Rankiem docieramy Chiang Kong. Obiecano nam, że potrzebujemy tylko złotówkę na przeprawę łodzią, ale oczywiście trzeba było dojechać z dworca do miasta… jak zawsze w Azji! No ale każdy krok przybliżał nas do ukochanej Tajlandii…
Tym razem kraj Tajów prezentował się zupełnie inaczej. Nigdy nie zapomnę pierwszych chwil w Bangkoku w grudniu 2010 r., gdy ujrzał realizację wizji z „Piątego elementu’, czyli ruch uliczny prowadzony na kilku poziomach, mnóstwo neonów i rozmach z jakim zaprojektowano to miasto. Tutaj, w Chaing Kong, przywitał nas szeroki Mekong, a po drugiej stronie chatkowe niemal zabudowania urzędu celnego. Ale urzędnicy niezmiennie uprzejmi i sympatyczni, taksówkarze uczciwi i pomocni a komunikacja publiczna działa bez zarzutu! Uwielbiam ten kraj!!!


Jedziemy n kilka dni do Chiang Rai. Bardzo zależało mi, by odwiedzić te okolice i udało się wygospodarować dwa dni. Już pierwszego wieczora miasteczko zachwyca mnie kolorami, piękną wieżą zegarową która o określonych godzinach świeci wszystkimi kolorami tęczy, „tańczy” i „śpiewa”. I nocnym marketem – dla turystów. I nocnym targiem – z jedzeniem dla miejscowych.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

28 marca, poniedziałek


Osobom, które lubią wstać o świcie, Luang Prabang też coś oferuje – Fresh Market, lub jak kto woli market poranny, na którym oprócz masy warzyw i wyrobów mięsnych, dostaniemy takie rarytasy, jak zwłoki szczura lub węża. Niestety do ugotowania w domu. Nie mamy jak gotować, więc z mięs musimy zrezygnować.
Około szóstej odbywa się codzienny marsz mnichów buddyjskich, którym okoliczni mieszkańcy klęcząc oferują jedzenie za darmo. Oczywiście poczytałam o tym obyczaju.

W wielu krajach buddyjskich, w tym także w Laosie, istnieje tradycja, która każe mnichom, codziennie rano obejść miejscowość, w której znajduje się ich klasztor i przyjąć od wiernych datki, głównie w postaci jedzenia, ale także pieniędzy i innych dóbr. Kiedyś, jedzenie otrzymane podczas porannej zbiórki, było jedynym jedzeniem, które mnisi mogli danego dnia spożyć. Dziś klasztory wspomagają się zakupami w sklepach, ale tylko za pieniądze otrzymane od wiernych.
Cała ceremonia wygląda tak, że bardzo wcześnie rano, wszyscy (przewodnik w Birmie opowiadał, że jeden mnich zawsze musi zostać w klasztorze) mnisi z miejscowego klasztoru i świątyń, idą w szeregu (czasem bardzo długim), jeden za drugim, w odpowiedniej kolejności, w milczeniu, i ustaloną trasą obchodzą dużą część miasta i okolicznych wiosek. Wierni już na nich czekają w różnych miejscach na trasie przemarszu, z przygotowanymi darami i jedzeniem, na przykład ugotowanym ryżem. Każdy mnich trzyma mnisią miskę i gdy przechodzi obok wiernego, zostaje obdarowany małą porcją jedzenia.
Moje oczekiwania oczywiście były takie, że wydarzenie jest bardzo fotogeniczne, z uwagi na wspaniałe kolory mnisich szat oświetlone porannym słońcem. Obejrzałam sobie mnóstwo pocztówek i zdjęć z takiego pochodu i bardzo chciałam zrobić podobne zdjęcie. Ale potem poczytałam relacje ludzi, którzy jak ja przybyli do Luang Prabang zwiedzeni wyobraźnią.

To prawda, że mnisi wpisani są w krajobraz Laosu jak świątynie buddyjskie. Dla rodziny to zaszczyt jeżeli syn lub córka, bo i tak bywa, wybierze życie mnisze, mimo, że wiąże się ono z ubóstwem. To prawda że każdego dnia, przed świtem, mnisi ze wszystkich świątyń wychodzą na ulice miasta. Ludzie ustawiają się wtedy przy chodnikach i przechodzącym mnichom wręczają ryż, warzywa, owoce. Całe to wydarzenie wydaje się tajemnicze i mistyczne jak i szalenie fotogeniczne. To musi wyglądać niesamowicie! Tak myślałam. A potem przeczytałam o tych, którzy byli zawiedzeni, bo to takie normalne, bo za dużo ludzi, bo to atrakcja turystyczna. Cóż, pomyślałam i uznałam, że i tak chcę to zobaczyć! O 5:30 rano zrywamy się z łóżek, żeby zdążyć na ten niesamowity mnisi pochód. Wychodzimy na ulicę i jest tak jak się spodziewałam. Widzimy kilku miejscowych, czekających na chodniku z darami dla mnichów, a wokół plącze się już sporo turystów. Między nimi krążą handlarze, sprzedający ryż zawinięty w bananowe liście: „kup garść ryżu i nakarm mnicha” przyjmuje to z lekkim oburzeniem. A potem pojawiają się mnisi. Miejscowi pokazują skąd można robic zdjęcia a turyści i tak skaczą dookoła. Wygląda to żałośnie. Zastanawiam się czy tez chcę robić zdjęcia. Ich codzienny obowiązek stał się najzwyklejszą atrakcją turystyczną. Mam wrażenie, że z tradycji nic tu nie zostało i że oni chodzą po to, by robić im zdjęcia, by turyści tu przyjeżdżali, by mieszkańcy na nich zarabiali.


Wracamy na kawę do hotelu. Po śniadaniu wymeldowujemy się. Resztę dnia spędzamy nad Mekongiem. Już sama nazwa rzeki jest dla wielu niezwykle egzotyczna. Mekong jest najdłuższą rzeką na Półwyspie Indochińskim, czwartą w Azji i dziewiątą na świecie, której źródła znajdują się w górach Tangla na Wyżynie Tybetańskiej. Mekong przepływa przez wiele państw regionu w tym: Chiny, Laos, Kambodżę, Wietnam oraz częściowo wyznacza granicę Laosu z Tajlandią oraz Mianmą (Birmą). Podobno rzeka wygląda szczególnie dostojnie w sierpniu w szczycie pory deszczowej. Wahania poziomu wód w dolnym odcinku mogą wtedy wynosić nawet 12 metrów. Dolny bieg Mekongu stanowi najważniejszy szlak komunikacyjny w Indochinach, a statki morskie dopływają nawet do stolicy Kambodży - Phnom Penh.



