skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

piątek, 17 września 2010

10 września, piątek
Pobudka sporo przed świtem, by zdążyć zobaczyć na brzegu oceanu ewenement światowy - rybaków łowiących ryby z żerdzi wbitej w dno morza. Siedzą na małej poprzeczce na żerdzi łowiąc ryby. Przeważnie rano i wieczorem. A tu rozczarowanie: leje jak z cebra! Próbujemy przeczekać, ale niewiele to daje. Ostatecznie zbieramy się i w mżawce wsiadamy do autobusu, jadącego do pobliskiej Koggami. Mamy namiary na kilka miejsc, gdzie można spotkać rybaków, ale to w Koggami jest najdokładniejsze – obok hotelu Fort. Wyobraźcie sobie, że jest to hotel 7gwiazdkowy a nocleg w nim kosztuje 350 euro od osoby. To więcej niż budżet na całą Sri Lankę nas obojga! Niestety rybaków nie ma. Poznajemy jednak miłego chłopaka – kierowcę tuktuka, a jakże! - który obiecuje za dolara zawieźć nas w miejsce, gdzie zobaczymy prawdziwych fisherman’ów („nie takich dla turystów”) i nie wziąć kasy, jeśli ich nie będzie. Ale są! Przeczytałam kiedyś, że nie ważne ile filmów weźmiesz na Sri Lankę – i tak będziesz musiał dokupić więcej. Dobrze, że ja mam karty pamięci i na bieżąco zgrywam fotki, bo potrafię tu zrobić pięćset zdjęć dziennie! Więc jeśli piszecie do mnie, że po moim powrocie koniecznie chcecie zobaczyć wszystkie, to przemyślcie sprawę :D chyba nawet ja nie będę miała do tego cierpliwości. Zdjęć rybaków zrobiłam chyba ze sto, pomimo deszczowej pogody i żądań niektórych z nich, by im zapłacić. Cóż, coś takiego można tylko wyśmiać.
Wyglądają rzeczywiście niesamowicie, zwłaszcza przy wzburzonym oceanie. Fotografując wchodzę do wody po kolana i chwile później jest mi niemal do pasa. Fale są niesamowite a siła wody powalająca. Jednak lepiej robić zdjęcia z brzegu. Gdy jednak nadchodzi fala deszczu, czas pożegnać ten rajski zakątek. Zaprzyjaźniony już kierowca tuktuka namawia nas na gratisowe wizyty w fabryce przypraw i ziół oraz zakładzie jubilerskim wujka. Zapowiedzieliśmy, że niczego nie kupimy, ale przyznał, że dostaje ubrania za przywożenie turystów a zwiedzanie i degustacja są gratis, więc wszystkim nam to pasuje.
Ogród, który zwiedzamy jest rzeczywiście zachwycający a przewodnik bardzo komunikatywny i zna nazwy po polsku (dostajemy nawet polskojęzyczne ulotki informacyjne). Każdą roślinę nam pokazuje, podaje nasiona i liście, opowiada o właściwościach. Są tam bawełna, trawa cytrynowa, cynamon, akacja, goździki i wiele innych, których spamiętać nie zdołałam i nawet zdjęcia nie pomagają, bo już nie pamiętam co to było. Potem pijemy pyszną, rozgrzewającą herbatkę, do tego kosztujemy ziołowego wina i wąchamy różne specyfiki, po czym dziękujemy i wychodzimy.
Jedziemy do zakładu jubilerskiego, gdzie wytwarza się biżuterię (bardzo przeciętną jak dla mnie, ale w rewelacyjnych cenach) stosując bardzo tradycyjne metody. Ciekawe to wszystko, ale nam najbardziej podobają się obrazy na ścianach. Nasz kolega opowiada, że to malunki na materiale, ż jego przyjaciela a potem jeszcze kilkakrotnie zmienia wersję. Ostatecznie jedziemy do zakładu, gdzie te cudeńka wytwarzają, poznajemy proces produkcyjny, oglądamy wyroby, ale nic dla siebie nie znajdujemy. Wracamy wiec do zakładu jubilerskiego, gdzie udajemy zainteresowanie produktami, by ostatecznie zapytać właściciela czy nie odsprzedałby nam swoich obrazów. Jest zaskoczony, stawia warunki finansowe (do tego obraz, który mi się spodobał jest jakiś specjalny, zaprojektowany dla jego niemieckiej przyjaciółki i w ogóle takich już nie robią), ale ostatecznie osiągamy konsensus i wydajemy ostatnie pieniądze (zostaje nam tylko na bilet i skromny posiłek), odkupujemy obrazy i pędzimy na pociąg do Kandy. Po siedmiu godzinach w trzeciej klasie „ekspresu” dojeżdżamy do miasta, gdzie zaczynaliśmy nasz trip po Sri Lance i gdzie czekają nasze plecaki. Budzimy właściciela i skonani idziemy spać. Przy okazji polecam serdecznie to miejsce:
9 września, czwartek
Zamarzyła mi się plaża. No i trzeba odnaleźć rybaków łowiących na tyczkach. Zgodnie ze wskazówkami nieomylnego właściciela hostelu o 5:15 łapiemy busa do Kurunegali (pan pomaga nam zatrzymać autobus w ciemnościach), gdzie przesiadamy się na kolejny do Kolombo. Szybka zmiana transportu i pociągiem dojeżdżamy, zgodnie z planem, na 14sta do Galle na południowym wybrzeżu. Wizyta w informacji turystycznej przynosi niemałe zaskoczenie – piękne broszury i Sri Lance w języku polskim! Są też ulotki, ale tylko po koreańsku i włosku :D Trochę się zagadaliśmy a tu nagle jakiś hałas – burza! Ulewa intensywna, ale krótka. Pierwszy deszcz na Sri Lance daje wyobrażenie jak wygląda tu pora deszczowa. Znajdujemy miły hotelik (7 dolarów), gdzie w oczekiwaniu na obiad przeczekujemy kolejny deszcz. Ogród w czasie deszczu jest niezwykle fotogeniczny.
Potem zwiedzanie fortu i spacer nabrzeżem. Obowiązkowo kąpiel w Oceanie Indyjskim. Miejscowi ostrzegają mnie przed różnymi niebezpieczeństwami czającymi się w wodzie, co nieco odbiera uroku temu czarującemu miejscu. Co więcej, kobiety kąpią się w ubraniu. A myślałam, że to już mamy za sobą. Wprawdzie na ulotce z informacji turystycznej „jak byk” para na plaży leży w skąpym bikini, ale pracownik tej informacji przestrzegał przed obrażaniem tubylców swoim strojem. Pozostaje mi zatem zamoczyć ubrania – i tak miałam je wyprać. Wieczorem rozmawiam z ludźmi, którzy przeżyli tsunami w 2004 roku. Poznaję pana, któremu Polacy odbudowali dom. Jego historia jest jednak tak wstrząsająca, że oddaje mu wszystkie pieniądze, jakie mam przy sobie (w sklepie na mleko dla wnuczka chorego na polio).
Tomek przynosi na kolacje „upolowaną” bulwę i twierdzi, że to chyba maniok. Smakuje jak rozgotowane ziemniaki, wiec chyba ma rację. Dzisiaj znajduję czas na obejrzenie jakiegoś filmu i poczytanie przewodników, bowiem w miasteczku, po zapadnięciu zmroku, panują iście egipskie ciemności.
8 września, środa
DAMBULA to mniasto słynące z "Golden Temple" (Złota Świątynia). W naturalnych kompleksach jaskiń znajdują się posągi Buddy (całe setki). Przy wejściu do świątyń (jeszcze na dole) stoi ponoć największy współczesny pozłacany posag Buddy ( wys. ok. 30 m).Dojście po stromych schodach, piękne widoki ze szczytu, fotogeniczne małpiątka (na które trzeba mieć spore baczenie żeby czegoś nie zwędziły ) i mnóstwo turystów. Świątynie zostały wykute w skałach, właściwie w poszerzonych grotach. Bilet wstępu kosztuje 11 dolarów, a nasz round ticket obejmuje tylko jakieś beznadzieje muzeum, gdzie ktoś ze trzydzieści lat temu nieudolnie skopiował malowidła z różnych zabytków Sri Lanki. Zwiedzamy jeszcze za dolara Muzeum Buddyzmu, gdzie nasze największe zainteresowanie wzbudza mapa świata z zaznaczonymi świątyniami buddyjskimi. Polska obejmuje tam cała Ukrainę i sąsiaduje z Mołdawią! Polecam przestudiowanie tej mapy nauczycielom geografii. Może coś się zmieniło od mojego wyjazdu z Polski…
Krótki odpoczynek w drodze do Sigiriya. Granitowy monolit wyrasta z porośniętej lasem równiny na wysokość 183 m. W V w. n.e. król Kasyapa opuścił Anuradhapurę i obrał za swą siedzibę tę naturalną fortecę. Na jej szczycie kazał zbudować pałace, pawilony, baseny i ogrody. Po większości obiektów zostały tylko fundamenty, ale starożytny system hydrauliczny zasilający baseny i fontanny działa do dziś! Sigiriya słynie z fresków przedstawiających półnagie, obdarzone imponującym biustem królewskie na-łożnice. Motyw skały i fresków jest tak popularny na Sri Lance jak wieża Eiffla w Paryżu czy Big Ben w Londynie.
Po zainstalowaniu się w przyjemnym hoteliku (kolejne 5,5 dolara za pokój, przy czym łazienka do niego jest na zewnątrz pod gołym niebem! Fantastycznie jest kapać się tam w nocy!) i rozmowie z właścicielem, który wiedział dosłownie wszystko i potrafił udzielić odpowiedzi na każde pytanie, ruszamy na skałę. O drodze mijamy słonia, małpy, jaszczurki, ciekawe ptaki, węża… jest też ostrzeżenie przed krokodylami, żyjącymi w fosie, ale jakoś żadnego nie udaje się nam wywabić. Nasz sprytny plan rzucenia im kogoś na pozarcie, napotyka przeszkody natury moralnej.
Sigrija to samotnie wznosząca się nad dżunglą góra, w którą 1600 lat temu wbudowano kompleks pałacowy. Niesamowite rozwiązania techniczne jakie wykonano w III i IV w. budzą podziw. Do dziś nie wiadomo jak wydrążono w górze systemy wodociągowe i kanalizacyjne, które działają do dziś. Ponadto pan i władca kompleksu w czasach jego świetności korzystał np. z klimatyzowanych pomieszczeń. Powietrze prowadzone przez układ jaskiń oraz tuneli schładzane było zimną wodą i dostarczane do sal królewskich!!! Facet nie cofał się przed morderstwem (zabił ojca), przepędził brata – prawowitego następcę, ale miał swój honor. Był wizjonerem i wzbudził mój szczery podziw. Wymyślił taaakie cudo, a gdy brat po 18 latach wrócił z Indii, by odebrać mu tron – stanął do walki w szczerym polu. Przez przypadek przepłoszył słonia i, wiedząc, że to oznacza jego porażkę – sam poderżnął sobie gardło.
Spędzam tu kilka godzin, czekając na zachód słońca. Z czasem tłum turystów maleje i można kontemplować w spokoju. Widoki zapierają dech w piersiach.
Warto było przejechać pół świata dla takiego miejsca. Szkoda tylko że te cholerne krokodyle są takie nieśmiałe 

