skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malaka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malaka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 maja 2011

8 maja, niedziela

I niech mi już nikt nie mówi, że podróże (góry, lasy, dżungla) albo aktywności (nurkowanie czy skoki ze spadochronem) są niebezpieczne! 90% wypadków wydarza się w domu! Poślizgnęłam się pod prysznicem i się poobijałam. Mam wiele szczęścia, że nie złamałam ręki, którą się podparłam. Że jej nie zwichnęłam. Ale stłuczenie też bardzo boli. Podróżowanie z fizjoterapeutą ma jednak te zalety, że w przypadku urazów ortopedycznych jest się pod specjalistyczną opieką. Cóż z tego, skoro najważniejszym jej przejawem było powtarzane ”nic ci nie jest”. Prawda, ale boli.
Pomarudzić trochę – to moje prawo. Wszystko zajmuje teraz więcej czasu – pakowanie się, ubieranie. Prawy nadgarstek spuchł i boli przy próbie chwycenia czegokolwiek. Kciuk buntuje się przy próbie używania go w jakikolwiek sposób. Nosze tę moją rękę jak przyszytą. Przyglądam się jej jak nie swojej i zastanawiam się jak to jest przy większych urazach. Jak trudno oswoić swoją psychikę z takimi sytuacjami, zmusić do zaakceptowania własnych ułomności. Bolesne wyobrażenia.


Mimo wszystko spacerujemy po mieście. Malaka do XIV w. była prężnie rozwijającym się portem o dużym znaczeniu politycznym i ekonomicznym. To tutaj handlowano między Indusami, Malajami, Arabami, Tajami, Khmerami i Chińczykami. Upadek Malaki rozpoczął się, gdy dotarli tu Portugalczycy, którzy zaatakowali i przejęli miasto w 1511r. Port ufortyfikowano i próbowano utrzymać jego kupiecki potencjał - bezskutecznie. Od tego czasu (przechodząc z rąk do rąk) Malakka podupadała. Dzieła dokończyli Brytyjczycy w XIX i XXw.


Znakomicie wybraliśmy czas przyjazdu do miasta – dziś niedziela, więc trafiamy na niedzielny targ staroci. Ja i tak najbardziej lubię nasze, przemyskie (mój tata organizuje najlepsze giełdy staroci!), ale Łukasza i wolami nie można odciągnąć. Ratuje nas chińska restauracja, bo już czas najwyższy na jedzenie.


W downtown wszędzie napotykamy na rowerowe riksze, paskudnie i masowo poozdabiane plastikowymi kwiatami. Słynne są ze swoich ozdób w stylu rustykalno-tandetnym oraz głośnej muzyki. Klient wsiada a kierowca włącza jakiś przebój – i tak jadą przez miasto. Nie wiem jak można to wytrzymać kilka minut, a już właściciele godni są podziwu, no chyba że już dawno ogłuchli.


Po południu wracamy do KL. W Melace autobusy wyjeżdżają z Melaka Sentral, czyli skrzyżowania dworca autobusowego z centrum handlowym. Ponoć wmawia się turystom, że transport publiczny jest tu kiepski i dlatego taksówkarze zdzierają z przyjezdnych.
My jedziemy – jak wczoraj – autobusem publicznym. Tym razem za 1,50 zł, bo ulice są jednokierunkowe, więc w cenie mamy godzinny objazd po całym mieście. Po trzech kwadransach mijamy nasz hotel i jedziemy już prosto na dworzec autobusowy 


Podróżowanie w Azji jest bardzo proste. Także teraz. Szybciutko klimatyzowany autobus za małe pieniądze do KL a tam przesiadka na metro i do centrum. Mieliśmy się zatrzymać u Danego, ale ten nadal jest zajęty przeprowadzką. Jedziemy więc do znanego nam hoteliku, gdzie dostajemy ten sam pokój.


Wieczór (mimo, że umówiliśmy się z Danym, ale ten podobno zasnął i nie przyjechał) spędziliśmy w chińskiej dzielnicy. Miasto jest pięknie oświetlone. I nawet w „rogu jedzeniowym”, czyli punkcie z tanim jedzeniem mają wi-fi.
7 maja, sobota
Zjechaliśmy z wysp, bo umówiliśmy się z Danym na weekend. Ale okazało się, że kupił nowy dom i się przeprowadza. No więc jedziemy od razu do Malaki.
Malakę założyli Hindusi, potem przejęli ją Chińczycy, potem wyznawcy islamu i na końcu jeszcze po kolei portugalscy żeglarze, Holendrzy i Brytyjczycy. Malaka jest zlepkiem tych wszystkich kultur i społeczności do dnia dzisiejszego. Zupełnie niesamowita mieszanka, gdzie w chińskiej restauracji obsługują muzułmanie, hindusi, Chińczycy…


W centrum miasta na wzgórzu stoją ruiny kościoła Sw. Pawła, ze wzgórza rozpościera się wspaniała panorama na Ocean Indyjski, olbrzymią replikę łodzi Magellana, rzekę i miasto. Głównym punktem miasta jest wieża zegarowa obok miniaturowego parku z fontanną i niewielkim kościołem.