Po południu wypogodziło się na tyle, że spacerujemy wśród wiosek po drugiej stronie rzeki Nam Khan. Takie wioski są największą atrakcją Laosu. W większości domy budowane są na palach, kryte strzechą i pozbawione elektryczności. W drodze do granicy, jadąc wieczorem po drodze pozbawionej asfaltu i widząc przebijające się przez plecione ściany domostw płomienie świec ma się wrażenie, że człowiek cofnął się w czasie o kilkaset lat. Zresztą droga ta dopiero jest w budowie, więc to chyba nowość, że w ogóle jeżdżą tu autobusy. Ten klasy VIP wygląda mi zupełnie na lokalny i jak lokalny często się psuje. Dużym przeżyciem jest przejazd przez górskie tereny północnego Laosu. Laos jest krajem bardzo biednym. Kilkanaście lat temu należał do grona najbiedniejszych państw świata. W kraju jest niewiele dróg asfaltowych, a przejazd nawet główną trasą kajuto koszmar. Zastanawiamy się jak to wygląda w porze deszczowej, ze względu na liczne osuwiska ziemi i nieraz trudne do przebycia bajora.


Pomimo tych wszystkich trudności Laos potrafi zauroczyć swą egzotyką, przyrodą, bajkowymi wioskami i zabytkami. Opuszczam ten kraj z uczuciem niedosytu, ale tęskni mi się już za Tajlandią. Nie zobaczyłam wszystkiego, co zaplanowałam, ale tłumaczę sobie, że pogoda nie sprzyjała, więc nie miałam na to wpływu. Nie zobaczyłam wodospadu Kuang Si, w którym chciałam się wykapać. Podobno jednak sam wodospad nie jest jakiś szczególny, ale kaskady w dalszej części rzeki bardzo ładnie się prezentują i są świetnym miejscem na piknik. Cóż, wodospad jak wodospad – widziałam inne. Jaskiń mi nie żal – nie jestem typem grotołaza. Ale żałuję, że nie odwiedziłam Centrum Ratunkowego Niedźwiedzi, znajdującego się w pobliżu wodospadu. Mieszka tam spora grupka czarnych niedźwiedzi azjatyckich, zwanych księżycowymi, odratowanych z przemytu i czarnego rynku. Niektóre z nich pozbawione są jednej z kończyn.
Niedźwiedzie, które zostały uwolnione z rąk oprawców, pozostają w Centrum do końca życia, bo same nie poradziłby sobie w środowisku naturalnym. Każdy niedźwiedź ma tu nadane imię, a na tablicach informacyjnych opisana jest historia każdego z nich oraz krótka charakterystyka.
Zawiedzona jestem trochę turystycznością Laosu. Wymarzyłam go sobie jako kraj zapomniany i nieodkryty – jak jest lansowany. Okazał się bardzo prosty do podróżowania, przepełniony turystami gotowymi zapłacić każdą cenę, więc drogim. Droższym niż Kambodża czy Tajlandia. Najbardziej podobało mi się na południu, szczególnie w Tadlo. Spotkałam się z opinią, że Laos jest nudny i można tu tylko imprezować. Zważywszy na ceny laolao – dobry pomysł. Ale lepiej wsiąść na skuter i ruszyć w wioski z dala od turystycznego zgiełku…
27 marca, niedziela

Luang Prabang to jednak nie tylko świątynie, ale też – a może przede wszystkim – natura. Zwiedzanie okolicznych wiosek, czy to spacerem, rowerem czy skuterem, to przyjemność sama w sobie. Dlatego zaplanowaliśmy na dzis wypożyczenie skutera i przejażdżkę po okolicy. Uznaliśmy, że włóczęga na własną rękę, to tak naprawdę najlepsza rzecz, jaką możemy sobie zafundować. Przygotowałam się sumiennie. Trasy podróży można podzielić na dwa rodzaje. Wszystko w zależności przez którą rzekę zdecydujemy się przedostać, bo Luang Prabang wciśnięte jest pomiędzy główną rzekę Laosu –Mekong, oraz Nam Khan, będącą jej bezpośrednim dopływem. Informacja turystyczna jest w weekendy nieczynna a nigdzie nie ma map, więc znalazłam materiały w Internecie, zapisałam je na karcie w telefonie i na lapku, część przerysowałam; wytyczyłam trasę. Znaleźliśmy motor, ale przy podpisywaniu umowy okazało się, że MUSIMY zostawić paszporty w zastaw. Zazwyczaj wystarcza jakiś dokument lub kaucja. Niestety, paszportów to my nikomu nie zostawimy. Moja wściekłość zdawała się nie mieć granic. Najgorsze dla mnie było to, że zrobiło się już za późno na wykupienie jakiejś wycieczki. Z drugiej strony pogoda się popsuła, więc pocieszałam się, że to lepiej, iż zostaliśmy w miasteczku.


Co tu robić w Luang Prabang? LP ma do zaoferowania atrakcje, takie jak pół- lub całodzienna jazda na słoniu, kąpiel ze słoniem, karmienie słonia, i ogólnie wszystko słoniopodobne, spływ kajakiem bądź trekking. Na to nie mieliśmy ochoty. Wszystko to już było.

Wybraliśmy się na zwiedzanie świątyń. Wdrapujemy się na wzgórze Phu Si, ale tutejsze waty ani widoki nie powalają nas na kolana. W przewodniku wyczytaliśmy, że najpiękniejszym watem w Luang Prabang jest Xieng Thong. Z podziwem wpatruję się w szklane, kolorowe mozaiki na ścianach świątyń, przyglądam się złotym figurkom Buddy. Miasto jest jednak smutne, spowite chmurami niczym kołderka otulone do spania.

Robimy sobie zatem rajd po agencjach turystycznych i dowiadujemy się o możliwości dotarcia do granicy z Tajlandią autobusem. Po analizie sytuacji te właśnie opcje wybieramy. Nie mamy ochoty ponownie spędzić wielu godzin na łodzi, gdy wokół deszcz i wiatr.

Postanawiamy zrealizować plan zrobienia czegoś bardzo miłego dla siebie. Oczywiście – tradycyjny masaż i łaźnia ziołowa. W wyborze miejsca zdaje się na Łukasza – to on jest specjalista w tej dziedzinie. I musze przyznać, że wybrał doskonale. Nie jakieś ekskluzywne miejsce, bez duszy i charakteru, ale właśnie cos bardzo lokalnego, choć polecanego w przewodnikach.