7 września, wtorek
Po późnej pobudce i odnalezieniu działającej ściany płaczu, po spotkaniu chyba wszystkich poznanych wcześniej mieszkańców miasteczka, łapiemy autobus do Polonnaruwy. Na oglądanie XII-wiecznych ruin Polonnaruwy warto poświęcić cały dzień. Nie udało się miejscowym naciągnąć nas na tuktukowy objazd po zabytkach, ani na rowery. Zwiedzamy całość pieszo, co zajmuje nam czas aż do zmierzchu. Dalada Maluwa, otoczony murem kompleks świątyń, wprawia w zdumienie. Mimo że budowle są pozbawione sklepień, we fragmentach murów i rzeźbach objawia się kunszt ich architektów. Zaskakująca jest też skalna świątynia Gal Wiharaja, której najważniejszy element stanowią wykute w gigantycznym granitowym głazie cztery posągi Buddy. Niestety, skałę osłania szpetny metalowy dach, który skutecznie psuje nastrój tego miejsca. Do tego mnóstwo turystów z całego świata. Są jednak miejsca bardziej ustronne, gdzie mało kto zagląda. Można porozmawiać z panami pilnującymi, poznać ciekawostki, w spokoju porobić zdjęcia. No i oczywiście stada małp, ciekawe ptaki, ciekawe rośliny.
Zachód słońca planowałam obejrzeć nad jeziorem, ale przychodzimy trochę spóźnieni. Jezioro jest imponujące, do tego ponoć po południami przychodzą do niego gasić pragnienie słonie, a słoni jeszcze tu nie widziałam. Po zmierzchu wygląda imponująco a miejscowi mężczyźni zażywają w nim kąpieli (dlaczego tylko mężczyźni? Ja tez mam ochotę!).
Zapada zmrok a my próbujemy złapać autobus do Sigriji lub Damuli. Okazuje się jednak, że nie jest to takie łatwe. Po pierwsze w ciemnościach trudno rozpoznać autobusy, po drugie nie znamy miejscowego alfabetu i nie rozumiemy napisów a po trzecie nic nie chce się zatrzymać. Owszem, zwalniają, ale przejeżdżają mimo. W końcu ktoś mówi nam ze za chwile będzie autobus do damuli. Stajemy się bardziej natarczywi w zatrzymywaniu i jest – sukces! Zatrzymał się autobus, nawet właściwy, ale tak napakowany ludźmi, że nie sposób się wcisnąć. Tomek z trudem wpycha się nawet na drugi stopień a ja przez moment waham się czy mnie też się to uda. Ta chwila wystarcza, by autobus ruszył! Pamiętacie: autobus jeśli już się zatrzymuje, to tylko na sekundy. Nie zamierzam zostać sama w ciemnościach więc wskakuje na pierwszy stopień schodków, wisząc właściwie na zewnątrz. Takie podróżowanie jest popularne w tych rejonach. W pociągach i autobusach, nawet jeśli jest miejsce w środku, ludzie zwisają na zewnątrz, bo tak jest po prostu chłodniej. Ja jestem jednak zachodnia turystką (dla tych ludzi), wiec zawsze powtarzali mi, że to niebezpieczne i żebym nie siadała w drzwiach. A tutaj proszę, wiszę poza autobusem pędzącym w ciemnościach. Minę miałam chyba nietęgą, bo panowie zaczęli mnie wciągać do środka. Z moim plecakiem nie było to łatwe, ale po jakimś kilometrze poczułam się niemal bezpieczna. Tłok nadal bym niemiłosierny, pot spływał strużkami, autobus nie zajeżdżał do Sigriji, ale nadal uważam miejscowe autobusy za absolutnie fantastyczne.
Po kilku godzinach dojechaliśmy do Damuli. Jeszcze w autobusie polecono nam hotel „o niewysokim standardzie”, który jednak w promocyjnej cenie kosztował 50 dolarów za pokój. Znaleźliśmy więc coś na naszą kieszeń (5,5 dolara za pokój to dobra cena?) w milej okolicy i z kolonialnym wyposażeniem. W cenie oprócz komarów (moskitiery to na Sri Lance standardowe wyposażenie pokoi, ale mamy własne), mrówek, czasem karaluchów, można spotkać jaszczurki, a czytałam, ze zdarzają się (nawet w najlepszych hotelach) węże, dochodzące do dwóch metrów długości.
6 września, poniedziałek
Rano przychodzimy do zaprzyjaźnionego baru na herbatę z mlekiem, nazywaną tu girte.
Pierwsze sadzonki, przywiezione na Cejlon w 1824 r. z Chin, trafiły do Botanical Gardens w Peradeniya. Musiało minąć pół wieku, zanim herbata zrobiła karierę na wyspie. Pomogła jej w tym zaraza, która w 1869 r. zniszczyła wszystkie plantacje kawy. Szkot James Taylor jako jedyny z plantatorów dwa lata przed plagą obsadził herbatą część swojej plantacji. Okazało się, że herbaciane krzewy świetnie sobie radzą w wysoko położonych rejonach środkowej Sri Lanki. Tak rozpoczęła się kariera słynnej cejlońskiej herbaty.
Ruszamy w drogę klimatyzowanym busem. Sudat jest chyba najlepszym kierowca na wyspie. Towarzyszy nam jego przyjaciel Wigrama, na co dzień kierowca tuktuka, a dziś nasz tłumacz.
Nie są zawodowymi przewodnikami, więc „oprowadzanie” w ich wykonaniu koncentruje się wokół rzeczy… no np. wokół nietoperzy w pięknej świątyni. Gdy pytam o sprawy związane z buddyzmem, np. przedstawieniami Buddy, zaprzeczają właściwie wszystkiemu, co wcześniej na ten temat przeczytałam.
Zachwycają mnie, antyczne według naszego czasu, płaskorzeźby: kochankowie czy niezwykle czułe przedstawienie rodziny królewskiej oraz tron z V wieku, przeznaczony do lezienia. Gdy nasi przodkowie ganiali się po drzewach, tutaj rozkwitała tak ciekawa kultura. I już wówczas miała długie tradycje. To rzuca na kolana.
Zwiedzamy (wstęp płatny osobno ok.2,5 USD) Isurumuni Rajamaha Viharaja (ze starym i nowym domem modlitwy, muzeum, stupa i najstarszym drzewem świata Bo). Święte drzewo wyrosło z sadzonki przywiezionej z Indii w III w. p.n.e. i posadzonej przez syngaleskiego króla Devanampiyatissę. Pochodzi z drzewa, pod którym Budda Siddhartha Gautama doznał oświecenia. Sędziwe konary spoczywają na podporach, dostępu do drzewa broni pozłacane ogrodzenie. Przez 2 310 lat swego życia fikus wypuścił liczne odrośla, które dziś rosną na dziedzińcu jako samodzielne drzewa. Ich konary są owinięte tkaninami w różnych kolorach. Dominuje biały – to prośby o dziecko. Niebieskie i czerwone zawieszają studenci i uczniowie, prosząc o powodzenie na egzaminach.
Zapomnieliśmy kupić butelkowane picie, więc nasi przyjaciele zaprosili nas na lokalne kokosy. Otwieranie ich maczeta, picie soku przez słomkę a następnie wyjadanie miąższu „łyżeczką” z skorupy to nie zapomniane przeżycie.
Następne świątynie zwiedzaliśmy już w ramach naszego biletu. Urzekające SA grupy pielgrzymów modlące się wspólnie, powtarzając niczym litanię nawoływania płynące z głośnika. Mirisewetiya Dagaba a potem znów lokalny drink - tym razem belimal z ziół. Oglądamy te zioła, ale z nam znanych najbardziej przypominają rumianek. Potem zwiedzamy Muzeum Archeologiczne. Jesteśmy już zmęczeni, zbiory – zupełnie zapuszczone i nie chronione wydaja nam się mało ciekawe, aż do chwili gdy pracownik muzeum zaczyna nam opowiadać o… toaletach! Pokazując eksponaty sprzed 2 tysięcy lat opowiada o bidetach, kloakach i systemach filtracji uryny przez trzy kolejne, naturalne filtry: węgiel, piasek i wapień. Zdumiewające! A w Europie odkrywaliśmy wtedy liście na drzewach… Natomiast teraz ich toalety, po irańskich, są rozczarowaniem. Przede wszystkim dlatego, że konsekwentnie stosują typ europejski.
Widzieliśmy wiele stup, np Lankarama Stupa z I wpne, wokół której pasły się krowy. Fotografowaliśmy wiele małp, ale nie przestają nas zachwycać. Ale najciekawsze na koniec zwiedzania. Podjeżdżamy pod stupę – porośniętą o otoczona rusztowaniem. Na tym rusztowaniu mnóstwo ludzi. Oczywiści e pakujemy się od razu na górę! Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Jakieś dziewczyny stoją i nie wchodzą, blokując ruch. Po kilku minutach zostajemy przegonieni przez strażnika, bo to przecież niebezpieczne. Wściekli szukamy innego wejścia i próbujemy jeszcze raz. Tym razem nie oglądając się za siebie niemal wbiegamy po stromym rusztowaniu. Po chwili (jesteśmy już prawie na samej górze) krzyki, każą nam schodzić. Na dole kobiety pokazują nam cegły. Czyli co, z cegłami mieliśmy wchodzić na górę?! I nagle do mnie dociera: ci ludzie siedzą na rusztowaniach i podają cegły na górę. W ten sposób remontuje się stupę. Przypominam sobie, że kiedyś oglądałam program na ten temat. Przez chwilę przyglądamy się pracy wolontariuszy (niemal same kobiety w różnym wieku) a następnie na obolałych nogach (ten szalony sprint pod górę będziemy długo pamiętać, bo ogień w udach nie pozwoli nam o tym zapomnieć) wracamy do przyjemnie klimatyzowanego busa.
Jeszcze kilka pomniejszych stup, wspólna sesja fotograficzna i jedziemy na obiad. Nasi przyjaciele zabierają nas do wykwintnej restauracji (co nie oznacza czystego obrusa!) ukrytej w zaułkach miasteczka, tylko dla lokersów. Już chyba nawet zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. I do tego, że oczywiście nie pozwolono nam za nic zapłacić. Cóż, pozostaje nam przekonywac samych siebie, że „fajni jesteśmy hej!” i oni też maja jakąś radość z przebywania z nami. W końcu jesteśmy przyjaciółmi, czyli w miejscowym języku „jalua”. No więc jemy. Najpierw fookdewel – taka przystawka z warzyw i mięsa znakomicie przyprawionego(pod warunkiem, że omijasz papryczki czili: Tomek po takiej wypił całe piwo, ja musiałam płukać usta duuuużą ilością wody). Potem „ryż ze wszystkim” (warzywami, owocami morza, kabanosami) i smażone warzywa. Potrawy nie mieściły się na stole, wiec jedzenie zeszło nam do zmierzchu. W trakcie posiłku nastąpiła tradycyjna obrzędowa wymiana adresów a następnie pamiątek: dostaliśmy stare srilansanskie monety
A daliśmy breloczki z banknotami euro jako wróżbę uzbierania przez naszych towarzyszy pieniędzy, wystarczających na podróż do Europy.
A potem pojechaliśmy jeszcze do kilku świątyń. Ale już nie turystycznych, tylko lokalnych. Takich miejscowych, prawdziwych, z nabożeństwem. Zdjęć nie robiłam, bo nie chciałam psuć atmosfery sacrum. Uwierzcie mi jednak, że było to bardzo wzruszające. Ludzie trwający w skupieniu na modlitwie, mnisi rytualnie palący kadzidła… potem błogosławieństwa z malowaniem kolorowych kropek na czole (ja mam białą i czerwoną) i wiązaniem malinek na rękach (my dostajemy plecionki kolorowe, Tomek na prawej ręce a ja na lewej), do którego do obrzędu podajemy nasze imiona. Potem następuje cos w rodzaju komunii w kościele katolickim: wszyscy pochylają w skupieniu głowy, składają dłonie dokładnie tak jak my, mnich podchodzi do każdego, błogosławi i na lewa rękę nakłada wielka łychę czegoś, co smakuje niczym skrzyżowanie kutii i jabłecznika. Pyszne! Dlaczego musiałam przyjechać na Sri Lankę, by jeść takie pyszności w świątyni?!(ok, na Ukrainie zdarzało mi się najeść pyszności w cerkwiach) Poza tym ludzie składają w ofierze owoce: młody mężczyzna stojący obok mnie przyniósł trzy kiełkujące kokosy – wiem, że to prośba o potomstwo. Mnich bierze je na chwile przed ołtarz, po czym odnosi. Rozpromieniony mężczyzna wychodzi. Teraz kilka osób krąży wśród zgromadzonych z tacami owoców – bananów, winogron itp. a ludzie wybierają sobie i zjadają z wielkim apetytem.
Po krótkim reście w hotelu spotykamy się na wieczorną imprezę w „klubie przyjaciół mango”. Z grupą rozbawionych mężczyzn (kto by spamiętał imiona!) wędrujemy na kolejny dach. Właściciel restauracji funduje kilka talerzy lokalnego jedzenia kotu (pocięte tasakiem z wielkim hukiem warzywa, podsmażone, z przyprawami) w różnych odcieniach ostrości i cudowne hopa (hm, miseczka ciastowa to chyba najdokładniejsze określenie) z jajkiem. Były rozmowy, pokaz zdjęć na laptopie z różnych części naszego tripu, śpiewy z grą na wielkim bębnie a nawet tańce. Bo muzyka na Sri Lance jest wyjątkowa…
Po północy pojechaliśmy do kolegi naszych nowych przyjaciół. Dzień wcześniej zmarł jego ojciec i w domu odbywało się czuwanie przed pogrzebem. Uznano zgodnie, że nasza obecność zostanie bardzo dobrze odebrana jako pewnego rodzaju zaszczyt. Ponieważ bardzo byłam ciekawa tutejszych obrzędów przejścia, nie trzeba mnie było długo przekonywać. Na początek przekonałam się, że śmierci towarzyszy zupełnie inna atmosfera niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. W drodze nikt nie silił się na powagę i panowała swobodna beztroska. Ulegając nastrojowi dałam się zaprosić do prowadzenia auta. Wyzwaniem oczywiście nie była nowa toyota, lecz ruch lewostronny. A więc po pierwsze, pedały gazu i hamulca trzeba było znaleźć w trochę innym miejscu niż się spodziewałam, ale to było łatwe. Trzeba było nauczyć się obsługiwać skrzynię biegów lewą ręką, a ta prawa wciąż sięgała po drążek tam, gdzie go być nie mogło – przy drzwiach. No i powtarzałam jak mantrę: „lewa, lewa, lewa” - zwłaszcza, gdy po przejechaniu przez rondo – w lewo oczywiście – wszyscy zaczęli wrzeszczeć (okazało się, że dlatego, iż zjechałam na prawy pas). Ups.… Słyszałam od pewnej dziewczyny, że natychmiast przestawiła się na ruch lewostronny, bo to najbardziej naturalne. Ale ja najwyraźniej jestem zlateralizowana skrajnie prawostronnie, więc to zdecydowanie nie dla mnie.
No a teraz o obrzędach przejścia. W noc poprzedzającą pogrzeb w domu zmarłego gromadzą się krewni, przyjaciele i znajomi. Zmarły spoczywa na katafalku w głównej izbie, zaś przybyli wokół domu, w ogrodzie siedzą w grupach i grają w karty, rozmawiają, wspominają zmarłego, jedzą słodycze i piją herbatę. Niektórzy pozasypiali w tuktukach, na ławach. Pozostali nie zwracają na to uwagi, rozmawiają głośno, bez skrępowania, śmieją się. Przypomina to nasze tradycyjne gry podczas czuwania – śmiech ma pokazać, że śmierć nas nie dotyczy, że się jej nie boimy. W domu leży zmarły – tutaj cały w bieli, katafalk tez biały – ale my żyjemy dalej. Sądząc po liczbie zgromadzonych, starszy pan musiał być bardzo znany i ceniony w mieście. Wśród czuwających przeważają – o dziwo – młodzi ludzie. Poznałam córkę zmarłego – najlepsza przyjaciółkę siostry naszego przyjaciela – która pracuje w Kuwejcie. Przysiadła się do nas cała grupa młodych mężczyzn. Wówczas kobiety przyniosły jakieś zioła. Nie był to betel, którego miejscowi zdecydowanie nadużywają i potem trudno się z nimi porozumieć (na szczęście łatwo to rozpoznać, bo maja czerwone usta, a nawet oczy), lecz cos łagodniejszego. Jednak zdecydowanie zabroniono mi tego spróbować. Kobiety przekonywały mnie, ze będę się po tym źle czuła. Źle to ja się czułam już po ostrej papryczce, więc uwierzyłam im na słowo. Tomek jednak, jako mężczyzna, został poczęstowany. Twierdził, że smakuje normalnie (ale jemu smakuje nawet to co mnie pali żywym ogniem!, więc nie ufałabym tej opinii) i działa jak kofeina (kto go tam wie, on kawy nie pija). W każdym razie atmosfera była wystarczająca, by nawet bez kawy czuć się rześko. Wróciliśmy do hotelu o czwartej nad ranem, ale spać mi się nie chciało. Ten dzień trwał 21 godzin, był niezwykle aktywny i inspirujący. Szkoda tylko, ze zakończył się kolejnymi wyznaniami miłości ze strony pana polityka (choć trzeba przyznać, że zachowywał się bardzo poprawnie, łącznie z całowaniem w rękę na pożegnanie).




