skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filipiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filipiny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2011

Tak więc nadszedł czas, by opuścić ultrakatolickie Filipiny. Jak je zapamiętam?
Cóż, to najdalej położona destylacja w czasie mojej podróży – i warto było tu przyjechać. Gdy przygotowując się do przyjazdy tutaj analizowałam miedzy innymi oferty biur podróży nie mogłam pojąc skąd biorą się te horrendalne ceny. Teraz wiem. Sądziłam, że samodzielnie zrobię to co najmniej dziesięć razy taniej. Nie udało się, bo kilka rzeczy mnie jednak zaskoczyło – szczególnie ceny noclegów (przy czym można znaleźć także tanie miejscówki, jednak zazwyczaj dość obrzydliwe).
Wydałam więcej, niż planowałam, ale nadal nie jest to więcej niż 25% ceny wycieczki z biura podróży.
Zobaczyłam za to to, co chciałam zobaczyć. Zostałam dłużej tam, gdzie mi się podobało. I robiłam to, co chciałam – nurkowałam.

Czy mi się podobało? Do zwiedzania nie znalazłam tu zbyt wiele. Klasyczne zabytki to w Polsce, nie tutaj. Kościoły – jak najbardziej. Ale bynajmniej nie mam na myśli architektury (bywa ciekawa, w dwóch stylach: a’la hal sportowych i pozostałości kolonialnych pod postacią bazylik obronnych). Bardziej urzeka atmosfera. Dokładne informacje co wypada założyć, a co nie. Modlitwy niczym tajemne zaklęcia. Wiara tak powszechna, że niemal obowiązkowa. Kierowca tuk tuka ma na swoim wozie wypisane modlitwy, kierowca autobusu po zapaleniu silnika zmawia jeszcze modlitwę przed wyruszeniem, na promie modlitwa jest odtwarzana przed filmem itd.
Kościoły przypominają nieco bazary a sprzedawczynie świec ofiarnych tańczą w czasie modlitw i wyglądają przy tym jak przedstawicielki zagubionych plemion buszmeńskich odziane w europejskie stroje.

Nie smakowała mi tutejsza kuchnia. Po raz pierwszy w Azji chodziłam, może nie głodna, ale nie dojedzona. Jakieś to wszystko było nie takie, nie azjatyckie. Najlepsze były hamburgery. I kurczaki. Filipiny nie mogą istnieć bez kurczaka!
Filipińczycy są w przedziwny sposób uporządkowani. Jak alejka z szewcami, to sami szewce. Jak warsztaty samochodowe, to nic innego w okolicy. A jak kanały w telewizji to po kolei: sporty od golfa po piłkę nożną, jak przyrodnicze to potem naukowe i dokumentalne… Są Filipińczycy znakomitymi przewodnikami podwodnymi. Ale nie są właścicielami szkół nurkowania. Nie maja na to środków finansowych. Maja przepiękne plaże i cudowne morze, ale na plażach leżą biali turyści a zasoby morskie wykorzystują zagraniczne kompanie handlowe. Są bardzo otwarci i przyjacielscy – w wioskach i mają okropnych naciągaczy w miastach i na trasach turystycznych.


27 kwietnia, środa

Zwiedzanie Cebu, miasta do którego 7 kwietnia 1521 roku podczas swej podróży dookoła świata przypłynął Ferdynand Magellan. Wizyta w Basilica Minore del Santo Nino, kościele szczycącym się cudowną figurką Dzieciątka Jezus, w forcie San Pedro z połowy XVI w., w rotundzie z Krzyżem Magellana i w świątyni taoistycznej, będącej centrum życia duchowego licznie od wieków reprezentowanej tu mniejszości chińskiej. Cebu to miasto na Filipinach na wschodnim wybrzeżu wyspy Cebu. Po południu przejazd lokalną komunikacją na lotnisko i przelot do Clark. Nocne koczowanie na lotnisku, nadspodziewanie przyjemnie.
26 kwietnia, wtorek
Nadszedł czas pożegnania z rajską wyspą. Dziś jedziemy do Cebu City. Rano się zabieramy na ląd. Łódź zakotwiczona jest kilkadziesiąt metrów od brzegu – podwożą nas małymi łódkami. Przewoźnik chce 20 peso, ale gdy odmawiamy, wcale się nie upiera. Dziwne. A więc to nie jest jednak opłata obowiązkowa. Na dużej łodzi, która określano na 26 osób a w tę stronę wypakowano ludźmi dosłownie po brzegi, teraz płynie zaledwie kilka osób. I nikt nie krzyczy, że to „special trip”.
Znowu sa problemy z uruchomieniem silnika, znowu buja i przypieka słońce. Po drugiej stronie znowu podpływa mała łódka. Ale już wiemy. Już nikt się nie rusza. Po kilku minutach facet odpływa a my powoli, mozolnie – bo rzeczywiście bardzo płytko – przybijamy NIEMAL do brzegu. Trzeba przejść po innej łodzi i po trapie. Ale zabawa!

Natychmiast mamy busa do stolicy wyspy. I fajne siedzenia z przodu. I pogoda jest piękna. Nawet trochę za bardzo, bo nie ma szyb i gdy słońce świeci z mojej strony, spala mnie na raczka.

Jedziemy przez wyspę. Piękną wyspę.
Cebu to wyspa w środkowej części Filipin pomiędzy cieśninami Cebu i Tañon; otoczona 167 mniejszymi wysepkami.
Długość 217 km, szerokość do 32 km; powierzchnia 4422 km², 3 miliony mieszkańców (najgęściej zaludniona wyspa Filipin).
Powierzchnia górzysta, z kilkoma szczytami ponad 700 m n.p.m. (najwyższy 1073 m n.p.m.), na wybrzeżu wąskie, żyzne niziny z uprawą kukurydzy, tytoniu, trzciny cukrowej, bawełny, palmy kokosowej.
Wydobycie węgla brunatnego i rud miedzi, złota i srebra; przemysł włókienniczy, spożywczy (rafinacja cukru), rybołówstwo.

Po południu jesteśmy w Cebu City i od razu przypominam sobie, że bardzo nie lubie tego miejsca. Zwiedzać będę jutro…
25 kwietnia, poniedziałek

Miały być Święta Wielkanocne w megakatolickim kraju z procesjami i krzyżowaniami a jest… nurkowanie z rekinami. Cóż, w drodze trzeba być elastycznym.
25 kwietnia, poniedziałek

Miały być Święta Wielkanocne w megakatolickim kraju z procesjami i krzyżowaniami a jest… nurkowanie z rekinami. Cóż, w drodze trzeba być elastycznym.

