skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

wtorek, 13 lipca 2010


11 lipca, Niedziela
Czymże jest szczęście? Od tysięcy lat filozofowie, duchowni, przywódcy narodów łamią sobie głowy nad odpowiedziami na pytanie czym jest szczęście? A i tak każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam, by być szczęśliwym po swojemu. Mieć swoje miejsce na ziemi, zasadzić drzewo, Freestyle…możliwości jest wiele. Więc może – skoro to jednak filozofia – jest to kwestia umiejętnie postawionego pytania. Moja praca dowodzi, że pytania są bardzo ważne. Zasadnicze.
Dziś obudziłam się z myślą, że wyruszając w Drogę, nie byłam przekonana co do tego, czy chce z niej wrócić. Znaczy do Przemyśla. I to chyba z łatwością wyczuwali moi przyjaciele. Kilkakrotnie słyszałam „Ty już nie wrócisz” i inne takie. Nie wiem gdzie chce osiąść. Czy chce osiąść gdzieś na stałe. I obudziłam się z pytaniem czy to dobrze, czy źle. Ale to chyba niewłaściwie sformułowane pytanie. Czy chcę wrócić? Ale przecież już dawno Andrzej powiedział: „Madzia w Przemyślu przepakowuje plecak i wraca w góry”. A zatem co jest Drogą a co powrotem? Narazie nie wiem. Ale jestem pewna, że zaczynam odpowiednio formułować pytania, więc odpowiedź przyjdzie z czasem. Potrzeba tylko spokoju, inspiracji, spotkań. Wystarczy zanurzyć się w czasie linearnym. Jakże to trudne dla westmana nie śpieszyć się donikąd. Dać się złapać w niespiesznie płynący czas, niczym mucha w pajęczynę. Mieć czas a nie zegarek. Otworzyć szeroko oczy, uaktywnić wszystkie zmysły i przeżywać, chłonąć. Jak mawiamy w języku hamburgerów: ładować akumulatory. (No właśnie, akurat zdechł nam akumulator bo przesadziliśmy z prądnicą i sprowadziliśmy policję, by nas poratowała. Miejscowi są bardzo przyjaźni i pomocni, a policja w Azji to coś zupełnie innego, niż u nas. Tu policjant jest pierwszą osobą, do której zwracasz się, gdy masz problem. Policja wie o wszystkim, wszystkiemu potrafi zaradzić. Kiedyś w Gruzji bywali naszą informacją turystyczną, przechowalnia bagażu, hotelem i klubem nocnym, organizowali nam transporty w górach, przewodników i ochroniarzy. Nie twierdzę, że się porozumiewaliśmy w jakimś konkretnym języku – choć czasem po rosyjsku – ale się rozumieliśmy. Więc tym razem też nam pomogą.)

