skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nurkowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nurkowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2011

22 maja, niedziela

Fantastycznie jest obudzić się na tej rajskiej, niemal dzikiej plaży. Zjeść śniadanie w lokalnej restauracyjce pokazując pani na palcach czego się chce. I zalec na chwilę hamaku rozwieszonym na plaży z widokiem na rajskie błękity morza z dzikimi wysepkami na horyzoncie.
No i teraz mam problem. Nie wiem co napisać o nurkowaniu. Bo już kilka razy pisałam, że dane nurkowanie było najlepsze. Ale to wszystko było przed Pulau Weh. Nie wiedziałam wtedy o czym mówię. To miejsce bije wszelkie poprzednie na głowę. Jeśli wyobraźnia ludzka pozwala na wyobrażenie sobie czegoś takiego… to słów i tak mi brak! To miejsce, dla którego warto przemierzyć pół świata.
No wiec o dziewiątej płyniemy na nasze pierwsze nurkowanie. Kilka osób obsługi (łowią ryby gdy jesteśmy pod wodą) a z nurków tylko my i Azhar z Kuala Lumpur. Ma 58 lat a wygląda na 38. Nurkuje od kilkunastu lat, ma ogromne doświadczenie i niepohamowaną pasję – obecnie nurkuje, by fotografować. Nie przejmuje się czasami, zużyciem tlenu, sylwetką. Po prostu jak szalony pływa za rybami, a im większe, tym lepiej. Dla nas tez dobrze, bo fotografuje i nagrywa także nas. A po południu długo pokazuje nam swoje zdjęcia, opowiada o swojej pasji. Wymieniamy się doświadczeniami z nurkowań z różnych miejsc świata (tzn Azhar ma doświadczenie, nurkował np. na Antarktyce) i zgadzamy się co do tego, że to miejsce jest najlepsze. Jest też przyzwoite, jeśli chodzi o ceny. Przyznajemy, że taka np. Tajlandia, jest zdecydowanie powyżej cen (jeśli chodzi o stosunek ceny do tego, co oferuje).
Organizowane są dwa - trzy nurkowania dziennie, plus nocne jeśli jest dostateczna ilość chętnych. Po każdym nurkowaniu mała łódź - wraca na wyspę i po przerwie wypływa na kolejne. Daje to okazję odświeżenia się, zjedzenia, drzemki lub plażowania. Warunki na łodzi są prymitywne, dostępna jest woda pitna, nie ma zadaszenia ani toalety, ale dzięki powrotom na ląd między nurkowaniami nie stanowi to większego problemu o ile zabezpieczamy się przez słońcem.


To prawda, że nurkowania tutaj zaskakują zarówno dobrą widocznością jak też ponadprzeciętnym wyborem życia. Nie znam słów na określenie wszystkich tych gatunków, niestety. To prawda, co pisał Kapuściński, że nieznajomość słów na nazwanie świata wokół nas, zuboża nasze jego postrzeganie. Dlatego zazwyczaj studiuje książki z podwodną fauną. Tutaj niestety nie znalazłam na to czasu.
Wieczorem jedziemy na najbardziej na północ wysunięty punkt Indonezji. Znajduje się raptem kilometr od naszej bazy. Są ławeczki, tablice informacyjne i piękne widoki. Chłopaki z bazy mówią, że to znakomite miejsce na zachód słońca. Ale my musimy oddać motor. Jedziemy do wsi na pyszna kolację i Internet. A potem trzykilometrowy spacer nocą na nasza plażę. Taksówka kosztuje majątek.

czwartek, 19 maja 2011

6 maja, piątek

Ze wszystkich nurkowisk w okolicy najbardziej podobało nam się na P. Postanawiamy tam zatem popłynąć jeszcze raz. Wymeldowujemy się z hotelu, ale przesympatyczny właściciel proponuje, żebyśmy zostawili plecaki. Bardzo nam to pasuje, bo chcemy jeszcze wrócić na neta a potem stąd bliżej na przystań (z drugiej plaży trzeba wziąć taksówkę za kilka złotych).



Po południu Łukasz siedzi u Indyjczyka na necie (to się nazywa uzależnienie), a ja próbuję uniknąć poparzeń słonecznych nie rezygnując z piasku i wody. Ludzie wokół mają ciekawe pomysły. Jakaś para gra sobie w plażowego ping-ponga. A obok chłopak czyta w wodzie książkę. Nad powierzchnię wystaje mu tylko głowa i ręka z rzeczoną książką. Wieczorem mam okazje z nim porozmawiać – chwali się, że to pierwsza książka, jaką czyta w życiu. Jest z Norwegii.
Był w Polsce, bo akurat trafił na tanie bilety, i zdziwił się, że mamy plaże i… tanie piwo! Podróżuje sam, ale jest tak roztrzepany, że zostawił na ławce przy mnie bardzo drogi aparat fotograficzny (nota bene próbując wsiąść do nie swojego autobusu) i gdy zwracam mu uwagę, że cos zostawił śmieje się, że tak stracił już aparat w Indiach.
Jeżeli coś mnie jeszcze dziwi w podróży, to ludzie tacy jak on. I ta druga dziewczyna, ale o niej to nawet nie mam siły pisać.


Wieczór spędzamy objadając się w miasteczku pysznym malajskim jedzeniem w lokalnych, czyli rozsądnych, cenach. Restauracje na wyspie są niestety bardzo drogie, ale jedzenie tutejsze jest tak pyszne, że trzeba mieć naprawdę bardzo dużo samozaparcia, żeby zmusić się do zupek chińskich.
Noc ponownie spędzamy komfortowym autobusie do Kuala Lumpur. Rozkładane, szerokie siedzenia pozwalają się wyspać. Nawet Łukasz nie może narzekać na brak przestrzeni. Tylko ta klimatyzacja zamrożona w pozycji „minus sto”… Wożę ze sobą, poza koszulą, dwie bluzki z długim rękawem, specjalnie do klimatyzowanych autobusów. I grube skarpety. I oczywiście saronga. A Łukasz ma nawet grubą, zimowa czapkę i mi pożycza swój kapelusz.
5 maja, czwartek

To znowu dzień nurkowy. Tak tu pięknie! Nie znajduje słów by opisać bogactwo zycia podwodnego, które dane mi było oglądać. Muszę jednak wspomnieć, że w czasie pierwszego nurkowania, na T3, trafiliśmy w bardzo silny prąd. Miejsce jest przepiękne, skalne wąwozy, wąskie przejścia, piękne ryby, nawet na płaszczkę trafiłam. Ale agresywne trigerfishe to już nie bardzo. Gdy nasz przewodnik podawał mi na dnie ciężarek, bo byłam niedociążona, zaatakowała go i ugryzła w nogę. Co więcej, silny prąd zaczął nas spychać na pełne morze. Okazało się, że powietrza, wskutek walczenia z tą siłą, wystarczyło nam tylko na 37 minut. Do tego wynurzenie było awaryjne, z bojką wokół której pływaliśmy i z wzywaniem łodzi.

środa, 18 maja 2011

3 maja, wtorek



Raniutko zbieramy wszystkie swoje graty, przedzieramy się przez wzgórze porośnięte dżunglą (niby niewysokie, ale spróbujcie wędrować pod górę z plecakiem przy wilgotności bliskiej 100 %!) i szukamy noclegu na następną noc. W upatrzonych wczoraj miejscówkach jest pełno, więc zostawiamy bagaże w TURTLE BAY DIVING i płyniemy nurkować.

Szkołę wybraliśmy wczoraj po wizycie w kilku innych. Mnie spodobała się nazwa  Bardzo profesjonalni. Anita, z która na początku rozmawialiśmy, odpowiadała rzetelnie i uczciwie na wszystkie nasze pytania. Sprzęt mają w porządku. Pozwolili nam nurkować tam, gdzie chcieliśmy (tym razem odrobiłam zadanie domowe i nurkowiska miałam opisane w notesie; Anita śmiała się, że znam warunki lepiej niż ona). Atmosfera w szkole jest doprawdy niesamowita. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że w szkole pracuje 5 dive masterów i 6 instruktorów. Ale zupełnie nie widać tych tłumów. Są znakomicie zorganizowani, sympatyczni i poświęcają nurkom dużo czasu oraz uwagi. Po nurkowaniu zasiadają z nami przy kawie czy herbatce, pokazują na zdjęciach wszystkie napotkane stworzenia, analizują warunki i omawiają zaistniałe sytuacje oraz pomagają uzupełnić książki nurkowań.
Spędzamy w ich bazie godziny, rozmawiając z ludźmi o nurkowiskach tutaj i na całym świecie, o sprzęcie, po prostu gadając. Spotykamy też Magdę – dive masterkę z Kanady, której rodzice są Polakami. Nasz rozmowa po polsku wywołuje małe zamieszanie, bo nikt tutaj nie tylko nie rozumie co to za język, ale nie ma pojęcia o pochodzeniu „Maggi”.