O piatej nad ranem ponownie płyniemy na Monad Shoah. Dziś mamy dobrą widoczność. Na dzień dobry spotykamy sporo ryb rafowych: pacific sailfin tang, dużo moorish idol, spotfin gaby, lawicę common humbug, kolejną western clownfish, ogromnego tall-fin batfish, pacifiv lionfish (juz sama znajduję!). Kiedy przepływamy wzdłuż „brzegu” czyli granicy poza którym rozpościera się ciemność głębin, wypływa z nich wielki tresher shark. Płynie prosto na nas. Zastygam – tak mi się wydaje – bez ruchu. Wtedy ten olbrzym nas zauważa i zawraca. To była magiczna chwila. Przewodnik z przodu a my oko w oko z rekinem.

Tylko jakoś wcale nie czułam niebezpieczeństwa. Bo nie było niebezpiecznie. Tak sadzę. Niektóre gatunki rekinów nazywane są ludojadami. Należy do nich między innymi żarłacz biały. Te duże drapieżniki są jednak stosunkowo nieliczne. Dlatego liczba napaści rekinów na ludzi w ciągu jednego roku nie przekracza setki. Żarłacze białe są jedynymi rekinami, które polują na ssaki morskie, takie jak foki i delfiny. Z tego powodu mogą mieć skłonności do atakowania kąpiących się ludzi, tym bardziej, że polują głównie w pobliżu brzegów morza.

Przyznaję jednak, ż rekiny są fascynujące. Niektóre zjadają swoich braci i siostry jeszcze w łonie matki. Podobno nie są inteligentne i ciężko się uczą, ale to marne pocieszenie. Podobnie jak to że reagują w sposób prosty na impulsy. Cóż, Matka natura hojnie je wyposażyła.
Rekiny posiadają do 3 tyś. zębów ułożonych w licznych rzędach (od 6 do 20). Tylko dwa pierwsze rzędy odgrywają rolę w pobieraniu pokarmu, pozostałe to zęby zapasowe, które zastąpią zużyte lub zniszczone. Rekiny mogą wymieniać swoje zęby co pięć dni, dzięki temu są one zawsze ostre. Szczęka rekina jest 300 razy silniejsza niż szczęka człowieka i działa z silą 3 ton na centymetr kwadratowy. Na pysku rekina znajdują się najbardziej czułe elektroreceptory w całym świecie zwierząt.
Drapieżne rekiny mają dobry wzrok, ale jego znaczenie nie jest tak istotne jak rola węchu. Otwory nosowe są używane tylko do wąchania, a nie do oddychania, a smak wody również pomaga rekinowi orientować się w położeniu zdobyczy. Rekiny są szczególnie wrażliwe na zapach i smak krwi. Mogą wykryć jej obecność w roztworze wodnym, w którym krew będzie stanowiła jedną milionową część. Oznacza to mniej więcej jedną kroplę krwi na sto piętnaście litrów wody.

Na koniec moich rozważań filipińskich o rekinach, muszę podkreślić, że te, które spotkałam wokół Malapascua nie były niebezpieczne (tzn nie tak bardzo jak większość ludzi uważa). Wyróżniamy ponad 350 (klasyfikacje są bardzo różne, zależą nawet od języka i ciągle się zmieniają) różnych gatunków rekinów.
Bo sprawa z rekinami wygląda tak, że to one powinny się nas bać bardziej, niż my się ich boimy. Przede wszystkim świadczy o tym statystyka - rekiny na całym świecie zabijają rocznie mniej niż dwudziestu ludzi, podczas gdy my mordujemy je masowo - to hekatomba przekraczająca sto milionów sztuk rocznie... Poza tym, spośród ponad czterystu gatunków rekinów zamieszkujących wody naszej planety, tylko kilka jest potencjalnie groźnych dla człowieka - potencjalnie, to znaczy, że nie jesteśmy dla nich w ogóle źródłem pożywienia, nie reagują one agresywnie na każdego człowieka, którego zobaczą nieporadnie pluskającego się w wodzie. Żeby zostać zranionym czy "zjedzonym" przez rekina, trzeba go albo sprowokować, albo mieć prawdziwego pecha, trafiając na bardzo głodnego osobnika, należącego do jednego z nielicznych "niebezpiecznych" gatunków. Są wśród nich drapieżniki oraz takie, które żywią się planktonem jak wieloryby. Najmniejsze gatunki osiągają ledwie 40 centymetrów, z kolei inne nawet do kilkunastu metrów długości.

Są obecne w wierzeniach licznych wyspiarskich ludów, często przedstawiane jako bogowie - strażnicy oceanów. W swoim środowisku są na samym szczycie łańcucha pokarmowego. Mają tylko jednego wroga, którego powinny się obawiać - człowieka. Na skutek masowych odłowów rekinów, ich populacja bardzo się skurczyła, a wiele spośród ich gatunków znajduje się obecnie pod ochroną. Dlatego podpisałam petycję w sprawie ochrony rekinów, którą znalazłam na wyspie. Człowiek rzeczywiście może być dla nich zagrożeniem. Wygląda trochę na to, że świat stanął na głowie. Tak jak wtedy, gdy dołączamy na chwilę do grupy kilkunastu nurków klęczących na piasku w oczekiwaniu, że z głębin wyłoni się rekin. Jak w teatrze. Spóźniłeś się – zajmij miejsce w drugim rzędzie! Czyżby dive masterzy pływali za sceną i naganiali rekiny?! Nota bene, gdy na Gato chciałam odpłynąć, by zrobić miejsce następnej grupie (każdy chce zobaczyć rekiny rafowe – są piękne i leniwe – nie atakują), kilku nurków niemal mnie staranowało! Dobrze przynajmniej, ż epod woda nie można krzyczeć, bo te grupy z Chin i Japonii są straaaasznie głośne. Nawet jeśli nurkują trzy razy dziennie, to na łodzi robią tyle hałasu, że nie sposób odseparować się od tego jazgotu.