Oczywiście stanęli na wysokości zadania. Nie chcieli przyjąć nic w zamian, nawet na lemoniadę nie dali się zaprosić. Popływaliśmy rzece, zjedliśmy śniadanie (ja zażyczyłam sobie dzisiaj budyń czekoladowy) i ruszyliśmy w drogę.
Jechaliśmy wśród rozpalonych anatolijskich wzgórz. Delikatne ich łuki przywodziły na myśl kształty kobiece, gdy – jak pisał Tetmajer – w miłosnym zamiera uścisku. Przybierały barwę spalonej pustyni, niczym kobiety gorącej jeszcze miłosnymi uniesieniami, czasem pawiookich śladów po resztkach makijażu. Zastanawiające skojarzenia – stwierdzili chłopcy. Cóż, sensualność doznań wpływa zapewne także na obrazowanie. Bo w tym klimacie staję się jak ameba – ona pochłania wodę i z niej w większości się składa; ja chłonę doznania. Wszystkimi zmysłami. Ciepły wiatr na policzku, słoneczne promienie bezwstydnie pieszczące me ciało, feria zapachów, których pochodnia opisać nie umiem i odgłosy egzotycznej – dla nas – przyrody. To sprawia, że świat łato przychodzi odbierać zmysłami a skojarzenia stają się bardziej cielesne. Namiętność zdaje się budzić z odrętwienia przepracowania, niczym nasze niedźwiedzie z zimowego snu, jeszcze bardziej wygłodniała i buzuje pod cienką skórą, gotuje się, wrze.. A świat postrzegany zmysłami wydaje się być jeszcze pełniejszy, bardziej kolorowy i różnorodny. Pełniejszy. I dobrze.
Kemaliye
Siedzę sobie na jakiejś łajbie przycumowanej do brzegu, o niemożliwej do zapamiętania nazwie, rzece. Przecięła ona anatolijskie przestrzenie, przez miliony lat żłobiąc wśród gór nieziemski wąwóz. I właśnie tu, w Kemaliye jest jedyne miejsce, gdzie ten wąwóz rozszerza się na tyle, by mogli tu zamieszkać ludzie, 2 250 osób. Spora część z nich bawi się dziś na weselach. Bo dziś sobota, więc spokój miasteczka zakłóciły przejeżdżające kolumny weselników, a teraz ze wszą dobiegają odgłosy lokalnej muzyki, które woda niesie daleko…Woda odbija też rzadkie tu światła, więc miasteczko, niczym rozgwieżdżone niebo, przegląda się w rzece. Czas zatrzymał się w miejscu. Takie wrażenie odnosi człowiek cywilizacji zachodu. Jak mówią ludzie Azji – my mamy zegarki, a oni maja czas. Bo mają czas linearny. To oznacza, że celebrują każdą chwilę, delektują się nią. Nie szukają uproszczeń, postępu cywilizacyjnego. Żyją tak, jakby chcieli zatrzymać czas póki jest dobrze. Bo każda następna epoka będzie oznaczała więcej cierpień. Zatem teraz maja czas na to, co ważne: na rodzinę, spotkania z przyjaciółmi, długie rozmowy, sjestę. Wydaje się, że się nie spieszą. Wydaje się, że są szczęśliwi. A czy my, ludzie cywilizacji zachodniej, możemy to samo powiedzieć o sobie? By mamy czas dla rodziny, przyjaciół? Czy trudność nam sprawia znalezienie chwili, by zastanowić się nad swoim życiem? Czy jesteśmy szczęśliwi? Albo czy choć wiemy co nam to szczęście da?
Ja jestem szczęśliwa w Drodze. Droga jest wszystkim. Istnieję dla niej i inaczej już nie będzie. Rozumiem, że różnie się tu od większości moich Przyjaciół i znajomych. Ale to dobrze. Bez Nich w tę Drogę bym nie wyruszyła. Dlatego ze wzruszeniem myślę o ;Asi, której zawdzięczam nocne telefony o treści „wiem, że musisz jechać, jest Ci to potrzebne” a teraz smsy „brakuje mi Ciebie”; o Gosi, Wioli i Urszuli, które obdarowały mnie aniołami na drogę oraz Eli, Joli i Sylwii, które bardziej wierzą w słonie; o Halince i Krzysiu, od których dostałam świetną karimatę, na której dziś będę spała po raz pierwszy; o Adamie, który wyposażył mnie w co tylko można, nie zważając na swoje przysłowiowe poznańskie skąpstwo. No i oczywiście Basi, mojej Boskiej Auguście, za słowa „Dziunia, Alle jak Ci będzie źle, to wracaj”. Wy wszyscy, którzy martwicie się o mnie, przekazujecie mi dobre i złe wieści – jesteście teraz ze mną. I dzięki Wam wiem, że ta Droga ma sens, bo mam do czego wracać. Mam Was! :*