Dalej za rzeką leży hinduska dzielnica z domami w ciemnoczerwonym kolorze, jeszcze dalej najstarsza część miasta- Chinatown. Tutaj znajdują się najtańsze hotele. Ale w weekend ceny sa zazwyczaj wyższe. Ulice tej dzielnicy mają 600-700 lat, są wąskie i niewielkie- ale maja swój niepowtarzalny urok i klimat. Lampiony, malowane smoki, latawce, przydomowe ołtarzyki, niewielkie mieszkania na piętrze...
Świątynie buddyjskie, pagody, meczety- kadzidełka, stukania dzwonków, monotonne zawodzenie mnicha buddyjskiego i nawoływanie imama. I wszystko obok siebie od wieków w zgodzie i symbiozie. Malakka to miasto wielu religii, wielu narodów i nacji.


W sobotę miasto pełne jest turystów. Jest głośno i elegancko. Zakładam więc najlepszą kieckę, buty na obcasie i ruszamy na zwiedzanie. Melaka objęta jest ochroną UNESCO i słynie z pozostawionego przez holenderskich kolonistów ratusza i kościoła, oraz ze wspaniale zachowanego Chinatown, z najstarsza w Malezji chińską świątynią. Budowle holenderskie, mimo swej wartości historycznej, nie robią już na nas wrażenia. Postanawiamy zobaczyć nabrzeże – przesympatyczne i statek Magellana. Przypadkiem trafiamy do Muzeum Służb Celnych. Ekspozycja jest niesamowita. Pokazuje nie tylko mundury, sprzęt i historię służb, ale także skonfiskowane na przestrzeni wielu lat towary – z opisem, dlaczego ich przewóz był nielegalny.
Są tu więc wyprawione zwierzęta, ich rogi i skóry – to oczywiste. Są kawałki rafy, muszle itp. – to wiemy: wywóz jest nielegalny. Są motory itp., za które nie zapłacono cła, albo właściciel nie miał wszystkich dokumentów. Podziwiamy przepiękne noże i broń białą – oczywiście są to przedmioty niebezpieczne. Są też butelki z alkoholem – niektóre piękne, ozdobne albo olbrzymie. Rozumiem, Krak muzułmański, alkohol jest zabroniony. Ale są też przepiękne etniczne rzeźby, owinięte półprzeźroczystymi chustami – okazuje się, że uznano je za obsceniczne! A obok wiszą obrania: T-shirty pamiątkowe, kostiumy z nadrukami – skonfiskowano je, bo z Malezji nie można wywozić niczego, co ma na sobie frazy ze świętego Koranu. Bardzo ciekawe muzeum.


Potem idziemy zobaczyć statek Magellana. Tak jak krzyż Magellana w Cebu City – lipa! Rekonstrukcja. Ale fotki fajne można zrobić. Zwiedza się ekspozycję boso.


Obok jest muzeum czyjegoś imienia, prezentujące zbiory o tematyce marynistycznej, podwodnego świata, łodzi itp. Także w kształcie wnętrza łodzi.


Wypatrzyliśmy także „okręt wojenny”. To już następne muzeum, po drugiej stronie ulicy. Poświęcone służbom mundurowym – wojsku i policji. Pospiesznie zwiedzamy ekspozycję wewnątrz – mundury (także te w wersjach dla różnych religii, z toczkami, z chustami, turbanami) z kilku epok, odznaczenia, pamiątki, dyplomy, zdjęcia. Moja uwagę przykuwa oldscoolowy sprzęt nurkowy.
Teraz park maszynowy na zewnątrz. Wspinamy się na różne konstrukcje, fotografujemy się z działkami, na pokładzie łodzi patrolowej. Zgadnijcie kto marudzi, że nie można zejść do maszynowni.


Co tydzień w piątek i sobotę w Chinatown organizowany jest nocny market. Sprzedawcy rozstawiają swoje kramy, na których można kupić chyba wszystko, w szczególności mnóstwo bardzo nieprzydatnych do niczego przedmiotów. Spacerujemy wśród straganów do późna w nocy, kosztując różnych tradycyjnych specjałów. Chińskie pyszności w postaci małych „pierożków” wszystkich smaków, desery lodowe, ziemniaczane chipsy na patyku…