skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

środa, 8 grudnia 2010





26 listopada, piątek
Dzień schodzenia. Ta sama trasą, bo nic innego nie dało się tu wymyślić. Tak szybko jak to tylko możliwe. Do ciepłych miejsc z przyzwoitymi cenami posiłków. Po drodze czas na kilka sesji fotograficznych, gdy spotkamy ciekawych ludzi, urocze zwierzęta czy fotogeniczne krajobrazy. Zresztą popatrzcie sami.

wtorek, 7 grudnia 2010



25 listopada, czwartek
Więc czas na relaks. Skoro już jesteśmy przy gorących źródłach, to trzeba z nich skorzystać. Co do tego nie było żadnej dyskusji :D Zabraliśmy więc ręczniczki, rzeczy do prania i ruszyliśmy do rzeki – decyzję o tym, co dalej zostawiając na „po kąpieli”. Bo czy może istnieć coś lepszego niż gorące źródła na tej wysokości? Tak, gorące źródła jeszcze wyżej, ale to już inna kwestia. Gdy od kilku dni wędrujesz w tak wilgotnym klimacie, po tak wymagającym terenie, z tak ciężkim plecakiem – marzysz o gorącej kąpieli jak o niczym innym. Ale zazwyczaj gdy docierasz na nocleg jest już ciemno, zimno i nie masz sił na grzanie wody. A tu proszę – baseny w pięknym terenie (górska rzeka, zwaliska skalne, wiszące girlandy soczystej zieleni) z gorącą wodą parującą w tak niesamowicie widowiskowo, że nie sposób tego uchwycić na fotografii. Zapytacie; no dobrze, ale ile można siedzieć w wodzie? No więc nie wiedziałam, ale można do czasu, aż skóra zacznie zmieniać konsystencję. Zmieniały się kolejne ekipy z różnych krajów świata a my zmieniliśmy tylko basen na ten z cieplejsza wodą. Zresztą to też zrobiliśmy niechętnie, bo powietrze przecież mroźne. Wełniana czapka do stroju kąpielowego to doprawdy zabawne rozwiązanie, ale w tej sytuacji bardzo praktyczne. Ja wyszłam, żeby zrobić pranie (nazbierało się tego!) i fotki. Łukasza wyciągnęła z wody tylko konieczność odwiedzenia toalety. Domagał się, abym zaznaczyła na blogu (a teraz twierdzi, że wcale nie ;P), że pan pilnujący porządku i zbierający datki na utrzymanie basenów, wskazał mu główną ścieżkę i powiedział, że nadaje się na toaletę. Jak każde inne miejsce w tym kraju! Zapewne nikt nie zwróciłby zatem uwagi na mojego kolegę w potrzebie, ale on zachowując resztki polskiej dumy i hardu wspiął się po pionowej ścianie wśród pnączy i dziwnych roślin (pamiętajcie, że był boso i w kąpielówkach, no i w czapce), by znaleźć bardziej ustronne miejsce. Brawo! ;D
A decyzja, jaką podjęliśmy była jedyną możliwą – o powrocie w doliny. Czasem coś po prostu nie jest nam dane. Ale to nie znaczy, że nie doświadczamy czegoś równie wartościowego. Po prostu pójdziemy inną Drogą. Ja przeżyłam piękne, niezapomniane chwile, które na zawsze pozostaną w moim sercu. Nie mam poczucia porażki czy niepowodzenia. Przepełnia mnie radość, bo emocje i wrażenia, które w Rejonie Annapurny na mnie czekały, okazały się jednymi z najważniejszych w moim życiu.

sobota, 4 grudnia 2010


czy jesli wolę jeść paleczkami lub rękami niz sztućcami to znak ze za dugo przebywam na subkontynencie indyjskim?
restauracja japońska w Kathmandu
grudzien 2010