Malapascua cieszy się zasłużoną sławą raju. Dziś jest cicho, spokojnie. Lokalni turyści wyjechali już do domów, bo tu święta kończą się w niedzielę. Poniedziałek to już zwyczajny dzień pracy. Wyspa natychmiast zmienia się nie do poznania. Tylko wyrostki gromadzą się w cieniu palmy na plaży z… lornetką! No tak, jakaś lala opala się toples 

Dzień kończy się wypadem o zachodzie słońca na rybie schadzki, a może nawet seks grupowy. Bajecznie ubarwione mandarin fish nie fascynują mnie jednak aż tak bardzo jak japońskich turystów z lampami, fleszami i wielkimi aparatami fotograficznymi. Mnie fascynuje morskie życie nocne. Umawiamy się z właścicielem szkoły i zgadza się, byśmy wypłynęli później, około17:40. Przez chwilę podglądamy bezczelnie rybki ale zaraz włączamy latarki i przez ponad godzinę krążymy po płyciźnie. Podobno w dzień nie ma tu nic ciekawego, a nocą – Az trudno uwierzyć w to bogactwo! Dziesiątki krabów różnej barwy i wielkości, koniki morskie w niemożliwych dla mnie do zapamiętania rodzajach, lizardfish, dwa white-banded pipefish (bardzo je lubię!), dwa white pipefish, liczne scorpionfishe (od tych oczywiście trzymamy się z daleka, bo są jadowite bardziej ode mnie), różne lionfishe, groupery, jeżowce i na koniec ośmiornica!

Wychodząc z wody na łódkę w całkowitych ciemnościach, w czarnych skafandrach (mam już swoją piękna czarną maskę!) czujemy się jak komando foki! Tak profesjonalnie wyglądamy hihihihi

niedziela, 8 maja 2011

24 kwietnia, niedziela

Zakosztowałam w nurkowiskach na Filipinach i… wpadłam jak śliwka w kompot! Już nie chę się stąd nigdzie ruszać. Tak bardzo mi się tutaj spodobało, że chcę jeszcze! Jak dziecko ciesze się z białych, pocztówkowych plaż, z turkusowej wody o temperaturze zbliżonej do rozpalonego powietrza, ze słońca, które natychmiast pięknie opala (a nieuważnych po chwili spala na heban z domieszką koloru malin). Ciesza mnie wizyty w restauracyjce starszego pana, który ma pyszne jedzonko i co dzień serwuje cos nowego. I zawsze uczciwie informuje co jest świeże, co mi posmakuje i rzetelnie podlicza rachunki. Pierwszego dnia po opłaceniu rachunku dałam mu jeszcze 1 grosza z Polski. Powiedziałam, że to na dobra wróżbę dla jego biznesu, ale tez znak, że tu wrócę. Dziś znalazłam jego zdjęcie w przewodniku po nurkowiskach Filipin. Powiedziałam, że jest sławny a on roześmiał się i opowiedział jak to kiedyś sprzedawał pamiątki na plaży. Robił z drewna rekiny treshery. Cieszą mnie dzieciaki mijające mnie z okrzykiem „hello” co kilka chwil. I wszechobecne karaoke rozbrzmiewające niemal przez cała dobę. Nawet videoke (taka wersja karaoke z monitorem) mnie cieszy – ze nie musze próbować swoich sil w tej aktywności. Mnie wystarcza nurkowanie.

Wczoraj po przygodzie z latarką byłam wściekła, że nie z mojej winy miałam tyle kłopotów pod wodą. Ale po dobrej kolacji nerwy mi minęły i przyznałam się sama przed sobą, że po prostu chcę tu zostać na dłużej. I że chcę wrócić w te same miejsca. Nurkowisk jest mnóstwo, ale przyjrzałam się dokładnie opisom i uznałam ze te cztery pozwalają się cieszyć każdym zejściem pod wodę. Niezależnie od widoczności, warunków. Po prostu tyle się tam dzieje, że na wiele wizyt wrażeń wystarczy. Dlatego dziś znowu płynę na Gato, tyle że już z tą szkołą co wczoraj – Seaquest Dive Center i tym samym przewodnikiem – Jojo.

W południe dopływamy na Gato Island. Miejsce słynie z obfitości drobnego i rzadkiego stworzenia i z pewnością nikt nie opuści go zawiedziony. Schodzimy po linie na 20 metrów. Jest mi ciepło, ale są tacy, którzy narzekają pomimo długich skafandrów. Oglądamy bardzo bogate makro: dużo fluorescencyjnych ślimaków, pająków itp. Łukasz jest na razie duzoo lepszy w wyszukiwaniu ciekawych stworzeń – znalazł lionfish. Podziwiamy też Mimic filefish i Granular starfish. Wypływamy zachwyceni! Po jedzonku (przygotowaliśmy sobie ryż i tuńczyka z puszki) czuje się tak zmęczona że zasypiam w skafandrze.


Po przepisowej przerwie schodzimy znowu pod wodę. Towarzysząca nam parka z Niderlandów nie może uwierzyć, że to już. Przyjechali na kilka dni i nurkują trzy razy dziennie. Dziś rano widzieli rekina tresera. Zaspali na nasze spotkanie. Teraz nie maja sil, by się zebrać. Cóż, żeby nurkować po trzy razy dziennie przez kilka dni z rzędu trzeba mieć naprawdę znakomita kondycję i chyba doświadczenie. W długiej podróży o kondycję trudno, więc ja się na to na razie nie piszę. Współczuje im, bo z tego trzeciego dla nich nurkowania ewidentnie nie czerpią już przyjemności. A szkoda! Nurkujemy w prądzie wokół wyspy (takie piękne słońce kilkanaście metrów wyżej atu w głębinach szaleje burza!). Wpływamy do jaskiń, rozpadlin i małego tunelu. Niesamowite wrażenie: gdy oczy przyzwyczajają się do ciemności i dostrzegasz, że walcząc z prądem „stoisz” w miejscu a wokół ciebie to samo robią ławice rybek w różnych kolorach. Dostrzegamy trzy rodzaje rekinów: white tip, potem dwa, co do których nie jestem pewna ich przynależności gatunkowej oraz małego Coral catsharka. Zreszta wszystkie ryby są piękne. Spotykamy blue – barred parrotfish, lyretail hogfish oraz Tigertail seahorse (koniki morskie!) i blond – drop squirrefish.

