skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

czwartek, 12 sierpnia 2010



6 sierpnia, piątek cd.
Odebraliśmy plecaki z przechowalni bagażu, zjedliśmy regionalny obiad i pojechali na spotkanie z Nadżafem. Oczywiści piątkowy korek… propka po rosyjsku i jesteśmy spóźnieni. A nasz nowy przyjaciel bez żadnego bagażu, nawet saszetki czy reklamówki! I pyta: jedziemy taksówką czy autobusem? Ceny tu są po prostu zawrotne a myśleliśmy, że pojedziemy jego autem do jego rodziny w Lachicz. Tymczasem to było pierwsze z wielu zaskoczeń. Pojechaliśmy dwiema taksówkami (jedna kolektywna, czyli zbiorcza z jakimś chłopakiem) do jakiejś dużej miejscowości. Najlepiej po rosyjsku mówił kierowca, nasz znajomy mówił cos o przyjacielu a nic o rodzinie, a potem porosił, żebyśmy zapłacili, bo on ma tylko 100 dolarów. Chcąc nie chcąc wydaliśmy nasze ostatnie manaty. Wtedy przyjechał kolega – Syriusz. Odbierał swoją kobietę Elenarę i ich 12-letnią córkę, które także przyjechały taksówką z Baku. Mieliśmy wrażenie że zdziwił ich nasz widok. Byli jednak uprzejmi, zapakowali nas do terenówki toyoty i (po rajdzie w poszukiwaniu bankomatu –nieudanym zresztą) ruszyliśmy w góry. Gdy skończyła się droga i przy tablicy „zakaz wjazdu do parku narodowego” zwróciliśmy – zorientowaliśmy się, że kolega tez tu jeszcze nigdy nie był. Gdy słońce uroczo chowało się za horyzontem, zapytaliśmy się gdzie właściwie jesteśmy. Nie był to Lachicz. W żadnym wypadku. Ani nawet jego okolice. Ze to jakiś Perewoluk czy inna pipidówka. To się nazywa ZASKOCZENIE.
Potem była uroczysta kolacja na koszt naszych gospodarzy (następnego dnia poznaliśmy cenę:120 euro), namioty rozbite gratis przy ich domku (60 euro). Wraz z kolejnymi flaszkami wódki nasi nowi przyjaciele robili się coraz rozmowniejsi i sympatyczniejsi. Mieliśmy więc okazję przyjrzeć się klasie nowobogackich dorobkiewiczów, którzy z lekceważeniem traktują wszystkich nie prowadzących interesów. Sergiusz ma chyba ze trzy telefony komórkowe, których używa bardzo często i krótko. Wówczas przerywa najlepsza zabawę mówiąc groźnie: cisza, proszę! I nawet jego rozchichrana „żona” zamierała wówczas na chwilę. Dziwne to towarzystwo przyjechało w góry w bluzeczkach na ramiączkach, bez czegokolwiek cieplejszego a imprezę późno w nocy kończyło lodami (my gorącą herbatą).







7 sierpnia, sobota
Rano pojechaliśmy na zakupy. Nam udało się w końcu pobrać pieniądze z bankomatu, ale nie pozwolono nam płacić. Natomiast na bazarze urządziliśmy prawdziwe łowy z aparatem fotograficznym.
A po śniadaniu pojechaliśmy do Lachicz. Miało to być miasteczko ze średniowieczną zabudową wysoko w górach (jakieś 2 tys mnpm). Jednak dojazd do niego trwa w nieskończoność (drogi brak, bo i tak lawiny drogę zmiatają), a potem odpoczynek w cieniu drzew (znowu restauracja, szaszłyki, wódka…) W sumie dzień był uroczy choć ślamazarny a miasteczko jak miasteczko.
Natomiast wracaliśmy wieczorem do Izmaiłły. Nasz kierowca postanowił prowadzić. W zasadzie nie mieliśmy innego wyjścia jak pojechać z nim. I tu największe ZASKOCZENIE. Gdy na rogatkach miasta policjant wezwał go do zatrzymania się – uciekł! Mimowolnie staliśmy się uczestnikami szalonego rajdu po nieoświetlonych uliczkach miasta. Tego szoku nie sposób opisać. W każdym razie cieszę się, że Syriusz im umkną, bo zapewne my – jako obcokrajowcy – mielibyśmy największe problemy. Gdy zaprosiliśmy wszystkich na herbatę powiedziałam o swoich przeżyciach Elearze a ona na to „Zdążyłam się już przyzwyczaić. To nie pierwszy raz.” Pożegnaliśmy zatem naszych znajomych i postanowiliśmy samodzielnie znaleźć miejsce na nocleg. Nadżaf przestał mi się w końcu oświadczać i przyznał, że nie wie gdzie oni będą spać, bo im tez już skończyły się pieniądze. Doprawdy dziwne towarzystwo.


6 sierpnia, piątek
Nadszedł dzień naszego umówionego spotkania z Nadżafem. Postanowiliśmy zatem czas do obiadu przeznaczyć na zwiedzanie Baku. Mieliśmy nadzieję, że już nieco przywykliśmy do tego skwaru, ale następne godziny pokazały jak płonne były to nadzieje. Poruszanie się po tym rozpalonym mieście to żadna przyjemność. Na domiar złego w lecie większość mieszkańców wyjeżdża i zaczynają się remonty. Wygląda to tak, jakby budowano wszystko od początku.

O polskich architektach w Baku:
Polscy budowniczowie Baku, architekci polskiego pochodzenia, którzy na przełomie XIX i XX wieku kształtowali reprezentacyjne oblicze Baku, stolicy Azerbejdżanu. Za najważniejszych spośród nich uznaje się tzw. wielką trójkę, tj. Józefa Płoszkę, Kazimierza Skórewicza i Józefa Gosławskiego, i mówi o wybudowanym przez nich „polskim Baku”. Pojawienie się polskich architektów w Baku i ich późniejsza działalność w tym mieście to przede wszystkim echa tzw. gorączki naftowej, która wybuchła w stolicy Azerbejdżanu w 1872 roku po zniesieniu systemu dzierżawnego w przemyśle naftowym (carska reforma dała prywatnym właścicielom możliwość wykupu na własność – dotychczas jedynie dzierżawionych – roponośnych działek, a tym samym zwolniła ich z obowiązku płacenia gigantycznych podatków na rzecz dzierżawcy). Rewolucyjna reforma cara dała początek nowej erze w historii Baku – stała się impulsem do rozwoju przemysłu wydobywczego na szeroką skalę nie tylko w Azerbejdżanie, ale i w całej Rosji.
(…)
W II połowie XIX w. estetyka budynków stała się równie ważna, co ich funkcja użytkowa. Najbardziej czytelnym wyrazem nowych trendów był eklektyzm, który znane z przeszłości style łączył z reminiscencjami narodowymi i historycznymi. Wyznacznikiem architektonicznego piękna stała się dekoracyjność projektowanych budynków, sięganie do zachodnich stylów i umiejętne łączenie ich z tradycyjną orientalną ornamentyką. Najnowsze światowe tendencje przenikały do miasta lotem błyskawicy – w mieście wyrastały budynki będące mistrzowskimi odbiciami secesji czy palladianizmu. Baku stawało się miastem europejskim, nie wyrzekając się przy tym swej przynależności do świata Orientu, przez co architektura miasta zyskała własny, niepowtarzalny charakter. Ogromny wkład w ów proces wnieśli właśnie polscy architekci, szalenie utalentowani, pełni fantazji i rozmachu, doskonale orientujący się w najnowszych trendach i rozwiązaniach praktycznych, a przy tym pełni szacunku dla historii i tradycji miasta, w którym przyszło im pracować.