mapa mojej podrozy -aplikacja travel brain na fecebooku

piątek, 9 lipca 2010

Nemrut


Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie i rekordowo wcześnie, bo już o 8:24 wyruszyliśmy do Nemrut. Droga okazała się pięknie wijącą się trasą górską o niemałym stopniu trudności. Jechaliśmy więc te 53 kilometry niemal dwie godziny. Podjazd do stanowiska archeologicznego okazała się odcinkiem specjalnym, który pokonywaliśmy na biegach terenowych naszego nissana. Niestety nie udało nam się przekonać strażników do uwzględnienia naszych zniżek, więc wstęp wyniósł jakieś 13 zl. Podobnie jak piramidy – nie sposób tego zwiedzić bez własnego samochodu. Za budką poboru opłat zaczynał się ostry podjazd. Trasa pięknie widokowa, prowadziła kilkukilometrowymi serpentynami do stanowisk archeologicznych. Spodziewałam się, wnioskując ze zdjęć, że Nemrut to stanowisko rozległe a pozostałości archeologicznych jest mnóstwo. Po raz kolejny jednak o moich oczekiwaniach zadecydował marketing speców od promocji miejsc UNESCOwych. Głów możnowładców znajduje się tam tylko kilka. Wprawdzie Bartek opowiedział sporo o dokonaniach miejscowego królestwa z okresu hellenistycznego, jednak na liście naszych „dziesiątek” się to miejsce nie znajdzie na pewno. Ja daję cztery punkty. To, co spodobało mi się najbardziej, to widoki. Wokół roztaczała się cudowna panorama dzikich, niedostępnych gór otoczonych tajemniczą mgłą. Jakby czas zatrzymał się w miejscu. Pod tym idealnie bezchmurnym niebem kolejne pokolenia budowały swoje domostwa, tworzyły cywilizacje, walczyły, kochały się i odchodziły, starając się zostawić po sobie jakiś niezniszczalny ślad. Niektórym się to nawet udało i oto teraz my pokonujemy tysiące kilometrów oraz swoją europocentryczną orientację, by dotknąć tych miejsc. Z podziwem i szacunkiem przyglądamy się wytworom ich rąk. I wtedy przychodzą Turcy. Kolejne grupy bez żenady przeskakują przez okalające stanowiska łańcuchy, wdrapują się na bezcenne rzeźby profanując ich spokój i sacrum pozowaniem do „naszoklasowych” lanserskich fotek.

czwartek, 8 lipca 2010

kolebka kultury europejskıej


Jak przystalo na ekipe antropologıczno - artystyczno - humanıstycznaş pojechalısmy nad Morze Srodzıemne. Planowalısmy rozmowy o xrodlacgh cywılızacjı europejskıejş czasıe lınearnym, hıstorıach Odysa... Tymczasem napotkanı Turcy nıe tylko nıe potrafılı nam odpowıedzıec na pytanıe czy bardzıej czuja sıe Europejczykamış czy Azjatamı ale nawet nıe znalı hıstorıı swojego narodu. Wystarczylo ım ze wıemy czym bylo Imperıum Osmanskıeş aşle gdy mowılam ze tak, ze Turcy Osmanscy czesto odwıedzalı moje mıastoş a potem zawsze musıelısmy je odbudowywac - nıe wıedzıelı o czym mowıe. Gdy opowıadalısmy o wzajemnym przenıkanıu sıe naszych cywılızacjış walkach ale ı zaczerpnıecıu z ıch kultury materıalnej (stroje, bron, a nawet kawa po bıtwıe pod Wıednıem) wykazywalı przyjazne, aczkolwıek bardzo pobıezne, zaınteresowanıe.
Nıemnıej jednak narod, ktory tworzy takıe autostrady (z taaaaka ınrfastruktura) ma zagwarantowany rozwoj gpspodarczy, ınwestycje, a UE nıe jest mu po prostu potrzebna.
Narod, ktory nıe tylko stawıa, ale ı wypelnıa takıe swıoatynıe - nıe utracı swej relıgıı, tradycjı, tozsamoscı.

wcıaz Turcja











Turcja jest krajem wıelkım ı wcıagajacym tylko dzıwna klawıature maja a nıgdzıe nıe mozna podpıac sıe ze ze swoım netbookıem
Z Istambulu pojechalısmy do Kapadocjı gdzıe zachwycily mnıe pıekne formacje skalneş wawozy ı koscıolkı w skalaach sprzed tydsıaca lat. w ktorych zachowaly sıe jeszcze freskı. Najczescıej bızantyjskıe. Po prostu rozkosz... Wprawdzıe Tom zartujeş ze to wszystko wykulı Turcy ıpostapılı zloslıwıe nıe robıac ınnego wejscıa dfo wawozuş wıec neı da sıe wejsc bez bıletu - ale naprawde zapıera dech w pıersıach...

niedziela, 4 lipca 2010

spacer po Istambule







Istamuł



Sobota, 3 lipca 2010

Przedpołudnie upłynęło nam na przepakowywaniu nissana patrola. Nie trzasnęliśmy niestety żadnej sesji foto, a byłoby co dokumentować. Bartek okazał Si znakomitym organizatorem oraz fascynatem swojego przyjaciela – Pawiego9nam jeszcze nie wolno używać tego imienia, przemawiać do auta ani się z nim spoufalać).