5 września, niedziela
Miało być pierwszym autobusem do Anaradhapury – pierwszej stolicy Sri Lanki. Ale czy kiedyś na wakacjach udało Wam się wstac bladym świtem? Po sympatycznej pogawędce z gospodarzem daliśmy się zatem przekonać do pozostawienia naszych dużych, ciężkich plecaków i wyruszenia na północ tylko z podręcznym bagażem. Autobusy. Zawsze istnieje kilka opcji, a te najtańsze i najwolniejsze są z reguły -dla mnie przynajmniej- najciekawsze. Tak więc i tym razem bez wahania wybieramy powolny (139 km w 5 godzin) autobus za 138 rupii, czyli ok. 4 zł. Jak ja lubię te ceny! Obok mnie wykupuje miejsce przesympatyczna pani z dwójka dzięki: małym i jeszcze mniejszym. Wykupuje jedno, więc jak się domyślacie nasza wspólna podróż jest bardzo miła i inspirująca.
Po południu docieramy do Anaradhapury. Od momentu założenia w IV w. p.n.e. Anuradhapura przez 14 stuleci była nieprzerwanie polityczną i religijną stolicą Syngalezów. Starożytne święte miasto z najstarszym na świecie drzewem, klasztorami, basenami i dominującymi w krajobrazie dagobami, zajmuje ok. 40 km2. Zostało opuszczone w 1017 r., niezwykłe ruiny przez niemal tysiąc lat porastała dżungla. Odsłonięto je dopiero w XIX w.
Miasto jest niewielkie, więc nie powinno nastręczać trudności orientacyjnych. Okazuje się jednak, ze wszyscy napotkani mundurowi żują betel, wobec czego mają czerwone usta i oczy oraz problem z odpowiedzią na najprostsze pytania. Natomiast bardzo podoba mi się dworzec. Taki w kolonialnym stylu. Fotografuję rozkłady jazdy, cenniki i zegary. Odnajduje też informację o tanich pokojach gościnnych, więc kwestia noclegu rozwiązuje się sama. Czas na zwiedzanie. Spacerując boczna droga w stronę najbliższych zabytków poznajemy otwartość i gościnność tutejszych ludzi oraz metody remontu tutejszych dróg. Spotykamy tez małpy. Pierwszy raz w życiu obserwuje małpy na wolności. Wiele radości sprawia mi fotografowanie ich. A miejscowym kobietom taką samą radość sprawia obserwowanie nas.

Trafiamy do Muzeum Narodowego, gdzie obowiązują nasze bilety, więc zwiedzamy ekspozycję, mieszczącą się w trzech salach. Następnie, w drodze do Jetavana Dagaba, długo fotografujemy szare małpy, baraszkujące wśród ruin. Mimo ułamanej iglicy Jetavana Dagaba nadal jest największą na świecie konstrukcją z cegieł. Do budowy zużyto aż 93 mln sztuk. Po wzniesieniu przez króla Mahasenę w III w. n.e. mierzyła 120 m, co w owym czasie czyniło ją trzecią pod względem wysokości budowlą – wyższe były tylko piramidy w Gizie. Kontemplując jej urok i rozmiary doczekujemy zmierzchu i fotografujemy ją pięknie oświetloną.

W ciemnościach słyszymy hipnotyzujące odgłosy bębna oraz śpiewy w świątyniach. Oczywiście wędrujemy w tamtym kierunku. Tak trafiamy na rzesze odświętne ubranych pielgrzymów. Przechodzę kontrolę osobistą, zostawiam buty i boso ruszam ku największej świątyni buddyjskiej na Sri Lance - Ruwanneli Dagaba. Potężny „dzwon” mierzy ponad 90 m z iglicą i ma średnicę niemal 300 m u podstawy. Monolit robi wielkie wrażenie. Ludzie wokół modlą się – każdy po swojemu, spacerują, dzieci biegają i krzyczą. Atmosfera jest niepowtarzalna. Mogłabym tu zostać do rana, ale o 21:00 świątynia jest zamykana. Wychodząc przyglądam się rzeźbom dziesiątków słoni oświetlonych setkami płonących lampek olejowych. To tzw. Elephant Wall upamiętniający zwierzęta wykorzystane do udeptywania kamieni w fundamentach.
Czas znaleźć jedzenie. W pobliżu świątyń można jednak kupić jedynie kwiaty (ofiarowywane w rożnych intencjach). Rozważam możliwość przejścia na dietę kwiatową, jednak w końcu udaje nam się znaleźć sympatyczny bar nieopodal naszego hoteliku. Ryż curry po wegetariańsku kosztuje poniżej dolara a smakuje po prostu nieziemsko. Obsługa jest przesympatyczna, rozmowa z innymi gośćmi baru coraz ciekawsza. Przystojny właściciel dopytuje się czy jedzenie nam smakuje, przyłącza się do rozmowy (właściwie przysłuchuje się, bo nie mówi po angielsku) a po chwili proponuje kontemplowanie nocnej panoramy miasta z dachu jego domu. Okazuje się, że to najlepsza miejscówka w okolicy. Tylko stąd widać dachy świątyń, oświetlone ulice i przepiękne, rozgwieżdżone niebo. Brakuje tylko cejlońskiej herbaty, ale ta pojawia się równie magicznie jak rozwija się przyjaźń polsko – sygalska. Już jesteśmy umówieni na śniadanie, a chwilę później na wspólne zwiedzanie świątyń i zabytków w okolicy. Sudat – właściciel baru i znany miejscowy polityk – chce spędzić z nami kilka godzin, by móc osłuchać się w języku angielskim, na naukę którego ciągle brakuje mu czasu.


3 września, piątek

Nad ranem wylądowaliśmy w Kolombo. To znaczy kilkadziesiąt kilometrów od stolicy na jedynym lotnisku międzynarodowym. Odkryłam tu darmową sieć wi-fi, więc następne sześć godzin spędziłam w necie, uzupełniając zaległości komunikacyjne. Przez szybę obserwowałam przyrodę tej niezwykłej wyspy. Pierwsze co zauważyłam, to niezwykłe lizardy, znaczy jakieś jaszczury i wielgachne mrówki. Potem, że wieje dość silny wiatr, co w połączeniu z klimatyzacją na airporcie sprawiało wrażenie zimna, a , z powodu których nabrałam wrażenia że jest zimno i deszczowo. To zresztą możliwe na tej wyspie, gdzie pogoda w jednym miejscu potrafi się zmienić kilkakrotnie w ciągu dnia. Gdy jednak wyszłam na zewnątrz moje wyobrażenia legły w gruzach. Było ciepło i bardzo wilgotno. Jak się później okazało, wszystko co wiedziałam o tej wyspie okazało się nieprawdą. Z wyjątkiem opinii, ze jest to ziszczone marzenie, raj na ziemi, raj po prostu…
Wyspa odzyskała niepodległość w 1948 r., w 1972 r. powrócono do dawnej nazwy Lanka, dodając „Sri”, co znaczy „wspaniała” lub „święta”.

Przed południem dojechaliśmy lokalną komunikacją do Kolombo. W autobusie spotkaliśmy miłego Niemca, który przyleciał na Sri Lankę, by spędzić tu jeden dzień. Opowiedział nam o problemach podróżowania z dziewczyną, która ma inny paszport.
Pokręciliśmy się po mieście, zjedliśmy nasze pierwsze curry i kupiliśmy Round Tickety w Central Cultural Fund. W cenie ok. 50 USD gwarantują one wstęp do 15 miejsc w tzw. Trójkącie Kulturalnym (Ancien Buddhist Monuments Triangle), gdzie kilka miejsc zostało wpisane na światową listę UNESCO. Niestety niektóre atrakcje płatne są dodatkowo, a bilet ma skomplikowaną budowę, więc musimy za każdym razem prosić miejscowa policje turystyczna o wyjaśnienie nam co bilet zawiera, a na co musimy kupić dodatkowe bilety.
Kolombo to jedna z brzydszych stolic, jakie widziałam. Jak każde wielkie miasto jest głośne i zatłoczone – a tego po Teheranie mamy już serdecznie dosyć. Na domiar złego kierowcy używają tu innego języka klaksonów, co oznacza, że trąbią jeszcze częściej, jeszcze głośniej i jeszcze bardziej natarczywie niż w Iranie. Do obłędu doprowadza mój błędnik ruch lewostronny. Przy czym sami Srilakanczycy nie traktują go dosłownie, jeżdżąc po tej stronie, która im aktualnie bardziej odpowiada. Mieszanina aut, tuktuków, motorów, rowerów i pieszych – istne szaleństwo!
Jazda autobusem publicznym to tez spore wyzwanie. Gdy już znajdziesz właściwy przystanek, po właściwej stronie drogi, musisz namierzyć autobus. Znajomość numeru niewiele daje, bo trzeba jeszcze do niego wsiąść. A autobusy zatrzymują się rzadko. Najczęściej tylko zwalniają. A wygląda to tak: zdezelowany autobus (niczym amerykański chickenbus), kierowca po prawej stronie i bileter. Wzdłuż autobusu przeciągnięty sznurek, na końcu którego znajduje się dzwonek, by kierowca wiedział…no właśnie: co? Chyba kiedy się zatrzymać, ale czasem tez kiedy można odjechać. Pasażerowie wskakują w biegu, wyskakują gdy autobus zwalnia. Nie zrozumcie mnie źle, czasem zatrzymuje się na przystankach (tak mi się wydaje, że to przystanki) jak na przykład dla nas, ale bywa, że miejscowi czekali na zatrzymanie się autobusu dość długo. Próbowałam siedzieć w autobusie tak po prostu – jak w polskich. Ale rusza on tak gwałtownie i hamuje z taka siłą, że nie sposób się utrzymać na siedzeniu, więc musiałam się szybko dostosować.
Nie mamy za bardzo pomysłu dokąd pojechać w pierwszej kolejności (myślałam o trasie historycznej, poczynając od pierwszej stolicy tego kraju, ale nie znaleźliśmy transportu). Weszliśmy do kolejowej informacji turystycznej, by zapytać o ceny biletów i tam zajął się nami przemiły pan, który nie tylko namówił nas na zmianę planów i podróż do Kendy, ale tez kupił nam bilety, wynajął pokój na miejscu (z transportem ze stacji), przechował plecaki na czas zakupów na targu i użyczył toalety.
Pociąg drugiej klasy to zupełnie inna historia. Wiedzieliśmy, że miejsca nie są numerowane co oznacza ostra walkę, więc planowaliśmy przyjść wcześniej, ale zakupy na przydworcowym bazarze za bardzo nas wciągnęły. Gdy dotarliśmy na właściwy peron wszystkie miejscówki były już zajęte. Ulokowaliśmy się na plecakach w korytarzu – niestety, jak się okazało, przy toalecie. Korytarzyk szybko wypełnił się ludźmi, którzy podjęli grę w karty. Ponieważ wiatraki znajdują się tylko w przedziałowagonach, dla wentylacji otworzono wszystkie drzwi (te wyjściowe z pociągu po obu stronach, to części siedzącej, i – oczywiście – do toalety! Przyjemny zapaszek owionął nas na trzy godziny podróży do Kendy. Rekompensatą były przyjemne interakcje z przeróżnymi ludźmi. Jednym z chłopaków wybraliśmy się potem na nocne zwiedzanie miasta.
Kendy robi przyjemne wrażenie. Wprawdzie to wielkie, drugie po Kolombo, miasto wyspy, ale – szczególnie w nocy – jest bardzo spokojne i sympatyczne. Zupełnie fantastyczne zabytki, otoczone nieokiełznaną przyrodą, po prostu mnie oczarowały.