Państwo ma pieniądze z nafty i wie jak je wydać. Sprawia to jednak, że większość obiektów jest niedostępna, albo pozbawiona uroku. Miasto zatem nie zrobiło na nas większego wrażenia. Natomiast przepych i bogactwo są wręcz oszałamiające. Centrum handlowe na bulwarze nadmorskim, poza kosmicznymi cenami, ma nieocenioną klimatyzację, tłumy ochroniarzy i obsługi wszelkiej maści, zewnętrzne przeźroczyste windy, toalety, gdzie wszystko (nawet mydło) jest na fotokomórkę. Rujnuje to stereotypowe wyobrażenie o „dzikiej Azji” z jakim zegnali mnie niektórzy moi znajomi. Luksus, wielkie pieniądze i elegancja…
Mieliśmy się o tym przekonać jeszcze raz tego dnia wieczorem.

W necie przeczytałam o religii:
Zdecydowana większość mieszkańców Azerbejdżanu wyznaje islam, przy czym ok. 2/3 islam szyicki, zaś 1/3 sunnicki. Szyici mieszkają głównie na południu i wschodzie kraju, zaś sunnici na zachodzie i północy. Większość Azerów ma jednakże chłodny stosunek do religii: nie przestrzegają zasad szariatu (włącznie z zakazem spożywania wieprzowiny i picia alkoholu), nie odwiedzają meczetów, a nawet nie są w stanie określić czy są szyitami czy sunnitami (nie znają różnic między tymi dwoma zaciekle zwalczającymi się nurtami islamu). Nie jest to wyłącznie objaw dziedzictwa radzieckiego, proces sekularyzacji azerbejdżańskich elit rozpoczął się już bowiem już po podboju rosyjskim i był m.in. spowodowany dążeniem Azerów do jedności narodowej i pokoju wewnątrz społeczeństwa, wciągniętego przez wieki w wir nieustannych wojen szyicko-sunnickich. Najbardziej religijne są wioski na Półwyspie Apszerońskim (mieszkańcy Nardaranu domagali się nawet swego czasu wprowadzenia szariatu) oraz rejony przy granicy z Iranem; dość silne są tam wpływy irańskiego szyizmu, działają też irańscy misjonarze.
Gospodarce:
Azerbejdżan jest najbogatszym i najszybciej rozwijającym się państwem Kaukazu. Według danych Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w 2005 i 2006 r. PKB wzrósł tam o ok. 34%, co oznacza, iż azerbejdżańska gospodarka była najszybciej rozwijającą się gospodarką świata. Z kolei wzrost inwestycji w 2006 r. wyniósł 31,7% PKB.
Tak dynamiczny wzrost gospodarczy Azerbejdżan zawdzięcza wydobyciu surowców naturalnych, przede wszystkim ropy naftowej. „Czarne złoto” zaczęto wydobywać w Baku w drugiej połowie XIX w., zaś jednymi z pierwszych inwestorów byli bracia Noblowie. Pierwszy naftowy boom, który doprowadził do przekształcenia się Baku z prowincjonalnego miasteczka w jedną z najważniejszych metropolii Imperium Rosyjskiego zakończył się wraz z wybuchem rewolucji bolszewickiej. Po opanowaniu Zakaukazie przez Sowietów na 70 lat zawładnęli oni azerbejdżańską ropą nie dopuszczając tam zagranicznych inwestorów. Pod koniec czasów radzieckich infrastruktura wydobywcza nad Morzem Kaspijskim zaczęła się starzeć i wymagać poważnych nakładów finansowych.
Odzyskanie przez Azerbejdżan niepodległości w 1991 r. ponownie wzbudziło ogromne zainteresowanie zagranicznych inwestorów, złoża surowców energetycznych są tam bowiem wciąż bogate (potwierdzone złoża ropy naftowej w Azerbejdżanie wynoszą 7 mld baryłek, natomiast gazu ziemnego — 850 mld m3). W rezultacie zabiegów firm zachodnich w 1994 r. w Baku podpisano tzw. kontrakt stulecia między Azerbaijani International Oil Company (AIOC; konsorcjum kilkunastu koncernów zachodnich), rosyjskim przedsiębiorstwem Łukoil oraz władzami Azerbejdżanu. Przewidywał on wydobycie 511 mln ton ropy oraz 55 mld m3 gazu w ciągu 30 lat. Problemem był jednak transport ropy na Zachód, istniał wówczas bowiem jedyny rurociąg — biegnący z Baku do portu Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Poważną przeszkodą było również stanowisko Rosji, która nie chciała dopuścić do budowy rurociągów omijających jej terytorium. Ponad 10-letnie zabiegi koncernów oraz zachodnich rządów (głównie amerykańskiego) zaowocowały jednak najpierw budową ropociągu Baku-Supsa (o niewielkiej przepustowości), następnie zaś (w 2005 r.) Baku-Tbilisi-Ceyhan (z Azerbejdżanu na śródziemnomorskie wybrzeże Turcji). Ropa popłynęła BTC w 2006 r.; ma on obecnie przepustowość 50 mln ton ropy rocznie (nie jest póki co w pełni wykorzystywana), z możliwością zwiększenia do 70 mln.
W lipcu 2007 r. ruszył ponadto przesył gazu ziemnego gazociągiem Baku-Tbilisi-Erzurum (BTE) z Azerbejdżanu do Turcji przez terytorium Gruzji (do Gruzji gaz przesyłać zaczęto już w styczniu). Transportowany jest nim gaz wydobywany z położonego na kaspijskim szelfie złoża Szah-Deniz przez konsorcjum, w którego skład wchodzą m.in. British Petroleum, Statoil i azerbejdżański koncern państwowy SOCAR. Docelową przepustowość (6,6 mld m3 rocznie) BTE ma osiągnąć w 2009 r. Uruchomienie gazociągu oznaczało przełamanie monopolu rosyjskiego Gazpromu na tranzyt gazu wydobywanego w regionie kaspijskim na rynki europejskie.
Po uruchomieniu BTC wydobycie ropy naftowej w Azerbejdżanie gwałtownie wzrosło — z 454 tys. baryłek dziennie w 2005 r. do 653 tys. w roku następnym. Oznaczało to również wzrost wpływów do budżetu i przyrost PKB. Azerbejdżan jako jedyne państwo Kaukazu ma poza tym dodatni bilans handlowy (eksport w 2006 r. wyniósł 13 mld USD, natomiast import 5,2 mld).
Tak znaczące sukcesy gospodarcze nie oznaczają jednak, że Azerbejdżan nie boryka się z poważnymi problemami ekonomicznymi. Najtrudniejszym z nich jest niebezpieczeństwo tzw. choroby holenderskiej tzn. zbytniego uzależnienia gospodarki od wydobycia surowców, prowadzącego do niedorozwoju innych gałęzi ekonomiki. Syndromy tej choroby są dostrzegalne już dziś, wydobycie i przetwórstwo ropy naftowej stanowi bowiem aż 43% PKB, a ropa i gaz — 90% azerbejdżańskiego eksportu.