24 listopada, środa
Założyliśmy sobie, że dojdziemy tylko do gorących źródeł i tam się zrelaksujemy. Okazuje się jednak, że to nie takie „tylko”. Cóż, dla osób nie przywykłych do chodzenia po górach, do długodystansowego wysiłku bez możliwości regeneracji i uzupełnienia wszystkich składników, których ubywa z organizmu z każdą minutą wysiłku, nawet z dobrą kondycją i właściwą motywacją – Himalaje mogą stanowić problem. Niech nie zwiedzie was to, że spotkacie na szlaku emerytów i małe dzieci. Na Himalaje trzeba się przygotować.
Z tego dnia zapamiętam wiele pięknych miejsc, np. dżunglę z zajebiaszczo wielką paprocią rozmiarów sporego drzewa, las rododendronowy, widok na masyw Annapurny. I szlak zniszczony przez oberwanie skały – przeprawa nad przepaścią z wykorzystaniem dostępnych korzeni drzew, przejście przez nadgniły, nieużywany już mostek (szybko!) i niekończącą się wspinaczkę po kamiennych schodach. W sumie ciekawy dzień. Ale po przeanalizowaniu sytuacji stwierdziłam, że nie ma sensu iść dalej. Dla mojego towarzysza to żadna przyjemność – to męczarnia i walka o każdy krok.