Jeśli chodzi o organizację nurkowań to znowu wszystko inaczej i trzeba się uczyć, przede wszystkim wspinaczki do łodzi po nurkowaniu bez drabinki. Łodzie są małe a odległości na nurkowiska niewielkie. Jednak pierwszego dnia wykupiliśmy nurkowania dalekie i zdziwiło nas, że wszyscy wypływają w kombinezonach. Każdy dostaje przygotowany sprzęt, ale sam sobie go sprawdza, zanosi na łódź a potem czyści i rozkłada. Oczywiście można liczyć na pomoc.
Urzekło mnie, ze nikogo nie niecierpliwi nieskończona ilość przymiarek, których dokonujemy za pierwszym razem czy prośba o inny typ a to płetw, a to jacketu. Nie dziwi też obciążenie o jakie prosimy – bo zabieramy go sporo w porównaniu z innymi nurkami. Po kilku dniach wiem już, że BCD w rozmiarze XS jest dla mnie za małe, ale nie dlatego że się w niego nie mieszczę, tylko ma dla mnie za małe komory powietrzne i mam kłopot z wyregulowaniem pływalności w prądach. Nabieram rozeznania w płetwach i ich sile napędowej – o jej znaczeniu w silnym prądzie przekonam się już niedługo.


W przerwie między nurkowaniami instalujemy się w bungalowie (tutaj wszyscy używają nazwy shalett, która nas niesamowicie bawi) dosłownie dwa metry od szkoły. Warunki bardzo proste, ale mamy chatkę pod palmą, na granicy dżungli i plaży z przepięknym widokiem na morze. Siedząc na werandzie staram się uzupełniać pamiętnik, ale widoki co chwila odrywają mnie od tego zajęcia. Szczególnie widowiskowy jest zachód słońca. A nocą, gdy już zapadnie zmrok, plaża oświetlona jest setką świec. Mikroskopijne stoliczki rozstawione na plaży kuszą…

poniedziałek, 9 maja 2011

25 kwietnia, poniedziałek

Miały być Święta Wielkanocne w megakatolickim kraju z procesjami i krzyżowaniami a jest… nurkowanie z rekinami. Cóż, w drodze trzeba być elastycznym.
25 kwietnia, poniedziałek

Miały być Święta Wielkanocne w megakatolickim kraju z procesjami i krzyżowaniami a jest… nurkowanie z rekinami. Cóż, w drodze trzeba być elastycznym.

O piatej nad ranem ponownie płyniemy na Monad Shoah. Dziś mamy dobrą widoczność. Na dzień dobry spotykamy sporo ryb rafowych: pacific sailfin tang, dużo moorish idol, spotfin gaby, lawicę common humbug, kolejną western clownfish, ogromnego tall-fin batfish, pacifiv lionfish (juz sama znajduję!). Kiedy przepływamy wzdłuż „brzegu” czyli granicy poza którym rozpościera się ciemność głębin, wypływa z nich wielki tresher shark. Płynie prosto na nas. Zastygam – tak mi się wydaje – bez ruchu. Wtedy ten olbrzym nas zauważa i zawraca. To była magiczna chwila. Przewodnik z przodu a my oko w oko z rekinem.

Tylko jakoś wcale nie czułam niebezpieczeństwa. Bo nie było niebezpiecznie. Tak sadzę. Niektóre gatunki rekinów nazywane są ludojadami. Należy do nich między innymi żarłacz biały. Te duże drapieżniki są jednak stosunkowo nieliczne. Dlatego liczba napaści rekinów na ludzi w ciągu jednego roku nie przekracza setki. Żarłacze białe są jedynymi rekinami, które polują na ssaki morskie, takie jak foki i delfiny. Z tego powodu mogą mieć skłonności do atakowania kąpiących się ludzi, tym bardziej, że polują głównie w pobliżu brzegów morza.

Przyznaję jednak, ż rekiny są fascynujące. Niektóre zjadają swoich braci i siostry jeszcze w łonie matki. Podobno nie są inteligentne i ciężko się uczą, ale to marne pocieszenie. Podobnie jak to że reagują w sposób prosty na impulsy. Cóż, Matka natura hojnie je wyposażyła.
Rekiny posiadają do 3 tyś. zębów ułożonych w licznych rzędach (od 6 do 20). Tylko dwa pierwsze rzędy odgrywają rolę w pobieraniu pokarmu, pozostałe to zęby zapasowe, które zastąpią zużyte lub zniszczone. Rekiny mogą wymieniać swoje zęby co pięć dni, dzięki temu są one zawsze ostre. Szczęka rekina jest 300 razy silniejsza niż szczęka człowieka i działa z silą 3 ton na centymetr kwadratowy. Na pysku rekina znajdują się najbardziej czułe elektroreceptory w całym świecie zwierząt.
Drapieżne rekiny mają dobry wzrok, ale jego znaczenie nie jest tak istotne jak rola węchu. Otwory nosowe są używane tylko do wąchania, a nie do oddychania, a smak wody również pomaga rekinowi orientować się w położeniu zdobyczy. Rekiny są szczególnie wrażliwe na zapach i smak krwi. Mogą wykryć jej obecność w roztworze wodnym, w którym krew będzie stanowiła jedną milionową część. Oznacza to mniej więcej jedną kroplę krwi na sto piętnaście litrów wody.

Na koniec moich rozważań filipińskich o rekinach, muszę podkreślić, że te, które spotkałam wokół Malapascua nie były niebezpieczne (tzn nie tak bardzo jak większość ludzi uważa). Wyróżniamy ponad 350 (klasyfikacje są bardzo różne, zależą nawet od języka i ciągle się zmieniają) różnych gatunków rekinów.
Bo sprawa z rekinami wygląda tak, że to one powinny się nas bać bardziej, niż my się ich boimy. Przede wszystkim świadczy o tym statystyka - rekiny na całym świecie zabijają rocznie mniej niż dwudziestu ludzi, podczas gdy my mordujemy je masowo - to hekatomba przekraczająca sto milionów sztuk rocznie... Poza tym, spośród ponad czterystu gatunków rekinów zamieszkujących wody naszej planety, tylko kilka jest potencjalnie groźnych dla człowieka - potencjalnie, to znaczy, że nie jesteśmy dla nich w ogóle źródłem pożywienia, nie reagują one agresywnie na każdego człowieka, którego zobaczą nieporadnie pluskającego się w wodzie. Żeby zostać zranionym czy "zjedzonym" przez rekina, trzeba go albo sprowokować, albo mieć prawdziwego pecha, trafiając na bardzo głodnego osobnika, należącego do jednego z nielicznych "niebezpiecznych" gatunków. Są wśród nich drapieżniki oraz takie, które żywią się planktonem jak wieloryby. Najmniejsze gatunki osiągają ledwie 40 centymetrów, z kolei inne nawet do kilkunastu metrów długości.

Są obecne w wierzeniach licznych wyspiarskich ludów, często przedstawiane jako bogowie - strażnicy oceanów. W swoim środowisku są na samym szczycie łańcucha pokarmowego. Mają tylko jednego wroga, którego powinny się obawiać - człowieka. Na skutek masowych odłowów rekinów, ich populacja bardzo się skurczyła, a wiele spośród ich gatunków znajduje się obecnie pod ochroną. Dlatego podpisałam petycję w sprawie ochrony rekinów, którą znalazłam na wyspie. Człowiek rzeczywiście może być dla nich zagrożeniem. Wygląda trochę na to, że świat stanął na głowie. Tak jak wtedy, gdy dołączamy na chwilę do grupy kilkunastu nurków klęczących na piasku w oczekiwaniu, że z głębin wyłoni się rekin. Jak w teatrze. Spóźniłeś się – zajmij miejsce w drugim rzędzie! Czyżby dive masterzy pływali za sceną i naganiali rekiny?! Nota bene, gdy na Gato chciałam odpłynąć, by zrobić miejsce następnej grupie (każdy chce zobaczyć rekiny rafowe – są piękne i leniwe – nie atakują), kilku nurków niemal mnie staranowało! Dobrze przynajmniej, ż epod woda nie można krzyczeć, bo te grupy z Chin i Japonii są straaaasznie głośne. Nawet jeśli nurkują trzy razy dziennie, to na łodzi robią tyle hałasu, że nie sposób odseparować się od tego jazgotu.