Drewniany stary dom. Ciemne drewno robi zawsze wrażenie starości. Na przestrzeni przypominającej werandę lub niezabudowane piętro zasłony z grubego lny w kolorze piaskowym. Dyskretna, nastrojowa muzyka. Drewniane stoliki z takimi fotelami, herbatą zieloną i zapach ziół w powietrzu. Szafki na przechowanie ubrań i bagażu z ociosanego drewna. Czuję się zrelaksowana na sam widok. Przebieramy się w sarongi, dostajemy także małe ręczniczki na głowę i wchodzimy do sauny. Właściwie to powinnam napisać „do sauen”, bo są dwie – wielkości komórki, z zasłonami uszczelniającymi wejście, z mnóstwem pary o zapachu przeróżnych ziół, mroczne niczym pieczary, osobno dla kobiet a osobno dla mężczyzn. Przyszliśmy o dobrej porze, bo jesteśmy sami. Ale trochę tak nieswojo siedzieć samemu w mroku, w wysokiej temperaturze i jeszcze wyższej wilgotności. Po przerwie na lodowaty prysznic i gorącą herbatę pojawiają się jednak kolejne osoby i następną turę spędzam już w towarzystwie jakiejś Azjatki. W ciemnościach słyszę jak na ławeczce obok mnie dziewczyna sapie, mruczy i drapie się intensywnie. To taki rodzaj peelingu – skrobie się po całym ciele, wydając okropne odgłosy. W następnej przerwie Łukasz opowiada, że w części męskiej dzieje się to samo. Tymczasem ludzi przybywa. Widać, że sauna jest tu bardzo popularna wśród turystów z Tajlandii (można nawet płacić w tajskich batach). Trzecia runda odbywa się już w małym ścisku, ale co najważniejsze – w gwarze! Przyszło kilka dziewcząt, które gadają jak nakręcone, chodzą tam i z powrotem… na szczęście ja już wychodzę.

Teraz idziemy na masaż. Masaż laotańskijest znakomitym pomysłem na odpoczynek. Nie jest to masaż erotyczny (są rzecz jasna i takie miejsca, ale nie na widoku i nie oficjalnie, łatwo je zresztą poznać) – i każdy kto z takim zamiarem podejdzie do typowego domu świadczącego masażowe usługi, może się srodze rozczarować. Masaż to ok. godzinna, nieustająca maltretacja wszystkich mięśni ciała: wyginanie, wyciąganie, rwanie, bicie, walenie i tym podobne przyjemności. Czyli to, co w wersji podstawowej już znamy. Al. etym razem Łukasz zamówił masaż z olejkiem a ja ziołowy, tzn połączony z nacieraniem ziołami. Za pomoca czegoś przypominającego gąbkę, a będącego gałgankiem wypełnionym specjalna mieszanka ziół, maczanym co chwila w gorącej wodzie, cale ciao nacierane jest tą rozgrzewająca kompozycją (konieczna jest uprzednia sauna). Umysłem pojąć tego nie sposób, ale to naprawdę działa i człowiek czuje się po tym jak nowo narodzony. Powiem więcej, dopominałam się, żeby dziewczyna masowała mocniej, więc zmachała się i sapała jak lokomotywa. Natomiast ja po godzinie czułam się jak młody bóg.


Wieczorny Luang Prabang rozświetlony jest kolorowymi światłami i neonami licznych restauracji i pubów. Wszędzie tłumy turystów. Główna ulica zamienia się w „night market”, czyli nocny targ. Można tu kupić wszystko: torby, torebki, torebeczki, maskotki, jedwabne szale, t-shirty, obrazki, pościel, obrusy.... to sprzedaje się tu pod hasłem „rękodzieło”. Jednak powtarzalność tych wyrobów „rękodzielniczych”, wydaje mi się wątpliwa. To chyba jak z naszymi „bieszczadzkimi” rzeźbami na Solinie – wyrób made in China. Rzadko spotyka się tu panie, które cos plotą czy wyszywają. Zazwyczaj tylko siedzą i zagadują turystów.
Najciekawsze, jak zawsze, są boczne uliczki, gdzie stoją stragany z jedzeniem. Grillowane kurczaki, ryby, mięsa gotowane w rozmaitych sosach, duszone warzywa, pierożki, a wszystko pachnie tak aromatycznie… Oczywiście jemy wszystko, co wygląda interesująco, czyli np. skórę świni na słodko w sezamie. Jednak największym hitem okazują się sajgonki. Ja lubię te smażone, a Łukasz świeże. śmiejemy się jak to możliwe, że jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy, że sajgonki występują w różnych postaciach. No i niezastąpione, wszechobecne bagietki Można powiedzieć, że francuscy kolonizatorzy w tym przypadku zrobili kawał dobrej roboty i to co Laos może im zawdzięczać to właśnie kuchnia.
26 marca, sobota
Jako się rzekło, jesteśmy w Luang Prabang - średniej wielkości mieście, dawnej stolicy Laosu. Dziś jest prawdopodobnie najpiękniejszym miastem tego kraju oraz jedną z jego największych atrakcji turystycznych.
Chociaż planowo autobus miał dojechać o 4:00, jesteśmy na miejscu po 6tej rano. Spodziewałam się tego po relacjach jak wygląda droga. Wiec jesteśmy zadowoleni., jest już jasno, łatwiej wytargować tuktuka do centrum i można już szukać noclegu (nie płacąc za te noc, która właśnie się kończy, a przecież to jeden z powodów wybierania przejazdów nocnych – zaoszczędzić na noclegach).


Za dnia możemy bliżej przyjrzeć się miastu, które otoczone jest zielonymi wzgórzami. Od wczesnego rana, oczekując na przygotowanie pokoju i szukając czegoś na wczesne śniadanie, włóczymy się po małych uliczkach, przy których można podziwiać kamienice i wille pochodzące z czasów francuskiego kolonializmu. Małe kolorowe budynki, niektóre nadgryzione przez ząb czasu, niektóre zupełnie odremontowane, tworzą niepowtarzalną atmosferę miasteczka. W większości kamienic w samym centrum miasta urządzone są hoteliki, restauracje, kawiarnie lub sklepiki z pamiątkami. Wielu turystów podąża przez miasto szlakiem wyznaczonym przez przewodnik turystyczny, ale my chodzimy własnymi ścieżkami. Mamy poczucie odkrywania czegoś tylko dla siebie. Tak trafiamy na mnichów pracujących przy czyszczeniu i restauracji jednej ze świątyń.