23 listopada, wtorek
Budzi nas odgłos deszczu. Jaka porażka! Smutne oczy, nosy na kwintę. Tyle czekania i co? Łukasz kupił sobie cały ekwipunek na ten trekking w Katmandu. Ja po Manaslu mam może mniejsze ciśnienie, ale być w górach („już był w ogródku, już witał się z kózką…”) i nic nie zobaczyć?!
Przeczekujemy jednak ulewę i ruszamy. Po deszczu pojawia się słoneczko i jakoś odzyskujemy wiarę. Maszerujemy sobie, z początku dziarsko, potem coraz wolniej. No chyba jednak za wcześnie ruszyliśmy w góry. Osłabienie chorobą daje o sobie znać bardzo szybko. Do zmroku udaje nam się przejść 4-godzinną trasę.
Spotkani na trasie Polacy polecili nam kilka ciekawych miejsc, więc schodzimy z głównego szlaku unikając tłumów i wędrujemy sobie boczną ścieżką do Bee Hives. Po drodze typowe himalajskie krajobrazy dolinne.
22 listopada, poniedziałek
Nareszcie ruszamy w góry. Ogarniecie się po tylu dniach choroby nie jest proste, ale końcu przemierzamy miasto w kierunku dworca autobusowego. Komunikacja publiczna to ciekawe zagadnienie, także w Nepalu. W autobusie miejskim kobiety w tradycyjnych strojach siedzą obok tych w dżinsach, jakiemuś panu spod siedzenia ucieka kura (związane łapki, ale tak żywotna, że rozdarła reklamówkę, w którą była zapakowana i sobie skacze w kierunku wyjścia), którą stojąca obok pani w zwiewnych materiałach niewzruszenie łapie i oddaje właścicielowi. A to wszystko w centrum wielkiego miasta. Wielkiego właściwie chyba dlatego, że nie ma tu bloków i wszyscy mieszkają w domkach – zatem powierzchnia miasta jest duża. Czasem nawet są asfaltowe drogi. Czasem w mieście jest światło. A czasem, gdy świeci słońce, jest ciepła woda (powtarzam, jeśli się nagrzała w beczkach na dachu). Wtedy jest też oświetlenie solarne, więc cos się jednak w pokoju świeci i nie trzeba używać świec i latarek. BDW do kąpieli często grzejemy wodę grzałką i polewamy się z butelek po wodzie mineralnej. Jeśli jest prąd. Wtedy możemy tez zrobić sobie herbatkę, musli czy ugotować jajka.
No, ale dobrze – jedziemy do Natapuli. Gość w kasie poinformował nas że autobus wyjeżdża o 14:30 i jedzie półtorej godziny (42 kilometry). Może i prawda. Nasz wyjechał o 14:30, przejechał 200 metrów, odczekał 45 minut (tu wsiadła większość pasażerów oraz tłum obnośnych sprzedawców) a potem jechał kolejne dwie godziny z ogonkiem. Pomocnik kierowcy kazał nam wysiąść w jakimś… miejscu nie oznaczonym na mapie. Dobrze, że miałam opis trasy z przewodnika. Miedzy budkami z jedzeniem wchodzimy na ścieżkę do Birethani – wioski, w której mamy dziś spać. Nie nazwalałbym tego (z wyglądu) głównym szlakiem trekkingowym Nepalu, ale mogę się mylić.
W Birethani znajdujemy nocleg typu komórka. Przez szpary podglądają nas dzieci gospodarza, on w ślimaczym tempie realizuje horrendalnie drogie zamówienie agdy gaśnie we wsi światło – przynosi nam lampę naftową. Zabawne, ale gdy próbuje mi tłumaczyć jak ją obsługiwać, dziękuję mówiąc, że mam taką w pokoju – odwracam się i widzę głupią minę Łukasza. Okazuje się, że on nigdy w życiu z lampy naftowej nie korzystał i potrzebuje instrukcji. No tak, młode pokolenie (przypominam sobie, że mój kolega jest jednak sporo młodszy i grzałką w moim bagażu też był zdziwiony).
Korzystamy z naładowanych baterii w naszych laptopach i oglądamy sobie film. Taki trudny, ambitny. Paradoksalna sytuacja - w tej dziurze oglądać europejskie kino.
21 listopada, niedziela
Sytuacja powoli wraca do normy. Stołujemy się już niemal normalnie – tzn. w lokalnych barach. Znaleźliśmy taka knajpkę, gdzie jacyś Polacy po kilku dniach imprezowania zostawili flagę sponsora polskiej reprezentacji. Nam też to miejsce bardzo przypadło do gustu i wracamy tu często, nawet kilka razy dziennie. Omar jest mistrzem świata. Jego zupy to czysta poezja, dania jak w najlepszej knajpce a ceny groszowe. Łukasz chce nawet, żeby Omar go uczył, zdradził swoje sekrety.
Wieczorami zazwyczaj jakieś restauracje z jedzeniem azjatyckim. Chyba zaczynam rozpoznawać alfabety. Mam już ulubione smaki i dania 
20 listopada, sobota
Łukasz choruje. Krzątam się, a gdy twierdzi, że czuje się lepiej – oddycham z ulgą. Kontrolne badanie – jeszcze trochę musi odpocząć, ale rzeczywiście jest lepiej. No to świętujemy. Zostaję zaproszona na elegancką kolację – najstarsza restauracja chińska w Pokarze. Zestaw na dwie osoby (45 zł – sprawdziłam następnym razem) ledwie udało się zmieścić na stoliku. W moich siedmiu żołądkach mieści się tylko dlatego, że bardzo się zawzięłam, aby te pyszności się nie zmarnowały. Powoli uczę się tych dziwnych nazw i co mi smakuje a co nie. No i oczywiście coraz sprawniej posługuje się pałeczkami – jeśli potrawa jest prosta, to nawet nie zdąży wystygnąć! Ha, to już jest coś hihi. No ale gdy są metalowe albo kanciaste to nie jest tak łatwo. Zauważam już różnice między restauracjami (na przykład w nowszej wersji tej chińskiej jedzenie nie jest tak dobre a atmosfera nie tak klimatyczna). Bardzo lubię te niskie stoliczki i siedzenia na podwyższeniu, przed którym zdejmuje się i zostawia obuwie. Także dlatego, że w moich skarpetkach nie ma dziur, a niestety nie wszyscy mogą to o swoich powiedzieć.
18 listopada, czwartek
Łukasz choruje. Ja krzątam się wokół.
