18 kwietnia, poniedziałek
Wyspa Bohol jest tropikalnym rajem z zatoczkami i pięknymi białymi piaszczystymi plażami. Można tutaj znaleźć najlepsze miejsca do nurkowania. Płytkie wody i koralowe ogrody tworzą duże zróżnicowanie. Jednak główną atrakcją są strome ściany z jaskiniami i licznymi nawisami. Świat podwodny przyciąga swoim bogactwem. Koralowce, gorgonie, miękkie korale, skrzydlice oraz w niektórych okresach można tu spotkać przedstawicieli gatunków wielkich ryb. Nurkowanie na tej wyspie dostarczy na pewno niezapomnianych przeżyć gdyż nie wystąpiło w tym rejonie blaknięcie korali. Można tutaj nurkować przez cały rok, lecz najlepszym okresem jest czas od listopada do maja. Egzotyczny klimat, różnorodność atrakcji i wspaniałe miejsce do nurkowania to właśnie wyspa Bohol. Miejsce godne zobaczenia ze względu na swoje liczne walory krajobrazowe jak i atrakcje turystyczne. Piaszczyste plaże, rafy koralowe, bogaty podwodny świat to na pewno argumenty świadczące o niezwykłości tego miejsca.
Przeczytałam, zauroczyłam się opisem i ruszyliśmy na Cabilao. Wybór padł oczywiście na nurkowisko mało uczęszczane, polecane przez krewnych i znajomych królika.
Nurkowanie tutaj wśród pięknych koralowych ogrodów w płytkich wodach jest bardzo zróżnicowane. Jednak główną atrakcją są strome ściany z jaskiniami i nawisami. Podwodny świat wokół Bohol jest w znakomitym stanie i ma wiele do zaoferowania.
Jedziemy najpierw autobusem lokalnym – czy to jeszcze mieści się w kategorii „autobus”? Każdym razie obejmuje go kategoria „komunikacja publiczna”. Widnieje na zdjęciach z dni poprzednich, bo tym razem był taki tłok ze wewnątrz zdjęcia nie udało mi się zrobić. Potem płyniemy łodzią na wyspę. Nie wiemy dokąd chcemy dokładnie, ale mamy szczęście i trafiamy dokładnie na plażę z wcześniej upatrzoną przez nas szkołą nurkową. Wyglada bardzo profesjonalnie.
Problem zaczyna się przy haśle „zakwaterowanie”. Dowiadujemy się, że na wyspie są tylko trzy resorty (zwyczajnych domów wczasowych, hoteli czy innych takich na Filipinach nie ma prawie wcale, a tu z pewnością) a we wszystkich ceny około 2 500 peso (ok. 165 zł) z pokój. Panuje tu jakaś zmowa cenowa, bo choć oferują w cenie śniadanie to nie zawsze gwarantują że prąd będzie przez cała dobę. A tu się nie da wytrzymać w nocy bez wiatraka, a najlepiej klimatyzacji. Jestem przeciwniczka klimatyzacji, ale przy tych temperaturach nie sposób nie cieszyć się na jej widok.
Zapada zmrok i kończą nam się opcje negocjacyjne. Uciec z wyspy już nie możemy, zresztą dokąd? Hamaków nie rozwiesimy tak po prostu, bo przyroda tu dzika i wdziera się „drzwiami i oknami”, więc warto takowe posiadać. Ostatecznie udaje nam się wynegocjować ‘domek Stefana” za 2 000 peso ze śniadaniem. Domek jest luksusowy, prywatny (właściciel jest właśnie w stolicy), dwupiętrowy z tarasem i tylko dla nas. Pocieszamy się, że odrobina luksusu nam się czasem należy, a w cenie mamy jeszcze śniadanie.
skąd się wzięłam?
- mac
- Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...
Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.
Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.
اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocleg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocleg. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 maja 2011
piątek, 1 kwietnia 2011
18 marca, piątek
Wieczorem dnia poprzedniego wsiedliśmy w autobus klasy sleeper do Laosu. Naczytałam się strasznych historii o podróży takim autobusem: ludzie piszą o tym jak często się psują i są naprawiane w pustkowiu, przez kilka godzin. Albo o strasznej trasie – kręto i stromo a widoki z lekka przerażające. No i jeszcze o wymuszeniach łapówek na granicy, wprowadzonych dodatkowych „opłatach” itp. I co? Z jednej strony nie taki diabeł straszny jak go malują. W autobusie jest toaleta i w przeciwieństwie do tych europejskich działa i jest dostępna. Chociaż bywa, że śmierdzi w całym autobusie. I w drodze do niej pokotem leżą ludzie – trzeba się wspinać po relingach. Ale jest kilka telewizorów i klimatyzacja.

Ale z drugiej strony te udogodnienia są największa wada tego autobusu. Z klimatyzacji wieje tak, ze na górnych pryczach ludzie śpią pod kocami w polarach i czapkach zimowych. W telewizorkach najczęściej prezentowane są koncerty patriotyczne – te są całkiem fajne (panie w pięknych strojach, wspaniała scenografia, ładne piosenki), ale częściej filmy po wietnamsku (żenada), kabarety (oczywiście po wietnamsku, ale w porównaniu z laotańskimi to cos się tam jeszcze dzieje) albo – o zgrozo! – kiczowate teledyski wrażliwością estetyczną zbliżone do naszego disco – polo. Najgorsze jednak dzieje się wówczas, gdy wyłączają telewizory. Wówczas z głośnika – około 10 centymetrów nad moją głową – zaczyna napier…ć muzyka! Na pełny regulator! Po wietnamsku! A po wietnamsku znaczy, że im więcej drżących (czytaj; świdrujących mózg i każdą komórkę twojego ciała) „M” i „N” oraz „ejn”, „łąkczitong” i wszelkiej maści „ągąg” tym lepiej. Tego to ja już wytrzymać nie mogłam! Wyszłam z siebie, stanęłam obok i o trzeciej nad ranem poczłapałam (tzn wisząc na rękach nad głowami śpiących w przejściu ludzi) do kierowcy z prośbą, żeby przyciszył. Powiedział „ok.”, odesłał mnie na miejsce i nic nie zrobił. I tak jeszcze dwa razy. Później zrozumiałam – nie mają możliwości przełączenia tylko na kabinę kierowcy, więc muzyka musi napierd…ć na cały autobus, żeby kierowca nie zasnął. Nie zasnął. Ja zresztą też nie.

A w autobusie wbrew wcześniejszym zapewnieniom spędziliśmy czas do późnego popołudnia. Wokół lało jak z cebra, więc poza przejściem granicznym opuszczaliśmy autobus niechętnie (toaleta w środku a na jedzenie i ta nie mieliśmy miejscowej waluty – raz udało nam się kupić ryż z warzywami za dolary).
Można było próbować spać. Albo czytać. Ale wówczas szybko dopadała człowieka choroba lokomocyjna. W sam raz na podstawowe informacje. Laos należy do najsłabiej rozwiniętych i najbiedniejszych krajów Azji. Tylko mała część 6 milionowej populacji mieszka w nielicznych i niewielkich miastach, reszta żyje w prostych (ale często malowniczych) wioskach i zajmuje się głównie uprawą ryżu.
Z informacji praktycznych – ceny bardzo podskoczyły. Miał to być dla nas kraj wymarzony na odpoczynek w rustykalnej atmosferze. Niestety okazało się straszliwie drogo, komercyjnie i turystycznie. A może tylko źle się do Laosu nastawiłam po pierwszym noclegu w stolicy. Bo około północy okazało się,, że pokój jest zarobaczony. Hotelik był już zamknięty i nawet nie można było wyjść by poszukać innego noclegu (dobrze, że nie wybuchł pożar!). Prawie nie zmrużyłam oka a i tak zostałam pogryziona przez jakieś zdradzieckie k…stwo. Nawet boję się zapytać co to było i co mogło przenosić. Od tego dnia mam nowy nawyk przy wybieraniu pokoju – dokładnie oglądam poduszki.