Spacer po centrum Luang Prabang to prawdziwa przyjemność, zwłaszcza, że miasto jest wolne od spalin samochodowych. Ze względu na swój status światowego dziedzictwa, można się tu poruszać jedynie rowerem lub motorem. Samochody osobowe są tu rzadkością. Za to skuterów oczywiście nie brakuje. I, jak w każdym turystycznym mieście, wszędzie masa tuk-tuków.



Popołudniu dopada mnie zmęczenie. Klimatyzacja chyba tym razem wygrała, więc ukrywam się przed światem w pokoiku z wifi i wściekła na pochmurny dzień, który jeszcze pogarsza mój nastrój, serfuję po necie i przygotowuję się na poważnie do zwiedzania miasta i jego okolic.

Jest tu ciekawe Ko Kham (Muzem Pałacu Królewskiego) przedstawiające historię miasta, XVI wieczne świątynie Wat Xieng Thong i Wat Wisunarat, sporo młodsze Wat Mai Suwannaphumaham i Wat Xieng Muan, legendarna Wat That Luang, której podwaliny stworzyli indyjscy misjonarze króla Aśoki w III wieku przed Chrystusem. Ilość świątyń buddyjskich, które można odwiedzić w samym Luang Prabang oscyluje wokół dwudziestu. Jest jednak jedna, która góruje nad całym miastem. Położona w najwyższej górze w samym centrum, Phu Si, podobno warta pokonania kilkuset schodów. Panoramę najlepiej oglądać w czysty, niezamglony dzień, a my trafiamy na chmury, a nawet lekką mżawkę.


2
Pozostaje poczytać o historii tego miasta i uzupełniać bloga z drinkiem na bazie laolao w dłoni. W hotelu gorące napoje także są w cenie, co okazuje się istotne przy tej pogodzie. Napoje rozgrzewające można natomiast kupić bardzo tanio na markecie. A zatem historia… Od 1893 roku Laos był kolonią francuską. W czasie drugiej wojny światowej kraj był okupowany przez wojska japońskie i tajskie. Po zakończeniu wojny był w dalszym ciągu pod kontrolą Francji. W 1949 roku utworzone zostało królestwo Laosu, które weszło w skład Unii Francuskiej. Uzyskanie niepodległości w 1953 roku niewiele zmieniło. W tym samym roku komunistyczne oddziały partyzanckie (armia narodowa Pathet Lao) opanowały północny Laos. Długie lata konfrontacji zbrojnej doprowadziły do zwycięstwa komunistów. W 1975r. król abdykował i utworzona została Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna, związana politycznie i gospodarczo z Wietnamem i ZSRR. Zaraz po rewolucji 1975r. król wraz z rodziną udali się do północnego Laosu i słuch po nich zaginął. Obecnie Laos zdecydowanie odchodzi od ustroju komunistycznego na rzecz gospodarki rynkowej. Przykład dla krajów regionu z pewnością dały szybko rozwijające się Chiny - kraj komunistyczny z nazwy, a kapitalistyczny od środka.

Luang Prabang to historyczna stolica Laosu przeżywająca okres świetności w XIV wieku. Wtedy to właśnie do miasta dotarł podarunek Khmerskiego króla - 83 centymetrowa złota statuetka Buddy, zwana Phra Bang. Od nazwy tej właśnie statuetki - najbardziej czczonego posążku Buddy w Laosie - wzięło swą nazwę całe miasto. Luang Prabang otaczają malownicze góry a nad miastem dominuje wzgórze Phousi, z którego roztacza się piękny widok na dawną stolicę i dolinę Mekongu. Bardzo mnie ubawiło w czasie porannego spaceru, gdy zobaczyłam restauracyjke o tej nazwie, bo jakoś nie uwierzyłam, że chodzi o małego zwierzaczka i podtekst wydał mi się nawet zbyt oczywisty (miasteczko słynie z dostępności prostytucji i miękkich narkotyków). Dopiero popołudniu natknęłam się na nazwę wzgórza i uznałam zasadność nazywania tak restauracji i hoteli. Wzgórze Phousi położone jest na południowym krańcu półwyspu, utworzonego przez rzeki Mekong i Nam Khan. Większość historycznych świątyń znajduje się właśnie na tym półwyspie. W 1995 roku całe miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury - UNESCO. W mieście zobaczyć można liczne zabytkowe świątynie buddyjskie oraz francuską kolonialną architekturę. Interesujące są również okolice miasta. Większość turystów przebywających w Luang Prabang udaje się również do grot Pak Ou położonych 25 km od miasta nad brzegiem Mekongu. We wnętrzu jaskiń obejrzeć można liczną kolekcję figurek Buddy. Jak opowiadali- jaskinia jak jaskinia. Wydaje mi się jednak, że nie te jaskinie robią na turystach wrażenie, ale przede wszystkim trzygodzinny rejs łodzią po Mekongu. Ja jednak przyjrzałam się rzece (cieszyliśmy się na dwudniowy rejs Mekongiem do granicy z Tajlandią), jeszcze raz obejrzałam zdjęcia z rejsów i nabrałam wątpliwości czy to rzeczywiście takie atrakcyjne. Trzeba będzie się nad tym jeszcze zastanowić. Ale jak Katie Scarlett O'Hara-Hamilton-Kennedy-Butler – „pomyślę o tym jutro”.
25 marca, piątek
Dzień spędzamy w stolicy. Ale nie na zwiedzaniu tylko na pasieniu się. Jak już pisałam Vientiane, jak na stolice, jest bardzo spokojne, bez zgiełku i hałasu typowego dla dużych miast. Kilka ciekawych zabytków, które już obejrzeliśmy i urokliwy brzeg Mekongu. Mieliśmy jechać oglądać Buddów, ale po nocnym przejeździe nie mieliśmy już na to ochoty. Można było zatem wziąć dzienny autobus na północ, ale po tym co się naczytałam o trasie uznałam, że łatwiej będzie ją znieść w nocy, bo może uda się nawet kimnąć. Dzień przeznaczyliśmy zatem na szwendanie się po bazarach typu wszelakiego, domach handlowych i wylegiwaniu się w cieniu przyświątynnych drzew. No i na konsumpcję nieskończonej ilości bagietek z tuńczykiem, serem, warzywami i sosami będącymi najwyższej klasy specjalnością lokalną.