17 listopada, środa
Łukasz choruje. Pełna gama testów wyklucza wszystkie inne choroby, jakie Łukasz i jego lekarz mogli sobie tylko wymyślić. Więc leczenie tyfusu tymi samymi lekami, tylko dłużej (do dziesięciu dni). Na szczęście gorączka ma spaść za dwa – trzy dni. Nie mamy termometru – w całej dzielnicy nie można go kupić, ale obstawiam jakieś 42 – 43 stopnie Celsjusza. Cudowne leki najnowszej generacji (doktor powtarzał, że nie są dobre, tylko najlepsze) nie chcą zadziałać. Najlepiej sprawdzają się zimne okłady (a jakże – moim ręcznikiem z microfibry, bo jego jest tak nowoczesny, że się nie nadaje; mój po kilku dniach moczenia non stop zaś nadaje się tylko do wymiany – na taki super nowoczesny oczywiście :P).
16 listopada, wtorek
Łukasz jest chory. Leki nie pomagają, więc wieczorem idziemy znowu do lekarza. Pobiera krew do testów – wyniki rano. Podejrzewa tyfus. Przy okazji: nasze szczepionki psu na budę! Cholerstwo kurewsko drogie, a nikt nie zająknął się na temat pięciu odmian duru brzusznego w samej Azji.
15 listopada, poniedziałek
Dosyć tego! Tu potrzeba lekarza. Menager hotelu zawozi nas swoim autem do prywatnej kliniki, gdzie przemiły doktor (nawet Łukasz przyznaje, że gość zna się na rzeczy) po długim badaniu pociesza go, że to niegroźna infekcja, wymagająca jednak antybiotyków i diety. Opieka medyczna kosztuje 100 dolarów amerykańskich, ale w cenie jest tyle wizyt ile będzie trzeba, leki i wizyty domowe, jeśli zajdzie taka konieczność. Doktor podkreśla, że wyleczenie Łukasza to sprawa honoru i prosi o kontakt, jeśli jego stan się nie poprawi.
No to próbujemy biletami. Poniedziałkowy poranek w Europie. Zazwyczaj w pracy. I tam właśnie zastaje moja Sister. W ciągu pół godziny Irinka (pozdrawiamy Mołdawię serdecznie, ze szczególnym uszanowaniem dla miasta stołecznego Kiszyniowa i jego instytucji, które pozwalają pracownikom wyższego pionu na surfowanie po necie w godzinach pracy!) kupuje nam bilety i przesyła meilem wersję w PDF-ie. Szczególny respekt za wypełnienie kilku stron formularzy w ciągu wymaganych 9 minut. Przy okazji na skype mamy okazje posłuchać jak Irinka mnie dopytuje o różne dane po polsku, czyta ankietę po angielsku, swoim podwładnym odpowiada po rumuńsku a na jakiś służbowy telefon po rosyjsku. Dopiero po sfinalizowaniu transakcji przyznaje, że jest spóźniona na jakieś bardzo ważne spotkanie, gdzie wszyscy już na nią czekają. KOCHAM CIĘ SISTER!
Z ważnych, aczkolwiek mało fabularnych, wydarzeń tego dnia to w pokoju hotelowym organizujemy mały szpitalik a ja uczę się roli pielęgniarki. Ciekawe, rozwijające doświadczenie – to dobra wersja i jej się będziemy trzymać :D
A, jeszcze przechodzę krotki kurs gotowania w knajpie koreańskiej (ale innej). Mięsko do samodzielnego smażenia, cały stół przystawek, zupki, herbatka – jakieś 30 zeta.
14 listopada, niedziela
Rano wcale nie chce być lepiej. Trzeba zaczekać jeszcze trochę i zobaczyć co z tego będzie. Trawimy dzień na bezowocnych poszukiwaniach osoby, która pomoże nam kupić bilety, na obserwowaniu dolegliwości Łukasza i walce z nimi.
13 listopada, sobota
No więc postanawiamy ruszyć się w końcu z Pokhary. To ma być lekki trekking, w typie „tee house”, czyli właściwie bez sprzętu. Łukasz nawet kupił nowy plecak, żeby zapakować się do małego. Ja siepoddaję.Za bardzo lubię mieć wszystko przy sobie, żeby zrezygnować z mojego 75-litrowego (plus 10 w kominie) Tytana. Będę spotykać ludzi z maleńkimi plecaczkami (nawet 20-litrowymi) i nie mogę pojąc z czego oni zrezygnowali. Ja odpowiadam, że mój jest taki duży, bo wzięłam za dużo kosmetyków.
Po drodze jeszcze jakieś drobne zakupy, obiadek i kafejka internetowa, bo chcemy kupić bilety na samolot. Po godzinnej walce Łukasz stwierdza, że z jakiegoś powodu nie może tego zrobić. Domyślam się, że - podobnie jak na Sri Lance z India Express - w Nepalu zablokowano płatności kartami kredytowymi. Ale żeby wiadomość o tym umieścić na witrynie internetowej – gdzie tam! Odwiedzamy zatem agencje turystyczne. Proponują nam bilety na te samą trasę w cenie co najmniej dwa razy wyższej. Gdy pytamy o Air Azję następuje konsternacja, telefon do Katmandu i odpowiedź, że tej linii w Nepalu nikt nie obsługuje. A więc tutaj nie da się ich kupić. A więc szukamy kogoś, komu można zaufać i poprosić o pomoc, kogoś kto zna perfekcyjnie angielski i ma kartę kredytową oraz mieszka w kraju z którego można zapłacić za te bilety. Jak łatwo się domyślić, lista takich osób nie jest długa, zaś dostępność tych osób on – line redukuje ją do jednej pozycji. Ale to już jutro. Trzeba zaczekać w Pokarze do następnego dnia, bo po powrocie z gór może być już za późno na kupno ticketów w dobrej cenie (ok. 90 dolców z Kalkuty do Bangkoku). Znajdujemy blisko czysty gest house i negocjujemy ostro cenę. Chcemy zostać tu do świtu i wcześnie rano, po załatwieniu sprawy z biletami, ruszyć w góry. Jednak w nocy Łukasz gorączkuje i w ogóle źle się czuje. Chciałby, żeby to była malaria albo jakaś inna choroba tropikalna (bo jak twierdzi, będzie to dobrze wyglądało na blogu), ja zaś przekonuję go, że mężczyźni czasem (rzadko ale jednak) zapadają na choroby typu grypa czy przeziębienie. O tym Łukasz nie chce jednak nawet słyszeć.