5 sierpnia, czwartek

Postanowiliśmy wypocząć na pięknej piaszczystej plaży azerskiej. Przewodnik Bezdroży okazał się jednak w tek kwestii zupełnie mylący. Na szczęście mieliśmy już na tyle doświadczenia, by o wszystko pytać lokersów. W autobusie poznaliśmy przesympatyczną Leilę (już teraz wiem, że to tajemnicze imię z Giaura Byrona oznacza noc), która przed tygodniem wróciła z rocznego stażu w Polsce. Znakomicie mówiła po rosyjsku, angielsku i… polsku! Została zatem naszą przewodniczką na ten dzień (ma do tego predyspozycje, namawialiśmy ją więc by została rezydentką jakiegoś polskiego biura podróży). Zabrała nas na przepiękną plaże w okolicach domu prezydenta Azerbejdżanu – dowiedziałam się o tym, gdy jakiś oficer wywiadu w kąpielówkach zwrócił mi uwagę, że na plaży nie wolno fotografować. Dogadaliśmy się jednak, że będę robiła zdjęcia „w druga stronę”. Nota bene, miedzy pałacem prezydenta a nasza rajską plażą znajdowało się regularne wysypisko śmieci, nazywane przez wszystkich po prostu dziką plażą.
Leżakowanie nigdy nie było moja mocna stroną. Do przedszkola nie chodziła i zapewne dlatego się tego nigdy nie nauczyłam. Mój dotychczasowy rekord na plaży to jakaś godzina, jeśli wliczyć w to rundkę po kasach firm wycieczkowych. Ale tym razem było zupełnie inaczej. Spędziliśmy na tej plaży całą dobę osiągając nirwanę słodkiego nieróbstwa. Rozleniwiliśmy się do tego stopnia, że planowaliśmy strategicznie każdy ruch, żeby się nie przemęczyć. Gdy Tomek rozpracowywał strategię wykonania kolejnej czynności, wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Odparł na to niewzruszony: nie trać cennej energii na śmiech. Na moją opinię, iż ten opis nie oddaje charakteru naszego lenistwa, Tomek zasugerował, że może powinnam po prostu pisać wolniej…
Skupiłam się zatem na obserwowaniu otoczenia. Na plaży nie było pojedynczych osób. Wszyscy przychodzili grupami: z rodziną lub przyjaciółmi. Zdarzyło się kilka osób wybitnie urodziwych i zadbanych, ale generalnie wśród kobiet dominowała nadwaga. Ludzie zdawali się jednak nie zwracać uwagi na swój wygląd i po prostu znakomicie się bawili. Wielopokoleniowe rodziny pluskały się razem w morzu, piknikowały, nastolatki się lansowały, mężczyźni się wgapiali. Na czym wiec polega różnica miedzy plaża w Azerbejdżanie i w Polsce? Poza kolosalna różnicą temperatur wody i powietrza (tam odpowiednio ok. 30˚C i 40˚C? Przede wszystkim nie następują niemal zupełnie interakcje miedzy nieznanymi sobie osobami, szczególnie płci przeciwnej. Nieznajomych się nie zagaduje, ani nie nagabuje. Dziewcząt się nie podrywa. Ale można się im przyglądać. A intensywność przypatrywania bywa tutaj doprawdy… organoleptyczna. Generalnie bowiem w krajach muzułmańskich mężczyzna patrzy na kobietę jak na obiekt… zakazany, zatem bardzo mocno pożądany. Jeśli nie chroni jej obecność męskiego członka rodziny, bywa – w zależności od kraju i lokalnych uwarunkowań – szturmowana dość intensywnie, a bywa, że i bezceremonialnie.

wtorek, 10 sierpnia 2010







4 sierpnia, środa
Pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami po interesującym śniadaniu i wróciliśmy do Baku. Mieliśmy w planie zwiedzanie starówki, ale Tomek źle się czuł i przez większość dnia dochodził do siebie w różnych chłodnych miejscach. Stare miasto zaś okazało się być… remontowane! W Baku remontuje się teraz dosłownie wszystko. Wszyscy powtarzają, że państwo jest bogate, bo po odzyskaniu niepodległości korzysta ze złóż ropy. Niektórzy dodają jednak, że bogaci to tylko 10% społeczeństwa – „wierchuszka” czyli ekipa rządząca. Jeden pan – z którym podróżowaliśmy na stopa – opowiedział nam nawet o protestach i aresztowaniu opozycji a Misza – inny autostopowy kierowca – na pytanie o wszechobecne podobizny byłego i obecnego prezydenta odparł wprost, że narodu nikt o zdanie nie pyta.
O zachodzie słonica odbyliśmy uroczy rejs statkiem. Z morza Baku wygląda rzeczywiście pienie – mam nadzieję, ze się ze mną zgodzicie.
Nasi towarzysze podróży, jak niemal wszyscy napotkani Azerowie, byli bardzo sympatyczni i ciekawi Polski. Niemal, bo wieczorem przekonaliśmy się co oznacza „słaba głowa” Azerów. Młodzi marynarze (tu wszyscy wydaja się być związani z morzem) bardzo chcieli się ze mną poznać, stali się natarczywi i niegrzeczni. Mój „kuzyn” był jednak stanowczy, dzięki czemu mój kobiecy honor został uszanowany (uratowany).