Malapascua cieszy się zasłużoną sławą raju. Dziś jest cicho, spokojnie. Lokalni turyści wyjechali już do domów, bo tu święta kończą się w niedzielę. Poniedziałek to już zwyczajny dzień pracy. Wyspa natychmiast zmienia się nie do poznania. Tylko wyrostki gromadzą się w cieniu palmy na plaży z… lornetką! No tak, jakaś lala opala się toples 

Dzień kończy się wypadem o zachodzie słońca na rybie schadzki, a może nawet seks grupowy. Bajecznie ubarwione mandarin fish nie fascynują mnie jednak aż tak bardzo jak japońskich turystów z lampami, fleszami i wielkimi aparatami fotograficznymi. Mnie fascynuje morskie życie nocne. Umawiamy się z właścicielem szkoły i zgadza się, byśmy wypłynęli później, około17:40. Przez chwilę podglądamy bezczelnie rybki ale zaraz włączamy latarki i przez ponad godzinę krążymy po płyciźnie. Podobno w dzień nie ma tu nic ciekawego, a nocą – Az trudno uwierzyć w to bogactwo! Dziesiątki krabów różnej barwy i wielkości, koniki morskie w niemożliwych dla mnie do zapamiętania rodzajach, lizardfish, dwa white-banded pipefish (bardzo je lubię!), dwa white pipefish, liczne scorpionfishe (od tych oczywiście trzymamy się z daleka, bo są jadowite bardziej ode mnie), różne lionfishe, groupery, jeżowce i na koniec ośmiornica!

Wychodząc z wody na łódkę w całkowitych ciemnościach, w czarnych skafandrach (mam już swoją piękna czarną maskę!) czujemy się jak komando foki! Tak profesjonalnie wyglądamy hihihihi

niedziela, 8 maja 2011

24 kwietnia, niedziela

Zakosztowałam w nurkowiskach na Filipinach i… wpadłam jak śliwka w kompot! Już nie chę się stąd nigdzie ruszać. Tak bardzo mi się tutaj spodobało, że chcę jeszcze! Jak dziecko ciesze się z białych, pocztówkowych plaż, z turkusowej wody o temperaturze zbliżonej do rozpalonego powietrza, ze słońca, które natychmiast pięknie opala (a nieuważnych po chwili spala na heban z domieszką koloru malin). Ciesza mnie wizyty w restauracyjce starszego pana, który ma pyszne jedzonko i co dzień serwuje cos nowego. I zawsze uczciwie informuje co jest świeże, co mi posmakuje i rzetelnie podlicza rachunki. Pierwszego dnia po opłaceniu rachunku dałam mu jeszcze 1 grosza z Polski. Powiedziałam, że to na dobra wróżbę dla jego biznesu, ale tez znak, że tu wrócę. Dziś znalazłam jego zdjęcie w przewodniku po nurkowiskach Filipin. Powiedziałam, że jest sławny a on roześmiał się i opowiedział jak to kiedyś sprzedawał pamiątki na plaży. Robił z drewna rekiny treshery. Cieszą mnie dzieciaki mijające mnie z okrzykiem „hello” co kilka chwil. I wszechobecne karaoke rozbrzmiewające niemal przez cała dobę. Nawet videoke (taka wersja karaoke z monitorem) mnie cieszy – ze nie musze próbować swoich sil w tej aktywności. Mnie wystarcza nurkowanie.

Wczoraj po przygodzie z latarką byłam wściekła, że nie z mojej winy miałam tyle kłopotów pod wodą. Ale po dobrej kolacji nerwy mi minęły i przyznałam się sama przed sobą, że po prostu chcę tu zostać na dłużej. I że chcę wrócić w te same miejsca. Nurkowisk jest mnóstwo, ale przyjrzałam się dokładnie opisom i uznałam ze te cztery pozwalają się cieszyć każdym zejściem pod wodę. Niezależnie od widoczności, warunków. Po prostu tyle się tam dzieje, że na wiele wizyt wrażeń wystarczy. Dlatego dziś znowu płynę na Gato, tyle że już z tą szkołą co wczoraj – Seaquest Dive Center i tym samym przewodnikiem – Jojo.

W południe dopływamy na Gato Island. Miejsce słynie z obfitości drobnego i rzadkiego stworzenia i z pewnością nikt nie opuści go zawiedziony. Schodzimy po linie na 20 metrów. Jest mi ciepło, ale są tacy, którzy narzekają pomimo długich skafandrów. Oglądamy bardzo bogate makro: dużo fluorescencyjnych ślimaków, pająków itp. Łukasz jest na razie duzoo lepszy w wyszukiwaniu ciekawych stworzeń – znalazł lionfish. Podziwiamy też Mimic filefish i Granular starfish. Wypływamy zachwyceni! Po jedzonku (przygotowaliśmy sobie ryż i tuńczyka z puszki) czuje się tak zmęczona że zasypiam w skafandrze.


Po przepisowej przerwie schodzimy znowu pod wodę. Towarzysząca nam parka z Niderlandów nie może uwierzyć, że to już. Przyjechali na kilka dni i nurkują trzy razy dziennie. Dziś rano widzieli rekina tresera. Zaspali na nasze spotkanie. Teraz nie maja sil, by się zebrać. Cóż, żeby nurkować po trzy razy dziennie przez kilka dni z rzędu trzeba mieć naprawdę znakomita kondycję i chyba doświadczenie. W długiej podróży o kondycję trudno, więc ja się na to na razie nie piszę. Współczuje im, bo z tego trzeciego dla nich nurkowania ewidentnie nie czerpią już przyjemności. A szkoda! Nurkujemy w prądzie wokół wyspy (takie piękne słońce kilkanaście metrów wyżej atu w głębinach szaleje burza!). Wpływamy do jaskiń, rozpadlin i małego tunelu. Niesamowite wrażenie: gdy oczy przyzwyczajają się do ciemności i dostrzegasz, że walcząc z prądem „stoisz” w miejscu a wokół ciebie to samo robią ławice rybek w różnych kolorach. Dostrzegamy trzy rodzaje rekinów: white tip, potem dwa, co do których nie jestem pewna ich przynależności gatunkowej oraz małego Coral catsharka. Zreszta wszystkie ryby są piękne. Spotykamy blue – barred parrotfish, lyretail hogfish oraz Tigertail seahorse (koniki morskie!) i blond – drop squirrefish.

Muszę jeszcze dodać, że piękne są rafy na Gato. Rafy koralowe to jedna z trzech rzeczy dla których każdy powinien spróbować swoich sił w nurkowaniu. Oprócz raf koralowych jeszcze są ryby i wraki. Więc te trzecie kręcą mnie chyba najbardziej, drugie o tyle, o ile mają duże rozmiary, ciekawe kolory i nietypowe zachowania (np. atakują nurków). W stosunku do raf mam wyrzuty sumienia, bo nie zwracam na nie wystarczającej uwagi. No to sobie czytam o rafach. I już wiem, że rafy koralowe to formacje podwodne, który nigdy nie zostały nazwane cudem świata. A właśnie na takie miano zasługują. Szkielety koralowców charakteryzują się bardzo fantazyjnymi kształtami i dużą twardością, dzięki czemu po obumarciu stają się rewelacyjnym fundamentem dla nowych kolonii. Polipy koralowców, wyrastające z ich szkieletów, tworzą przeogromne bogactwo form i kolorów, co sprawia, że rafy koralowe wyglądają jak rajskie ogrody o bajkowej wręcz scenerii. Rafy koralowe występują w morzach i oceanach całej strefy międzyzwrotnikowej i wszędzie wzbudzają zachwyt i podziw płetwonurków, jednakże trzy z nich cieszą się szczególną estymą i sławą – Wielka Rafa Barierowa u wschodnich wybrzeży Australii, rafa u wybrzeży Kenii w Afryce wschodniej i wreszcie rafy Morza Czerwonego.
Gato Island pozostanie w mojej pamięci jako nurkowisko wyjątkowe. To chyba najbardziej kolorowe i najbardziej koralowe miejsce w okolicy. Bardzo duży wybór mikro i makro świata jest sensownym uzupełnieniem poszukiwania rekinów.

sobota, 7 maja 2011

23 kwietnia, sobota
I znowu wstajemy przed świtem. W szkole którą znaleźliśmy wczoraj (równowaga miedzy dobrej jakości sprzętem i wysokim poziomem bezpieczeństwa a tym, na co nam pozwalają) wypływają „na rekiny” jeszcze wcześniej, więc jesteśmy tam o 4:45, pijemy kawę i robimy briefing. Wczoraj nauczyłam się sygnału „rekin” i mam nadzieję go dziś wykorzystać. Mamy 50-60% szans na spotkanie. Płyniemy podekscytowani świetną superszybką łódką, która wyprzedzamy wielkie łodzie nurkowych wszystkich innych szkół.