Po południu przespacerowałam się na europejską stronę Stambułu. To niesamowite, gdy mieszka się w Azji a na spacer czy w drodze do pracy zmienia się kontynent. Hihi

Tradycyjnie odwiedziłam swój ukochany Błękitny Meczet ale tym razem wyjątkowo większe wrażenie zrobił na mnie Nowy Meczet (w Istambule „nowy” oznacza, że jego budowę rozpoczęto dopiero w XVI wieku). Spacer zaułkami down town, urokliwymi parkami wśród Turków zapraszających na herbat urozmaicił mi Ali – pucybut, który uparł się wyczyścić moje buty typu „japonki” :D Turcja jednak jeszcze nie raz mnie zaskoczy…

Pod Hagia Sophia postanowiłam odpocząć i się posilić, ale gdy jadłam kukurydzę, podeszła do mnie mała dziewczynka i wyciągnęła rączkę. Dzieciom się nie odmawia, więc: smacznego! A mamusia zbierała datki.

Zachód słońca nad Bosforem… tu szkoda słów. Zdjęcia mówią wszystko.

sobota, 3 lipca 2010

u wrót Azji :D

Wieczorem 30 czerwca, wyściskana i pobłogosławiona, wyruszyłam w podróż. Bartek, ja i Pati - Nissan Patrol (nie wolno mi narazie zwracać się do niego po imieniu, ale wszystko jeszcze przed nami - mam na myśli auto oczywiście). hihi! W ciągu jednej nocy śmignęliśmy przez Ukrrainę i rano byliśmy w Suczawie - gdzie odpoczęliśmy kilka godzin. Nastepnej nocy przejechaliśmy przez Rumunię, w ciągu dnia koszmarnymi drogami przez Bułgarię i wieczorem 2 lipca dotarliśmy do Istambułu gdzie spotkaliśmy sie z Tomkiem. Dziś wielkie przepakowywanie, ustalanie planów. Jutro po głosowaniu ruszamy dalej. Pierwszy przystanek to Kapadocja :D

środa, 30 czerwca 2010

PRZYGODA ŻYCIA

Dziś zaczynam przygodę życia - wyprawę przez Azję Centralną, Południowo -Wschodnią i na kraniec mapy Jak Bóg da/Jak Boh da/Inszallach! Relacje na bieżąco tutaj :)

Egipt 2010

Jaka była ta podróż? Dokąd doprowadziła mnie ta droga?
Do mego wnętrza. Odnalazłam w sobie nowe pokłady… pasji, namiętności, życia. Nabrałam dystansu. Poznałam beduińska prostotę szczęśliwego życia. Przekonałam się jak niewiele człowiek potrzebuje i jak jednocześnie ważna jest nasza otwartość i szacunek dla tradycji, religii.
Egipt to kraj słońca. Słońce w ludzkich oczach i sercach. Kraj szlachetności, gościnności. Ale też powszechnej korupcji, bakszyszu i naciągactwa. Kraj, gdzie wszystko może być na sprzedaż, wszystko można kupić. Gdzie muzeum wygląda jak skład budowlany, a byle budowla jak muzeum. To także kraj ogromnej biedy i bogatych turystów. Krak szacunku oraz segregacji i dyskryminacji ze względu na płeć.
Egipt to magiczne miejsce, gdzie czułam się szczęśliwa. Dzięki odkryciu jak proste może być życie, jak naturalne są nasze potrzeby i łatwe ich zaspokojenie, żyłam w zgodzie ze sobą, ze swoją naturą. Z wszystkimi wokół.
Egipska namiętność życia, intensywność doznań… czerpią życie pełnymi garściami. Żyją tak jak jedzą; zachłannie, ciesząc się chwilą, smakując. Sięgają po to, czego pragną. Są przy tym niepoprawnymi optymistami.
Pomimo całego tego powszechnie znanego naciągactwa są honorowi i raz danego słowa dotrzymują z radością. Potrafią sprawić, że przybysz czuje się ich przyjacielem. Jak w beduińskim Marine Camp, gdzie przybywasz jako gość, a żyjesz jak przyjaciel.
To kraj, w którym dosłownie wszystko podlega negocjacji, bo każda usługa czy towar jest po prostu warta tyle, ile jesteś gotów za nią zapłacić. I jest to system, w którym płacąc, masz satysfakcję osiągniętej ceny.
Podróżowanie po Egipcie jest bajecznie proste. Ze względów organizacyjnych to zatem zapewne niezłe preludium do wędrówek po Afryce. Trzeba jednak wierzyć przeznaczeniu i dać się prowadzić przez los. Wierzyłam tam w zabobony, znaki, amulety. Wszyscy wierzyli. I one tam działały :D