foto reportaż dżyzbyz







3 sierpnia, wtorek
Ci ludzie są szaleni! Absolutnie zwariowani na punkcie swojego morza. Okazuje się, że nie podróżują nie tylko dlatego, e pojęcie wakacji w naszym rozumieniu europejskim tu nie funkcjonuje, nie dlatego że nie mają pieniędzy, ale po prostu „morze ich nie puszcza”. No i to widać. Na plaży ludzie są 24r godziny na dobę. Prawda, że w ciągu dnia najwięcej. Ale są cały czas. Zaś przed świtem dowożą ich tam chyba specjalne autobusy! Młodzi, starzy, z psami, kocami, jedzeniem, albo tylko w dresach. Chodzą, biegają, ćwiczą.… Oczywiście przy okazji spać człowiekowi nie dają.
Zdiagnozowawszy naszą sytuację oraz tutejszy klimat uznaliśmy, że niewiele tu potrzebujemy. Zatem odwieziemy nasze gruzy do przechowalni bagażu a sami ruszymy na południe – do błotnych wulkanów w Quobustanie. Na drodze stanął nam jednak przemiły pan, który zaproponował nam podwiezienie do przystanku, a skończyło się na kilkugodzinnym pobycie na jego daczy w towarzystwie żony i syna, wspólnym patroszeniu ryb, kilkudaniowym śniadaniu, sesji foto i video, wycieczce po mieści i zestawie map w prezencie. Był tak miły, że aż meczący. Gruzini są jednak subtelniejsi.
W końcu ruszamy do wymarzonych wulkanów błotnych. Przewodnik głosi, że jest takich tylko kilka na świecie. W Qoubustanie jesteśmy umówieni z jednym z ratowników poznanych poprzedniego dnia, jednak nie możemy odnaleźć właściwej plaży. Taksówkarze za podwiezienie do muzeum, wulkanów i innych atrakcji żądają cen zupełnie niewygórowanych, ale my preferujemy autostop. W ten sposób docieramy do nieturystycznych wulkanów nad brzegiem Morza kaspijskiego (dwa kilometry piechotą przez pustynię). A tam czeka na nas niespodzianka. Gdy wahamy się co zrobić z tymi wulkanami, podjeżdża kamaz z ufoludkami! Okazuje się, że to Salam i jego rodzina po kąpieli w sąsiednich błotach. Uczą nas jak korzystać z tych dobrodziejstw natury, opowiadają o kolejnych wulkanach a potem na pace kamasza zabierają na przepiękna dzika plażę. Jeszcze zanim się domyliśmy z błota – byliśmy umówieni na wspólną biesiadę w domu Salama. Jak się później okazało, zaproszenie to pozwoliło na realizację wszystkich naszych azerskich marzeń i zaspokojenie wszystkich doraźnych potrzeb. A było to tak.…
Do Salama zjechała się rodzina z Baku - na wakacje. Zatem on tez zrobił sobie wolne, i świętowali. Pokazał nam więc jak przygotować tradycyjne potrawy, podawane tylko od święta. Instrukcja – fotoreportaż z przyrządzania obok. Oprowadził nas po swoim domu i opowiedział o jego budowie. Jego żona, ciotki i matka opowiedziały mi o sposobach kojarzenia małżeństw. Jego kuzyni próbowali upić Tomka (mnie umiarkowanie, bo kobiety jednak tradycyjnie nie piją mocnego alkoholu). Wytłumaczyli, że Azerbejdżan to kraj świecki, dlatego pije się alkohol (ale „głowy maja słabe”, jak się wielokrotnie jeszcze przekonamy). Na wieść o gościach zeszła się bliższa i dalsza rodzina, sąsiedzi i jak się domyślacie –było bardzo sympatycznie. My byliśmy ciekawi ich a oni nas. Panowała przy tym tak niezwykła serdeczność i prostolinijność, że zwiedziliśmy nawet kurnik – z radością. Następnie zostaliśmy nakarmieni (nie mam pojęcia jak to wszystko w siebie wpakowałam!), wykąpani i ułożeni do snu (w jednym pokoju, gdyż uparcie twierdzimy, że jesteśmy kuzynostwem).
Nie sposób opowiedzieć wszystkich wrażeń z tego wieczoru, ani przekazać wszystkiego, czego dowiedzieliśmy się o ludziach i kraju. Ciekawe były opowieści o tym jak matka – seniorka rodu wybierała żony dla swoich synów kierując się swoja sympatią. Oni podobno z radością się na te decyzje zgadzali. Żona Salama twierdziła, że wyszła za mąż z miłości, ale inne kobiety sprostowały, że pokochali się już po ślubie. Natomiast gdy zapytałam o przyszłość młodszego pokolenia – studentki, orzekły zgodnie, że ona chce wyjść za mąż wysłuchawszy głosu serca. Zadziwiające jak tradycja łączy się w tym kraju z postępem. Jak w telewizji – obok kanałów tradycyjnych, nowoczesność w lepszym i gorszym wydaniu.
Gagiem wieczoru była rozmowa o Internecie. Tłumaczyliśmy, że zdjęcia możemy wysłać na e-maila, że adresy mamy tylko internetowe, bo podróżujemy. Wówczas nasi gospodarze zaczęli nam tłumaczyć jak drogi jest Internet (kilkaset dolarów?!), by w końcu zapytać czy mamy intrnet ze sobą i z jakim monitorem – małym czy dużym :D

2 sierpnia, poniedziałek
Kilka kilometrów przed Baku czekało nas jeszcze wystawne i przepyszne śniadanie a potem długie pożegnania z naszymi tureckimi kierowcami. Zgodnie z instrukcja do miasta dostaliśmy się komunikacją publiczną. Tania i sprawna. Ale w kraju, gdzie benzyna jest trzykrotnie tańsze niż u nas, powinno być jeszcze taniej (ceny porównywalne z naszymi). Po odwiedzeniu ambasad turkmeńskiej i uzbeckiej, upewnieniu się co do cen w tym kraju (a szczególnie jego stolicy) oraz na bilety promowe do Turkmenbaszy postanowiliśmy zrezygnować z odwiedzenia „stanów”. Kawał pustyni czy stepu nie jest wart aż takich starań, zabiegów i pieniędzy. Zwiedzimy kraj i wrócimy do Turcji by tam wyrobić wizy irańskie w Trabzonie (ponoć w jeden dzień).
Olbrzymie miasto portowe Baku wywarło na nas wrażenie, jednak niekoniecznie zachwyciło. Raczej przytłoczyło rozmachem, przepychem, wszechobecnym remontem i oczywiście temperaturą! Pospiesznie udaliśmy się na plażę – publiczna Szikov. Ta, z woda o temperaturze 30 stopni, uprzejmymi ratownikami, policjantami itd. Itp. nas urzekła. Postanowiliśmy tam przenocować. Namiot okazał się niezłym schowkiem na bagaże – za gorąco jednak było, by w nim spać.
Nie obyło się oczywiście bez wieczornego zapoznawana się z lokalna obyczajowością. Poznaliśmy grupę marynarzy: kapitana statku i mechaników. Sprawa pierwsza to, że przyglądali mi się uważnie, ale nie nawiązali rozmowy. Nie wypadało im zwrócić się do kobiety. Dopiero gdy rozmawiali z Tomkiem a ja podeszłam, sytuacji była akceptowalna. Chętnie opowiadali o swojej pracy, rodzinach itp. Zaprosili nas na szaszłyki, my ich na piwo (straszne sikacze!). Gdy część poszła na zakupy jeden został ze mną na plaży, bym czuła się bezpiecznie. Jednak dziwne to było towarzystwo. Przygotowywałam nam noclegi a on dwa razy zapytał czy mi pomóc. Wieczór okazał się bardzo ciekawy: dzięki ich wypasionym telefonom komórkowym obejrzeliśmy filmiki i zdjęcia z morza a Nadżaf zaprosił nas na weekend w góry – okolice Lahicz. Nie dopytywaliśmy o szczegóły, sadząc że pojedziemy do jego rodziny. Jak bardzo się myliliśmy!