Muszę jeszcze dodać, że piękne są rafy na Gato. Rafy koralowe to jedna z trzech rzeczy dla których każdy powinien spróbować swoich sił w nurkowaniu. Oprócz raf koralowych jeszcze są ryby i wraki. Więc te trzecie kręcą mnie chyba najbardziej, drugie o tyle, o ile mają duże rozmiary, ciekawe kolory i nietypowe zachowania (np. atakują nurków). W stosunku do raf mam wyrzuty sumienia, bo nie zwracam na nie wystarczającej uwagi. No to sobie czytam o rafach. I już wiem, że rafy koralowe to formacje podwodne, który nigdy nie zostały nazwane cudem świata. A właśnie na takie miano zasługują. Szkielety koralowców charakteryzują się bardzo fantazyjnymi kształtami i dużą twardością, dzięki czemu po obumarciu stają się rewelacyjnym fundamentem dla nowych kolonii. Polipy koralowców, wyrastające z ich szkieletów, tworzą przeogromne bogactwo form i kolorów, co sprawia, że rafy koralowe wyglądają jak rajskie ogrody o bajkowej wręcz scenerii. Rafy koralowe występują w morzach i oceanach całej strefy międzyzwrotnikowej i wszędzie wzbudzają zachwyt i podziw płetwonurków, jednakże trzy z nich cieszą się szczególną estymą i sławą – Wielka Rafa Barierowa u wschodnich wybrzeży Australii, rafa u wybrzeży Kenii w Afryce wschodniej i wreszcie rafy Morza Czerwonego.
Gato Island pozostanie w mojej pamięci jako nurkowisko wyjątkowe. To chyba najbardziej kolorowe i najbardziej koralowe miejsce w okolicy. Bardzo duży wybór mikro i makro świata jest sensownym uzupełnieniem poszukiwania rekinów.

sobota, 7 maja 2011

23 kwietnia, sobota
I znowu wstajemy przed świtem. W szkole którą znaleźliśmy wczoraj (równowaga miedzy dobrej jakości sprzętem i wysokim poziomem bezpieczeństwa a tym, na co nam pozwalają) wypływają „na rekiny” jeszcze wcześniej, więc jesteśmy tam o 4:45, pijemy kawę i robimy briefing. Wczoraj nauczyłam się sygnału „rekin” i mam nadzieję go dziś wykorzystać. Mamy 50-60% szans na spotkanie. Płyniemy podekscytowani świetną superszybką łódką, która wyprzedzamy wielkie łodzie nurkowych wszystkich innych szkół.


Monad Shoah to specyficzne nurkowisko, bo przypomina zatopioną wyspę. Duży płaski teren położony jest 20-25 m poniżej tafli morza. Piszę teren ponieważ praktycznie nie ma tu korali, nie ma także ryb rafowych. Czasem coc przepływa, ale stosunkowo niewiele tego. Wielka pustynia otoczona jest wodą o głębokości dochodzącej do 280m. Stamtąd właśnie wypływają rekiny thresher. Treshery pojawiają się tu na koszulkach pamiątkowych, jako pamiątki – wszędzie. Miejsce Monad Shoah uczyniło Malapascua sławnym na cały świat, bo ponoć treshery można spotkać tylko tutaj. My niestety dzisiaj nie mamy szczęścia. Ale i tak jestem bardzo zadowolona. Przepiękny wschód słońca na morzu, pierwsze w życiu nurkowanie z takim zejściem pod wodę. Bezkresny błękit! Lina jest jedynym odnośnikiem. Znakomite miejsce do wyważenia się i poćwiczenia pływalności!

Gdy wracamy na wyspę, budzi się ona dopiero do życia. Leniwie spędzamy niemal cały dzień, odsypiając, kryjąc się w cieniu na plaży… Regenerujemy się, bo wieczorem umówieni jesteśmy na kolejne nurkowanie. To także przebój tej wyspy. Nurkowanie na Lighthaouse o zachodzie słońca, żeby podglądać rybki mandarynki (Synchiropus splendidus.). Synchiropus splendidus – potoczna nazwa: Mandaryn wspaniały, może być hodowana w akwarium. Jej wielkość do 10cm. Jest bardzo miła rybką – spokojna ryba przebywająca głównie wśród skał; agresja występuje między dwoma samcami tego samego gatunku (dlatego w akwarium należy trzymać pojedyncze osobniki lub parę). Występuje dyformizm płciowy: samce mają wydłużony pierwszy promień płetwy grzbietowej. Wielkość sprzedawanych osobników to ok. 4-6cm. A cena: 60.00zł To prawie tyle ile nurkowanie, a ja sobie oglądam ich na pęczki!To jedna z najbardziej kolorowych ryb morskich; jaskrawe wzory są rodzajem kamuflażu w równie barwnym środowisku raf. Słynna jest jednak nie tylko z względu na swoje ubarwienie, ale także dlatego, że o zachodzie słońca uprawia seks bez opamiętania! Jak to określił właściciel jednej ze szkół „Aż trudno uwierzyć ile razy dziennie facet może”. Chyba z 20 minut oglądamy jak zbliżają się do siebie, kopulują, po kilku sekundach odskakują od siebie, opadają na dno i zabawa zaczyna się od nowa. Towarzyszy im najczęściej błysk fleszy. My znaleźliśmy się przy japońskiej wycieczce. Jakieś 7 osób leżących na dnie, wszyscy z wielkimi aparatami fotograficznymi lub kamerami, bezwzględnie podpatrujący i uwieczniający każdy moment zycia seksualnego tym małych rybek.


Następne pół godziny spędzamy pod wodą na głębokości do 9 metrów ciemnościach. To już nurkowanie nocne. Mamy latarki, ale moja się psuje, co mnie doprowadza do wściekłości. Jednak i tak uważam swoje pierwsze nurkowanie nocne za bardzo ciekawe i udane. Czegoś takiego, to znaczy takiej różnorodności życia podwodnego, się nie spodziewałam. Mnóstwo koników morskich w różnych kolorach i rozmiarach, różne lizardfish, dwa white-banded pipefish,kilka lionfishy oraz debil scorpionfish. Oczywiście tłumy bluelined grouper, western i estern clownfish oraz maleństwa, których jeszcze nie rozpoznaję.

Bardzo udany dzień.
22 kwietnia, piątek

Główną gałęzią „przemysłu” na Malapascua jest nurkowanie, wyłączając powszechne hodowle kogutów (siedzą sobie poprzywiązywane do słupków na całej wyspie). Wszyscy chyba żyją tu z dostarczania nurkom czego tylko im potrzeba – noclegu, jedzenia, pamiątek, rozrywki itp Przybywający na wyspę nurkują, nurkowali, albo nurkować będą. Nieliczni, nie zaliczający się do żadnej z tych kategorii musza się niemal tłumaczyć z braku udziału w zbiorowym szaleństwie.