Dwa dni w drodze nie były jednak stracone! W Pakse zafundowałam sobie wizytę u fryzjera a w Vientiene u kosmetyczki. I od razu poczułam się taka zadbana :D



Wieczorem byłam już tak zmęczona, że najbardziej hardkorowa droga nie była w stanie powstrzymać mnie przed zaśnięciem. Łukasz miał z tym trochę kłopotu, ale kiedy natknął się w bagażu na butelkę z drinkiem, bez zastanowienia wypił moje zdrowie i zapadł się w objęcie Morfeusza równie skutecznie co i ja. Postanowiliśmy zawierzyć kunsztowi kierowcy („ach ci azjatyccy kierowcy! To wybitni specjaliści! Mają swoją własną filozofią jazdy, która okazuje się tak bardzo skuteczna!”) i nie obserwować drogi.
Autobus mknie wąską drogą, która w pewnym momencie przestaje w ogóle przypominać drogę, tyle w niej dziur. Skręcamy w lewo, jedziemy w górę, teraz ostro w prawo i jeszcze bardziej ostro w lewo i w dół, a potem znów w górę i w prawo, w lewo i w prawo i w dół i w lewo i w górę i… jeszcze raz to samo! Podobno w dzień widoki za oknem co jakiś czas zapierają dech w piersiach, a jednocześnie bezlitosne serpentyny ściskają żołądek i nie pozwalają nacieszyć się górskim pejzażem. Cóż, dobrze, że jedziemy w ciemnościach. Tego co widzę w światłach mijanych samochodów i oświetleniu domostw i tak mi wystarczy. Kiedy docieramy do Luang Prabang jesteśmy zmęczeni jeszcze bardziej niż wczoraj.

niedziela, 3 kwietnia 2011

24 marca, czwartek
Ale jestem wyloozowana! Aż zapomniałam napisać o kąpieli w wodospadach. No bo okolica słynie nie tylko z tych wielkich wodospadów, ale także wielu wielu mniejszych. Do jednego z nich – o zachodzie słońca – przedzieraliśmy się ścieżką wśród kawiorów i krzaków. A w innym – w naszej wsi – kąpaliśmy się.
Na półki skalne tworzące wielkie terasy niełatwo dotrzeć. Trzeba zaplanować trasę wśród rozlewiska i miejsc o dużej głębokości lub mocnym nurcie – do wyboru. Ale jak się już na miejscu to można się położyć na płaszczyźnie przez która przepływa woda o głębokości 2-5 cm, albo wejść do jednej z wielu jam, takich jakby wanien kąpielowych, albo stanąć pod wodospadem i skorzystać z naturalnego pasażera, albo wreszcie z miejscowymi dzieciakami pozjeżdżać pod wodospadami jak na ślizgawce. Zresztą każdy może wymyślić coś innego…

Płaskowyż Bolaven to siatka pól ryżowych, gęste lasy i klimatyczne wioski. Tadlo przyciąga turystów atmosferą oraz 10-metrowym wodospadem.

Następne zdjęcia to wschody i zachody słońca, wyznaczające rytm życia tutaj, fotografowane z naszej werandy. 




A dzisiaj jedziemy do Pakse. Samo Pakse nie jest miejscem nadzwyczajnym. Ot takie miasto na brzegu Mekongu – bez rewelacji. W każdym razie bankomat znaleźliśmy, nawet kilka, choć LP podaje ze w mieście jest tylko jeden. Na celowniku północ. Wieczorem jedziemy do Vientiene, lecz nasz autobus okazuje się nie tak luksusowy jak ostatni. Szczerze mówiąc okazuje się tragiczny i do stolicy dojedziemy straszliwie umęczeni. Ale szkoda na to słów.
23 marca, środa

Tadlo to miejsce, gdzie można pospacerować nie zaczepianym pośród domostw i poprzyglądać się jak płynie życie Laotańczyka. Ale i wokół jest sporo atrakcji. Większość ludzi przyjeżdża tu by jeździć na słoniach – ale ja jestem po szkole tresury słoni, więc co mi tam. Są tez tacy, którzy przyjeżdżają na odpoczynek i jedzenie madame Pap, nazywanej przez wszystkich Mamą Pap. Mama Pap to opisywana już wczoraj przeze mnie przesłodka kobieta prowadząca małą restaurację na podwórku przed swoim domem. Miejsce nie ma szyldu i nigdzie nie jest reklamowane, ale przyciąga podróżników swoją magiczną, rodzinną atmosferą. Kobieta chętnie opowiada o swoich przygodach (akurat wczoraj spadł na nią wielki bambus i ma limo pod okiem wielkości zajawek na pudelku). Co prawda na zamówione danie czeka się bardzo długo, w końcu jednak zawsze dostaliśmy tak olbrzymie porcje, że nie byliśmy w stanie ich zjeść. Najsławniejszy jest jej meganaleśnik z bananami i czekoladą. Wynik rozgrywki miedzy nami: jeden zero dla niego!



Okolica jest tak spokojna, że postanowiliśmy wypożyczyć skuter. Nie umiemy jeździć, nie mamy prawa jazdy, ale – udało nam się znaleźć taki z automatyczna skrzynią biegów! O tutaj rzadkość i ekstrawagancja, więc mieliśmy szczęście.




Śmigając z coraz większą wprawą mijaliśmy kolejne wioski i plantacje. Dookoła w oddali rozpościerały się porośnięte dżunglą góry. Po prostu oszaleliśmy z zachwytu. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy skuter, aby zapuścić się głębiej w jakąś wioskę albo plantację.


Największe wrażenie zrobił na mnie olbrzymi wodospad, do którego jechaliśmy 20 kilometrów. Było warto. Widok ze szczytu nieziemski. Przyszła grupa mnichów, która malowniczo wkomponowała mi się w fotki. Gdy zawiewał wiatr wszędzie wokół bryzgała woda wzbudzając wiele radości takim niespodziewanym prysznicem.


Potem postanawiamy poszwendać się po bezdrożach. Znakomity pomysł. Tylko nie mamy mapy okolicy. Jest pięknie, malowniczo i tak tajemniczo. Mam złe przeczucia co do motoru i okazuje się że łapiemy gumę. Oczywiście nie potrafimy się dogadać z ludźmi w najbliższej wiosce. Wracamy do drogi. Łukasz porzuca mnie w środku niczego i jedzie sam, bo pchać trudno a we dwie osoby jechać nie możemy. Wokół tylko spalona ziemia i bananowce. Spaceruje sobie więc tak sama (to znaczy z aparatem) po tym pustkowiu i strasznie mnie to wszystko bawi.



Próbujemy znaleźć miejsce, gdzie zreperują nam skuter. Nikt nie mówi po angielsku, ale to nic. Śmieją się i już mam się obrazić, kiedy okazuje się, ż jeden z chłopaków wsiada na motor by pojechać i nam pokazać odpowiednie miejsce – wulkanizację. Lokalna wulkanizacja to chatka mieszkalna z oponami wywieszonymi na kołku. Ależ to oczywiste! To taka lokalna wersja szyldu. Ale z nas białych durnie, nie mogliśmy się domyślić? Już rozumiem dlaczego się z nas śmiali.