Monad Shoah to specyficzne nurkowisko, bo przypomina zatopioną wyspę. Duży płaski teren położony jest 20-25 m poniżej tafli morza. Piszę teren ponieważ praktycznie nie ma tu korali, nie ma także ryb rafowych. Czasem coc przepływa, ale stosunkowo niewiele tego. Wielka pustynia otoczona jest wodą o głębokości dochodzącej do 280m. Stamtąd właśnie wypływają rekiny thresher. Treshery pojawiają się tu na koszulkach pamiątkowych, jako pamiątki – wszędzie. Miejsce Monad Shoah uczyniło Malapascua sławnym na cały świat, bo ponoć treshery można spotkać tylko tutaj. My niestety dzisiaj nie mamy szczęścia. Ale i tak jestem bardzo zadowolona. Przepiękny wschód słońca na morzu, pierwsze w życiu nurkowanie z takim zejściem pod wodę. Bezkresny błękit! Lina jest jedynym odnośnikiem. Znakomite miejsce do wyważenia się i poćwiczenia pływalności!

Gdy wracamy na wyspę, budzi się ona dopiero do życia. Leniwie spędzamy niemal cały dzień, odsypiając, kryjąc się w cieniu na plaży… Regenerujemy się, bo wieczorem umówieni jesteśmy na kolejne nurkowanie. To także przebój tej wyspy. Nurkowanie na Lighthaouse o zachodzie słońca, żeby podglądać rybki mandarynki (Synchiropus splendidus.). Synchiropus splendidus – potoczna nazwa: Mandaryn wspaniały, może być hodowana w akwarium. Jej wielkość do 10cm. Jest bardzo miła rybką – spokojna ryba przebywająca głównie wśród skał; agresja występuje między dwoma samcami tego samego gatunku (dlatego w akwarium należy trzymać pojedyncze osobniki lub parę). Występuje dyformizm płciowy: samce mają wydłużony pierwszy promień płetwy grzbietowej. Wielkość sprzedawanych osobników to ok. 4-6cm. A cena: 60.00zł To prawie tyle ile nurkowanie, a ja sobie oglądam ich na pęczki!To jedna z najbardziej kolorowych ryb morskich; jaskrawe wzory są rodzajem kamuflażu w równie barwnym środowisku raf. Słynna jest jednak nie tylko z względu na swoje ubarwienie, ale także dlatego, że o zachodzie słońca uprawia seks bez opamiętania! Jak to określił właściciel jednej ze szkół „Aż trudno uwierzyć ile razy dziennie facet może”. Chyba z 20 minut oglądamy jak zbliżają się do siebie, kopulują, po kilku sekundach odskakują od siebie, opadają na dno i zabawa zaczyna się od nowa. Towarzyszy im najczęściej błysk fleszy. My znaleźliśmy się przy japońskiej wycieczce. Jakieś 7 osób leżących na dnie, wszyscy z wielkimi aparatami fotograficznymi lub kamerami, bezwzględnie podpatrujący i uwieczniający każdy moment zycia seksualnego tym małych rybek.


Następne pół godziny spędzamy pod wodą na głębokości do 9 metrów ciemnościach. To już nurkowanie nocne. Mamy latarki, ale moja się psuje, co mnie doprowadza do wściekłości. Jednak i tak uważam swoje pierwsze nurkowanie nocne za bardzo ciekawe i udane. Czegoś takiego, to znaczy takiej różnorodności życia podwodnego, się nie spodziewałam. Mnóstwo koników morskich w różnych kolorach i rozmiarach, różne lizardfish, dwa white-banded pipefish,kilka lionfishy oraz debil scorpionfish. Oczywiście tłumy bluelined grouper, western i estern clownfish oraz maleństwa, których jeszcze nie rozpoznaję.

Bardzo udany dzień.
22 kwietnia, piątek

Główną gałęzią „przemysłu” na Malapascua jest nurkowanie, wyłączając powszechne hodowle kogutów (siedzą sobie poprzywiązywane do słupków na całej wyspie). Wszyscy chyba żyją tu z dostarczania nurkom czego tylko im potrzeba – noclegu, jedzenia, pamiątek, rozrywki itp Przybywający na wyspę nurkują, nurkowali, albo nurkować będą. Nieliczni, nie zaliczający się do żadnej z tych kategorii musza się niemal tłumaczyć z braku udziału w zbiorowym szaleństwie.


Organizowane są trzy nurkowania dziennie, plus nocne jeśli jest dostateczna ilość chętnych. Po każdym nurkowaniu łódź - banka wraca na wyspę i po przerwie wypływa na kolejne. Daje to okazję odświeżenia się, zjedzenia, drzemki lub plażowania. Warunki na łodzi są prymitywne, serwowana jest woda, kawa i herbata, ale dzięki powrotom na ląd między nurkowaniami nie stanowi to problemu. Największa szansa oglądania rekinów Thresher jest o świcie, tak więc wypłynięcie na pierwsze nurkowanie - o 5:00 rano. Kolejne nurkowania odbywają się ok dziesiątej i czternastej. Na nurkowiska oddalone mniej więcej o godzinę płynięcia, wypływa sie na tzw daytrip rozumiany tutaj jako dwa nurkowania bez powrotu na ląd. W takim wypadku należy zatroszczyć się o zabranie lunchu, łatwo dostępnego w wersji „na wynos" w dowolnej z knajpek na wyspie.

Wyspa słynie głównie z obecności tresher shark. To dla nich, przed świtem, wleczemy się do Ewolution, z którymi umówiliśmy się na nurkowanie. Niestety nikogo nie ma! Rozczarowani zostawiamy im wiadomość, że o nas zapomnieli i szukamy innej szkoły. Bez problemu umawiamy się na nurkowania na Gato Island około 13tej. Płyniemy z Exotic Divie Resort. Łukasz sobie ich upodobał, bo… maja fajne koszulki. Niestety nie w moim rozmiarze.
Naszym przewodnikiem będzie Paul. Niesamowity miejscowy dive master.

Wyspa Gato położona jest ok godziny płynięcia od Malapacua. Podoba mi się skakanie do wody z łodzi tego typu. Granitowa skała o pionowych ścianach porośnięta jest roślinnością tropikalną. Na wyspie jest ciekawa pieczara na powierzchni wody, w której warto kończyć nurkowanie. Właściwie są trzy jaskinie, tym razem wpływamy tylko do najmniejszej. Zasiedlona przez jaskółki, pokryta naciekami grota jest po prostu ładna. Przez wyspę przechodzi tunel - jaskinia, aczkolwiek nie mam kwalifikacji do przepłynięcia nim. Wiele interesujących stworzeń znajdowałam w głębszych partiach nurkowiska pomiędzy porozrzucanymi skałami. Za pierwszym nurkowaniem Paul pokazywał nam podwodne pająki i, co najważniejsze, rekiny rafowe. Leżały na piasku między skałami. Obserwowałam przez kilka minut dwa white tip smark. Paul okazał się przewodnikiem z ogromnym doświadczeniem i szczęściem. Byłam zachwycona. Chwilami jednak pojawiał się silny prąd, szczególnie wznoszący.

Po 40 minutach nurkujemy po raz drugi. Nurkowanie jest płytsze. Francuska z Hong Kongu ma problem z zanurzeniem, ale w końcu schodzimy pod wodę. Bardzo ciekawe Zycie rafowe: małe i duże pająki (jeszcze ich nie rozpoznaję), kraby (małe i jeden naprawdę olbrzymi), ślimaki, cutlefish (jak to jest po polsku?). Potem rekiny: w szczelinach znajdujemy dwa rodzaje rekinów, ale małe i nieruchliwe. Natomiast na końcu widzimy jeszcze raz white tip sharki. Robią wrażenie. Maja po 3-4 metry. Są takie zwinne i dostojne jednocześnie!


W ostatniej fazie nurkowania trafiamy na niesamowicie silny prąd, częściowo płyniemy pod prąd. Łukaszowi zaciął się wskaźnik powietrza i choć pokazuje mu że ma jeszcze 30 barów, faktycznie jest bez. Oddycha na moim octopusie. Wtedy podpływa Paul i oddaje mu swoje powietrze. Sytuacja ma miejsce w czasie przystanku bezpieczeństwa, ale dodatkowo ktoś wyrwał mi mój automat, więc wydarzyło się wiele rzeczy jednocześnie. Po tej przygodzie kupujemy „gruszki” czyli specjalne uchwyty na octopusy. Często będziemy z nich korzystać.
21 kwietnia, czwartek

Procesji jest tak wiele, że wydaje mi się, że to już co najmniej Wielki Piątek. Tutaj świętuje się inaczej. Od kilku dni mają wolne, wyjeżdżają na wakacje, które kończą w niedzielę. Od poniedziałku będzie cisza i spokój. Ale na razie wokół tłumy turystów miejscowych.