Organizowane są trzy nurkowania dziennie, plus nocne jeśli jest dostateczna ilość chętnych. Po każdym nurkowaniu łódź - banka wraca na wyspę i po przerwie wypływa na kolejne. Daje to okazję odświeżenia się, zjedzenia, drzemki lub plażowania. Warunki na łodzi są prymitywne, serwowana jest woda, kawa i herbata, ale dzięki powrotom na ląd między nurkowaniami nie stanowi to problemu. Największa szansa oglądania rekinów Thresher jest o świcie, tak więc wypłynięcie na pierwsze nurkowanie - o 5:00 rano. Kolejne nurkowania odbywają się ok dziesiątej i czternastej. Na nurkowiska oddalone mniej więcej o godzinę płynięcia, wypływa sie na tzw daytrip rozumiany tutaj jako dwa nurkowania bez powrotu na ląd. W takim wypadku należy zatroszczyć się o zabranie lunchu, łatwo dostępnego w wersji „na wynos" w dowolnej z knajpek na wyspie.

Wyspa słynie głównie z obecności tresher shark. To dla nich, przed świtem, wleczemy się do Ewolution, z którymi umówiliśmy się na nurkowanie. Niestety nikogo nie ma! Rozczarowani zostawiamy im wiadomość, że o nas zapomnieli i szukamy innej szkoły. Bez problemu umawiamy się na nurkowania na Gato Island około 13tej. Płyniemy z Exotic Divie Resort. Łukasz sobie ich upodobał, bo… maja fajne koszulki. Niestety nie w moim rozmiarze.
Naszym przewodnikiem będzie Paul. Niesamowity miejscowy dive master.

Wyspa Gato położona jest ok godziny płynięcia od Malapacua. Podoba mi się skakanie do wody z łodzi tego typu. Granitowa skała o pionowych ścianach porośnięta jest roślinnością tropikalną. Na wyspie jest ciekawa pieczara na powierzchni wody, w której warto kończyć nurkowanie. Właściwie są trzy jaskinie, tym razem wpływamy tylko do najmniejszej. Zasiedlona przez jaskółki, pokryta naciekami grota jest po prostu ładna. Przez wyspę przechodzi tunel - jaskinia, aczkolwiek nie mam kwalifikacji do przepłynięcia nim. Wiele interesujących stworzeń znajdowałam w głębszych partiach nurkowiska pomiędzy porozrzucanymi skałami. Za pierwszym nurkowaniem Paul pokazywał nam podwodne pająki i, co najważniejsze, rekiny rafowe. Leżały na piasku między skałami. Obserwowałam przez kilka minut dwa white tip smark. Paul okazał się przewodnikiem z ogromnym doświadczeniem i szczęściem. Byłam zachwycona. Chwilami jednak pojawiał się silny prąd, szczególnie wznoszący.

Po 40 minutach nurkujemy po raz drugi. Nurkowanie jest płytsze. Francuska z Hong Kongu ma problem z zanurzeniem, ale w końcu schodzimy pod wodę. Bardzo ciekawe Zycie rafowe: małe i duże pająki (jeszcze ich nie rozpoznaję), kraby (małe i jeden naprawdę olbrzymi), ślimaki, cutlefish (jak to jest po polsku?). Potem rekiny: w szczelinach znajdujemy dwa rodzaje rekinów, ale małe i nieruchliwe. Natomiast na końcu widzimy jeszcze raz white tip sharki. Robią wrażenie. Maja po 3-4 metry. Są takie zwinne i dostojne jednocześnie!


W ostatniej fazie nurkowania trafiamy na niesamowicie silny prąd, częściowo płyniemy pod prąd. Łukaszowi zaciął się wskaźnik powietrza i choć pokazuje mu że ma jeszcze 30 barów, faktycznie jest bez. Oddycha na moim octopusie. Wtedy podpływa Paul i oddaje mu swoje powietrze. Sytuacja ma miejsce w czasie przystanku bezpieczeństwa, ale dodatkowo ktoś wyrwał mi mój automat, więc wydarzyło się wiele rzeczy jednocześnie. Po tej przygodzie kupujemy „gruszki” czyli specjalne uchwyty na octopusy. Często będziemy z nich korzystać.
21 kwietnia, czwartek

Procesji jest tak wiele, że wydaje mi się, że to już co najmniej Wielki Piątek. Tutaj świętuje się inaczej. Od kilku dni mają wolne, wyjeżdżają na wakacje, które kończą w niedzielę. Od poniedziałku będzie cisza i spokój. Ale na razie wokół tłumy turystów miejscowych.

Zaczyna się akcja z przeprawianiem. Na brzegu kupujemy bilety w spcjalnej budce i pakują nas do małej łódeczki. Zaraz, co to?! Tym mamy plynąć?! Ależ nie, pan mowi, żeby mu dać 20 peso. Absolutnie! Kupiliśmy bilety i nie będziemy niczego dopłacać. Więc wracamy na brzeg. A tu od razu ktoś nam tłumaczy, ze inaczej się nie da, że rafa koralowa, że niski stan wody i duże lodzie do brzegu nie dopływają. Obserwuję chwile miejscowych i wszyscy do tych łódeczek wsiadają i płacą. Zwątpiłam więc w końcu i wsiadamy do następnej łódeczki. Przynajmniej ta nie jest mała jak łupina orzecha. Ale okazuje się, że nie ma silnika. Facet wiosłuje, fale prawie wdzierają się do środka, widoczność w wodzie taka, że widać dno, ale to chyba z kilka metrów. Próbuje nie myśleć o tym co będzie, jeśli nas przewróci. Chcę już na dużą łódź! Po kwadransie dopływamy. Ludzie z tobołami przesiadają się na środku morza! Nie wygląda to zbyt stabilnie, ale innego wyjścia nie mamy. Pakujemy się na ten przeładowany „prom”, zajmujemy miejsca w pełnym słońcu (jest 9:00, żar leje się z nieba) a kapitan najwyraźniej nie zamierza ruszać. Ciągle dowożą nowych turystów. Gdy już nie da się nic upchać, próbują odpalić silnik. Nie jest to takie proste, ale po pewnym czasie się udaje. Choć co jakiś czas dławi się, gaśnie. Wtedy żartuję sobie że powinna paść komenda: wszyscy za burtę i pchamy. Łukasz mnie ucisza a wówczas siedzący obok Chińczyk tłumaczy, że Filipinki żartowały w ten sam sposób. Na szczęście dopływamy jednak do brzegu wyspy. Miało to trwać pół godziny, trwało półtorej. Ale nareszcie jesteśmy. Malapascua Island. Paradise…

Malapascua znajduje się około 8 mil od północnego krańca wyspy Cebu na Filipinach. Malapascua można przetłumaczyć jako "niefortunne Boże Narodzenie”, jest również nazywana "małym Boracay", a zwłaszcza jej plaże są uważane za najpiękniejsze na świecie. Malapascua jest również uważana za jedno z najlepszych miejsc nurkowych na Filipinach.