Personel stacji wulkanizacyjnej stanowi kobieta z gromadką dzieci. Przyglądamy się jej bacznie, ale ona niespeszona zabiera się do pracy. Zdjęcie kola zajęło jej z pół godziny. Gdyby tylko mieli tu butelkowana wodę! Dzieciaki bawią się z nami i w ogóle atmosfera jest niesamowita. Kobieta sprawnie wyszukuje dziurkę używając nie jak my wody, lecz piasku (sic!) i jej tylko znanymi metodami naprawie dętkę. Założenie jej z powrotem nastręcza jednak ogromnych trudności. Pomoc Łukasza okazuje się niewystarczająca. I wtedy wraca mąż. Na pięknym kombinowanym motorze (widać, że to jego pasja!). Zaczyna się od niemałej awantury. Nie wiemy co kobieta nawija, ale łatwo się domyślić. „Gdzie ty się szwendasz tak długo? Ja tu sobie flaki wypruwam zastępując ciebie a ty łajdaku jeździsz nie wiadomo gdzie…! Kiedy spostrzegają nasze ubawione miny także wybuchają śmiechem i wspólnie przystępują do dalszej pracy. Po chwili, nieziemsko umęczeni pokazują ze wszystko jest gotowe. Cena? Wynika nie z użytych narzędzi czy poświęconego czasu. Zależy od tego ile maja w domu pieniędzy, ale byłam wydać ze średniej wielkości banknotu 



A po rajdzie skuterem relaks z Laolao. Jest to rodzaj miejscowego bimbru pędzonego na terenie całego Laosu z ryżu o mocy około 40% dostępny w małych sklepikach. W butelkach po coca coli zatykanych folią, przelewany do torebek foliowych wiązanych gumka, za niezwykle niska cenę, powiedzmy 1$ za litr! Ach jak nie chce się stąd wyjeżdżać!
22 marca, wtorek
No i nie mamy więcej czasu na błogie leniuchowanie. Trzeba jechać dalej.
W nocy była cudowna burza. Jeszcze takiej nie widziałam. Ogromna burza z setkami olbrzymich piorunów wszędzie wokół. Na wyspach robi jeszcze większe wrażenie. Pioruny bardziej huczą, woda niesie głos dalej i dalej, nie ma wysokiej zabudowy i rozbłyski widać po horyzont… Wioski pogrążone w ciszy i ciemności i tylko ja sobie siedzę na werandzie bungalowu i ten spektakl jakby specjalnie dla mnie… Tak, wiem jak to brzmi. Nie było piorunochronu, ale wszystkie urządzenia wyłączyłam i odłączyłam z ładowania – zresztą i tak prądu zabrakło. Hamaki zwinęłam, pranie zebrałam, to co miałam robić? Bać się? Podziwianie jest znacznie fajniejsze. Chyba mogłabym zostać łowcą tajfunów czy coś w tym stylu, bo burze poza podziwem nie wywołują we mnie żadnych innych emocji. Tak więc w rankingu najpiękniejszych zjawisk przyrody w kategorii burza ta z delty Mekongu ląduje zaraz obok tej z Kirgistanu, gdy na 3 500 mnpm burza wpadła do kotła i nie mogła uciec bo szczyty wokół były za wysokie. Teraz też bywało jasno jak w dzień i głośno jak na lotnisku. Oczywiście to nadzwyczajne zjawisko trwało długo, więc się nie wyspałam, co po kilku dniach ostrej aktywności ostatnio hihihihi było wielkim problemem.

O szóstej mamy łódź na ląd. Ale najpierw trzeba się spakować w świetle latarki i rozliczyć z gospodynią. To nie takie proste, bo jest wściekle wcześnie, więc wszyscy śpią (wydawało nam się ze o tej porze wioska budzi się do życia, ale pewności niemieliśmy, bo by przecież o tej porze spaliśmy – tzn wstawałam na wschód słońca, wychodziłam na werandę, robiłam zdjęcie, wzdychałam i wracałam spać). Obudzona nie tylko nadal nie mówiła po angielsku, ale nie mówiła w ogóle. Tefom jeszcze nie było, żeby dawać ludziom pieniądze i prosić, by wzięli.
W końcu jakoś się udało i poczłapaliśmy na „przystań”. Tu na szczęście znalazł się chłopak, który nas przewiózł. Rejs taka łódką o świcie po Mekongu… kolejna propozycja do reklamy Master Card z serii „bezcenne”. Jest cicho i spokojnie, jakby nie było żadnej burzy. Wolne wiosłówki i szybki motorówki miejscowych mijają nas w różnych kierunkach. Uśmiechają się do nas życzliwie i wydaje się, że tak naprawdę wcale się nie spieszą. Znikają po chwili w szuwarach i można by pomyśleć że byli tylko przywidzeniem.


W wiosce nie udaje nam się dobudzić sprzedawcy naszych biletów, więc musimy sobie radzić sami. Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić gdy nikt słowa w cywilizowanym języku nie zna! W końcu trafiamy na „lokalny dworzec autobusowy”, z którego mamy „autobus”. Wspomniany dworzec to plac błota w środku niczego, gdzie stoi kilka ciężarówek. Okazują się one być lokalnymi autobusami. Ten środek transportu nie przypomina w ogóle autokaru, lecz małą ciężarówkę, która w swej tylne części (tam, gdzie zazwyczaj wozi się towar) zamontowane ma dwie ławeczki. Bardzo wąskie twarde ławeczki. Nad pasażerami znajduje się zadaszenie chroniące ich przed słońcem.
Monika wpakowała swój plecak i, ponieważ zostało kilka minut do odjazdu, poszłyśmy do „toalety” (na zdjęciu, więc opos pominę). Kiedy wracałyśmy oczom naszym ukazała się odjeżdżająca ciężarówka. Okazało, że na zegarku kierowcy godzina wybiła, więc ruszył. W ostatniej chwili chłopcy odzyskali plecak. Dziwne – pomyślałam. – Żadnych oznak sympatii dla białych turystów?! I zatęskniłam za Indiami gdzie każdy wie dokąd jedziesz, bo opcja jest tylko jedna, więc nawet nie musisz pytać i tak zatrzymają co trzeba i ulokują cię dokładnie tam, gdzie chciałeś się znaleźć.
Ale tragedii nie ma. Za godzinę jest następny. Chłopcy Ida zdobyć coś do jedzenia a my zostajemy z bagażami. Już tęsknie za tym pysznym lokalnym jedzeniem, które podawała pani w naszej ulubionej restauracyjce na wyspie.
Pośrodku pomiędzy ławeczkami stały cztery ogromne kosze liści jakichś przypraw, pod ławeczkami kilka koszyków ryb, z których z dolnej części powolutku wypływała woda – przewozi się je w lodzie ale nijak osłonięte, podtapiając nasze sandały, plecaki i co tam stalo na ziemi. Z Don Det do Pakse – większej miejscowości na południu Laosu – jedzie się zaledwie trzy godzinki. Słońce, wiaterek a na postojach tłumy kobiet sprzedających co się da.