wtorek, 29 czerwca 2010

Kirgizja 2008


Na chwilę obecną w Kirgistanie rozstrzyga się podział stref wpływów między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Ale kiedy byłam tam dwa lata temu, nie zauważyłam żadnych napięć. Może dlatego, że interesowały mnie przede wszystkim przepiękne, wysokie i bezkresne góry – oraz ludzie w tych górach żyjący.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

piękna Rumunia


I jeszcze kilka fotek z malowanych monastyrów, pięknych wschodów i zachodów słońca nad Morzem Czarnym i Dunajem…

góry Rumunii


W ciągu tego miesiąca, dzięki doskonałej organizacji w wykonaniu Jerzego, poznałam Rumunię – całą! Piękne są wybrzeża, plaże w okolicach Konstancy (np. w Mamai), urocza Delta Dunaju, cudowni Polacy w górskich polskich wioskach, ale najbardziej zachwyciły mnie oczywiście Góry. Zarówno Marmaroskie, jak i Fogarasze. No i nieziemskie Piatra Crajululi… Nie sposób tutaj opowiedzieć o wrażeniach, jakich dostarcza wędrówka po nich, dlatego obejrzyjcie zdjęcia z gór :D

Rumunia 2007





Od kilku lat jestem przekonana, przekonana że doskonałych kompanów do podróży można znaleźć przez Internet. To sprawia, że ludzie tacy jak ja – nie znajdujący towarzystwa na wyprawy w najbliższej okolicy – nie są skazani na półśrodki. Przy odrobinie rozsądku i spolegliwości metoda ta sprawdza się znakomicie. Nigdy jednak nie sprawdziła się tak fantastycznie jak wiosną 2008 roku, gdy to poznańska ekipa znalazła sobie mnie. Jerzy sprawdził mnie (biały wywiad?), przetestował i zaakceptował. I to wszystko bez wychodzenia z domu ;)
Gdy spotkaliśmy się na dworcu PKP w Przemyślu, pomyślałam: z kim ja jadę? Czy to oddział geriatryczny? Ale potem było już tylko… lepiej! Znający mnie wiedzą, że kursuję do Poznania (12 bitych godzin pociągiem) kilka razy do roku. To dlatego, że na spotkanie z moją poznańską ekipa rumuńską naprawdę warto! Kochani! Każda chwila z Wami jest niezapomniana, wino najmocniejsze, piwo najchłodniejsze a mamałyga naprawdę królewska! Spotykaliśmy się już także na nartach we Włoszech, w polskich górach a teraz… liczę na spotkanie w Himalajach :D

niedziela, 27 czerwca 2010




Góra Kazbek to nieczynny wulkan. Według mitu to do niego miał być przykuty Prometeusz za kradzież ognia bogom. Zresztą z ta górą związanych było wiele tabu dotyczących polowań i wspinania się na nią. Na wysokości 4 tys mnpm znajduje się jaskinia, która zgodnie z legenda zamieszkana była przez pustelnika, który chronił w niej wiele świętych przedmiotów np. żłobek Chrystusa czy namiot Abrahama. Ja spotkałam miejscowego przewodnika, który wchodzi na tę górę poza wprowadzaniem turystów także na każde swoje urodziny. W wieku lat 30 był na szczycie 30 razy…