Zaczyna się akcja z przeprawianiem. Na brzegu kupujemy bilety w spcjalnej budce i pakują nas do małej łódeczki. Zaraz, co to?! Tym mamy plynąć?! Ależ nie, pan mowi, żeby mu dać 20 peso. Absolutnie! Kupiliśmy bilety i nie będziemy niczego dopłacać. Więc wracamy na brzeg. A tu od razu ktoś nam tłumaczy, ze inaczej się nie da, że rafa koralowa, że niski stan wody i duże lodzie do brzegu nie dopływają. Obserwuję chwile miejscowych i wszyscy do tych łódeczek wsiadają i płacą. Zwątpiłam więc w końcu i wsiadamy do następnej łódeczki. Przynajmniej ta nie jest mała jak łupina orzecha. Ale okazuje się, że nie ma silnika. Facet wiosłuje, fale prawie wdzierają się do środka, widoczność w wodzie taka, że widać dno, ale to chyba z kilka metrów. Próbuje nie myśleć o tym co będzie, jeśli nas przewróci. Chcę już na dużą łódź! Po kwadransie dopływamy. Ludzie z tobołami przesiadają się na środku morza! Nie wygląda to zbyt stabilnie, ale innego wyjścia nie mamy. Pakujemy się na ten przeładowany „prom”, zajmujemy miejsca w pełnym słońcu (jest 9:00, żar leje się z nieba) a kapitan najwyraźniej nie zamierza ruszać. Ciągle dowożą nowych turystów. Gdy już nie da się nic upchać, próbują odpalić silnik. Nie jest to takie proste, ale po pewnym czasie się udaje. Choć co jakiś czas dławi się, gaśnie. Wtedy żartuję sobie że powinna paść komenda: wszyscy za burtę i pchamy. Łukasz mnie ucisza a wówczas siedzący obok Chińczyk tłumaczy, że Filipinki żartowały w ten sam sposób. Na szczęście dopływamy jednak do brzegu wyspy. Miało to trwać pół godziny, trwało półtorej. Ale nareszcie jesteśmy. Malapascua Island. Paradise…

Malapascua znajduje się około 8 mil od północnego krańca wyspy Cebu na Filipinach. Malapascua można przetłumaczyć jako "niefortunne Boże Narodzenie”, jest również nazywana "małym Boracay", a zwłaszcza jej plaże są uważane za najpiękniejsze na świecie. Malapascua jest również uważana za jedno z najlepszych miejsc nurkowych na Filipinach.

Wyspa wita piękną plażą, z białym miękkim piaskiem. Plaża porośnięta jest pięknymi pochylonymi palmami, tworzącymi znakomite tło do zdjęć. Na dwukilometrowej długości wyspie nie ma ruchu kołowego, poza szaleńcami na motorach. Widziałam na jednym sześć osób (troje dorosłych i troje wyrostków, a motor był zupełnie normalnych rozmiarów). Wieczorami kilkanaście barów położonych wprost na plaży zaludnia się i zaczyna się imprezowanie. Nurkowiska położone są wprost u wybrzeży wyspy, a kilka jest oddalonych o około godzinę płynięcia.
Ten dzień przeznaczyliśmy na ulokowanie się (z powodu albo pod pretekstem świąt ceny w niektórych miejscach podniesiono o 100%, najechały na wyspę tłumy ale po godzinie mieliśmy bungalow dla siebie za rozsądną cenę) i znalezienie szkoły nurkowej. Jest ich mnóstwo, ale nie wszystkie zgodziły się nas zabrać tam gdzie chcieliśmy popłynąć, bo nie mamy wystarczających kwalifikacji. Chcieliśmy nagiąć przepisy tylko odrobinę i okazało się, że w kilku miejscach nie jest to problemem. Umówiliśmy się zatem na nurkowanie o świcie.

czwartek, 5 maja 2011

19 kwietnia, wtorek
Raniutko biegusiem na śniadanko (okazuje się megawypasionym bufetem gdzie podano nawet salami! Jak mi smakowało!!!) a potem na nurkowania.

Pod wodą są wspaniałe krajobrazy z niezliczoną ilością kolorowych miękkich korali (nephtheidae) dających schronienie ślimakom. Obfitość gatunków na rafach sprawia, że nurkowanie na Bohol jest niezapomnianym przeżyciem. Rafy są w znakomitym stanie, gdyż nie wystąpiło tu blaknięcie korali ani nie prowadzono połowów z dynamitem.
Nurkować na Bohol można przez cały rok, jednak najlepszym sezonem jest okres od listopada do maja. Temperatura wody w ciągu roku waha się w granicach 25ş do 30şC. Pianka o grubości 3 milimetrów jest odpowiednia, ja dostaje wersje z kapturkiem. Nurkowania okazą się dlugie, godzinne, więc kapturek bardzo się przyda.


Zaskoczyła mnie bardzo dobra widoczność. Było ze 30 metrów, a ponoć zwykle to 30-40 metrów. Piaszczyste stoki porośnięte są bardzo ładnymi koralami. Miejscami pojawiają się ściany kryjące w sobie bogaty wybór życia. Nurkowiska w większości są płytkie, prądy słabe. Na Cabilao jest duży i bardzo dobry wybór makro świata. Widziałam tutaj wiele ślimaków fluorescencyjnych i takich podobnych do koników morskich. Na drugim nurkowaniu widziałam wiele ghost pipe fishy, frogfishe. Niesamowicie kolorowa rafa, setki ryb, czasem bardzo dużych (na ścianie rafy opadającej stromo z 17 m jak urwisko). Przystanek bezpieczeństwa robimy w przepięknym miejscu, na płyciźnie i trawiastym dnie, mnóstwem rybek i ślimaków.

Miałam tylko kłopoty z maskami, ale Helen (nasza przewodniczka) oddała mi pod woda swoją i w ten sposób znalazłam perfekcyjna maskę! Niestety tutaj nie mieli takiej do sprzedaży, więc kupiłam sobie tylko pasek neoprenowy na maskę, żeby nie wyrywać sobie włosów przy każdym zakładaniu i zdejmowaniu maski.


Wieczorem wracamy do miasta, do naszego ulubionego hostelu, gdzie witają nas jak w domu. Dostajemy ten sam pokój.
18 kwietnia, poniedziałek

Wyspa Bohol jest tropikalnym rajem z zatoczkami i pięknymi białymi piaszczystymi plażami. Można tutaj znaleźć najlepsze miejsca do nurkowania. Płytkie wody i koralowe ogrody tworzą duże zróżnicowanie. Jednak główną atrakcją są strome ściany z jaskiniami i licznymi nawisami. Świat podwodny przyciąga swoim bogactwem. Koralowce, gorgonie, miękkie korale, skrzydlice oraz w niektórych okresach można tu spotkać przedstawicieli gatunków wielkich ryb. Nurkowanie na tej wyspie dostarczy na pewno niezapomnianych przeżyć gdyż nie wystąpiło w tym rejonie blaknięcie korali. Można tutaj nurkować przez cały rok, lecz najlepszym okresem jest czas od listopada do maja. Egzotyczny klimat, różnorodność atrakcji i wspaniałe miejsce do nurkowania to właśnie wyspa Bohol. Miejsce godne zobaczenia ze względu na swoje liczne walory krajobrazowe jak i atrakcje turystyczne. Piaszczyste plaże, rafy koralowe, bogaty podwodny świat to na pewno argumenty świadczące o niezwykłości tego miejsca.

Przeczytałam, zauroczyłam się opisem i ruszyliśmy na Cabilao. Wybór padł oczywiście na nurkowisko mało uczęszczane, polecane przez krewnych i znajomych królika.
Nurkowanie tutaj wśród pięknych koralowych ogrodów w płytkich wodach jest bardzo zróżnicowane. Jednak główną atrakcją są strome ściany z jaskiniami i nawisami. Podwodny świat wokół Bohol jest w znakomitym stanie i ma wiele do zaoferowania.