wtorek, 30 listopada 2010

12 listopada, piątek
Na mój widok wszyscy pytają co mi się stało, wiec jem najchętniej w koreańskiej knajpce, gdzie kobieta już nie pyta dlaczego chce słomkę do milk tee. Powoli dochodzę do siebie. Na tyle, by zalogować w kafejce i porozmawiać z rodziną. Najlepiej będzie wyjść w góry. Tam wszystko się ułoży…
11 listopada, czwartek
Przegapiłam tę datę. Flagi nie wywiesiłam. Że był Dzień niepodległości skojarzyłam kilka dni później. Udało mi się za to dotrzeć do Urzędu Imigracyjnego i przedłużyć wizę. Na więcej aktywności nie mam sił. Jestem chora.
10 listopada, środa
Nie chcę się budzić. Jestem zmęczona. I obolała. Gdybym nie wiedziała, że ból zębów to tylko złudzenie od tego czegoś na mojej twarzy, to bym je sobie sama powyrywała. Przedłużenie wizy – nie ma szans. Zasypiam próbując wstać z łóżka. Wieczorem udaje mi się dojść do najbliższej restauracji – koreańskiej vis a vis bramy hotelu. Jem hot pota i wracam spać.
9 listopada, wtorek
Nie śpię. Nie wiem co robić. Nie ogarniam. Wiec robię, to co miałam zaplanowane – o świcie jadę do Pokhary. Czuję się fatalnie. Także fizycznie – na twarzy mam ogromne i cholernie bolące „zimno” (dziewczyny mówiły, że to „febra”). Proszę Łukasza, by mnie odebrał z dworca, bo nie czuję się w stanie gdziekolwiek trafić. Popołudnie przesypiam. Dopiero wieczorem daję się wyciągnąć do najbliższej restauracji, ale nie jestem w stanie nic przełknąć. Jestem zmęczona.