Wyspa wita piękną plażą, z białym miękkim piaskiem. Plaża porośnięta jest pięknymi pochylonymi palmami, tworzącymi znakomite tło do zdjęć. Na dwukilometrowej długości wyspie nie ma ruchu kołowego, poza szaleńcami na motorach. Widziałam na jednym sześć osób (troje dorosłych i troje wyrostków, a motor był zupełnie normalnych rozmiarów). Wieczorami kilkanaście barów położonych wprost na plaży zaludnia się i zaczyna się imprezowanie. Nurkowiska położone są wprost u wybrzeży wyspy, a kilka jest oddalonych o około godzinę płynięcia.
Ten dzień przeznaczyliśmy na ulokowanie się (z powodu albo pod pretekstem świąt ceny w niektórych miejscach podniesiono o 100%, najechały na wyspę tłumy ale po godzinie mieliśmy bungalow dla siebie za rozsądną cenę) i znalezienie szkoły nurkowej. Jest ich mnóstwo, ale nie wszystkie zgodziły się nas zabrać tam gdzie chcieliśmy popłynąć, bo nie mamy wystarczających kwalifikacji. Chcieliśmy nagiąć przepisy tylko odrobinę i okazało się, że w kilku miejscach nie jest to problemem. Umówiliśmy się zatem na nurkowanie o świcie.
20 kwietnia, środa
Dzień przeznaczony na przemieszczanie się po wyspach. Rano płyniemy promem na Cebu. Znowu odprawa jak na lotnisku,, prześwietlanie bagażu i podróżnych, oczekiwanie na specjalnej eleganckiej sali z naklejkami zachęcającymi do rozbrojenia się, opłaty za korzystanie z terminala, stewardessy z uśmiechem wskazujące miejsce na pokładzie.

Na Cebu wszyscy próbują nas przekonać, że na północ wyspy się nie dostaniemy, bo Filipińczycy świętują Wielki Tydzień i autobusy są przepełnione. Tak powtarza w kółko taksówkarz wiozący nas na dworzec autobusowy, to samo mówiła już nawet pani na lotnisku w ubiegłym tygodniu!

Okazuje się jednak, że na dworcu (po kontroli przeprowadzonej jak na lotnisku, z użyciem psów) autobusowym orientujemy się całkiem łatwo, a zresztą wszyscy wiedza dokąd mogą chcieć jechać biali turyści, zatem natychmiast znajdujemy się w autobusie d Maya, skąd odpływają łodzie na Malalpascua. BDW: bilet autobusowy to 163 peso, na ódx kolejnych 80 (próbują zedrzeć jeszcze 20 za podwiezienie do dużej lodzi, bo ponoć jest niski stan wody!).
Taksówka do promów kosztuje z Cebu kilka tysięcy (z lotniska 3 000 peso, z przystani promowej 2 500; przeprawa specjalna (na zamówienie) 1 000 peso od osoby. Transfer organizowany przez resorty na wyspie (bus plus łódź) to koszt rzędu 7 000 peso.

Przez kilka godzin podziwiamy piękne widoki przez okna autobusu. Niestety nie ma wielu chętnych na przeprawę, więc znajdujemy nocleg i zostajemy w miasteczku. Jest klimatycznie. To Wielki Tydzień, więc trwają procesje, w których uczestniczą chyba wszyscy mieszkańcy.

czwartek, 5 maja 2011

19 kwietnia, wtorek
Raniutko biegusiem na śniadanko (okazuje się megawypasionym bufetem gdzie podano nawet salami! Jak mi smakowało!!!) a potem na nurkowania.

Pod wodą są wspaniałe krajobrazy z niezliczoną ilością kolorowych miękkich korali (nephtheidae) dających schronienie ślimakom. Obfitość gatunków na rafach sprawia, że nurkowanie na Bohol jest niezapomnianym przeżyciem. Rafy są w znakomitym stanie, gdyż nie wystąpiło tu blaknięcie korali ani nie prowadzono połowów z dynamitem.
Nurkować na Bohol można przez cały rok, jednak najlepszym sezonem jest okres od listopada do maja. Temperatura wody w ciągu roku waha się w granicach 25ş do 30şC. Pianka o grubości 3 milimetrów jest odpowiednia, ja dostaje wersje z kapturkiem. Nurkowania okazą się dlugie, godzinne, więc kapturek bardzo się przyda.


Zaskoczyła mnie bardzo dobra widoczność. Było ze 30 metrów, a ponoć zwykle to 30-40 metrów. Piaszczyste stoki porośnięte są bardzo ładnymi koralami. Miejscami pojawiają się ściany kryjące w sobie bogaty wybór życia. Nurkowiska w większości są płytkie, prądy słabe. Na Cabilao jest duży i bardzo dobry wybór makro świata. Widziałam tutaj wiele ślimaków fluorescencyjnych i takich podobnych do koników morskich. Na drugim nurkowaniu widziałam wiele ghost pipe fishy, frogfishe. Niesamowicie kolorowa rafa, setki ryb, czasem bardzo dużych (na ścianie rafy opadającej stromo z 17 m jak urwisko). Przystanek bezpieczeństwa robimy w przepięknym miejscu, na płyciźnie i trawiastym dnie, mnóstwem rybek i ślimaków.

Miałam tylko kłopoty z maskami, ale Helen (nasza przewodniczka) oddała mi pod woda swoją i w ten sposób znalazłam perfekcyjna maskę! Niestety tutaj nie mieli takiej do sprzedaży, więc kupiłam sobie tylko pasek neoprenowy na maskę, żeby nie wyrywać sobie włosów przy każdym zakładaniu i zdejmowaniu maski.


Wieczorem wracamy do miasta, do naszego ulubionego hostelu, gdzie witają nas jak w domu. Dostajemy ten sam pokój.
18 kwietnia, poniedziałek

Wyspa Bohol jest tropikalnym rajem z zatoczkami i pięknymi białymi piaszczystymi plażami. Można tutaj znaleźć najlepsze miejsca do nurkowania. Płytkie wody i koralowe ogrody tworzą duże zróżnicowanie. Jednak główną atrakcją są strome ściany z jaskiniami i licznymi nawisami. Świat podwodny przyciąga swoim bogactwem. Koralowce, gorgonie, miękkie korale, skrzydlice oraz w niektórych okresach można tu spotkać przedstawicieli gatunków wielkich ryb. Nurkowanie na tej wyspie dostarczy na pewno niezapomnianych przeżyć gdyż nie wystąpiło w tym rejonie blaknięcie korali. Można tutaj nurkować przez cały rok, lecz najlepszym okresem jest czas od listopada do maja. Egzotyczny klimat, różnorodność atrakcji i wspaniałe miejsce do nurkowania to właśnie wyspa Bohol. Miejsce godne zobaczenia ze względu na swoje liczne walory krajobrazowe jak i atrakcje turystyczne. Piaszczyste plaże, rafy koralowe, bogaty podwodny świat to na pewno argumenty świadczące o niezwykłości tego miejsca.