czwartek, 16 września 2010



2 września, czwartek

Dzień wyjazdu z Iranu. Polityka wizowa Pakistanu zmusiła nas do przelotu samolotem. Mało to wyrafinowane, drogowe, ale trudno. Mieliśmy w planie zwiedzenie Muzeum Męczenników przed wyjazdem, ale okazało się, ze jest zamknięte. Spędziliśmy więc ten czas z Alim rozmawiając po prostu o polityce.
Na lotnisko uparli dojechać środkami transportu publicznego Wprawdzie wszyscy powtarzali, że jeżdżą tam tylko taksówki (za 20-25 USD), bo to nowe lotnisko i autobusu jeszcze nie ma, ale Tomek znalazł w sieci stronę WWW.ihatetaxis.com z informacją, że jakiś autobus jednak jest. I rzeczywiście. Dzięki pomocy uprzejmych teherańczyków na przedostatniej stacji metra (na południe) odnaleźliśmy minibusy. Dzięki temu dojazd kosztował nas jakieś 1,5 USD. I trwało to godzinę. Taksówką nie mogło być wiele szybciej.
Na lotnisku próbowaliśmy nadać paczkę do Polski z gazetami i materiałami promocyjnymi z Iranu. Okazało się jednak że płyt CD nie można wysyłać a za 2 kg papierów żądają około 60 USD! I jeszcze zdziwieni byli, że jednak nie chcemy…
Przed odprawą ostatnie smsy do naszych irańskich przyjaciół i w drogę! Lot do Dubaju był dośc niekomfortowy, bo strasznie nami rzucało, ale nikomu poza mną wydawało się to nie przeszkadzać. Bogate Iranki zapewne żyły już zakupami. Shopping w Dubaju to podobno jedna z ich ulubionych rozrywek.

Kilkugodzinne oczekiwanie na przesiadkę już dawno zaplanowaliśmy przeznaczyć na uzupełnianie dzienników. Jak się okazało czasu było zdecydowanie za mało. Zatem z fragmentarycznymi notatkami wsiadamy na pokład następnego samolotu Air Arabii. Muszę przyznać, że samoloty zrobiły na mnie wrażenie. Wprawdzie nie było darmowych posiłków – i to nie z powodu ramadanu, bo muzułmanie obżerali się jak szaleni – ale po prostu kupić można tam niemal wszystko a reklamy produktów i instrukcje bezpieczeństwa wyświetlają się na monitorach.

1 września, środa

Mam wrażenie, że cały ten dzień przespałam. Chyba się przeziębiłam przez tę klimatyzację w autobusach, zawsze ustawiona na full. W każdym razie zgodziłam się z Alim, że potrzebuję restu. Wstawałam tylko, gdy gospodarz wołał mnie na posiłek. Bo nasz Ali Baba, z powodu święta 21 dnia ramadanu – rocznica śmierci imama Alego, który zginał w meczecie w czasie modlitwy od uderzenia siekierą. Aha, no jeszcze byliśmy dwa razy w ambasadzie indyjskiej. Jestem pewna, że gdyby istniał jeszcze jakiś sposób na przedłużenie procedury wydawania wizy, to w tej ambasadzie by go zastosowano. Spotkaliśmy także poznanego kilka dni wcześniej Francuza – Pierra. Ciekawy chłopak. Wyruszył do kolegi w Turcji na stopa, bo akurat nie mógł znaleźć pracy. Czyli wyjechał bez kasy i planu – jechał tam, dokąd jechali kierowcy. Potem pomyślał, że blisko jest Iran, wiec czemu nie. Tu dał się okraść (nie mogłam wprost uwierzyć, że w tym kraju i to w czasie ramadanu!). A teraz wymyślił sobie Indie – ale uparł się tam dostać stopem statkowym (choć wszyscy twierdza, że to niewykonalne). Do ambasady przyszedł bez pieniędzy na wizę, „bo się nie spodziewał” (a poza tym przecież ich nie ma, bo go okradli. Oczywiście Irańczycy się nim zaopiekowali.
Wieczorem dałam się przekonać na wizytę w studio kolejnego przyjaciela Alego – malarza. Było uroczo. Przy okazji byłam świadkiem uprowadzenia kobiety. Czekaliśmy właśnie pod pracownią przy głównej ulicy Teheranu, gdy dobiegły nas wrzaski. Młody, dobrze zbudowany mężczyzna po prostu upychał dziewczynę w czadorze do samochodu. Ludzi się zatrzymali i przyglądali się scenie na odległość. Ali kazał mi zostać na miejscu. Po kilku próbach dziewczyna się poddała i zaprzestała prób otwarcia drzwi, więc samochód odjechał z piskiem opon. Wtedy podjechali nasi oczekiwani znajomi. Gdy żona naszego malarza przechodziła przez ulicę, na skrzyżowanie wjechało kilka radiowozów na sygnale. Policjanci myśleli, że to ona jest uciekającą kobietą, a ona nie miała pojęcia o co chodzi. Ali szybko skierował cała kawalkadę pojazdów policyjnych we właściwym kierunku. Mam nadzieję, że odnaleźli tę dziewczynę. Bo nie wyglądało na to, że została porwana z miłości i na własne życzenie. A może po prostu się pokłócili. Tego już się nie dowiem.

czwartek, 2 września 2010

wyladowalam w Kolombo na Sri Lance
postaram sie uzupełnic bloga jak najszybciej :D
mój polski numer telefonu już działa!






18 sierpnia, środa
Rano umawiamy się z Alim, że zostaniemy u niego jeszcze jedna noc i jedziemy do indyjskiej ambasady. Złożenie dokumentów zajmuje nam kilka godzin (!), zaś uprzejma pani informuje nas, że po odpowiedź mamy się zgłosić w następnym tygodniu (za osiem dni, gdy wszystkie źródła podają, iż trwa to do trzech dni). Gdy zadzwonimy, okaże się, że termin został przesunięty o kolejnych kilka dni.
Ali zaproponował nam wspólny wyjazd w jego rodzinne strony. Z radością z tej propozycji korzystamy. Wyjazd wczesnym rankiem, a właściwie jeszcze nocą – by uniknąć stania w korkach.

19 sierpnia, czwartek
Ciemną nocą ruszamy na północ. Gdy w ciemnościach opuszczamy Teheran widzimy ludzi wybierających się w okoliczne góry czwartek to tutaj jak nasza sobota). Wyruszają bardzo wcześnie, bo później upał stanie się nie do zniesienia. Droga (stara, czasem zatarasowują ją lawiny skalne, zdarzało się nawet, że kamienie spychały autobusy w przepaść) jest niezwykle widokowa. Co jakiś czas zatrzymujemy się na herbatę, np. w lesie, który jest tutaj ewenementem i atrakcją turystyczną lub przy wodospadzie.
Jedziemy do Babool i Baboolsad. Tam witamy się z licznymi przyjaciółmi Alego. Zwiedzanie zaczynamy od wizyty w Dari Kandeh – wioska w której jest dom starszej pani Mukaranneh. Jej historię poznaliśmy już pierwszego dnia pobytu u Alego. Starsza pani, bita przez męża, przeciętna gospodyni domowa, której syn podjął studia malarskie. Gdy skończyła 80 lat, dzieci sprzedały krowę, nie wiedząc, że starsza pani była z nią silnie związana emocjonalnie. Wtedy coś w niej pękło i zaczęła malować. Musicie wiedzieć, że było to wówczas w Iranie surowo zabronione (dziś znowu mówi się o zamknięciu szkół muzycznych i innych artystycznych. Maluje więc najpierw w sławojce (by nikt tego nie widział), potem w kuchni. Nic nie potrafi jej powstrzymać. W końcu syn pokazuje jej prace swojemu profesorowi. Ten organizuje jej wystawę w najlepszej teherańskiej galerii (oddając jej swój termin!). Mukaranneh okazuje się największym odkryciem ostatnich lat. Staje się popularna, jest zapraszana na spotkania, ma wystawy w najlepszych galeriach. Kobiety z jej wioski Ida w jej ślady i także zaczynają malować. Gdy umiera, w jej domu powstaje muzeum a wioska staje się symbolem twórczości malarskiej. Często urządzane są tu biennale, warsztaty itp.

Potem z przyjacielem Alego – Hadim i jego żoną jedziemy na spotkanie z człowiekiem, który wraz z rodzina postanowił obejść świat pieszo. Swój projekt nazwał GodLifeGod i szeroko opowiada nam o swoich poglądach filozoficznych (wyłożył je w 218 tomowym dziele), jednak nie znajduje naszego zrozumienia. Dla mnie największą atrakcja było to, ze po raz pierwszy w życiu jedliśmy figi i potrzebowaliśmy instrukcji obsługi.

Zamierzamy pojechać nad Morze Kapijskie, ale zatrzymujemy się Babuoolsad, by spotkac się z przyjaciółmi Alego: sławnym rzeźbiarzem Behrouz Amiri Rad, jego synem- Kowe, bratem – Sjawasz, Kjalasz, żoną – Fati (Fateme – arabskie). Podziwiamy pracownie i fantastyczny dom z ogrodem. Zapadł zmrok więc spieszymy się na party – w sąsiednim mieście Kardikolah. Behzare, którego poznaliśmy rano, jest mścicielem dużej firmy, produkującej gaśnice. W lecie zorganizował wyjazd integracyjny dla swoich pracowników. Celem było zdobycie góry Kaczka w Turcji. Myślałam, że w Iranie imprezy są zabronione. Ale okazuje się, że krewni i przyjaciele Alego to coś w rodzaju opozycji politycznej. Trafiamy więc jako goście honorowi na regularną imprezę, z wystrojonymi kobietami, znakomitym jedzeniem, głośna muzyką i alkoholem. Jest piwo bezalkoholowe i nielegalnie pędzony bimber (obrzydliwy). Najpierw oglądamy godzinny film z wyjazdu i nie możemy się nadziwić jak ci potrafią się znakomicie bawić, śpiewać i tańczyć gdy tylko mina granicę. Behzare prosi nas, byśmy zabrali glos. Ja mówię po polsku (co wzbudza wiele radości), Tomek tłumaczy na francuski a nasza nowa koleżanka na farsi.
Żona Behzare, Sudi, przynosi nam przepyszne kebaby i jeszcze przeprasza za skromne jedzenie. To ponoć taki lokalny obyczaj. Ich córki – Awe, Awisza są tutejszymi gwiazdami. Wystrojone w sposób iście amerykański, niestety nie mówią w żadnym języku obcym.
Na nocleg zapraszają nas do swojego domu i nie sposób się wymówić. Powiem tylko, że nie spodziewałam się takiego luksusu. Na opowiedzenie o jedzeniu zaś brakuje słów w języku polskim.