niedziela, 1 sierpnia 2010



1 sierpnia, niedziela

Rankiem stanęłam wobec konieczności spakowania się. Niestety sprawdziły się moje najgorsze obawy. Plecak był duży i ciężki. Trudno, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Gigi obiecał wywieźć nas na granicę miasta, więc tym się pocieszam. Tomek zaofiarował się nawet, że po niego pójdzie, żebyśmy nie dźwigali tego majdanu przez całe miasto. Ale okazało się, że Gigi śpi a rodzice nie chcą go obudzić. Uruchamiam więc stronę internetową dla autostopowiczów – akurat o wyjeździe w stronę Azerbejdżanu nie ma tam mowy. Czyżby nikt jeszcze nie próbował? Robi się ciekawie. Na wyczucie określam, że musimy pojechać w okolice dworca autobusowego. Przy naszej znajomości miasta i transportu publicznego to żaden problem. Atakowani przez rzesze taksówkarzy ustalamy właściwą trasę i kierujemy się w jej kierunku. Nagle drogę zajeżdża nam kamaz a kierowca pyta dokąd idziemy piechotą. Ładujemy plecaki na platformę i wywozi nas na właściwe skrzyżowanie. Kto mówił, że będzie trudno z łapaniem stopa? Tradycyjne wymiany adresów i obietnice, że przy następnej wizycie w Gruzji odwiedzimy naszego szofera, powtarzały się niemal za każdym razem. W ramach uprzyjemniania nam drogi do granicy jeden z kierowców zabrał nas jeszcze na wycieczkę po Rustavi. Tak zwanym „nowym” i „starym”(sprzed kilkudziesięciu lat). To chyba rzeczywiście najbrzydsze miasto w Gruzji – socrealistyczne bloki w środku stepu. Pomnika przedstawiającego konie uciekające z miasta już nie ma. Czy psy rzeczywiście szczekają tu miejscem, gdzie plecy tracą swoja szlachetną nazwę – nie udało nam się przekonać.
Szybko i sprawnie dotarliśmy do granicy, nazywanej Czerwonym Mostem. Naszym oczom najpierw ukazał się przepiękny terminal po azerskiej stronie, a zaraz potem, tłum zdenerwowanych i spoconych ludzi, nerwowo czekających na odprawę, w resztkach cienia. Terminal ma zostać oddany do użytku za miesiąc. To pierwsza z wielu budowanych w tym kraju rzeczy. Ogromne inwestycje budowlane będą jednym z silniejszych akcentów naszej wycieczki do Azerbejdżanu.
Oczywiście mieliśmy kłopot z wjechaniem do kraju nafty, gdy pogranicznicy odkryli w naszych paszportach wizy armeńskie. Po prostu nie mogli zrozumieć po co tam pojechaliśmy. Okazało się to zresztą później jednym z bardziej rozpowszechnionych poglądów. Mały flirt z mundurowym, przetrzymującym nasze paszporty, oczywiście załatwił sprawę. Połączony z zapewnieniami że w Armenii nic ciekawego nie ma a ludzie są niemili. Kłamstwo to jednak niewinne. Słyszeliśmy bowiem o przypadkach nie wpuszczenia do Azerbejdżanu turystów, którzy wcześniej byli w Armenii. Ustaliliśmy zatem wersję, której w naszej wędrówce po Azerbejdżanie konsekwentnie się trzymaliśmy.
Po drugiej stronie granicy zatrzymał się nam oczywiście pierwszy TIR. Oczywiście z tureckim kierowcą. Oczywiście nie komunikującym się w żadnym cywilizowanym języku. Oczywiście przesympatycznym. Tak, oczywiście dowiózł nas do Baku, karmił i poił, oddal swoje obydwa łóżka (tu uparliśmy się, że musi się wyspać). Wyjątkowo jednak zapłacił jeszcze za nas zapewne spory mandat. Otóż azerska policja, znana ze swej niepohamowanej korupcji, jakimś sobie znanym sposobem dostrzegła dwoje pasażerów w szoferce. Po pościgu na sygnale, głośnej awanturze, bójce kierowcy z komendantem posterunku, a następnie serdecznych pozdrowieniach ze strony funkcjonariuszy i życzeniach szczęśliwej podróży, ruszyliśmy dalej. Nigdy nie dowiedzieliśmy się ile tak naprawdę kosztowaliśmy naszego przyjaciela. Okazało się zresztą, że tutejsza policja wymusza od kierowców (nie tylko obcokrajowców) łapówki pod byle pozorem. Jazda po wertepach, wokół miast tylko częściowo pozwoliła uniknąć pazernych posterunków, zdecydowanie jednak wykończyła naszych kierowców.



31 lipca, sobota
Obudziłam się z wielką potrzebą wyruszenia… gdziekolwiek. Ale przecież w Drogę ruszamy jutro, a temperatury tutaj zniechęcają do ruszenia się gdziekolwiek poza sympatycznie „klimatyzowaną” werandę. Otworzyłam mapę Gruzji 0 nic sensownego nie przyszło mi do głowy. Plan Tbilisi – i jest! W mieście jest jezioro!!! Zapytałam Wadzię (nasz gospodarz) o dojazd i okazało się, że niemal spod naszej werandy jedzie autobus w tamtym kierunku. Potem jeszcze tylko dwukilometrowy spacer pod górę i jestem nad Lake Kus-Tba. No więc przyjemne miejsce, niezatłoczone pomimo soboty i takie… gruzińsko spokojne. Przyjazne człowiekowi spragnionemu odpoczynku. A mnie tak brakuje książek! W Turcji przeczytałam książkę Bartka a w Armenii przywiezioną przez Ewę („Kochanek Wielkiej niedźwiedzicy”) i na tym mój kontakt ze słowem drukowanym się skończył. Nie licząc ulotek promocyjnych miast i regionów ;D odnalazłam więc w moim laptopie e-booki i zaczęłam czytać… M. Szwai Klub Mało Używanych Dziewic. Kontakt z książka jest ważny… ale skąd miałam wiedzieć, że „niebo zamieni się w piekło”. Spiekłam się na raczka i przez najbliższy tydzień skóra z brzucha będzie mi schodziła płatami, uniemożliwiając noszenie dwóch plecaków i nieźle dając do wiwatu!
do pooglądania tbiliskie podwórka i zrelaksowani policjanci - na specjalne zamówienie Ewy Ewciu jak Bałkany?

piątek, 30 lipca 2010




30 lipca, piątek
I znowu siedzę sobie w parku. Innym, ale równie sympatycznym. Mam już swoje ulubione. Zresztą Tbilisi to jedno z moich ulubionych miast (w ścisłej czołówce wraz z Dubrownikiem i Kamieńcem Podolskim). Czuję się jakbym spędziła tu już długie miesiące: mam swoje ulubione babuszki, podwórka, ekipy lokersów, punkty z bułeczkami, pizzą (dla mnie zawsze na gorąco) oraz piwem.(Ty mi nie mów ze piwo ma być chłodne, u mnie zawsze jest chłodne).
Podsumowując dzisiejszy dzień… odpoczęłam! Rano sformułowałam swoją kolejną lekcję: 1. nie pij wódki, gdy do jedzenia jest tylko sok a ty padasz z głodu. 2. nie pij wódki z Polakiem, który mówi po rosyjsku lepiej niż ty.
Do południa ustaliliśmy z Tomkiem, że ruszamy do Azerbejdżanu stopem w niedzielę i siedzieliśmy na necie sprawdzając możliwości wyrobienia kolejnych wiz. Korzystając z dostępu do prądu w naszym hostelu, gotowałam nasze kaszki, makarony itp., gdyż Bartek zostawił moje tescowe zakupy, a dalej tego nie zabierzemy, bo ciężkie. Po obiedzie gospodarz postawił nam schłodzone piwko. Fajny ten nasz chaziajn. Ma obecnie wolne pokoje a nam pozwala mieszkać na werandzie po 10 zł za dobę (w tym Internet bezprzewodowy). Zapomnieliśmy już nawet kiedy ostatnio się z nim rozliczaliśmy. Wczoraj braliśmy od niego olej, a dziś poprosił, żebyśmy wzięli pieniądze od Hiszpanów, bo on musi wyjść.
Popołudnie przeznaczyłam na niespieszne zwiedzanie tbiliskich świątyń. Największe wrażenie zrobiła na mnie katedra Soni (musiałam się nakombinować, bo ktoś uznał mój strój za nieodpowiedni), ale odwiedziłam też kościół matki boskiej Metechtyjskiej, bazylikę Anczichotyjską oraz meczet i dwie synagogi. Przemiły pan, który uznał mnie za jewrejkę (moją chustę umiem wiązać narożne sposoby, zatem pasuje do wszelakich świątyń) w czasie spaceru po starówce opowiadał mi współczesnej sytuacji geopolityycznej Gruzji, swoich poglądach filozoficzno-religijnych i wielu innych fascynujących sprawach. Ale najbardziej poruszyła mnie historia kobiety, spotkanej pod Anczichoti. Współczesna wersja Hioba. Pochodzi z Abchazji. Miała wszystko. Dzieliła się swym majątkiem z potrzebującymi, chwaliła Boga i wiodła szczęśliwe życie. Wojna odebrała jej wszystko. Pochowała dzieci, wnuki, bliższych i dalszych krewnych. Ją sama poraniła fizycznie i psychicznie oraz odebrała możliwość powrotu do domu. Teraz siedzi pod kościołem zbierając jałmużnę, by mieć za co utrzymać córkę p na zdjęciach piękna, utalentowana tancerka. Co chwilę czyni znak krzyża i podkreśla, że dzieje się wola Boża i ona niczego więcej nie chce. Pyta o moje imię, by modlić się za mnie i zapalić świeczkę w moim imieniu. Gdy mówi, glos się jej łamie a łzy napływają do oczu. Ale nie przeklina swojego życia. Choć została tak okrutnie doświadczona i widzę jak jej ciężko, zachowuje głęboką wiarę w Opatrzność Bożą i troskę o drugiego człowieka.
Zapada zmrok. Temperatura powietrza staje się znośna. Jak mawia Jerzy: chrześcijańska. Ludzie wokół są tak przyjaźni, że serce ściska się na myśl, że za kilka dni trzeba będzie opuścić ten kraj. Choć rozstaliśmy się tu z Bartkiem, Gruzja na zawsze zostanie w moim sercu. Wiem, że nadal będę tu wracać. I wszyscy, których do przyjazdu tutaj zachęciłam. Maleńki kraj a w rozmowach z autochtonami, napływowymi i turystami wciąż powtarza się ten samym motyw: jak mantra powtarzane przekonanie, że kto raz tu przyjechał, będzie już wracał zawsze. Tu wszystko jest tak… helpfull. Począwszy od wjazdu bez konieczności wykupywania wizy, przez bardzo pozytywne nastawienie Gruzinów do Polaków, powszechną znajomość języków rosyjskiego i angielskiego, na cenach towarów i usług kończąc. Od Azerbejdżanu poczynając nie będzie już tak łatwo i przyjemnie. Przygoda zmieni się w Wyzwanie.