Przeczytałam, zauroczyłam się opisem i ruszyliśmy na Cabilao. Wybór padł oczywiście na nurkowisko mało uczęszczane, polecane przez krewnych i znajomych królika.
Nurkowanie tutaj wśród pięknych koralowych ogrodów w płytkich wodach jest bardzo zróżnicowane. Jednak główną atrakcją są strome ściany z jaskiniami i nawisami. Podwodny świat wokół Bohol jest w znakomitym stanie i ma wiele do zaoferowania.

Jedziemy najpierw autobusem lokalnym – czy to jeszcze mieści się w kategorii „autobus”? Każdym razie obejmuje go kategoria „komunikacja publiczna”. Widnieje na zdjęciach z dni poprzednich, bo tym razem był taki tłok ze wewnątrz zdjęcia nie udało mi się zrobić. Potem płyniemy łodzią na wyspę. Nie wiemy dokąd chcemy dokładnie, ale mamy szczęście i trafiamy dokładnie na plażę z wcześniej upatrzoną przez nas szkołą nurkową. Wyglada bardzo profesjonalnie.

Problem zaczyna się przy haśle „zakwaterowanie”. Dowiadujemy się, że na wyspie są tylko trzy resorty (zwyczajnych domów wczasowych, hoteli czy innych takich na Filipinach nie ma prawie wcale, a tu z pewnością) a we wszystkich ceny około 2 500 peso (ok. 165 zł) z pokój. Panuje tu jakaś zmowa cenowa, bo choć oferują w cenie śniadanie to nie zawsze gwarantują że prąd będzie przez cała dobę. A tu się nie da wytrzymać w nocy bez wiatraka, a najlepiej klimatyzacji. Jestem przeciwniczka klimatyzacji, ale przy tych temperaturach nie sposób nie cieszyć się na jej widok.
Zapada zmrok i kończą nam się opcje negocjacyjne. Uciec z wyspy już nie możemy, zresztą dokąd? Hamaków nie rozwiesimy tak po prostu, bo przyroda tu dzika i wdziera się „drzwiami i oknami”, więc warto takowe posiadać. Ostatecznie udaje nam się wynegocjować ‘domek Stefana” za 2 000 peso ze śniadaniem. Domek jest luksusowy, prywatny (właściciel jest właśnie w stolicy), dwupiętrowy z tarasem i tylko dla nas. Pocieszamy się, że odrobina luksusu nam się czasem należy, a w cenie mamy jeszcze śniadanie.
17 kwietnia, niedziela

Dziś wstaję o szóstej rano, by przygotować wszystko do całodziennej wycieczki po wyspie. Najtrudniejszym zadaniem jest dobudzenie Łukasza, czyli kierowcy. Ostatecznie pozwala się wyciągnąć z ramion Morfeusza około ósmej. Wypożyczamy motor (teraz już trudniejszy w obsłudze, częściowo manualny) i jedziemy poznawać wyspę. Jeździ się znakomicie, bo nie mamy ze sobą ciężkich plecaków a Łukasz prowadzi coraz lepiej.
No więc rano niebo było zaszyte chmurami, ale przynajmniej nie padało.
Gwoździem programu miały być małpki wyraki, o których poznaniu marzyliśmy od dawna. Są to maleńkie zwierzątka o zabawnym wyglądzie, gdyż mają nieproporcjonalnie duże oczy i długie kończyny, do swojego małego tułowia. Długość ich ciała waha się między 10 a 15 centymetrów. Pojechaliśmy specjalnie kilkadziesiąt kilometrów przez dżungle do Sanktuarium Traserów.
Tu obejrzeliśmy film o ich życiu a potem przewodniczka zabrała nas na spacer po ogrodzonym terenie, gdzie pokazywała nam, najczęściej śpiące, wyraki. Prowadza nocny tryb życia, więc nie wykazywały ani chęci do zabawy, ani do pozowania nam do zdjęć. Trochę byliśmy zawiedzeni (Łukasz specjalnie tym, że nie było ładnych pamiątek!), ale los okazał się dla nas łaskawy. Na drodze, którą obraliśmy do Czekoladowych Wzgórz, natknęliśmy się na coś w rodzaju mini zoo. Wstęp także kosztował peso (3 zł) a zobaczyłam (i obfotografowałam) wielkiego pawia, maleńkiego wyraka (z bliska), orły, jastrzębie, białego pytona (potrzymałam go na rekach ale zdjęcia nie wyszły najlepiej), emu i dzikie świnie. Moja potrzeba spotkań z dzikimi zwierzętami została jak na razie zaspokojona.


Innym ciekawym miejscem do zobaczenia są Wzgórza Czekoladowe, czyli wypiętrzenia koralowej skały. Zostały nazwane czekoladowymi wzgórzami gdyż podczas pory suchej zmieniają barwę z zielonej na brązową. Są jednym z najbardziej znanych symboli Filipin. Jedziemy tam w sznurze busów turystycznych serpentynami pod górkę, robiąc przerwy gdy zaczyna się ulewa.


Jeżeli wierzyć w legendę opowiadana przez mieszkańców wyspy Bohol na Filipinach, okrągłe wzgórza położone w centrum wyspy to łzy olbrzyma Arogo, który wylał je, kiedy jego ukochana o imieniu Aloya, nie odwzajemniwszy jego uczucia, zachorowała i umarła.
Inna legenda mówi, że dwóch olbrzymów starło się w walce, obrzucając się kamieniami. A kiedy obaj się zmęczyli, pogodzili się i razem opuścili wyspę.
Są to tylko opowieści, ale prawda jest, że choć zbudowane z wapienia, różnią się jednak zasadniczo od innych form tego typu, gdyż prawdopodobnie nie posiadają żadnego systemu jaskiń czy podziemnych korytarzy, spotykanych zazwyczaj w rejonach wapiennych.

Wzgórza (ogółem jest ich 1268 na obszarze 50 km2) wznoszą się ciasno jedno obok drugiego, zupełnie jak stogi siana na łące. Niektóre są owalne, inne stożkowate. Porośnięte są nierówno trawą, która w porze deszczowej jest jasnozielona. W porze suchej, która trwa od lutego do marca, gorące słońce wysusza ją i wtedy przybiera barwę czekoladowobrązową. Tej barwie właśnie wzgórza zawdzięczają swą nazwę.