20 sierpnia, piątek
To dzień wolny od pracy i wolno się go celebruje – szczególnie po imprezie. Atrakcją była wizyta z Awiszą i jej przyjaciółką u wróżki – Piszu. Zdjęć robić nie mogłam, nie rozumiałam też o czym mówią. Piszu wróżyła z kart i fusów z kawy (w filiżance i na serwetce). Dało się wyczuć, że ich rozmowie towarzyszy wiele emocji: smutek, obawy i śmiech. Ona na potwierdzenie swoich słów stuka mocno palcem w kartę, pokazuje plamy z fusów - jakby to była nauka ścisła. Uśmiecha się pocieszając dziewczęta, czasem groźnie przemawia, przekonuje, o cos pyta a wówczas one opowiadają jej całe historie. Jest jak starsza siostra, psychoterapeuta; udziela rad jak żyć, uczy.

Po obiedzie (pychota!) oglądamy irańskie piosenki w telewizji, potem Sudi uczy mnie irańskiego tańca, ale chyba nie najlepiej mi idzie. Bardzo mi się to wszystko podoba, więc podarowali nam płytę DVD zespołu Rastak.
Wieczorem odwiedzamy malarza – Ahmad Nasrolahi, zwiedzamy jego pracownię, a potem zabieramy go na imprezę u Behrouza Amiri Rad. Nieczęsto mam okazje obcować z bohemą, więc ta noc na długo zapadnie mi w pamięci.
Potrawy jakie zaserwowano to: oliwki w sosie – Zejtun (oliwki) parwade, mięso – dżahu babun, wódka Arad. Goście to przyjaciele: pani doktor – Saler, Mr Pejder, Mr Huseni i Szida oraz Behzare i Sudi. Wszyscy są artystami, więc ktoś recytuje swoje nowe wiersze, ktoś robi artystyczne zdjęcia. Muzyka jest ekstatyczna jak atmosfera tego wieczoru. Język nie stanowi bariery komunikacyjnej. Jako goście honorowi wpisujemy się gospodarzowi na ścianie (obok najsławniejszych malarzy tego kraju). Potem oczywiście śpimy u gospodarzy.

21 sierpnia, sobota
Sobota w Iranie to jak u nas poniedziałek. Weekend się skończył, ale Ali nie spieszy się do pracy. Zostajemy więc jeszcze nad morzem. Zachwyciłam się Morzem Kaspijskim w Azerbejdżanie, ale tutaj to zupełnie co innego. Plaże jakieś małe, brudne i kamieniste. Pogoda – wilgotno, chłodnawo i słońca nie widać. A najgorsze – kraj islamski i obowiązuje segregacja płciowa. Z trudem znajdujemy plaże dla kobiet, bo ja się oczywiście uparłam, że kapać się będę. Próbowałam nagrać filmik z tej plaży, ale tylko zdenerwowałam obsługę, wiec po prostu wam opowiem (dały się ubłagać na zdjęcie, ale tak, żeby żadnej kobiety widać nie było). No wiec zorganizowane jest to tak, że kawałek plaży wchodzący kilka metrów w morze odgrodzony został czymś, co przypomina namiot cyrkowy, tyle, że zdezelowany i bez dachu. W środku przestrzeń około 40 metrów, z czego połowę, czyli środek zajmuje kłębiący się tłum kobiet: w czadorach, w dżinsach i koszulkach, w bikini i toples. Kobiety mogą siedzieć na piasku, a nawet wchodzić do wody do głębokości… bioder! Gdy przyjdzie większa fala, to zdarza się, że są całe mokre. Po prostu niesamowite. Nigdy nie mają okazji pływać (w dużych miastach są baseny dla kobiet). Miejsce jest po prostu okropne, ale dziewczęta i tak są szczęśliwe, że mogą korzystać z morza. Powtarzają, że dobrze, że nie żyją w Afganistanie.
Trudności miałam nie tylko z kąpielą, ale także z kupieniem napoju. Wszyscy po kryjomu piją na plaży, ale w sklepie nikt sprzedać nie chce. Jedziemy więc na drzemkę i przekąski u rodziny Alego – siostry: Zchrozouli, gdzie poznajemy ojca (90 lat), który nadal jeździ na rowerze! Obiadowe danie to wywar z gotowanego mięsa i ziemniaków
Wracając do Teheranu mijamy najwyższą górę Iranu: Damalwan. Nad drogą dostrzegam jakies dziwne nawisy betonowe – to odprowadzacze wody z góry.
Zatrzymujemy się na zakup dań do domu: kasz (makaron, fasola, zioła) w różnych wersjach.

17 sierpnia, wtorek
Rano budzę się w Teheranie. Pobyt w Iranie trzeba zacząć od ubiegania się o następną wizę. W ambasadzie pakistańskiej, jak się niestety spodziewaliśmy, kategorycznie odmawiają nam wizy. Pozostaje więc ubiegać się o indyjską i poszukać jakiegoś fajnego sposobu na dostanie się do tego kraju. Łatwo powiedzieć. Ambasada indyjska to przecież kawałek Indii w Iranie- chaos więc straszny. Po prostu nie miałam pojęcia, że coś takiego może funkcjonować. Po kilku godzinach udaje nam się ustalić listę dokumentów niezbędnych do aplikowania o wizę (niewiele miała wspólnego z oficjalnymi danymi). Popołudnie spędzamy więc kompletując te dokumenty: w najbliższej agencji turystycznej rezerwujemy bilety na loty do i z Indii (nie zamierzamy ich kupować, zresztą i tak nie mamy prawa wracać przez Iran) a następnie przez kilka godzin szukamy polskiej ambasady (pracownicy nie wiedza jak tam dojechać komunikacją publiczną, a gdy już to ustalają wymowa nazw irańskich stacji jest… niepoprawna). Ostatecznie docieramy do ambasady przed 16-tą, gdy pracownicy szykują się do wyjścia. Muszę jednak przyznać, że polska ambasada to bardzo miłe i sympatyczne miejsce. Porozmawialiśmy sobie z pracownikami, zgromadziliśmy trochę informacji i uzyskaliśmy dokument potwierdzający naszą tożsamość. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że niedawny pracownik tejże ambasady wydał w ubiegłym roku pierwszy polskojęzyczny przewodnik po Iranie – całkiem niezły.
Po wielu godzinach bieganiny kontaktujemy się z naszym couchservingowym gospodarzem – Alim. Piszę te słowa po dwóch tygodniach – wiem już zatem, że ten człowiek okazał się Dobrym Duchem naszej Drogi w Iranie. Ali, podpisujący się nickiem Ali Baba, wie wszystko i zna wszystkich. Na wszystkie pytania „kto?” odpowiedź brzmi: ja lub: moi sąsiedzi, na pytanie: „gdzie?” – u mnie w sklepie, koło mojego sklepu, koło mojego domu. A zatem Ali Baba i jego czterdziestu przyjaciół – artystów malarzy, rzeźbiarzy, fotografów i poetów napełnili treścią nasz pobyt w Iranie. Zaczęło się od mieszkania Alego. Tak mieszka prawdziwy podróżnik – pamiątki z różnych części świata, wszystko piękne i użyteczne. Galeria obrazów kilku ciekawych malarzy, makatka z inspirującymi cytatami i zdjęciami, piękne świece, dobra muzyka (wyboru której nie potrafię nawet ogarnąć – kilkaset albumów z różnych części świata i różnych gatunków muzycznych).
16 sierpnia, poniedziałek
Rankiem lądujemy w Tabrizie. Przemiły kierowca chciał nas zawieźć Az do Teheranu – ma tam dotrzeć, ale nie wiadomo kiedy. Żegnamy się jednak, gdyż podróż z nim trwa za długo. On prawie się popłakał z żalu, my – odetchnęliśmy z ulgą. Czas zarzucić hitchhiking na jakis czas :D.
Na dworcu kolejowym przechodzimy gehennę zakupu biletów do stolicy. Wprawdzie dziewczę w informacji (chyba dziewczę, bo po twarzy niewiele można powiedzieć, a nic więcej nie widać) mówi po angielsku, ale tanich biletów na dziś nie ma. Po długich poszukiwaniach i przekonywaniach w końcu się jednak znajdują. Tanie są naprawdę tanie: kuszetka na 782 km w pierwszej klasie, z podziałem na przedziały dla kobiet i mężczyzn: 5 dolarów.
Ale pociąg będzie dopiero wieczorem. Ruszamy więc ‘na miasto”. Z nieśmiałością przyglądam się pierwszemu w moim życiu muzułmańskiemu miastu w tak ortodoksyjnym wydaniu. Jeszcze nie wiem, że po tygodniu będę się śmiała z moich obaw, cytując pewnego pana, że „przecież Iran to nie Afganistan”. No właśnie, wszystko to kwestia punktu odniesienia.
Po kilku chwilach podjeżdża do nas na rowerze przemiły chłopak – Ossein. Rozmawiamy sobie przyjemnie po angielsku i oczywiście zostajemy zaproszeni na wspólne zwiedzanie miasta. Ale najpierw posiłek u niego w domu i spotkanie z rodziną. Jak cudownie! Słynna irańska gościnność, otwartość tych ludzi pozwala mi się trochę oswoić z nową sytuacją. Przekonuje się, że w domu mogę czuć się swobodnie (to oznacza, że mogę zdjąć chustę, ale nie mogę wyprostować nóg, bo to wyraz braku szacunku wobec starszych). Po raz pierwszy kosztuję przepysznych irańskich potraw, potem zwiedzamy miasto (Błękitny Meczet, stare miasto). Kupujemy irańska kartę, bo mój orange tu nie działa. Wracamy na obiad – feeria smaków, zapachów i kolorów. A potem – jedziemy na rowerach (sic!) zobaczyć stary bazar. Czytałam, że najpiękniejszy w Iranie. Jeśli uważaliście, że jeżdżę po Przemyślu jak wariat to nie widzieliście co się dzieje w Iranie!!! Tego nie sposób opisać. Może spróbuję później. Teraz skupi się na tym, że wszyscy przyglądali mi się bardzo… dziwnie. Było w tym zdziwienie, niedowierzanie. Zapytałam Hosseina dlaczego tak na mnie patrzą – i tylko na mnie – przecież mam chustę na głowie, drugą do kolan zawiązana na spodniach. Okazało się, że prawdopodobnie jestem pierwszą kobietą na rowerze, jaką zobaczyli w swoim życiu. Wprawdzie pożyczyłam rower od siostry naszego przewodnika, ale ona jeździe tylko z bratem i tylko w nocy – wtedy jest bezpiecznie. Od opowieści o tym co tutaj kobiecie wolno a czego nie wolno włos się jeży na głowie. Chyba jednak dobrze, że na pierwszy rzut oka widać, iż jestem turystką. Później dowiem się, że policja obyczajowa, o której Hossein nam opowiedział, to dziś już rzadkość i że od kilku miesięcy zasady są znacznie łagodniejsze. Niemniej jednak szoku wystarczyło mi na kilka dni: kobieta musi przestrzegać zasad hidżabu, nie wolno jej podróżować ani spacerować w towarzystwie obcego mężczyzny (czyli nie – brata, ojca, męża). Przyłapana na choćby rozmowie z mężczyzną podlega brutalnym represjom. „Zdradzony” mąż może nawet zapłacić za jej zabicie. Na szczęście spotykane w Iranie kobiety opowiadały, że mężowie zazwyczaj potwierdzają ich zeznania. Natomiast kontrole dokumentów podróżnych (czy aby rzeczywiście jesteście rodzeństwem?) widziałam na własne oczy.
Wieczorem wcale nie chcemy wyjeżdżać. Z trudem przychodzi nam pożegnać nowych przyjaciół. Zaczynam rozumieć co oznacza otwartość Irańczyków. W pociągu dowiaduję się, że potrafią być nawet zbyt otwarci. Gdy częstujemy się nawzajem ciastkami czy owocami – OK.; gdy opowiadamy o swoich rodzinach i pokazujemy zdjęcia – OK.; ale gdy nowo poznana dziewczyna wylewa z siebie żale, że przez ten system jest nadal dziewicą i lituje się nad nią poznany na czacie żołnierz amerykański – to dla mnie za dużo. Przy okazji odkrywam, że język irański jest bardzo nosowy i przy dłuższych przemowach tonem płaczliwym bywa męczący. Na szczęście można podłączyć laptopa i uzupełnić dziennik. Szkoda, że nie wypada zapuścić jakiegoś filmu…
15 sierpnia, niedziela
Rankiem docieramy do Dogubezaid, niemal u stóp Araratu. Widoki przepiękne, ludzie uprzejmi, ale my jak najszybciej chcemy dotrzeć do granicy. Jak najszybciej, a przy okazji za darmo, bo po wyjściu z toalety stwierdziliśmy organoleptycznie, że właśnie wydaliśmy ostatnie pieniądze. Jakieś 30 km to pikuś, a nawet Pan Pikuś, bo do granicy jeździ mnóstwo tureckich ciężarówek. Nie tylko dowożą nas do granicy, ale też (inni) na herbatę, śniadanie, pouczają co do zasad hidżabu (chusta na głowie, bez makijażu, luźna długa tunika i spodnie – w ciemnych kolorach, zakryte stopy), skutkiem czego wyglądam jak przebieraniec poobwiązywana do granic. A na granicy skwar nie do wytrzymania! Jej przekroczenie to dla mnie pierwsze wyzwanie. Żar leje się z nieba, toalety pozamykane a strażnicy gdzieś się pochowali i trzeba ich sobie znaleźć. Tylko Homeini i Khamenei spoglądają z bilbordów. Przez najbliższe dni będą tak na nas patrzeć – niczym Wielki Brat z najgorszych koszmarów. Uzbrojeni po zęby żołnierze z uprzejmym „wellcome to Iran” prowadzą nas do informacji turystycznej. Islamska republika Iranu bardzo dba o wizerunek, wic informacje turystyczne są wszędzie – co nie oznacza, że łatwo się w nich czegokolwiek praktycznego dowiedzieć.
Pierwsze kroki w Iranie okazują się nie takie trudne. Uzbrojeni w wiedzę polskich podróżników radzimy sobie z odnalezieniem jedzenia (choć to ramadan), kafejki internetowej (umawiamy się z couchem z Teheranu) i autobusami. Taksówki jednak przerastają nasze możliwości negocjacyjne. Po pierwsze ceny nie są podawane w obowiązującej walucie – rialach, lecz przedrewolucyjnych tomanach (jedno zero mniej), które oczywiście funkcjonują jedynie i wyłącznie w świadomości Irańczyków, nie będąc żadnym oficjalnym środkiem płatniczym. Co więcej, w kraju, gdzie litr paliwa kosztuje 10 centów (powyżej 3 litrów dziennie – 40 centów) ceny powalają. Domyślając się, ze to tylko oferta dla westmanów przy granicy – postanawiamy spróbować autostopu. Po raz kolejny zatrzymuje się pierwszy turecki TIR. Chcieliśmy dojechać tylko do najbliższej miejscowości, ale zabieramy się aż do Tabrizu (niemal 300 km). Po drodze oczywiście zostajemy zaproszeni na obiad, poznajemy jego licznych przyjaciół mieszkających i pracujących przy trasie przejazdu. Oczywiście on mówi w swoim języku a my staramy się cokolwiek zrozumieć. Wieczorem okazuje się, że policja zrobiła blokadę i nie przepuszcza Tirów, więc zostajemy na nocleg w jakiejś Pipidówce Niżnej (przed snem oglądamy razem w szczelnie zasłoniętej kabinie – rozrywka jest w tym kraju zabroniona – horror z tureckim dubbingiem. Fascynujący!
14 sierpnia, sobota
Ten dzień nie obfitował w wydarzenia warte opisania, gdyż dopiero wieczorem wyruszyliśmy autobusem do granicy irańskiej. Opowiem więc o toaletach i sztuce negocjacji w Turcji.