29 lipca, czwartek
O jak dobrze posiedzieć w parku!!!
Cudowne uczucie: nigdzie się nie spieszyć! Móc rozmawiać z ludźmi, poznawać ich sprawy… Byłam już zmęczona zwiedzaniem w tempie Bartka. To za szybko. Brak czasu na interakcje. Teraz zamiast pędzić dalej do najbliższego zabytku mogę podelektować się atmosferą kraju, którego wszyscy mieszkańcy rozpromieniają się na wieść, że jestem z Polski. Chętnie przyjmują na pamiątkę materiały promocyjne o Polsce i Przemyślu, wzruszają się i wyrażają solidarność z Polakami, których prezydenta dopadła Rosja. Postanowiłam kilka najbliższych dni spędzić na niespiesznych spacerach i rozmowach z tymi przyjaznymi ludźmi.
Moim planem na pierwsze dni po wyjeździe było znalezienie kogoś kto zrobi mi afrykańskie warkoczyki. W Turcji nie było jednak na to czasu. Tutaj zaczęłam szukać, ale wszyscy odsyłali mnie do salonu Natali. Dziś w końcu go znalazłam. Nie błoto proste, bo został przeniesiony w nowe miejsce. Co więcej, gdy już stanęłam pod nim, nie umiałam do niego wejść. Okazało się to być miejscem tak ekskluzywnym, że otwierają tylko klientom, którzy wiedzą, że i jak należy skorzystać z domofonu. Żeby dostać się do środka poczekałam na najbliższą nowobogacką i weszłam z nią. Nie bardzo umiałam się w tym miejscu znaleźć, bo nigdy z takim luksusem jeszcze nie miałam do czynienia. I to w kraju, gdzie bezrobocie wynosi ponad 70%, pensja ok. 400 zł a renta ok. 170 zł. Zresztą pytane wcześniej kobiety odpowiadały, że nie wiedzą gdzie to jest, bo one to salonów piękności po prostu nie chadzają. Ok, no więc jestem w środku. Wszyscy uprzejmie ze mną rozmawiają, co rusz wzywając kolejną, kompetentną osobę. W końcu przychodzi metroseksualny młodzieniec, który kwestię ceny upiera się zostawić na koniec, roztaczając przede mną rozmaite możliwości. Gdy tłumaczę, że już miałam warkoczyki, wiem czego chcę i co mi się podoba – staje się bardziej konkretny. Cena powala mnie z nóg (dobrze ze siedziałam w wygodnym fotelu): ok. 1200 zł! To ponad 12 razy tyle ile kosztowało to w Hurgadzie!!! Uprzejmie dziękuję i wychodzę. Nie poddaje się jednak. Odnajduję mały zakład fryzjerski, wdaję się w kolejną rozmowę na temat afrykańskich kasyczkow i po przyjemnych pogaduchach z sympatycznymi pracownicami oraz klientkami uzyskuję adres i numer telefonu zakładu, gdzie cena jest 10 razy mniejsza (ok. 2 zl za warkoczyk). Co więcej, po otrzymaniu serii ulotek o Przemyślu, miła pani dzwoni tam i pomimo tego, że specjalistka od warkoczyków jest jeszcze w Batumi, umawia mnie na jutro na wizytę! Dostaję też instrukcję jak dojechać tam z mojego hostelu. I to rozumiem. :D :D :D
Pozostaje jeszcze kwestia roweru, ponieważ Tomek nie podjął jeszcze decyzji czy dojrzał już emocjonalnie do pożegnania się ze swoim bajkiem. Odnajduje sklepy z rowerami, ale ceny mnie zniechęcają. To raczej dobre miejsce by rower sprzedać, zwłaszcza że właściciel hotelu już się przymawiał, że kupiłby dla córki (a jego pani sprzątająca chciałaby kupić Tomkowego laptopa, ale chyba nie ma pojęcia o cenach).
Po załatwieniu spraw na dzisiaj, siadam w parku, wyciągam laptopa i zastanawiam się co by tu jeszcze zwiedzić. Ustalam plan, nanoszę pozycje na plan miasta i postanawiam najpierw ugotować obiad. Bo dziś mam chęć na gotowanie. Już rano smażyłam warzywa – zestaw pomidorów, bakłażanów, cebul czerwonych, czosnku i papryk dla dwóch osób kosztował 3 zł Z chlebem znakomite! Zachęcona sukcesem postanawiam poszaleć w „kuchni”. Dziwne, że gotowanie sprawia mi przyjemność. Ostatnio czułam się tak lata temu. Chyba zaczynam kolejny etap podróży, etap życia.
Aha, jeszcze o tych parkach. Tbilisi to bardzo zielone miasto. Choć temperatury są tu zabójcze, to nawet w samo południe można przejść przez miasto w cieniu. Każde podwórko ma drzewa, każdy balkon donice z kwiatami. Na naszej werandzie w hostelu sporo miejsca zajmują kwiaty, wprowadzając przyjemny nastrój. Drzewo rzuca rozkoszny cień i nawet w południe jest tam chłodno i przytulnie. Tak samo w parkach. Zawsze wystarczy się rozejrzeć, by znaleźć ławeczkę w zacienionym miejscu. Lub w słońcu – jeśli ktoś woli. Ale tacy wariaci oczywiście zdarzają się tu rzadko. Teraz na przykład siedzę w parku przy centrum handlowym, dobiega muzyka, która pamiętam z radia sprzed co najmniej piętnastu lat, ludzie niespiesznie mijają mnie z zakupami i nikt mnie nie niepokoi. Przyglądają się tylko ciekawie, ale niejako ukradkiem. Życie toczy się swoim niespiesznym rytmem. Rodziny z dziećmi piknikują na trawnikach, pary szczebioczą nawet w słońcu a bezdomny - nie zaczepiany nawet przez policjanta, który przysiadł na ławce przy sprzedawczyni ziaren słonecznika – przysypia na bruku pod fontanną. Szkoda, że fontanna nie działa. Ale zawsze można podejść do sprzedawczyni zieleniny, która zrasza swój towar wodą z podziurawionej butelki i z uśmiechem powiedzieć: ja toże choczu i prysznic gwarantowany. Bardzo orzeźwiający :D