Jedziemy najpierw autobusem lokalnym – czy to jeszcze mieści się w kategorii „autobus”? Każdym razie obejmuje go kategoria „komunikacja publiczna”. Widnieje na zdjęciach z dni poprzednich, bo tym razem był taki tłok ze wewnątrz zdjęcia nie udało mi się zrobić. Potem płyniemy łodzią na wyspę. Nie wiemy dokąd chcemy dokładnie, ale mamy szczęście i trafiamy dokładnie na plażę z wcześniej upatrzoną przez nas szkołą nurkową. Wyglada bardzo profesjonalnie.

Problem zaczyna się przy haśle „zakwaterowanie”. Dowiadujemy się, że na wyspie są tylko trzy resorty (zwyczajnych domów wczasowych, hoteli czy innych takich na Filipinach nie ma prawie wcale, a tu z pewnością) a we wszystkich ceny około 2 500 peso (ok. 165 zł) z pokój. Panuje tu jakaś zmowa cenowa, bo choć oferują w cenie śniadanie to nie zawsze gwarantują że prąd będzie przez cała dobę. A tu się nie da wytrzymać w nocy bez wiatraka, a najlepiej klimatyzacji. Jestem przeciwniczka klimatyzacji, ale przy tych temperaturach nie sposób nie cieszyć się na jej widok.
Zapada zmrok i kończą nam się opcje negocjacyjne. Uciec z wyspy już nie możemy, zresztą dokąd? Hamaków nie rozwiesimy tak po prostu, bo przyroda tu dzika i wdziera się „drzwiami i oknami”, więc warto takowe posiadać. Ostatecznie udaje nam się wynegocjować ‘domek Stefana” za 2 000 peso ze śniadaniem. Domek jest luksusowy, prywatny (właściciel jest właśnie w stolicy), dwupiętrowy z tarasem i tylko dla nas. Pocieszamy się, że odrobina luksusu nam się czasem należy, a w cenie mamy jeszcze śniadanie.

sobota, 30 kwietnia 2011

13 kwietnia, środa
Rano żegnamy się naszymi nowymi przyjaciółmi i jedziemy zrealizować nasze marzenia nurkowe. Udało nam się znaleźć te drugą szkołę.
Z całego serca polecam Sea Dog Diving. Jey (Duńczyk, który pracował w El Nido) przyjechał tu kiedyś, zakochał się w tym rajskim zakątku i właśnie otworzył szkołę. Jest otwarty, kompetentny, profesjonalny. Ma doskonały sprzęt i robi znakomite zdjęcia. Trafiliśmy na promocję – dwa nurkowania za 2 600 peso, trzy za 2 800. Grzechem byłoby nie skorzystać.
Pierwsze nurkowanie jest oczywiście najgłębsze. Pele – nasz lokalne guide – prowadzi nas na wrak. To moje siódme nurkowanie a ja nurkuje na wraku!!! Nie mogę w to uwierzyć. Jest fantastyczny. To łódź transportowa, z dwoma cargo. Gdy z głębi wyłania się jej prawa burta, zastygam na chwilę zachwycona. Naprawdę robi wrażenie! Schodzimy na 24 metry i opływamy kadłub. Nie możemy zejść już głębiej, bo nie mamy kwalifikacji (i tak je lekko naciągnęliśmy, ale to profesjonaliści i wiedza co robią. Jest naprawdę bezpiecznie). Wpływamy do obu ładowni, gdzie spotykamy ławice ryb. Pepe pyta czy chcemy przepłynąć wąską dziura między ładowniami. Oczywiście! Ocieram się lekko butla, ale wyzwanie to wyzwanie. Czuję, że się uczę, że nurkowanie to fantastyczna przygoda.Potem plywamy jeszcze nad pokładami, robimy przystanek bezpieczeństwa na piaszczystym terenie. Wszystko tak, jak wcześniej ustaliliśmy z Jeyem.
Wypływam z okrzykiem na ustach. Jey chwali mnie, że jako nauczycielka potrafiłam wytrzymać pod wodą trzy kwadranse bez gadania. Dodaje, że jego mama tego nie potrafi, dlatego nie może nurkować. Ja tez mam go za co chwalić. Nurkowanie na doskonałym sprzęcie daje mnóstwo satysfakcji, nie trzeba się co chwile martwić spadającymi płetwami, odpinającym się pasem z obciążeniem, czy zacinającym się filtratorem. Genialnie!
Drugie nurkowanie robimy nieco płycej na rafie. Widoczność rzedu 15-20 metrów pozwala nam dostrzec wiele atrakcji. A spokojny Pepe pozwala nam się nimi cieszyć. Gdy bawimy się z żółwiem morskim tylko przygląda się czy nie zrobimy mu krzywdy. Co z przygoda!
Płyniemy na rajska wyspę, gdzie chłopaki serwują nam posiłek. Obiad pod palmami i relaks w hamaku… Cudownie!

Po przerwie nurkujemy na płytko położnej rafie. Mamy godzinę na zabawę z setkami rybek! Tak jak obiecywał Jey ryb są setki, tysiące. Może nie są wielkie, ale tak niesamowicie kolorowe, że Az trudno w to uwierzyć. Pepe pokazuje nam tez ślimaki co ciekawsze makro.
To było to! O takim nurkowaniu marzyłam. Okazuje się, że o marzenia warto walczyć, nie można się poddawać po pierwszych niepowodzeniach, bo wszystko jest możliwe!
Popołudnie zamiast spędzić na odpoczynku – to jednak spore wyzwanie dla naszych organizmów – przeznaczamy na powrót do Puerto Princessa. Daruje sobie jednak opowiadanie o tym jak skonani docieramy na miejsce. I jak zostaliśmy na noc w luksusowym hotelu z basenem, z którego nie mieliśmy siły skorzystać. Dziś najważniejsze były nurkowania.

sobota, 26 marca 2011

1 marca, piątek

Nha Trang okazuje się bardzo przyjemna i sympatyczną miejscowością, z czyściutkimi – wbrew opiniom na forach – plażami i nie wygórowanymi cenami. Mieliśmy na dziś zarezerwowane nurkowania, ale ja się jakoś kiepsko czuję, a nie chcę powtarzać sytuacji z pozostaniem na łodzi, więc rezygnujemy. Z odwołaniem nie ma problemu, chętnie przepisują rezerwacje na dzień następny, proponują pomoc w dotarciu do lekarza gdyby trzeba było.


Po kilku godzinach czuje się jednak na tyle dobrze, że spacerujemy małymi uliczkami, przyglądamy się drobnomiasteczkowemu życiu a nawet plażujemy. Fale są niesamowite, mają po kilka metrów, wiatr duje jak w Kieleckiem a frajda z zabawy w wodzie jak w dzieciństwie.

Zwróćcie uwagę jak wyglądają hotele – każdy ma jeden pion, czasem po wiele pięter. Są niesamowicie kolorowe, mają własne ściany i Internet bezprzewodowy. Zabawne.

piątek, 11 marca 2011

22 lutego, wtorek
Dzień Myśli Braterskiej. Nie mogę być z moimi harcerzami, ale przecież istnieje Internet!
Na śniadanie umówiłam się z Agatą. Jedziemy – same – na dwa nurkowania. Dl mnie będzie to zakończenie kursu i pierwsze nurkowanie jako nurka :D a dla Agaty ostatnie nurkowania na Koh Phangan, bo za kilka dni wyjeżdża. Wraca do Polski. Dzień okazuje się zupełnie wyjątkowy. Z bazy jedziemy same. Na łodzi jest tylko jeden instruktor – z niedostępnej od strony lądu plaży zabiera kilka osób na snurkowanie, jedna pod wodę. Czujemy się jakby ta łódź była tylko dla nas. Idziemy na dziob i tam spędzamy czas w drodze na Koh Yppon – Marine Park. Marine Garden. Często spotykana nazwa. Zazwyczaj na określenie miejsc szczególnie pięknych. Tak nazywał się na przykład beduiński camp w Dahab, który wspominam z rozrzewnieniem. Super szybka łódź pruje po morzu między mnóstwem boi i chorągiewek jak po jakiejś autostradzie. A my siedzimy sobie na dziobie, nogi nam wiszą, słona woda chlapie, słoneczko mocno przygrzewa… jest bosko!
Na Koh Yppon robimy dwa nurkowania. W dwóch różnych miejscach. Pierwsze zapamiętam jako to, gdy pierwszy raz zobaczyłam płaszczki. Jakie cudowne istoty! Takie piękne kolory! I tak dostojnie się poruszają. Trochę za nimi pływałam. I jaskinio – komin w którym się już nie obijałam o rafę i było niesamowicie. No i jeszcze naukę pływania z kompasem i próby jak to jest, gdy zabraknie powierza w butli. Na powierzchni oczywiście, w sposób zupełnie kontrolowany. Ale uczucie tak dziwne, że wiem iż nie chce tego przeżyć pod wodą. Choć ćwiczenia zaliczyłam jak należy. A drugie nurkowanie – gdy szukałyśmy żółwi – to przede wszystkim piękna rozdymka i niesamowite wrażenie gdy zmieniałyśmy głębokości i zmieniała się gwałtownie temperatura wody. I emocje związane z pływaniem kilkanaście metrów pod lustrem wody gdy wokół nie ma nikogo! Tylko my dwie. I spokój, który daje świadomość, że ufam tej drugiej osobie, która jest ze mną pod wodą. I tak sobie tu pływamy – dwie dziewczyny z Polski. Żyć nie umierać!