Toalety, z których korzystam od kilku tygodni są oczywiście typu azjatyckiego, czyli tzw. „na Małysza”. Obecnie potrafię wskazać wiele ich pozytywów i właściwie tylko pozytywy. A zatem:
1. w publicznej toalecie nie trzeba się na nic wspinać („żeby dostać”), co, szczególnie przy moim niskim wzroście, jest sporym ułatwieniem;
2. nie ma problemu jak z tego skorzystać (w „naszych” niektórzy włażą z butami na deskę, co wydaje się pozostawiać poczucie wstydu za tak niehigieniczne zachowanie);
3. w większości nie ma papieru toaletowego, co wymusza korzystanie z wody (doprowadzanej wężykiem, czasem z możliwością wyboru: ciepła, zimna), dzięki czemu toalety się nie zatykają i prawie zawsze są czyste (chociaż papier toaletowy tradycyjnie wyrzucamy do kosza na śmieci);
4. konieczność podmywania się za każdym razem jest gwarantem zachowania higieny, co w tutejszych warunkach klimatycznych jest bardzo ważne (szczegóły na privacie, jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnień);
5. konstrukcja kabiny pozwala na odświeżenie się – po prostu wzięcie prysznica; szybko i to kilka razy dziennie;
6. wszystkie toalety w Iranie są gratisowe, co nie wpływa na stan ich czystości.

A teraz o sztuce negocjacji. My na pograniczu wschodnim znamy te różne sztuczki, więc niełatwo nas okantować. Jednak Turcy są mistrzami wciskania kitu. Wiele osób się już o tym przekonało. Zatem jak wyglądało nasze kupowanie biletu na ostatni autobus w Turcji. Zaczęliśmy od wizyty w kilku biurach sprzedających bilety autobusowe. W centrum miasta ceny wydały nam się wysokie – około 55 lirów czyli 110 zł. Uznaliśmy, że warto wynegocjować do 40 lirów, ale terminal (dworzec autobusowy) wydał nam się odpowiedniejszym miejscem do targów. Na miejscu odnaleźliśmy dwie agencje sprzedające bilety w wybranym przez nas kierunku. Po miłej rozmowie pierwsza zaproponowała cenę 45, druga 40 lirów „dla studentów”. Nadchodzi więc moment zakupu. Legitymacji studenckiej nikt nie żąda, za to natychmiast dostaję propozycje wspólnego spędzenia nocy. Jakoś ramadan wcale im nie przeszkadza (nie tylko powinni powstrzymywać się od jedzenia i picia, ale także używek i seksu). Co więcej, każą nam zapłacić po 60 lirów od osoby. Robię więc małą awanturę („Ależ jest ramadan, ludzie są zmęczeni i nie wiedzą co mówią. Cena to 60 lirów.) i udaję, że odchodzę. Cena natychmiast wraca do wcześniej ustalonej. A zatem: targując się z Turkami musisz wiedzieć czego oczekiwać (mieć rozeznanie w cenach, spodziewać się, że naciągają cię na jakieś 30%), twardo trzymać się swojego, być niezłym aktorem i mieć poczucie humoru.

czwartek, 26 sierpnia 2010

dziekuje za wszystkie wyrazy pamieci: za smsy, telefony, meile Moi drodzy jestescie cudowni! moim szkolnym znajomym - kadrze pedagogicznej i uczniom zycze udanego roku szkolnego!!! :D

niedziela, 22 sierpnia 2010

IRAN

13 sierpnia, piątek
Dopiero uzupełniając dziennik zauważyłam, że to piątek trzynastego… powinno być szczęśliwie! A jednak nie. Bartek, który wrócił właśnie do Polski, napisał, że w Albanii został okradziony. Po prostu nie włączył alarmu. Złodzieje zabrali więc wszystko (w tym wszystkie moje rzeczy, które postanowiłam odesłać do Polski, o wartości –bagatela-kilku tysięcy złotych). Oj sporo mnie ta Pati kosztowała! Wyposażenie podróżne, które w większości zostało wyrzucone w pierwszych dniach, z powodu braku miejsca; paliwo, którego piła mnóstwo, a właściwie poza Nemrut nie dojechaliśmy w żadne miejsce, gdzie nie dostałabym się komunikacją publiczną; i wreszcie kradzież sprzętów i ubrań… Mogłabym za te pieniądze podróżować w obecny sposób jeszcze bardzo długo. Ale trudno, wściekać się będę, gdy już pieniądze się skończą.

Spraw do załatwienia dziś niewiele: odebrać wizy. Do tego czasu odsypiamy, korzystamy z Internetu, spacerujemy, orientujemy się w cenach biletów (do jeziora Van, do granicy z Iranem). Umawiamy się także z naszymi angielskimi znajomymi na wycieczkę.
Niedaleko Trabzon (ok. 45 km) w Altindere National Park in Macka County znajduje się Sumela (Virgin Mary) Monastery. Monastyr został wybudowany w XIV wieku na stromym urwisku 270 metrów nad głębokim kanionem. Wycieczka organizowana przez biuro podróży jest bardzo droga i w godzinach, które nie pozwoliłyby nam na odebranie wiz, więc korzystamy z tego, że chłopaki mają samochód, a nie maja co robić czekając na prom.
Cytuję angielskojęzyczną wikipedię:
The Sümela Monastery (Turkish: Sümela Manastırı), Greek: Μονή Σουμελά) stands at the foot of a steep cliff facing the Altındere valley in the region of Maçka in Trabzon Province, modern Turkey. Lying at an altitude of approximately 1200 metres, it is a major tourist attraction of Altındere National Park. Founded in the year 386 AD during the reign of the Emperor Theodosius I (375 - 395),[1] legend has it that two priests undertook the founding of the monastery on the site after having discovered a miraculous icon of the Virgin Mary in a cave on the mountain.
During its long history, the monastery fell into ruin several times and was restored by various Emperors. During the 6th Century AD, it was restored and enlarged by General Belisarius at the behest of Justinian.[1]
It reached its present form in the 13th century after gaining prominence during the reign of Alexios III (1349 - 1390) of the Komnenian Empire of Trebizond (established in 1204). At that time, the monastery was granted an amount annually from imperial funds. During the time of Manuel III, son of Alexius III, and during the reigns of subsequent princes, Sümela gained further wealth from imperial grants. Following the conquest by the Ottoman Sultan Mehmed II in 1461, it was granted protection by order of the Sultan and given rights and privileges which were renewed by following sultans. Monks and travelers continued to journey there through the years, the monastery remaining extremely popular up until the 19th century.
The Monastery was seized by the Russian Empire during the occupation of Trabzon in the years 1916-1918. The site was finally abandoned in 1923, following the population exchanges between Greece and Turkey after the Treaty of Lausanne. In 1930, the miraculous icon of the Panagia Soumelá, as well as other sacred treasures of the monastery, were transferred to the new Panagia Soumela Monastery, on the slopes of Mount Vermion, near the town of Naousa, in Macedonia, Greece.
Today the monastery's primary function is as a tourist attraction. Its place overlooking the forests and streams below, make it extremely popular for its aesthetic attraction as well as for its cultural and religious significance. Currently restoration works funded by the Turkish government are taking place.
The principal elements of the Monastery complex are the Rock Church, several chapels, kitchens, student rooms, a guesthouse, a library, and a sacred spring revered by Orthodox Greeks.
The large aqueduct at the entrance, which supplied water to the Monastery, is constructed against the side of the cliff. The aqueduct has many arches which have mostly been restored. The entrance to the Monastery leads up a long and narrow stairway. There is a guard-room next to the entrance. The stairs lead down from there to the inner courtyard. On the left, in front of a cave, there are several monastery buildings. The cave, which was converted into a church, constitutes the centre of the monastery. The library is to the right.
The large building with a balcony on the front part of the cliff was used for the monks' cells and for housing guests. It dates from 1840.
The influence of Turkish[citation needed] art can be observed in the design of the cupboards, niches and fire-place in the rooms of the buildings surrounding the courtyard.
The inner and outer walls of the Rock Church and the walls of the adjacent chapel are decorated with frescoes. Frescoes dating from the era of [Alexios III] line the inner wall of the Rock Church facing the courtyard. The frescoes of the chapel which were painted on three levels in three different periods are dated to the beginning of the 18th century. The frescoes of the bottom band are of superior quality.
The frescoes of the Sümela Monastery are seriously damaged, having largely been moved from their original settings. The main subject of the frescoes are biblical scenes telling the story of Christ and the Virgin Mary.
Rzeczywiście miejsce jest piękne. Docieramy tam, gdy szczyty gór toną w chmurach a turyści w znakomitej większości wracają już z wycieczki. Możemy zatem we względnym spokoju i ciszy kontemplować to niezwykłe sacrum. Przepiękne freski zaskakują oryginalnością ujęcia, w innym zaś miejscu- nieporadnością malarza. Przede wszystkim jednak wzruszają. Wyzwalają bardzo silne emocje. Nie można pozostać obojętnym. Ulegam więc czarowi tej świątyni i daję się ponieść emocjom. Monastyr przyklejony do skalnej ściany, zawieszony kilkaset metrów nad dnem zalesionej doliny…