środa, 28 lipca 2010


28 lipca, środa
Obudziłam się ze strasznymi problemami żołądkowymi. Stoperan nie pomógł. Dopiero egipski Antinal dał radę. Posegregowałam rzeczy.
Pojechaliśmy do ambasady irańskiej, gdzie czekały na nas bardzo złe wieści. Wyrobienie wiz – niezależnie od tego jakiego typu – trwa dwa do trzech tygodni. Tymczasem od 19 lipca już leci nam czas wizy azerskiej (nie wyrabiają do przodu a musieliśmy mieć azerskie przed wyjazdem do Armenii, bo po Armenii pewnie by nam ich nie przyznali) i po prostu nie zdążymy z terminami. Pozostaje nam wiec zdobycie w Baku uzbeckiej a potem tranzytowej turkmeńskiej. Ponieważ pobyt w Baku i okolicach jest bardzo drogi, postanowiliśmy pojechać tam dopiero w poniedziałek. Tymczasem musimy zdecydować czy jedziemy dalej na rowerach czy stopem. Trzeba radykalnie ciąć koszty, bo w tym tempie to wystarczy mi kasy na pół roku.
Mam kilka sposobów na poprawę humoru. Zaczęłam od rozmów z przyjaciółmi. Bardzo pomogło. Potem kupiłam sobie nowy plecak. Nowy sprzęt zawsze pomaga. No i jeszcze coś z ciuszków, oczywiście najbardziej mi potrzebna w tym momencie tunikę. Najlepsze, że poszalałam sobie w miejscowych second handach :D hihihi No a potem długi spacer. Ulicami Tbilisi mogę spacerować godzinami. Przyglądać się przepięknym kamienicom. Co prawda teraz zrujnowanym, gdyż na wszystko tu brakuje pieniędzy, ale jak stara kobieta, zachowującym ślady dawnej piękności. Rozmawiam o tym z miejscowymi. Myślę, że to piękno i słonce pozostały w ich sercach.

27 lipca, wtorek
Wstałam o świcie, by popstrykać zdjęcia zanim zacznie się ruch uliczny. Potem do południa odsypiałam. Gdy Tomek wrócił z nieudanych zakupów obiektywu (jedyny sprzedano wczoraj) przekazał mi wiadomość, że Bartek postanowił wracać do kraju. Źle się czuje i stwierdził, że nie ma sensu pchać się dalej. Spotkanie potwierdziło tę informację. Ustaliliśmy, że zabierze moje rzeczy do Polski. Gdy przyszedł Gigi zabraliśmy nasze rzeczy z piwnicy i zawieźli je do naszego hostelu. Oczywiście humory nam nie dopisywały. Na szczęście zawsze można liczyć na chłodne piwko w towarzystwie miejscowych chłopaków.



26 lipca, poniedziałek
Ewa i Lemur wcześnie rano wyjechali do Polski. Bartek zapowiedział, że musi poleżeć dzień dłużej, wiec dzień upłynął nam na poszukiwaniu sklepów i serwisów fotograficznych. Ja dokupiłam zapasowa baterię do aparatu (ze 100 lari wynegocjowałam cenę na 70) a Tomek próbował znaleźć rozwiązanie swojego problemu z porysowanym obiektywem. Jeździliśmy po całym mieście odsyłani od Annasza do Kajfasza. W miedzy czasie w Tbilisi zabrakło prądu, co uniemożliwiło kontynuowanie podróży metrem. Na szczęście utknęliśmy na „płytkiej” stacji, wiec wyjście na powierzchnie nie było aż takim wyzwaniem. Ale i tak dodawaliśmy sobie animuszu śpiewając naszą ulubioną piosenkę.. Myślę, że pomogło to wszystkim pasażerom, bo przyjaźnie się do nas uśmiechali.
Ostatecznie trafiliśmy na bazar w okolicach dworca kolejowego. Było to spełnienie naszych marzeń artystycznych, fotograficznych i doznaniowych. Spędziliśmy tam pół dnia polując z aparatem i prowadząc ciekawe rozmowy z lokersami.
Wieczór spędziliśmy sącząc piwko w parku. Jaka tu cisza i spokój. Gruzini nie staja się po alkoholu głośni ani agresywni. W parkach jest przyjemnie o każdej porze dnia i nocy.


25 lipca, niedziela
Postanowiliśmy wracać do Gruzji bez zatrzymywania się na zwiedzanie kolejnych monastyrów. Wszystkie są piękne, ale nie sposób spamiętać ich nazw. Zaczęły nam się już mylić. Jedziemy wiec najkrótsza drogą, z krótkimi przerwami na zakupy owoców i warzyw. Bartek wydaje się zaakceptował nasza nieznośna dla niego potrzebę jedzenia. W Alavardi zatrzymujemy się na obiad, by wydać resztę ormiańskich pieniędzy. Trafiamy do lokalnej restauracji, z klimatem tal 70-tych („wczesny Gierek nieremontowany”). Dwudaniowy obiad w altance znacznie poprawia wszystkim humory. Teraz przekonanie ekipy do wycieczki kolejka linową na najbliższą górkę nie stanowi żadnego problemu. Jedziemy więc za grosze zdezelowanym, zardzewiałym wagonikiem z porysowanymi i popękanymi szybami (to znacznie utrudnia fotografowanie okolicy) na wzniesienie. Znajduje się tam osiedle, którego mieszkańcy potrzebują kolejki linowej by szybko dotrzeć do pracy w miasteczku. Po sesji fotograficznej na platformie wsiadamy znowu do wagonika i okazuje się, ze wszyscy pracownicy na to czekali, bo właśnie nadszedł czas na 90-minutową przerwę. Zdążyliśmy zjechać w ostatnim momencie. Za nami zamykane są drzwi odrapanej poczekalni i wszyscy pracownicy wychodzą. My także ruszamy w dalsza drogę.
Na granicy znowu irytują nas opłaty za przejazd samochodem. Tym razem pracownicy administracyjni wymuszająca Bartku opłatę na wypisanie potwierdzenia wniesienia opłaty.

W Tbilisi kierujemy się prosto do hostelu Zielone schody, gdzie czeka już na nas klimatyzowana weranda. W Rover hotel Bartek zrobił nam pranie, które odebraliśmy wieczorem. Imprezie zrobiliśmy we własnym, polskim gronie. Odnoszę wrażenie, że prawie wszyscy mieszkańcy hoteli w Tbilisi to teraz Polacy. Można w ciemno zwracać się do turystów po polsku.
Nasza polska impreza przy piwie zmieniała często lokalizację, ze względu na nadprzyjacielski stosunek lokersów do nas. Po kilku ciekawych podwórkach i sympatycznych bramach poszliśmy na plac zabaw w parku. Było już grubo po północy, a rodzinka z małym chłopcem piknikowała w najlepsze. Urządziliśmy zawody w przeczołgiwaniu się przez konstrukcję w rur oraz huśtaniu się – kto wyżej. Potem z pieśnią na ustach przemaszerowaliśmy przez stare miasto do naszego hotelu. A no tak, jeszcze był epizod z lokersami w okolicach naszego hotelu, którzy podarowali mi obrazek maryjny w ciętym szkle.