Wieczorem dnia poprzedniego wsiedliśmy w autobus klasy sleeper do Laosu. Naczytałam się strasznych historii o podróży takim autobusem: ludzie piszą o tym jak często się psują i są naprawiane w pustkowiu, przez kilka godzin. Albo o strasznej trasie – kręto i stromo a widoki z lekka przerażające. No i jeszcze o wymuszeniach łapówek na granicy, wprowadzonych dodatkowych „opłatach” itp. I co? Z jednej strony nie taki diabeł straszny jak go malują. W autobusie jest toaleta i w przeciwieństwie do tych europejskich działa i jest dostępna. Chociaż bywa, że śmierdzi w całym autobusie. I w drodze do niej pokotem leżą ludzie – trzeba się wspinać po relingach. Ale jest kilka telewizorów i klimatyzacja.
Ale z drugiej strony te udogodnienia są największa wada tego autobusu. Z klimatyzacji wieje tak, ze na górnych pryczach ludzie śpią pod kocami w polarach i czapkach zimowych. W telewizorkach najczęściej prezentowane są koncerty patriotyczne – te są całkiem fajne (panie w pięknych strojach, wspaniała scenografia, ładne piosenki), ale częściej filmy po wietnamsku (żenada), kabarety (oczywiście po wietnamsku, ale w porównaniu z laotańskimi to cos się tam jeszcze dzieje) albo – o zgrozo! – kiczowate teledyski wrażliwością estetyczną zbliżone do naszego disco – polo. Najgorsze jednak dzieje się wówczas, gdy wyłączają telewizory. Wówczas z głośnika – około 10 centymetrów nad moją głową – zaczyna napier…ć muzyka! Na pełny regulator! Po wietnamsku! A po wietnamsku znaczy, że im więcej drżących (czytaj; świdrujących mózg i każdą komórkę twojego ciała) „M” i „N” oraz „ejn”, „łąkczitong” i wszelkiej maści „ągąg” tym lepiej. Tego to ja już wytrzymać nie mogłam! Wyszłam z siebie, stanęłam obok i o trzeciej nad ranem poczłapałam (tzn wisząc na rękach nad głowami śpiących w przejściu ludzi) do kierowcy z prośbą, żeby przyciszył. Powiedział „ok.”, odesłał mnie na miejsce i nic nie zrobił. I tak jeszcze dwa razy. Później zrozumiałam – nie mają możliwości przełączenia tylko na kabinę kierowcy, więc muzyka musi napierd…ć na cały autobus, żeby kierowca nie zasnął. Nie zasnął. Ja zresztą też nie.
A w autobusie wbrew wcześniejszym zapewnieniom spędziliśmy czas do późnego popołudnia. Wokół lało jak z cebra, więc poza przejściem granicznym opuszczaliśmy autobus niechętnie (toaleta w środku a na jedzenie i ta nie mieliśmy miejscowej waluty – raz udało nam się kupić ryż z warzywami za dolary).
Można było próbować spać. Albo czytać. Ale wówczas szybko dopadała człowieka choroba lokomocyjna. W sam raz na podstawowe informacje. Laos należy do najsłabiej rozwiniętych i najbiedniejszych krajów Azji. Tylko mała część 6 milionowej populacji mieszka w nielicznych i niewielkich miastach, reszta żyje w prostych (ale często malowniczych) wioskach i zajmuje się głównie uprawą ryżu.
Z informacji praktycznych – ceny bardzo podskoczyły. Miał to być dla nas kraj wymarzony na odpoczynek w rustykalnej atmosferze. Niestety okazało się straszliwie drogo, komercyjnie i turystycznie. A może tylko źle się do Laosu nastawiłam po pierwszym noclegu w stolicy. Bo około północy okazało się,, że pokój jest zarobaczony. Hotelik był już zamknięty i nawet nie można było wyjść by poszukać innego noclegu (dobrze, że nie wybuchł pożar!). Prawie nie zmrużyłam oka a i tak zostałam pogryziona przez jakieś zdradzieckie k…stwo. Nawet boję się zapytać co to było i co mogło przenosić. Od tego dnia mam nowy nawyk przy wybieraniu pokoju – dokładnie oglądam poduszki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)