Tam spotkałam ekipę filmową kręcącą reklamówkę sieci komórkowej. Oczywiście baaardzo miłych przewodników, alpinistów… i chłopaków, którzy próbowali czytać polski przewodnik po ich kraju :D Uczyli mnie tez przeskakiwać przez rzekę lodowcową, co do tej pory wydawało mi się szaleństwem. Kazbek… magiczna góra… moje pierwsze 3 000 mnpm; mój pierwszy lodowiec. Nazywa się Gergeti, zaczyna się tuz przed tymi symbolicznymi 3 tys i wznosi się prawie do szczytu. To sprawia, że góra wygląda zupełnie niesamowicie i jest tak charakterystyczna.






Gruzja to kraj górzysty. Z takimi szczytami jak mój ukochany Kazbek (5047). Najbardziej rozgwieżdżonym niebem na Tsminda Sameba, najpiękniejszymi widokami, najcudowniejszymi wschodami słońca i… najlepszymi polskimi imprezami 2 tys mnpm (przy hektolitrach gruzińskiego wina :D). Bo spotkałam tam najfantastyczniejszą polska wyprawę do Gruzji 2007 roku – trabantem! Serdecznie pozdrawiam! I jeszcze kilka innych polskich ekip… W każdym razie kilkudniowy zapas wina poszedł w kilka godzin. A ja – jak na jedyna kobietę w grupie przystało – zerwałam wszystkich o godzinie 5:13 i wygnałam w góry: na lodowiec! Niestety tylko Hubert dotrzymał mi towarzystwa.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

magiczna Gruzja


ŚWIAT JEST WIELKI, zbyt wielki, by móc go poznać. Więcej marzeń, niż czasu by je spełnić. Dlatego (podobnie jak Jacek Pałkiewicz, choć ani myślę się z nim zestawiać, bo to by było oczywiste świętokradztwo) nie wracam do miejsc, które już odwiedziłam. Nawet do krajów dużych i pięknych. Ale jest wyjątek. Pierwszym, i to maleńkim krajem, który mnie zupełnie zaczarował była Gruzja. Opowiadałam znajomym o nim tak intensywnie i z taka pasją, że teraz już i oni tam wracają… Dlaczego? To jedno z tych zaczarowanych miejsc, gdzie znajdujesz więcej szczęścia, niż możesz sobie wymarzyć, więcej niż potrafisz przeżyć. Gdzie Natura jest zachwycająca, ludzie ujmujący a tradycja… o zabytkach z XVI wieku mówi się: Taki nowy? Nie wart uwagi.
Przepiękna gruzińska legenda opowiada jak to Bóg tworzył świat. Najpiękniejsze miejsce na ziemi zostawił dla siebie. Zajęty praca tworzenia nie zauważył, ż przywędrowali tam Gruzini. Gdy się spostrzegł biesiadowali już w najlepsze. Dzielili się tym, co mieli, co mogła wydać ta surowa ziemia i śpiewali. Ale jak! Śpiewali cała duszą, z tak wielką radością życia, że Bóg z uśmiechem oddał im ten zakątek świata, przyznając, że tylko tacy jak oni – twardzi ludzie gór, mogą żyć w tak surowym klimacie. Powiecie, że legenda jak legenda. Ale wystarczy spotkać tych ludzi. Pobiesiadować z nimi. Biały ser, pomidory, cebula i oczywiście alkohol (temat na osobną opowieść). Usłyszeć jak śpiewa mężczyzna, który przeżył tydzień pod lawiną i odjęto mu język. Nie mówi, ale śpiewa! I te górskie wędrówki… Piesze, konne. Fantastyczni, otwarci ludzie, którzy zapraszali nas na posiłek a po cichu zwijali nasze obozowisko, gdyż prawo gościnności nie pozwala, by przybysze nocowali gdzie indziej jak w najlepszym pokoju. Czy nie ma zagrożeń? Owszem, są. Słyszałam strzały z karabinu maszynowego, wędrowałam pod czujna opieką policji i ograniczników, ale przestraszyłam się tylko raz. Gdy Jurij, po kilku godzinach znajomości, w czasie konnej przejażdżki zaprowadził mnie do cerkwi (pamiętajcie, że Gruzja to kolebka chrześcijaństwa w ortodoksyjnym, prawosławnym wydaniu, a Gruzini to bardzo religijni ludzie), poprosił mnie bym została w ich wioseczce już na zawsze i… się oświadczył!