21 lutego, poniedziałek
Uczę się pilnie o zasadach dobrego nurkowania - to przede wszystkim zasady bezpiecznego nurkowania, zarówno dla siebie jak i innych nurkujących osób. W przypadku chęci nurkowania "ze sprzętem", tzn. z użyciem zestawu powietrznego, butli, automatu - pozwalających na dłuższe przebywanie pod wodą niż to, na które pozwala nam fizjologia, trzeba pamiętać o: (poza odbyciem kursu jak ja)
podczas zanurzania należy pamiętać, aby "wyrównywać ciśnienie" (poprzez np. dmuchnięcie przy zamkniętych ustach i nosie zamkniętym poprzez zaciśnięte na nim palce) w celu wyrównania ciśnienia w naturalnych przestrzeniach powietrznych w ciele ludzkim (głowa, zatoki). Wyrównywanie ciśnienia należy powtarzać możliwie często - częściej niż czujemy ucisk/dyskomfort w uszach. Nieprzestrzeganie tego może spowodować ból, a następnie uraz ucha, aż do pęknięcia błony bębenkowej ucha. Możemy też spotkać się z odwrotnym efektem: uwięzieniem powietrza w przestrzeniach powietrznych (ucho wewnętrzne, zatoki) przy wynurzaniu, gdy powietrze rozpręża się. Najczęstszym powodem jest katar (śluz zamyka przestrzenie uniemożliwiając samoistne wyrównanie ciśnienia- należy zwolnić wynurzanie i wykonać odwrotny manewr niż przy zanurzaniu: zrobić wdech przy zamkniętych ustach i zaciśniętych na nosie palcach).
nigdy nie nurkować w pojedynkę. Jest to oczywiście zrozumiałe, bo należy pamiętać, że partner jest potrzebny w wielu sytuacjach - od sprawdzenia sprzętu przed zanurzeniem, weryfikacji danych, jakie podają własne przyrządy pomiarowe aż do sytuacji awaryjnych - gdzie awarii ulega nasz własny sprzęt lub zawiedzie nasz organizm. Jedyny wyjątek stanowią nurkowie techniczni, którzy mogą czasami decydować się na samotne nurkowania ze względu na skrajne niebezpieczeństwo, które im towarzyszy.
przy wynurzaniu należy bezwzględnie pamiętać, aby nie zatrzymywać oddechu. Należy więc oddychać spokojnie i ciągle wydychać powietrze. Jak wiadomo, przy wynurzaniu zmniejsza się działające na nas ciśnienie, dzieje się tak również wewnątrz naszych płuc. Wzięcie 3 litrowego oddechu na 20 m powoduje, że na powierzchni byłoby to już 9 litrów - a to już przekracza objętość płuc i co za tym idzie - powoduje urazy ciśnieniowe (a czasami nawet śmierć).
Na początku myślałam, że jest tego wszystkiego straaaasznie dużo. Tych zasad znaczy. I sprzętu; jacket, inflator, aparat do oddychania i octopus, i jeszcze maska, i płetwy (zawsze mi się wydaje, że mi spadają), że o pasie ołowianym nie wspomnę (na ostatnim nurkowaniu odpinał się samoczynnie i co kilka minut musiałam go zapinać ponownie).

Dzisiaj czas na nurkowanie na otwartym morzu. Sail Rock. Najbardziej zachwalana miejscówka w okolicy. No więc jedziemy znowu najpierw taksówką, potem pakujemy się na łódź. Sporo tych nurków. Na takiej łodzi jestem pierwszy raz. Ale atmosfera! Lokalny kapitan i jego pomocnik nastawiają muzę. Klimat jak w filmach o sportach ekstremalnych. Prujemy po falach skacząc powietrzu. Opływamy nieco wyspę zbierając jeszcze kilka osób. Tropikalne widoki, plaże z palmami, słoneczko pięknie grzeje. A ja dostaje choroby morskiej. Ale wszystko pod kontrolą. Mamy tabletki. Tylko, ze to dopiero początek. Skurcze żołądka, biegunka, zawroty głowy… o cholera! Czymś się zatrułam. Już mam wszystko przygotowane, założyłam mokry skafander i… nie mogę wstać. Wszystkie mięśnie mi drżą. Agata rozkłada bezradnie ręce. Co można zrobić w takiej sytuacji. Próbuję się ochłodzić w wodzie, ale niewiele to pomaga. Nie myślę logicznie. Nie wiem z czym sobie poradzę a z czym nie. Mój nurkowy partner przejmuje inicjatywę – nie będę nurkować, bo to zbyt niebezpieczne. Przyznaję mu rację. Za rada kapitana płynę na sąsiednią, większą łódź. Gdzie przesypiam niemal godzinę. Trochę dochodzę do siebie. Po posiłku czuje się na tyle dobrze, że mogę zejść pod wodę. Promienny uśmiech Agaty i jej rozemocjonowane opowieści o tym co widzieli pod wodą (Łukasz wypatrzył olbrzymią, dwumetrową murenę) dodają mi sił. I rzeczywiście w wodzie czuje się jak ryba. Nie zgadzam się na żadne ograniczenia programu nurkowania. Zatem schodzimy na kilkanaście metrów w dół, opływamy rafę, wchodzimy do wielkiego komina i płyniemy nim w górę. Łatwo powiedzieć. Ale dla laika, jakim jestem, nagromadzenie drobiazgów takich jak brak równowagi i kontroli pływalności na początku, ostra rafa, olbrzymie ryby, zalana maska… są wystarczającym powodem do lekkiej paniki. Spostrzegam, ze zbyt szybko oddycham. Podoba mi się to, że sama musze nad wszystkim zapanować. Na początek przywołuję do porządku oddech. Sprawdzam zapas powietrza – strasznie szybko „się zużyło” przy takim oddychaniu. A zatem – nigdy więcej! Poprawiam maskę, orientuję się w przestrzeni wokół, wybijam w górę. Jest! Znowu wszystko pod kontrolą. I wtedy zaczyna się to, co –jak sadzę – najpiękniejsze w nurkowaniu: kolorowe ryby, dziesiątki, setki, tysiące, płaszczki, przepiękna kolorowa rafa! I jeszcze coś. Ludzie, z którymi nurkuję. Którym mogę ufać. Z którymi czuje się bezpiecznie. Magiczny, tajemniczy podwodny świat otwiera swoje podwoje.

poniedziałek, 7 marca 2011


19 lutego, sobota
W „ONE2DIVE” poznaję Agatę. Od razu banan na twarzy. Tak, to jest osoba, z która chce spędzać czas, od której chcę się uczyć. Pijemy kawkę, gawędzimy, śmiejemy się i naraz – ciach ciach ciach i mam dobrany sprzęt. Idziemy do basenu! Jeffrey pyta czy pasuje nam pokój i czy chcemy płynąć na nurkowanie na Kobę. Jakie nurkowanie? Ja dopiero zaczynam! Ale to nic nie szkodzi. Agata – postanawiam jej ufać bezapelacyjnie – twierdzi, że miejsce jest fajne, bezpieczne i dobre na początek. Skoro tak… to tak :D
Basen. Niełatwo tam dojść z tym całym sprzętem. W piance, jackecie z pełną butlą, inflatorem, kilkoma licznikami, aparatami oddechowymi, z maską i płetwami… Po prostu masakra. Dobrze, że to niedaleko.
W książce pisali, że pierwszego wejścia do wody, pierwszego oddechu pod wodą się nie zapomina. Prawda. Że to zmienia życia. Rzeczywiście, spod wody wszystko wygląda inaczej. Inaczej się świat odczuwa, innymi zmysłami go odbiera. Trzeba się na nowo uczyć oddychać, poruszać, patrzeć i słuchać. Już wiem, że mi się to podoba. Woda zawsze była moim żywiołem, ale pod wodę zaglądałam rzadko. Zawsze uwierała mnie maska, płetwy się zsuwały. Okazuje się, że wystarczy je tylko odpowiednio dopasować. Spokojnie oddychać i cieszyć się z tego podwodnego świata. Ponoć lubimy to, co nam dobrze wychodzi. No więc ja po godzinie w basenie jestem pewna że nurkowanie to aktywność właśnie dla mnie.