Znalazłam naukowe wytłumaczenie jak powstały, ale nie jestem pewna czy prawdziwe. Brzmi ono tak: Mniej więcej dwa miliony lat temu powierzchnia Boholu znajdowała się pod powierzchnią płytkiego morza. Podobne do obbecnie porastających wybrzeża wyspy rafy koralowe były źródłem osadzania się połamanych falami korali i fragmentów muszli otaczając żywą rafę. Równocześnie następowało wypiętrzanie terenu, które powodowało że coraz większe obszary rafy znajdowały się ponad wodą. Przetaczające się fale przynosiły nowe szczątki rafy przyklejające się chętnie do już istniejących. Tak powstały zalążki stożków, składające się z cienkich warstw. Ponieważ fragmenty korali i muszli składają się głównie z węglanu wapnia podlegają erozji podobnie jak skały wapienne. Deszcze przez setki tysięcy lat wypłukiwały warstwową konstrukcję . Woda miała tendencję do formowania strumieni w zagłębieniach, tak więc głębsze partie podlegały szybszemu wypłukiwaniu niż szczyty. W końcu podstawy stożków zostały także wypłukane, a pierwotna koralowa materia pozostała tylko na zboczach. Tak powstało 1268 stożków w ich obecnym kształcie.


Zwiedzanie tych wzgórz ogranicza się jednak do wejścia na platformę widokową. Mnóstwo Filipińczyków na wakacjach, czyli rozwrzeszczani zakupowicze z gadżetami w postaci wszelkiej maści urządzeń elektronicznych. Na szczęście my podróżowaliśmy motorem, więc zatrzymywaliśmy się gdzie chcieliśmy i kiedy chcieliśmy. Widoki dosłownie zapierały dech w piersiach, wiec zatrzymywać chcieliśmy się co chwila…


Uznaliśmy, że do zachodu słońca zostało jeszcze sporo czasu, więc wrócimy dookoła trasa wzdłuż morza. Najpierw otaczały nas zielone wzgórza (czyli że niby te czekoladowe), pola ryżowe i maleńkie wioski z niesamowitymi kościołami. A potem pojawił się drogowskaz, że będzie szczyt. Jaki szczyt skoro wokół tylko pagórki? A jednak! Całkiem wysoko się wdrapaliśmy, choć nasz motor nie dał tego po sobie poznać. Zjazd w stronę morza – niezapomniany.


Trasa wzdłuż morza dostarczyła nam wielu wrażeń i materiału do zdjęć. Uroczo jest zatrzymać się w małym miasteczku na obiad przy lokalnym stoisku z grillem, pogawędzić z ludźmi. No i oczywiście podziwiać zachód słońca ciągle jadąc w jego stronę.


Jakby tego wszystkiego było nam mało –pojechaliśmy jeszcze poszukać przeprawy na Cabilao. Oznacza to, że jeździliśmy nocą po jakichś mostach między wysepkami, po wioskach, pytaliśmy na migi o porty i promy. A potem niezmiernie długo wracaliśmy do miasta. Następnego dnia chcieliśmy jeszcze trochę pojeździć na motorze, pofotografować rybaków wracających z połowów, ale okazało się, że te miejsca, gdzie plecy tracą swoją szlachetna nazwę zbuntowały się przeciwko temu pomysłowi stanowczo i definitywnie. Zresztą wcale się im nie dziwię.
16 kwietnia, sobota

No więc w końcu wyszło ze mnie zmęczenie podróżą i muszę odespać. I odpocząć. Mam czas na pomarudzenie, że mnie coś boli, że chcę pizzę. Na szczęście mam komu pomarudzić a pizza i to z Pizza Hut jest tuż obok. I mam czas na uzupełnianie pamiętnika.
15 kwietnia, piątek
Bohol to dziesiąta pod względem wielkości wyspa archipelagu Filipin, leży pomiędzyCebu na zachodzie i Leyte na północnym wschodzie.


Symbolem Bohol są świetnie znane Wzgórza Czekoladowe, ogromne obrośnięte trawą wzgórza, które podczas pory suchej zmieniają kolor na brązowy. Wyspa Panglao leży na południowym zachodzie od Bohol i jest z nią połączona mostem. Alona Beach leży w południowo-zachodniej części wyspy i jest to punkt spotkań dla nurków z całego świata.


My śpimy w Tagbilaran w prześlicznym nowiutkim hostelu. Mieliśmy dziś zrobić sobie wycieczkę po okolicy, ale w mieście znaleźliśmy tyle atrakcji, że spędziliśmy tu cały dzień znakomicie odpoczywając.
Kosztowaliśmy lokalnych potraw – filipińska kuchnia jednak nie zastane moją ulubioną. To mieszanka azjatyckiego ryżu z postkolonialnymi grillami. Filipiny nie mogłyby funkcjonować bez kurczaka!


Wszystko wygląda tu inaczej niż w dotychczas odwiedzanych krajach azjatyckich. Tutaj maja swoje własne patenty na apteki (które wyglądają jak sklepy z cukierkami), na desery lodowe i chłodzące napoje (z mnóstwem żelków), które uwielbiam.


W miejscowym multipleksie znaleźliśmy sklepy firm zachodnich a zaraz obok ogromny sklep z dewocjonaliami i figurami świętych.
Była tez kaplica adoracji Najświętszego Sakramentu. A piętro wyżej kino z 3d. Oczywiście poszliśmy na film. Na bajkę właściwie „Rio”. Na Sali byliśmy niemal sami (gdy zaczynał się film pojawił się jeszcze jakiś mężczyzna i para nastolatków).


Najważniejszym zabytkiem stolicy jest katolicka katedra pod wezwaniem Św. Józefa Robotnika. Przechadzając się uliczkami miasta warto obejrzeć pomnik Sandugo postawiony na pamiątkę rozejmu krwi pomiędzy wodzem tubylców Datu Sikatuna a hiszpańskim podróżnikiem Miguel López de Legazpi. Wyspa niewątpliwie jest bardzo popularna ze względu na żyjące tu miniaturowe małpki- tarsiery.


Po powrocie do hostelu przeżyliśmy chwilę szoku. Okazało się, że to miejsce w którym sprzątają codziennie. Więc wymienili pościel i ręczniki nie ruszając naszego artystycznego chaosu pozostawionego na łóżku. Musiałam to sfotografować ;)