ale za tydzień znowu ruszę do Gruzji...

GRUZJA 2007


środa, 16 czerwca 2010

Tureckie reminescencje

W czasie mojego pierwszego wyjazdu do Turcji poznałam wybrzeże Morza Marmara, luknęłam ledwie nad Morze Śródziemne. W czasie drugiego – zobaczyłam (przy czym zobaczyć nie oznacza poznać, przeżyć, ale wystarcza, by się zachwycić) wybrzeże Morza Czarnego. Pozostało jeszcze tyle pięknych miejsc… które planuję odkryć dla siebie już w tym roku. Co zatem jest takiego w Turcji, że wciąż tam wracam? Cóż, jest blisko :D i zawsze na trasie wiodącej na wschód – jeśli podróżujemy lądem. A Istambuł to znakomita stacja przesiadkowa, także jeśli podróżujemy autostopem.
Jeśli zatem chcecie być jednym z siedmiu milionów turystów odwiedzających każdego roku Turcję – uśmiechnijcie się. Biura podróży mają szeroką ofertę wyjazdów dla każdego. Bez problemu na miejscu wykupicie wycieczki w lokalnych biurach podróży za cenę bez porównania niższą niż w hotelu. Jeśli chcecie ruszyć „na własną rękę” – polecam wrzesień, dobry przewodnik i przeczytanie wszystkiego co dostępne na forach Travelbit, Bezdroża, Globtroter i in. Na bazę wypadową bardzo polecam Didymę. Koniecznie trzeba pojechać do Efezu, Bodrum, Pamukale i Hierapolis. By poczuć klimat Istambułu zarezerwujcie sobie co najmniej dwa-trzy dni. By zyskać szacunek Turków poćwiczcie przed wyjazdem sztukę targowania się :D
Przyznaję, że bardzo polubiłam Turków. Wprawdzie nie potrafię im zapomnieć rzezi na Ormianach, obawiam się ich ewentualnego wejścia do Unii Europejskiej, nie akceptuję miejsca kobiety w tym społeczeństwie, ale nie sposób oprzeć się ich sposobowi traktowania turystów, otwartości, uśmiechowi i poczuciu humoru. Szacunek wzbudza ich tradycja, kultura, obyczaje oraz umiejętność targowania się. Cóż, niejednego naciągnęli (np. moich kolegów na bilety donikąd), ale przy odrobinie ostrożności i otwartości kraj ten staje się bardzo przyjazny i łatwy do podróżowania. Urocze – jak to w krajach arabskich – jest to, że samotna kobieta jest obiektem nie tyle adorowanym, co otaczanym opieką.
a zatem HOS GELDINIZ! [WITAMY W TURCJI!]

poniedziałek, 14 czerwca 2010

feeria wspomnień z Turcji


spotkania z Orientem TURCJA


Fascynująca Turcja - kraj czterech mórz, spotkania z Orientem, egzotycznej kultury, tradycji i historii. Podróż tam jest wyprawą do źródeł cywilizacji europejskiej. Nazwy Troja, Efez, Konstantynopol wywołują skojarzenia z baśniami tysiąca i jednej nocy, opowieściami rodem z chrześcijańskiej Biblii i greckich mitów. Dla mnie Turcja to ekscytująca feeria barw, smaków, dźwięków…
Pierwszy raz pojechałam do Turcji w 2006 r. Skorzystałam z oferty Almaturu, który zagwarantował przejazdy, noclegi z wyżywieniem i propozycje miejsc wartych odwiedzenia. Myślę, że to zupełnie dobre rozwiązanie dla niedoświadczonych podróżników – jakim wówczas i ja byłam. Najważniejsze jednak, że Almatur zagwarantował zupełnie fantastycznych pilotów i rezydentów. Stanowili kopalnię wiedzy, wsparcie no i cierpliwie znosili moje pierwsze samodzielne próby podróżowania środkami transportu publicznego. Wśród osób, które nie ruszały się samodzielnie poza hotel, stanowiłam nieco drażniącą odmianę (obawiam się, że doprowadziłam mojego rezydenta do siwizny).