W drodze powrotnej Tomek otrzymuje sms od Utarga – poznanego w Tbilisi coucha z Trabzonu, który bardzo chce nas ugościć. Następnie przypadkowo widzimy się w mijających się autach na autostradzie. Przyjeżdża pod hotel i zaprasza do siebie całą naszą czwórkę. W ciągu 10 miesięcy przyjął niemal 80 osób z całego świata. Spędzamy u niego miły wieczór.

sobota, 14 sierpnia 2010

12 sierpnia, czwartek
Budzę się przed świtem. Zbieramy się szybko i zaraz znajduje się samostop. Gość proponuje podwózkę do Trabzonu, twierdząc, że rusza za chwilę (tylko zje z kolegami melona). Gdy więc Tomek mija ich wracając z toalety, traktują go jak dobrego znajomego, zapraszając na wspólne śniadanie. Zdziwiony nie wie jak się zachować. Ostatecznie zjadamy z nimi conieco, pijemy herbatę, a gdy wyjazd się opóźnia stanowczo odmawiamy kolejnej kąpieli w morzu. Nasz kierowca wsiada więc natychmiast do auta i rusza w mokrych ubraniach. Kładę się spać, a Tomek zasypia na fotelu pasażera. Po jakimś czasie budzę się jednak z krzykiem. Wpadliśmy na barierkę ograniczającą jezdnię! Na szczęście to TIR. Po obejrzeniu auta jedziemy dalej. Kierowca uspokaja nas, że wszystko w porządku. Próbujemy dotrzymywać mu towarzystwa, ale trudno rozmawiać, gdy zna się tylko kilka słów po turecku. Po chwili znowu zasypiam i, co było do przewidzenia, znowu budzi mnie uderzenie w barierkę. Teraz już nie dajemy się zwieść. Nasz kierowca przysypia. W końcu przyznaje się, że prowadzi już trzy doby bez snu (z Baku, przez cały Azerbejdżan i Gruzję). Robimy więc co w naszej mocy, by go czymś zająć. Przygotowujemy mu napój energetyczny, przekonujemy do postoju i regenerującej kąpieli w morzu. Niestety, gdy tylko zostaję z nim sama, natychmiast czyni mi propozycje… nazwijmy je matrymonialnymi. Co za zdziwienie: a ten na takiego nie wyglądał. Do końca wspólnej podróży Tomek już kontroluje sytuacje, nie pozwalając mu nawet rozmawiać ze mną. W Trabzonie żegnamy się bez żalu i czym prędzej odnajdujemy irańska ambasadę. Najpierw groźny strażnik, potem dziwna (jedno oko niebieskie, drugie brązowe) acz przemiła pani powtarzająca „no problem” przyjmuje nasze wnioski wizowe, zdjęcia, a następnie potwierdzenie wpłaty 75 euro. Przyjmujemy to za dobrą wróżbę.
Odnajdujemy informację turystyczną i instalujemy się w tanim hotelu. Nie dość, że kosztuje grosze, to jeszcze ma wi-fi! Tyle, że 10 metrów dalej znajduje się jeden z meczetów. Muezin regularnie, acz bardzo fałszując, przypomina o modlitwach, wydzierając się wprost w nasze okna. Do wszystkiego jednak można przywyknąć.
Po regenerującej drzemce wybieramy się na spacer po mieście. Niewiele tu do zwiedzania, ale zdjęcia porobić można. Natrafiamy natomiast na ciekawie pomalowany samochód. W najbliższej kafejce internetowej odnajdujemy angielskich właścicieli – uczestników projektu, polegającego na rajdzie kilkuset aut z Anglii do Mongolii. Opowiadamy chłopakom o naszym hotelu i umawiamy się na późniejsze spotkanie. Są to Matt Souls i Tom Napper a o ich projekcie możecie dowiedzieć się więcej pod adresem: www.theadventurists.com (odnośniki: mongol rally, alanparachutedick). Bardzo ciekawy i odważny pomysł – kilkaset samochodów przemierzających świat w szlachetnym celu.

Jest ramadan, więc namierzenie czynnej restauracji sprawia nam niemały kłopot. Ostatecznie korzystamy z praw turysty i objadamy się jeszcze przed zmierzchem. Następnie dajemy się zaprosić lokersom na lemoniadę i pogawędkę. Opowiadają nam o zwyczajach związanych z ramadanem, kiedy i czego im nie wolno, jaką siłę daje im poszczenie (kilka utworów muzycznych, więc przy okazji uczę się jak w moim nowym telefonie działa bluetooth). Potem czekamy na koncert, który ma się odbyć w pięknie położonym amfiteatrze. Okazuje się, że to, na co ściągnęły tłumy to recytacje, czy raczej próby śpiewania Koranu. Jednak miejscowi soliści nie grzeszą talentem muzycznym, więc po jakimś czasie wracamy o hotelu.

11 sierpnia, środa
Globtroterzy to wiedzą – w Trabzonie wizy do Iranu dostaje się z dnia na dzień. Jedziemy zatem do Trabzonu. Ruszamy w środę, by mieć czwartek i piątek na wizy. Jeszcze ostatnia kawa z Wadzią – właścicielem hostelu, który dla nas jest jak przyjaciel. Oczywiście pożegnanie z naszymi „Zielonymi schodami” jest bolesne. Wzruszam się bardziej, niż wyjeżdżając w Przemyśla. Czy tak się przywiązałam do tych ludzi i tego miejsca, czy ta podróż tak mnie zmieniła…
Wszystko zdaje się nas zastrzymywać Tbilisi. Jeszcze ta nieszczęsna ambasada Izraela! Kto wiedział, że taki kolorowy budynek to ambasada. Żadnych tabliczek, zakazów fotografowania… no i zatrzymano Tomka, bo fotografował to, czego nie powinien. Na szczęście udało się jakoś załagodzić sprawę i w końcu wyjeżdżamy autobusem na granice miasta. Gruzini nie mogą zrozumieć dlaczego nie jedziemy busem do Batumi (7 godzin, 20 lari ok. 38 zl), zatrzymują dla nas odpowiedni autobus, chcą się nam dorzucić do biletu albo wynegocjować dla nas cenę. W końcu jednak zostajemy sami i niemal od razu zatrzymuje się auto. Jedziemy razem ponad 100 km, słuchając opowieści o wojnie i o tym jak się teraz żyje w Gruzji. Potem przesiadka do Baso – wesołego biznesmena, właściciela kilku TIRów, z którym jedziemy do Ureki nad morze, a który nie morze przeboleć, iż nie mamy czasu by u niego zostać na dłużej. Właśnie otworzył kawiarnię na plaży za Ureki i bardzo chciał nam ja pokazać. Obiecujemy, że wrócimy wiosną i wówczas spędzimy kilka dni na jego daczy nad jeziorem. W Ureki łapiemy do granicy.… KRAZa!!! Taka ciężąrówką jeszcze nie jechałam. Trochę monotonnie i powoli, ale wysiadamy na samym przejściu granicznym. Robi się późno, wiec jemy obiadokolację, wymieniamy resztę kasy na turecka i na piechotę do Turcji! Jak zawsze, trwa to zbyt długo. Zapada powoli zmrok, zatem decydujemy się spędzić noc nad morzem. Piękna plaża, ciepłe morze i troskliwi, gościnnie tureccy kierowcy. Ruszymy o świcie i zdążymy do ambasady – z takim planem zasypiamy tego dnia.

piątek, 13 sierpnia 2010


10 sierpnia, wtorek
Z Elą (mamy teraz przecież hostel pełen Polaków) poszłyśmy do bani. Wypatrzyłam ją w czasie ostatniego pobytu w Tbilisi. Nie taką dla turystów, elegancka i na pokaz, tylko taką, do której chodzą miejscowi. Zaraz za rogiem :D
Zaczęło się więc od tego, że babuszki wyraziły zdziwienie skąd się tu wzięłyśmy. A babuszki jakieeee! Szkoda, że nie wypadało fotografować! Zaproponowały nam prywatną kabinę, ale chciałyśmy zobaczyć salę ogólną. Co to było za miejsce! Ściany przeżarte tą siarką, woda cuchnąca zgniłym jajkiem, stare kabiny i chyba jeszcze starsze panie. Nie używa się bikini, wiec fotek nie ma i nie będzie. Wszystkie chodzą miedzy kabinami bez zasłonek, szorują swoje ciała, nawet farbują włosy. Przyjaźnie nas zagadują, wypytują o pochodzenie, wrażenia z Gruzji. Zachwycają znajomością kilku słów po gruzińsku. Więc najpierw gorący prysznic, a potem masaż. Właściwie to nie masaż, a ścieranie naskórka. Przemiła, potężna i silna Azerbejdżanka nasączała specjalną gąbkę czymś w rodzaju octu i mocno tarła. Profesjonalnie starła mi z kilogram skóry! A ta, która została jest teraz taka… jedwabiście gładka jak z reklamy :D Boskie uczucie/ Za jedyna kilkanaście złotych. Sauny powinny być obowiązkowe na całym świecie.


Na popołudniowym spacerze za najlepsza metodę poruszania się po Tbilisi uznałam metodę żabich skoków. Od jednego parku do drugiego. Ależ się rozleniwiłam! A pan sprzedający mi lody w parku powiedział, że mam „charoszy telewizor”. To o laptopie oczywiście.
9 sierpnia, poniedziałek
Dzień spędziłam na regenerowaniu się, internetowych rozmowach z przyjaciółmi po tygodniowym milczeniu… Osiągnięciem dnia była naprawienie wi-fi w moim laptopie, co świętował cały hostel (prawie wszyscy goście to znów Polacy), pijąc, jedząc, korzystając z Internetu i opowiadając o obcych krajach (szczególnie interesuje nas teraz Iran).


8 sierpnia, niedziela
Postanowiliśmy wracac do Gruzji trasa północną, przez góry a po drodze zwiedzić Szeki (karawanseraj i pałac chana). Oczywiście wszystko autostopem. Uparliśmy się, że nauczymy Azerów czym jest autostop! Niektórzy jednak już wiedzieli jak to działa. Sami się zatrzymywali, zapraszali na posiłek, kupowali lody, wymieniali się z nami adresami internetowymi, opowiadali o swoim kraju i życiu w nim. Czasami udało się nam nawet podpytać jak to jest naprawdę.

Charakterystycznym elementem życia politycznego Azerbejdżanu jest kult prezydenta, zarówno zmarłego Gajdara, jak i Ilhama. Ulice azerbejdżańskich miast zdobią portrety obu polityków, liczne cytaty z ich wypowiedzi itd. Bilbordy z tymi zdjęciami są dosłownie wszędzie. Jak już pisałam, nie wszyscy są jednak z tego zadowoleni. Generalnie bowiem ludziom żyje się ciężko, ceny są astronomiczne a pensje niskie. My jednak poza wizą (67 dolarów) wydawaliśmy w tym kraju 10 dolarów dziennie. Wieczorem wróciliśmy do Tbilisi, na nasze „klimatyzowane” miejsce – werandę Greek Starsi.

czwartek, 12 sierpnia 2010



6 sierpnia, piątek cd.
Odebraliśmy plecaki z przechowalni bagażu, zjedliśmy regionalny obiad i pojechali na spotkanie z Nadżafem. Oczywiści piątkowy korek… propka po rosyjsku i jesteśmy spóźnieni. A nasz nowy przyjaciel bez żadnego bagażu, nawet saszetki czy reklamówki! I pyta: jedziemy taksówką czy autobusem? Ceny tu są po prostu zawrotne a myśleliśmy, że pojedziemy jego autem do jego rodziny w Lachicz. Tymczasem to było pierwsze z wielu zaskoczeń. Pojechaliśmy dwiema taksówkami (jedna kolektywna, czyli zbiorcza z jakimś chłopakiem) do jakiejś dużej miejscowości. Najlepiej po rosyjsku mówił kierowca, nasz znajomy mówił cos o przyjacielu a nic o rodzinie, a potem porosił, żebyśmy zapłacili, bo on ma tylko 100 dolarów. Chcąc nie chcąc wydaliśmy nasze ostatnie manaty. Wtedy przyjechał kolega – Syriusz. Odbierał swoją kobietę Elenarę i ich 12-letnią córkę, które także przyjechały taksówką z Baku. Mieliśmy wrażenie że zdziwił ich nasz widok. Byli jednak uprzejmi, zapakowali nas do terenówki toyoty i (po rajdzie w poszukiwaniu bankomatu –nieudanym zresztą) ruszyliśmy w góry. Gdy skończyła się droga i przy tablicy „zakaz wjazdu do parku narodowego” zwróciliśmy – zorientowaliśmy się, że kolega tez tu jeszcze nigdy nie był. Gdy słońce uroczo chowało się za horyzontem, zapytaliśmy się gdzie właściwie jesteśmy. Nie był to Lachicz. W żadnym wypadku. Ani nawet jego okolice. Ze to jakiś Perewoluk czy inna pipidówka. To się nazywa ZASKOCZENIE.
Potem była uroczysta kolacja na koszt naszych gospodarzy (następnego dnia poznaliśmy cenę:120 euro), namioty rozbite gratis przy ich domku (60 euro). Wraz z kolejnymi flaszkami wódki nasi nowi przyjaciele robili się coraz rozmowniejsi i sympatyczniejsi. Mieliśmy więc okazję przyjrzeć się klasie nowobogackich dorobkiewiczów, którzy z lekceważeniem traktują wszystkich nie prowadzących interesów. Sergiusz ma chyba ze trzy telefony komórkowe, których używa bardzo często i krótko. Wówczas przerywa najlepsza zabawę mówiąc groźnie: cisza, proszę! I nawet jego rozchichrana „żona” zamierała wówczas na chwilę. Dziwne to towarzystwo przyjechało w góry w bluzeczkach na ramiączkach, bez czegokolwiek cieplejszego a imprezę późno w nocy kończyło lodami (my gorącą herbatą).