24 lipca, sobota

Wieczorem dojechaliśmy do cudownego miejsca: unescowej świątyni Minerwy. Wstep był drogi – ok. 12 zł od osoby. Ale wynegocjowaliśmy wejście na trzech biletach dla pięciu osób, nocleg na terenie pod namiotami (przy basenie!) wiec pobyt tam wieczorem, gdy wszystko jest pięknie oświetlone a potem w ciągu dnia!!! Do tego wieczorem przyszli młodzieńcy lat ok. 17 –tu: przedstawiciele miejscowej arystokracji. Nie tylko zorganizowali imprezkę z atrakcjami, ale przede wszystkim oprowadzili nas po obiekcie i opowiedzieli o życiu w Armenii, zmianach, jakie zaszły w ostatnim czasie (np. policja już nie zamyka ulic gdy przejeżdża mafia a Arturowi skonfiskowano jego Hammera, bo ma dopiero 16 lat i policja nie uznaje już koligacji i z łapówkami trudniej – musiał wykupić za 6 tys dolarów). To był nasz najlepszy nocleg.

W sobotę długo się zbieraliśmy. To oczywiste. Zwiedzaliśmy, zwiedzaliśmy… Ale najlepsze były rozmowy z miejscowymi. Każdy mówiący po polsku – a jest ich w Armenii sporo – kończył zdaniem „A potem mnie deportowali”. Natomiast gdy zapytać ich o drogę ZAWSZE machając prawą ręką mówią, że w lewo i odwrotnie. A jeden pan powiedział: „Priamo,priamo ile wlezit!” I to jest rosyjski! Pękaliśmy ze śmiechu…


23 lipca, piątek

Trochę źli na siebie za to, że nierozsądnie pojechaliśmy nad jezioro pomijając kilka ważnych zabytków, zawracamy w stronę Erewania. Za nami zostaje miejscowość Sevan z koszmarnymi budowlami i jezioro o tej samej nazwie. Zwiedzamy kolejne monastyry o wielkim znaczeniu dla Ormian, no Norawank i Khor Virap pod Araratem - świętą górą Ormian, która choć znajduje się na ich fladze, w rzeczywistości znajduje się na terytorium Turcji.

wtorek, 27 lipca 2010



22 lipca, czwartek
Zaczęliśmy od ambasad i zakupów w Erewaniu. Poraził mnie targ biżuterią.
Po podróży przez górzystą Armenię wszyscy zafiksowali sobie nocleg nad jakąś wodą. Chcieliśmy pojechać pod jakiś ciekawy wodospad, ale najbliższy był 200 km dalej i to na terytorium Górnego Karabachu. Wybór padł więc na jezioro Sewan. Słyszałam wiele różnych opinii na jego temat, więc mój stosunek do tej wycieczki był ambiwalentny. Zaczęło się oczywiście od fotografowania słynnego zardzewiałego diabelskiego młyna w Sewanie. Potem postanowiliśmy znaleźć jakieś odosobnione miejsce na nocleg. Okazało się to niełatwe. Otóż jezioro jest dość małe i szczelnie oblepione ośrodkami wypoczynkowymi w stylu naszego wczesnego Gierka i jakby od tamtej pory nie remontowanymi. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów wokół jeziora po drogach i bezdrożach (przenikały się zupełnie niespodziewanie i w sposób dla nas nieprzewidywalny), stwierdziliśmy iż tańszy będzie nocleg w bungalowie nić nawet na półprywatnym polu namiotowym. Ponieważ zbliżała się burza a na tych wysokościach (2 000 mnpm) już późnym popołudniem było bardzo zimno, zdecydowaliśmy się na ten luksus. Długo pływaliśmy w jeziorze, robili w nim pranie, fotografowali… Potem, korzystając z nieograniczonego dostępu do prądu, dzięki zasobom pamięci naszych laptopów ustaliliśmy plan działania na najbliższe dni.

21 lipca, środa
W związku z przedawkowaniem alko wyjazd nastąpił koło południa. Skutkiem opóźnień zwiedziliśmy tylko trzy monastyry w miejscowościach: Ashtarak, jakiejś malej, której nazwy nie znamy i Karbi. Przy tej ostatniej zostaliśmy na noc.
Monastry ormiańskie zawsze wywołują we mnie wielkie i mocne wrażenia, zatem nic dziwnego że zazwyczaj zwiedzanie kończyło się moim odkryciem, że znowu zostałam sama w świątyni. Na szczęście tempo tego dnia nie było zbyt spieszne. To wzruszające modlić się w świątyniach pierwszego kraju katolickiego. Tu „stary kościół” oznacza „z początków czwartego wieku”. Kilka obiektów zostało wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tym, szlakiem staramy się kierować w szczególności. Po raz kolejny przekonujemy się jednak, że ani ciekawe fotografie z folderów, ani autorytet UNESCO nie gwarantują wielkich wrażeń i satysfakcji z przebycia dziesiątek kilometrów lokalnymi drogami i odnalezienia twierdz czy świątyń.



20 lipca, wtorek
Przed południem nadrabialiśmy zaległości internetowe i wybraliśmy się do największej świątyni Kaukazu – Sameby. Okolica jest ściśle strzeżona, gdyż obok znajduje się siedziba rządu. Co kilkanaście metrów rozstawieni są młodzi policjanci, obowiązuje zakaz fotografowania tych uroczych zaułków, a tuż obok, przy studzience rozsiedli się miejscowi na gościnę. W samo południe kulturalnie rozłożyli na murku gazety, na nich zakuski i ze spokojnym uśmiechem popijali wódeczkę. Taki piknik we wschodnim stylu.

Po wycieczce przepakowujemy się, zbieramy wieści (gruzy) i zawozimy je do Rovera, by złożyć w piwnicy Dżidżiego. Jakimś cudem pakujemy się do naszego Pati (nissana patrola) w piątkę z najpotrzebniejszymi rzeczami i jedziemy po nasze wizy azerskie a następnie do granicy. Tam zaczyna się jakiś inny świat. Najpierw oświadcza mi się gruziński celnik. Potem za 9 dolarów kupujemy profesjonalnie wykonane wizy armeńskie, słysząc w odpowiedzi, że pięknym kobietom wolno wszystko (ormiańskiego celnika nauczyło ponoć tego życie). Niestety dowiadujemy się, że w Armenii obowiązuje prawo (o którym nie ma informacji w żadnych książkach ani na stronach internetowych), że za wjazd i wyjazd samochodu pobiera się opłaty (w sumie ponad 300 zł). Wściekli na przemiłą administrację ormiańską wjeżdżamy do tego małego państewka. Od razu czujemy się milionerami. 1 zł to tutaj mniej więcej 100 w miejscowej walucie, wiec z bankomatu wybieramy pieniądze w tysiącach i dziesiątkach tysięcy. Noclegi i produkty spożywcze są drogie, ale wacha (benzyna) w przyzwoitej cenie.

Jedziemy przez małe, górskie miasteczka i czujemy jak przenosimy się w jakiś inny świat. To nie tylko podróż w czasie i przestrzeni. Zdaje się, że trafiliśmy na planszę jakiejś industrialnej gry komputerowej. Szczęki nam po prostu opadają i ciągną się po ziemi. Nie znajdujemy słów, by opisać świat, w jakim się znaleźliśmy. Napotkani ludzie polecają nam jako miejsce do spania pola na skarpach powyżej miasta. Widoki rzeczywiście niepowtarzalne, malownicze i inspirujące do rozmyślań filozoficznych. Rano dowiemy się, że miasto nazywa się Alaverdi a dymiący komin, górujący nad całym krajobrazem to kombinat metalurgiczny.

Noc w takich okolicznościach sprzyjała integracji grupy i działaniom twórczo – artystycznym. Inspiracja stała się flaszka 70% alkoholu, zakupionego w sklepie bezcłowym na granicy za ostatnie miedziaki.