niedziela, 13 czerwca 2010

podróże całkiem bliskie EUROPA


Podróże… podróże…
W czasie studiów podróżowałam – początkowo z braku funduszy – po Polsce autostopem. Okazało się, że ten sposób podróżowania ma wiele zalet – spotkania z ciekawymi ludźmi, niespodzianki, niemożność planowania i konieczność bycia elastycznym. Zresztą potem (już po studiach) odkryłam jeszcze inne plusy jazdy „na stopa”: możliwość wygadania się. Szczególnie przydatne na wakacjach, gdy nauczycielowi brakuje słuchaczy. Z czasem stałam się specjalistką w podróżach autostopowych, wychowałam kilka pokoleń autostopowiczów, pobiłam kilka rekordów prędkości i jeden odległości (z Istambułu do Przemyśla).
Podróżowałam oczywiście tez korzystając z moich ukochanych pociągów, ale najczęściej wykorzystując do tego delegacje (harcerstwo często potrzebowało obecności mojej niezastąpionej osoby w Warszawie, w Tatrach czy na Mazurach).
Każde wakacje wykorzystywałam, by poszwędać się po górach. Nieocenionym towarzyszem podróży zawsze był mój młodszy brat. Taki brat jak Pestek to skarb. Zawsze można na takiego liczyć, dochowa każdej tajemnicy, we wszystkim pomoże. Dobrze mieć kogoś takiego, kto znając wszystkie Twoje słabości, idzie z Tobą w góry i cieszy się z Twojego towarzystwa. A jeszcze lepiej, gdy cierpliwie znosi głupie i nieodpowiedzialne zachowania np. jak wtedy, gdy wykorzystałam końcówkę wody (z dala od wszelkich źródeł) do umycia się, twierdząc, że jestem kobietą i po prostu mi się to należy.
Europa… na studiach i w kilka lat po ich ukończeniu poznałam to, co uznałam za ciekawe w Europie. I sporo miejsc, które po prostu miałam okazję zobaczyć. Wśród najciekawszych wymienić musze Cabo de Roca w Lizbonie – najbardziej na zachód wysunięty punkt Europy, gdzie niemal nie spadłam ze skały do morza. Podobało mi się kilka miejsc na Węgrzech, w Hiszpanii i Włoszech (szczególnie Neapol i Pompeje). W Chorwacji najpiękniejszy oczywiście Dubrownik. Ale magia chwili sprawia, że bardzo miło wspominam sylwestrowe noce na Placu Św. Piotra w Watykanie czy u stóp Alp w Genewie. A no i jeszcze europejska część Turcji! Ale to już temat na osobną opowieść…

czym jest dla mnie podróż


Podróże (nie wyjazdy turystyczne, ale podróże globtroterskie) mają to do siebie, że działają jak narkotyk. Dzięki nim czujesz się fantastycznie, doznajesz uniesień, jesteś szczęśliwy… ale uzależniasz się tak bardzo, że podporządkowujesz im całe swoje życie. Wszystkie moje pasje (spotkania i długie rozmowy z ludźmi, wspinaczka górska, jazda na rowerze, jazda konna, żeglarstwo, literatura, nauka ulubionych języków obcych a nawet kolczyki) podporządkowane są tavellingowi i ściśle się z nim łączą.
Podróż – jak zauważyła Anna Jackowska w swojej książce Kobieta na motocyklu jest nie tylko zmianą miejsca przebywania, ale i zmianą siebie. Z prawdziwej podróży nigdy się nie wraca – także w tym sensie, że wraca się już zupełnie odmienionym...