Gdy przychodzi Paweł i wyciąga nas z basenu na prawdziwe nurkowanie na Kobie – nie mam już wątpliwości. Z radością pakuję się do taksówki i jedziemy na północną plażę. Ja i Łukasz będziemy nurkować z Agatą. Jest jeszcze para Yessi i … - ich liderka będzie Tatiana. Po prostu nie mogę w to uwierzyć – jeszcze dziś rano nie wiedziałam jak założyć ekwipunek, a teraz jestem na plaży, wypakowuje butle z powietrzem i przygotowuję się do wejścia do prawdziwego morza. Jest piękna pogoda, słońce mocno przygrzewa. Z brzegu płyniemy kilkaset metrów plotkując jak to baby na wszelkie tematy. Przy rafie powtarzamy procedury i plan nurkowania. Wchodzimy pod wodę i… natychmiast się gubimy! Widoczność jest prawie zerowa. Mnóstwo planktonu, piasku wokół. Kolorowe płetwy Agaty znikają mi z oczu po kilku metrach. Łukasz czeka chwilę, rozglądając się a następnie pokazuje, że się wynurzamy. No tak, taka procedura. Szukaj przez minutę a następnie wypłyń. Ale, żeby tak od razu się zgubić? Po chwili na powierzchni wynurza się tez nasza liderka. A zaraz po niej ekipa Tatiany. Wszyscy jesteśmy zaskoczeni. Dziewczyny mówią, że wczoraj była tu doskonała widoczność. No trudno, zejdziemy pod wodę jeszcze raz. Ale teraz pilnujemy się bardziej. I rzeczywiście, powoli oswajam się z pływalnością, z podwodnym światem. Dostrzegam rybki, kawałki rafy, piasek. Za nurkowanie w trudnych warunkach powinni przyznawać jakieś specjalne uprawnienia czy coś, ale ja jestem zadowolona. Skoro czasem nurkowania są nieudane, to dobrze że pierwsze było w takich warunkach a mimo to udane. To zasługa mojej kochanej Agaty. Nie tylko sprawiła, że czułam się bezpiecznie, ale zadbała tez, bym dostrzegła coś z tej tajemnicy podwodnego świata.
Po trzydziestu paru minutach wychodzimy na brzeg. Jemy obiad i decydujemy się na następne nurkowanie. Zrobiło się trochę późno, bo Tajowie nie spieszą się z obsługa w restauracjach, więc słońce schodzi coraz niżej. O dziwo widoczność jest znacznie lepsza. Już swobodnie czuję się w wodzie. Wykonuję wszystkie ćwiczenia zaliczeniowe. Panuję nad swoim sprzętem. Ciekawe, ale wcale nie mam obaw przed zdjęciem maski czy inflatora pod wodą. Pływając wykonuje sobie te wszystkie ćwiczenia dla zabawy. Jedynie gdy jestem zbyt blisko lustra wody, wyrzuca mnie na powierzchnię. Ale ci doświadczeni pocieszają mnie, że tak jest na początku i musze się opływać. No więc cieszę się niesamowicie. A gdy wracamy na brzeg zachodzi słońce. I – uwierzcie mi – to jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jakie widziałam. Taka dodatkowa nagroda – jak wisienka na torcie.
Wracamy o zmierzchu. Agata i Łukasz rozmawiają o sprawach dla mnie na razie nowych. Dowiaduję się więc cos niecoś o sprzęcie i rodzajach nurkowania:
snorkeling – oglądanie podwodnego świata podczas unoszenia się na wodzie, z wykorzystaniem sprzętu ABC. Bardzo popularne np. w Egipcie.
bezdechowe (freediving) – nurkowanie na wstrzymanym w płucach powietrzu (zatrzymany oddech)
płetwonurkowanie – rekreacyjne do głębokości 40 m, dostępne nawet dla dzieci już od 10-12 lat (na znacznie mniejsze głębokości i pod opieką instruktora) bez wyznaczonej górnej granicy wieku, określonej stanem zdrowia kandydata.
techniczne – dekompresyjne, trudne logistycznie, przekraczające limity rekreacyjne (zarówno głębokości lub czasu pobytu pod wodą), związane ze zmianami mieszanin oddechowych pod powierzchnią wody, wykonywane z użyciem bardziej skomplikowanych konfiguracji i większej ilości sprzętu, złożonym planowaniu, dla osób o bardzo dobrym stanie zdrowia.
wrakowe – wiążące się z penetracją wnętrza zatopionych wraków
nurkowanie jaskiniowe (podwodna penetracja zalanych korytarzy, sztolni, jaskiń) – nurkowanie bez możliwości wynurzenia się pionowo na powierzchnię, niekoniecznie głęboko, ale niekiedy daleko od wyjścia. Wymaga wielu umiejętności wykraczających poza nurkowanie rekreacyjne.
komercyjne (zawodowe, prace podwodne) – często saturowane, bardzo trudne nurkowania z użyciem skomplikowanego sprzętu nurkowego, daleko odbiegającego od stosowanego w przypadkach wymienionych powyżej, często z powietrzem lub innym gazem dostarczanym z powierzchni wody ze stacji obsługującej, nadzorujące i zabezpieczającej pracę nurka. Wymagania stawiane kandydatom są bardzo wysokie i dotyczą predyspozycji psychofizycznych i innych umiejętności wykorzystywanych do skomplikowanych prac w nieprzyjaznych, podwodnych warunkach. Do wykonywania takich prac są dopuszczane osoby posiadające ukończone specjalistyczne kursy i legitymujące się odpowiednimi dokumentami.
saturowane – w którym poziom gazu obojętnego wchłoniętego przez organizm nurka, a pochodzącego z mieszaniny oddechowej, osiąga największą możliwą dla danego ciśnienia zewnętrznego wartość.

Wracamy tak padnięci, że wcale nie mamy ochoty iść na Full Moon Party - imprezę odbywającą się w każdą pełnię księżyca, zlokalizowaną na najbardziej znanych na Phangan plażach Had Rin Nok oraz Had Rin Nai. Do ww. plaż dojeżdża się bardzo krętą i bardzo niebezpieczną drogą prowadzącą przez okoliczne wzniesienia. Standardowy środek przemieszczania się pomiędzy dowolnym miejscem na wyspie a ww. plażami to wszelkiego rodzaju pickupy (zadaszone lub nie, z miejscami siedzącymi lub bez). Wszelkimi środkami transportu ciągną nieprzeliczone tłumy. Już wierzę, że to nawet 10 000 ludzi. W różnym wieku. Poprzebierani, pomalowani… nawet po kilku dniach ta farba jeszcze się trzyma.


18 lutego, piątek
Wyspa pełna turystów. Większość z nich zjechała tu na Full Moon Party. Większość jest młoda lub bardzo młoda. Ale są tez ludzie w wieku określonym przeze mnie jako „drugi wiek hipisowski”. Śmiejemy się, że przy wejściu na plażę zainstalowano specjalny czujnik i bez tatuaży nie wpuszczają. Rzeczywiście, nie spotkałam nikogo bez tatuażu. Wybór jest między wiele a więcej. Do tego kolczyki gdzie się da, dredy, topless… do wyboru, do koloru! Plaży tez zresztą wielki wybór. I kawiarenek z cudownymi owocami morza. Trochę zresztą z tymi owocami morza przesadzamy (już nam nawet układy trawienne szwankują), ale przecież nie odmówimy sobie krewetek czy langust na wyspie! No więc lecą na okrągło pad thai’e z seefoodem, zupy z seefoodem, sałatki z seefoodem, seefoody w cieście itd. Wszystko pyszniutkie, świeżutkie…
Spędzamy czas odwiedzając kolejne plaże, ale nigdzie nie możemy znaleźć noclegu. Wtedy dzwoni Pawel – szef polskiej szkoly nurkowej na Koh Phangan – z wiadomością, że ma dla nas alternatywę. Jego współpracownik wynajął pokój, ale ostatnio ciągłe imprezuje i Itak sypia w bazie, więc nam odstąpi swój pokój. Przerywam więc czytanie podręcznika do nurkowania i wracamy na południe wyspy. Akurat zabrakło prądu i całe Koh Phangan pogrążone jest w ciemnościach. Śmiejemy się, że gromadzą prąd na jutrzejszą imprezę.
Na rano umawiam się na rozpoczęcie szkolenia. Na razie jeszcze bez szaleństwa, spokojnie zasypiam.