7 sierpnia, sobota
Rano pojechaliśmy na zakupy. Nam udało się w końcu pobrać pieniądze z bankomatu, ale nie pozwolono nam płacić. Natomiast na bazarze urządziliśmy prawdziwe łowy z aparatem fotograficznym.
A po śniadaniu pojechaliśmy do Lachicz. Miało to być miasteczko ze średniowieczną zabudową wysoko w górach (jakieś 2 tys mnpm). Jednak dojazd do niego trwa w nieskończoność (drogi brak, bo i tak lawiny drogę zmiatają), a potem odpoczynek w cieniu drzew (znowu restauracja, szaszłyki, wódka…) W sumie dzień był uroczy choć ślamazarny a miasteczko jak miasteczko.
Natomiast wracaliśmy wieczorem do Izmaiłły. Nasz kierowca postanowił prowadzić. W zasadzie nie mieliśmy innego wyjścia jak pojechać z nim. I tu największe ZASKOCZENIE. Gdy na rogatkach miasta policjant wezwał go do zatrzymania się – uciekł! Mimowolnie staliśmy się uczestnikami szalonego rajdu po nieoświetlonych uliczkach miasta. Tego szoku nie sposób opisać. W każdym razie cieszę się, że Syriusz im umkną, bo zapewne my – jako obcokrajowcy – mielibyśmy największe problemy. Gdy zaprosiliśmy wszystkich na herbatę powiedziałam o swoich przeżyciach Elearze a ona na to „Zdążyłam się już przyzwyczaić. To nie pierwszy raz.” Pożegnaliśmy zatem naszych znajomych i postanowiliśmy samodzielnie znaleźć miejsce na nocleg. Nadżaf przestał mi się w końcu oświadczać i przyznał, że nie wie gdzie oni będą spać, bo im tez już skończyły się pieniądze. Doprawdy dziwne towarzystwo.


6 sierpnia, piątek
Nadszedł dzień naszego umówionego spotkania z Nadżafem. Postanowiliśmy zatem czas do obiadu przeznaczyć na zwiedzanie Baku. Mieliśmy nadzieję, że już nieco przywykliśmy do tego skwaru, ale następne godziny pokazały jak płonne były to nadzieje. Poruszanie się po tym rozpalonym mieście to żadna przyjemność. Na domiar złego w lecie większość mieszkańców wyjeżdża i zaczynają się remonty. Wygląda to tak, jakby budowano wszystko od początku.

O polskich architektach w Baku:
Polscy budowniczowie Baku, architekci polskiego pochodzenia, którzy na przełomie XIX i XX wieku kształtowali reprezentacyjne oblicze Baku, stolicy Azerbejdżanu. Za najważniejszych spośród nich uznaje się tzw. wielką trójkę, tj. Józefa Płoszkę, Kazimierza Skórewicza i Józefa Gosławskiego, i mówi o wybudowanym przez nich „polskim Baku”. Pojawienie się polskich architektów w Baku i ich późniejsza działalność w tym mieście to przede wszystkim echa tzw. gorączki naftowej, która wybuchła w stolicy Azerbejdżanu w 1872 roku po zniesieniu systemu dzierżawnego w przemyśle naftowym (carska reforma dała prywatnym właścicielom możliwość wykupu na własność – dotychczas jedynie dzierżawionych – roponośnych działek, a tym samym zwolniła ich z obowiązku płacenia gigantycznych podatków na rzecz dzierżawcy). Rewolucyjna reforma cara dała początek nowej erze w historii Baku – stała się impulsem do rozwoju przemysłu wydobywczego na szeroką skalę nie tylko w Azerbejdżanie, ale i w całej Rosji.
(…)
W II połowie XIX w. estetyka budynków stała się równie ważna, co ich funkcja użytkowa. Najbardziej czytelnym wyrazem nowych trendów był eklektyzm, który znane z przeszłości style łączył z reminiscencjami narodowymi i historycznymi. Wyznacznikiem architektonicznego piękna stała się dekoracyjność projektowanych budynków, sięganie do zachodnich stylów i umiejętne łączenie ich z tradycyjną orientalną ornamentyką. Najnowsze światowe tendencje przenikały do miasta lotem błyskawicy – w mieście wyrastały budynki będące mistrzowskimi odbiciami secesji czy palladianizmu. Baku stawało się miastem europejskim, nie wyrzekając się przy tym swej przynależności do świata Orientu, przez co architektura miasta zyskała własny, niepowtarzalny charakter. Ogromny wkład w ów proces wnieśli właśnie polscy architekci, szalenie utalentowani, pełni fantazji i rozmachu, doskonale orientujący się w najnowszych trendach i rozwiązaniach praktycznych, a przy tym pełni szacunku dla historii i tradycji miasta, w którym przyszło im pracować.


Państwo ma pieniądze z nafty i wie jak je wydać. Sprawia to jednak, że większość obiektów jest niedostępna, albo pozbawiona uroku. Miasto zatem nie zrobiło na nas większego wrażenia. Natomiast przepych i bogactwo są wręcz oszałamiające. Centrum handlowe na bulwarze nadmorskim, poza kosmicznymi cenami, ma nieocenioną klimatyzację, tłumy ochroniarzy i obsługi wszelkiej maści, zewnętrzne przeźroczyste windy, toalety, gdzie wszystko (nawet mydło) jest na fotokomórkę. Rujnuje to stereotypowe wyobrażenie o „dzikiej Azji” z jakim zegnali mnie niektórzy moi znajomi. Luksus, wielkie pieniądze i elegancja…
Mieliśmy się o tym przekonać jeszcze raz tego dnia wieczorem.

W necie przeczytałam o religii:
Zdecydowana większość mieszkańców Azerbejdżanu wyznaje islam, przy czym ok. 2/3 islam szyicki, zaś 1/3 sunnicki. Szyici mieszkają głównie na południu i wschodzie kraju, zaś sunnici na zachodzie i północy. Większość Azerów ma jednakże chłodny stosunek do religii: nie przestrzegają zasad szariatu (włącznie z zakazem spożywania wieprzowiny i picia alkoholu), nie odwiedzają meczetów, a nawet nie są w stanie określić czy są szyitami czy sunnitami (nie znają różnic między tymi dwoma zaciekle zwalczającymi się nurtami islamu). Nie jest to wyłącznie objaw dziedzictwa radzieckiego, proces sekularyzacji azerbejdżańskich elit rozpoczął się już bowiem już po podboju rosyjskim i był m.in. spowodowany dążeniem Azerów do jedności narodowej i pokoju wewnątrz społeczeństwa, wciągniętego przez wieki w wir nieustannych wojen szyicko-sunnickich. Najbardziej religijne są wioski na Półwyspie Apszerońskim (mieszkańcy Nardaranu domagali się nawet swego czasu wprowadzenia szariatu) oraz rejony przy granicy z Iranem; dość silne są tam wpływy irańskiego szyizmu, działają też irańscy misjonarze.
Gospodarce:
Azerbejdżan jest najbogatszym i najszybciej rozwijającym się państwem Kaukazu. Według danych Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w 2005 i 2006 r. PKB wzrósł tam o ok. 34%, co oznacza, iż azerbejdżańska gospodarka była najszybciej rozwijającą się gospodarką świata. Z kolei wzrost inwestycji w 2006 r. wyniósł 31,7% PKB.
Tak dynamiczny wzrost gospodarczy Azerbejdżan zawdzięcza wydobyciu surowców naturalnych, przede wszystkim ropy naftowej. „Czarne złoto” zaczęto wydobywać w Baku w drugiej połowie XIX w., zaś jednymi z pierwszych inwestorów byli bracia Noblowie. Pierwszy naftowy boom, który doprowadził do przekształcenia się Baku z prowincjonalnego miasteczka w jedną z najważniejszych metropolii Imperium Rosyjskiego zakończył się wraz z wybuchem rewolucji bolszewickiej. Po opanowaniu Zakaukazie przez Sowietów na 70 lat zawładnęli oni azerbejdżańską ropą nie dopuszczając tam zagranicznych inwestorów. Pod koniec czasów radzieckich infrastruktura wydobywcza nad Morzem Kaspijskim zaczęła się starzeć i wymagać poważnych nakładów finansowych.
Odzyskanie przez Azerbejdżan niepodległości w 1991 r. ponownie wzbudziło ogromne zainteresowanie zagranicznych inwestorów, złoża surowców energetycznych są tam bowiem wciąż bogate (potwierdzone złoża ropy naftowej w Azerbejdżanie wynoszą 7 mld baryłek, natomiast gazu ziemnego — 850 mld m3). W rezultacie zabiegów firm zachodnich w 1994 r. w Baku podpisano tzw. kontrakt stulecia między Azerbaijani International Oil Company (AIOC; konsorcjum kilkunastu koncernów zachodnich), rosyjskim przedsiębiorstwem Łukoil oraz władzami Azerbejdżanu. Przewidywał on wydobycie 511 mln ton ropy oraz 55 mld m3 gazu w ciągu 30 lat. Problemem był jednak transport ropy na Zachód, istniał wówczas bowiem jedyny rurociąg — biegnący z Baku do portu Noworosyjsk nad Morzem Czarnym. Poważną przeszkodą było również stanowisko Rosji, która nie chciała dopuścić do budowy rurociągów omijających jej terytorium. Ponad 10-letnie zabiegi koncernów oraz zachodnich rządów (głównie amerykańskiego) zaowocowały jednak najpierw budową ropociągu Baku-Supsa (o niewielkiej przepustowości), następnie zaś (w 2005 r.) Baku-Tbilisi-Ceyhan (z Azerbejdżanu na śródziemnomorskie wybrzeże Turcji). Ropa popłynęła BTC w 2006 r.; ma on obecnie przepustowość 50 mln ton ropy rocznie (nie jest póki co w pełni wykorzystywana), z możliwością zwiększenia do 70 mln.
W lipcu 2007 r. ruszył ponadto przesył gazu ziemnego gazociągiem Baku-Tbilisi-Erzurum (BTE) z Azerbejdżanu do Turcji przez terytorium Gruzji (do Gruzji gaz przesyłać zaczęto już w styczniu). Transportowany jest nim gaz wydobywany z położonego na kaspijskim szelfie złoża Szah-Deniz przez konsorcjum, w którego skład wchodzą m.in. British Petroleum, Statoil i azerbejdżański koncern państwowy SOCAR. Docelową przepustowość (6,6 mld m3 rocznie) BTE ma osiągnąć w 2009 r. Uruchomienie gazociągu oznaczało przełamanie monopolu rosyjskiego Gazpromu na tranzyt gazu wydobywanego w regionie kaspijskim na rynki europejskie.
Po uruchomieniu BTC wydobycie ropy naftowej w Azerbejdżanie gwałtownie wzrosło — z 454 tys. baryłek dziennie w 2005 r. do 653 tys. w roku następnym. Oznaczało to również wzrost wpływów do budżetu i przyrost PKB. Azerbejdżan jako jedyne państwo Kaukazu ma poza tym dodatni bilans handlowy (eksport w 2006 r. wyniósł 13 mld USD, natomiast import 5,2 mld).
Tak znaczące sukcesy gospodarcze nie oznaczają jednak, że Azerbejdżan nie boryka się z poważnymi problemami ekonomicznymi. Najtrudniejszym z nich jest niebezpieczeństwo tzw. choroby holenderskiej tzn. zbytniego uzależnienia gospodarki od wydobycia surowców, prowadzącego do niedorozwoju innych gałęzi ekonomiki. Syndromy tej choroby są dostrzegalne już dziś, wydobycie i przetwórstwo ropy naftowej stanowi bowiem aż 43% PKB, a ropa i gaz — 90% azerbejdżańskiego eksportu.