W samym Pakse do zobaczenia nie ma dosłownie nic, ale w okolicy troszkę atrakcji - na wschodzie i północy nieduże wsie i wodospady, na południu, około 40 km od miasta - ruiny Wat Phou, coś w rodzaju Angkor Wat w miniaturze.



My jednak wysiadamy na dworcu południowym, żegnamy się z Monika i Michałem i szukamy autobusu do Tadlo. Niby ten sam dworzec, ale za jakimś bazarem, po drugiej stronie drogi. Niby autobus pasażerski, ale więcej w nim paczek i worków niż ludzi, chociaż tych tez całkiem sporo. Znajduje dwa ostatnie miejsca i ruszamy.
Jednym z najciekawszych miejsc na południu Laosu jest płaskowyż Bolaven, dokąd właśnie zmierzamy. Tutaj uprawia się przepyszną laotańską kawę i herbatę. Czeka nas jeszcze dwukilometrowy marsz do wsi właściwej (taksówkarzowi podziękowaliśmy bo cena była z kosmosu), znalezienie pokoju i… leżenie na hamaku!

Tadlo mnie zachwyciło! Planowałam zostać na jedną – zostałam na dwie noce, bo - jak powiedziały spotkane na samym początku dziewczyny tu wszyscy zostają dłużej. I rzeczywiście, wszyscy opowiadali, ż przyjechali tu na chwilę a zostali… dużo dłużej. To miejsce nadaje się idealne na wypoczynek pośród natury. To takie miejsce gdzie zapomina się o zegarku a jedynie zachód słońca podpowiada, ze kolejny dzień chyli się ku końcowi.



Mieszkamy w pięknym ekskluzywnym bungalowie, bo TUTAJ nas na to stać. Mamy cudownie urządzony pokój z meblami, lawą, fotelami, kilkoma lampkami, łóżko wielkości niejednego pokoju z moskitierą, łazienkę jak marzenie, wielki taras z bambusowymi mebelkami i widokiem na pola. Jak na wsi oglądanej w telewizji! Mogę czuć się tak swobodnie! Zostawić otwarte drzwi do pokoju, zapomnieć o laptopie na werandzie – i nikt się tu nie kręci, nie zagląda. A jeśli wyjdę przez drzwi główne, po minucie spaceru jestem w najlepszej knajpie w okolicy. Madame Pat nie umie liczyć, więc jeśli musi wydać to mówi, ze nie ma drobnych i trzeba się rozliczyć następnym razem, ale za to cudownie gotuje! Ale to już temat na osobna opowieść…

Zalegliśmy w hamakach na werandzie z widokiem na pola, z których wieśniacy wracali w świetle zachodzącego słońca właśnie i miałam wrażenie ze tak samo rytuał ten trwa tutaj od stuleci. Krowy biegnące same do gospodarstw, psy przyjaźnie nastawione do ludzi. Cóż, zwierzęta zawsze są takie, jak ich opiekunowie.



Życie w Tadlo płynie swoim niczym niezmąconym rytmem jak wody rzeki przecinające tę ziemię. Mieszkańcy wioski od świtu do zmierzchu zajmują się swymi sprawami, ale zawsze maja czas by przystanąć, uśmiechnąć się, doradzić. Nie przejmują się drobiazgami – nawet skuter wypożyczają nam na słowo honoru (jedyni, którzy nie chcą paszportu albo bardzo wysokiego depozytu). Czas jak by się zatrzymał a technologia i nowoczesność nigdy tu nie dotarły.



Ludzie mieszkają w drewnianych chatach krytych strzecha, nocą ogrzewają się przy ognisku z chrustu zbieranego na brzegiem rzeki. Po wiosce biega inwentarz w postaci zabawnych świń najczęściej, ciesząc Łukasza do granic absurdu. Nikt niczego od ciebie nie chce, nie chce ci niczego sprzedać ani świadczyć żadnej usługi!

sobota, 2 kwietnia 2011

21 marca, poniedziałek
Pierwszy Dzień Wiosny


No więc wysp na Mekongu jest podobno aż 4 tysiące. Trzy największe: Don Khong, Don Det i Don Khon posiadają dobrą infrastrukturę, a na pierwszej z nich jeżdżą nawet minibusy i jest ona zarazem centrum administracyjnym tego regionu. Don Det (na tej mieszkamy) to wyspa.

Jedna z wielu w krainie zwanej Si Phan Don (Cztery Tysiace Wysp).
Kraina ta leży tuz przy granicy z Kambodżą. W tym miejscu Mekong rozszerza się na kilkanaście kilometrów, tworząc prawdziwa mozaikę wysp i kanałów. Niektóre wyspy są zamieszkane, inne zupełnie niedostępne. Miejsce to jest prawdziwym cudem natury i oczywiście dużą atrakcja turystyczna.


Większość turystów wybiera jednak te większe wyspy, blisko centrum z dobrymi hotelami i barami, bo przyjeżdżają tu chętnie, by poimprezować. Z nami płynęła pani w wieku drugim hipisowskim, która zdziwiła się, że w ogóle są jeszcze inne wyspy. Nie wiedziała zatem dokąd płynie i gdzie ma wysiąść. Usłyszała różne nazwy i zapytała „a co to za różnica?” bez komentarza. Na takim towarzystwie nam nie zależało


My upatrzyliśmy sobie jedna z najmniejszych zamieszkanych wysp - Don Det. Jej największą zaleta jest to, ze raczej nie trafiają tam zorganizowane wycieczki. Tylko przejeżdżają minibusy do wodospadu i do delfinów słodkowodnych. Poza nimi wokół tylko miejscowi. Spokojny, wręcz nudny, rytm życia. To najprawdopodobniej najbardziej zrelaksowane miejsce na ziemi, gdzie życie płynie w tempie nurtu Mekongu (czyli baaardzo wooolno). Klimat, jak pisałam wczoraj, jest po prostu sielankowy….




Po dniu nicnierobienia przemagamy się, gdyż budzą się w nas potrzeby poznawcze. Udajemy się na spacer do wodospadu tzw. perły Mekongu. To jeden z największych wodospadów w południowo-wschodniej Azji. Przechodzimy prezz mostek, pod którym mały próg wodny. Łukasz pyta, czy to to. Myślę sobie, że na Tanwi mamy kilkadziesiąt takich „szumów” i wyglądają znacznie bardziej malowniczo. Ale na szczęście to jeszcze nie to :D Wodospad, a właściwie ich kompleks, jest kilkadziesiąt metrów dalej. Jest duży, położony pomiędzy skałami. Prąd wody jest naprawdę mocny. Mimo, iż lokalni bardzo śmiecą, to jakoś udaje im się zadbać o wodospad. Jest nawet przy nim piaszczysta plaża, gdzie spędzamy sporo czasu na kolejnym nicnierobieniu. Zaledwie Kika osób szwęda się w okolicy. Jest tak cicho i spokojnie, że prawie tam zasypiam. Teraz jest pora sucha w Kambodży więc nie było dużo wody, ale wodospad i tak jest uroczy.



Standardowym programem wycieczek do wodospadu jest szukanie z łodzi delfinów słodkowodnych. Nasi nowi znajomi spróbowali i potwierdzili nasze wiadomości. Jeśli ktoś myśli, że skaczą one z radosnym uśmiechem ponad łódkami i żonglują piłeczką na swoim nosie, to się bardzo zawiedzie. Tak nie jest. Delfiny te są bardzo leniwe i zaobserwować można właściwie tylko ich grzbiety, lub jeśli ktoś ma więcej szczęścia, połowę szarego ciała. Wynurzają się tylko po to, żeby nabrać powietrza i śmiesznie przy tym „puffają”. Ci co byli, twierdzą, że warto w ogóle się tam fatygować. My nie żałujemy, że spędziliśmy ten czas w hamakach.
20 marca, niedziela
Rano wysiadam w Pakse na południu Laosu. Wysiadam w miejscu nieczęsto odwiedzanym przez turystów. To znaczy jest ich tu wielu, ale to tylko maleńki procent tych przyjeżdżających do Laosu. Ważniejsze jednak, że wysiadam z autobusu… jakiego istnienia nie przewidywałam w najśmielszych fantazjach futurystycznych. Nie był aż tak drogi, by cena sugerowała istnienie takiego cuda. Fotki pokazują cos niecoś. Nie tylko odespałam ostatnie dwie noce, ale też spokojnie i wygodnie obejrzałam film na lapku. Największym zaskoczeniem było jednak to, że dostaliśmy miejscówkę na samym końcu autobusu, nie w dwójce tylko w „loży szyderców” – kanapie na pięć osób. Okazało się, że obok nas w ostatniej chwili rozłożyła się jeszcze tylko jedna parka. Ale zaraz! Ja znam tych ludzi! Polacy, których spotkaliśmy dziś przy świątyniach. Monika i Michał okazali się znakomitymi kompanami podróży. I nie tylko. Świetnie rozkminili sobie pomysły na urlopy, na zwiedzanie Azji. Znaleźliśmy wspólne tematy, zgadaliśmy się w kwestii wspólnych planów, więc postanowiliśmy wspólnie spędzić kilka następnych dni.




Laos jest krajem bardzo górzystym, znaczną część jego powierzchni zajmuje dzika roślinność, w tym dziewicza dżungla. Kraj przecina sieć rzek, głównie Mekong i jego dorzecze. W Laosie nie ma może atrakcji na miarę Angkoru , ale parę miejsc na pewno zasługuje na uwagę. Największą atrakcją Laosu jest jego dzika i nieprzeciętnie piękna przyroda, dlatego postanowiliśmy zacząć od kilku dni słodkiego lenistwa w hamaku w "krainie 4 tysięcy wysp" na południu. Hamaki kupiliśmy sobie jeszcze w Kambodży a pogoda wydawała się pewniejsza na południu – północ jakąś taka zimna ostatnio. Spotkani Polacy opowiadali o swoich trzech dniach pobytu w Luang Prabang – w deszczu i zimnie. Chcieliśmy tego uniknąć. No i ta ich podróż na południe. Pokazywali zdjęcia autobusu, który zakopał się w błocie po gwałtownych opadach i utknął na 10 godzin w pustkowiu.


A zatem lenistwo na wysepkach Mekongu. Miejscówka znana jest jako 4 tysiące wysp, ale tak naprawdę to trzy wyspy „właściwe” i trzy tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem (na oko) mniejszych lub większych kamoli wystających z wody, niektóre porośnięte drzewami.
Mówi się także, że to sto wysp w porze deszczowej i tych kilka tysięcy w porze suchej, gdy poziom wody w Mekongu znacznie opada. Rzeka w najgłębszym miejscu ma około 50 m. głębokości i żyją tu rzadkie delfiny słodkowodne. Brzmi zachęcająco, ale z delfinami to lipa. My jednak wiemy po co jedziemy – delektować się rustykalna atmosferą.



Łodzią motorową docieramy na wyspę, szukamy jakiejś chatki nad Mekongiem i dziwimy się tym niespodziewanie wysokim cenom. Już miało mi się przestać podobać, gdy chłopaki stanęli na wysokości zadania i znaleźli świetne bungalowy w jeszcze lepszej cenie. Tuz przy świątyni, kilometr od sławnych wodospadów. Cisza, spokój, lokalna knajpka i właścicielka z która nie można się dogadać. Po prostu cudownie!
Zawieszamy nasze hamaki, zalegamy z zimnymi napojami i zapominamy o bożym świecie na resztę dnia. Nasza aktywność ruchowa w ciągu dnia ogranicza się do wyciągania ręki z hamaka w celu wprawienia go w ruch. Gapimy się na rzekę, obserwujemy rybaków, którzy wypływają na połów.


Przyglądamy się dzieciakom chłapiącym się w wodzie, ludziom na moście łączącym nasza wyspę z sąsiednią. Gdy nam się to nudzi, odwracamy głowę, zmieniamy kilka slow a naszymi sąsiadami, czyli Monika i Michałem. A nie, przepraszam. Poszliśmy jeszcze cos zjeść. A że Laotańczycy to wyjątkowo leniwy naród (zasłużył sobie na opinię najbardziej leniwego wśród kolonii francuskich, a konkurencja była przecież niezwykle silna w tej części kuli ziemskiej), to na nic innego czasu nam już nie starcza :D tak, wpasowywanie się w klimat znakomicie nam wychodzi hihihihi