niedziela, 28 listopada 2010




7 listopada, niedziela
Ostatni dzień schodzenia. Żal, że to już koniec. Wściekłość, że nadal nie ma zasięgu GSM (a miał być dwa dni temu). Poszukiwanie samotności, bo wokół za dużo ludzi. Spotkanie naszej nepalskiej znajomej sprzed przełęczy. Wieczorem zakupy warzyw i pożywny posiłek, którym wzbudzamy zazdrość sąsiadów.

sobota, 27 listopada 2010




6 listopada, sobota
Kontynuujemy schodzenie. Plecak już lekki. W pierwszej wiosce napotykamy wiele ciekawych scenek, więc pstrykam fotki bez opamiętania. Są umorusane brzdące mozolnie rozbijające orzechy kamieniami, są pijani od rana panowie, grający w para (rodzaj gry hazardowej), którym kobiety donoszą ara (rodzaj lokalnego alkoholu domowego wyrobu), są wreszcie kobiety przesiewające zboże na dachu (najlepsze miejsce do suszenia). No i jest mała świątynia, z młynkami modlitewnymi i tajemniczym mrokiem wewnątrz. Niestety pojawiają się tez symptomy cywilizacji. Przeraża mnie widok małych dzieci, mierzących do siebie z plastikowych karabinków. Rozumiem, że turyści rozdają baloniki czy długopisy, nawet że ciasteczka i czekoladki, ale to już przesada. Spotkam jeszcze kilka takich miejsc i zawsze widok berbeci bawiących się bronią wywoła we mnie ciarki.
Idziemy wyrwa skalną. Szykują tu miejsce na drogę dla jeepów. Karkołomne zadanie. W kraju, gdzie brak dobrej drogi dojazdowej do stolicy, postanowiono wybudować drogę w góry! Żeby dowozić turystów jak najdalej. W południe, w Jagat, docieramy do głównego szlaku trekkingowego w Dolinie Marsjandi, wiodącego wokół Annapurny. Natychmiast pojawiają się tłumy turystów, a wraz z nimi coca- cola, wypasione restauracje i wyśrubowane ceny. Obowiązują wspólne cenniki dla całego regionu, wiec niezależnie czy ekskluzywna restauracja, czy waląca się chatynka z przysypiającą gospodynią – ceny daleko poza moim budżetem. Przysłowiowe staja się gotowane jajka, za które facet krzyknął 200 rupii nepalskich (9 zł) od sztuki. Coraz rzadziej można spotkać kobiety mielące ziarno w tradycyjny sposób czy dziewczęta w tradycyjnych strojach. Ich miejsce zajmują dżinsy, butelki sprite’a i morze anten satelitarnych. Tylko ściemniacze tacy jak nasza Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple („sławny poznański podróżnik” – Krzysztof Kryza) potrafi opowiedzieć o tym przed kamerą jako o miejscu dzikim i niedostępnym. Przerażające, że tacy ludzie wracają i opowiadają swoje bzdury na spotkaniach, budując w odbiorcach przekonanie, że miejsca te są egzotyczne, zakazane i… im niedostępne. Zamiast zachęcać do podróży, do otwarcia się na inne kultury – zniechęcają. Nie uważam, by przerost ambicji własnych czy potrzeba zbudowania własnej legendy, były tu jakimkolwiek wytłumaczeniem. „Podróżników” tego pokroju uważam po prostu za groźnych, ale tez godnych jedynie pogardy. Gdy w mijanej wiosce napotykamy festiwal z autentycznie bawiącymi się ludźmi, Krzychu mija ich bez zatrzymywania. Ja zostaje godzinę, by nacieszyć się rozmowami ze świętującymi ludźmi, posłuchać o ich problemach i cieszyć się ich radościami.

Nocujemy w Tal, gdzie mamy okazje nie tylko przyjrzeć się młodzieży w trzecim, najważniejszym dniu festiwalu, ale bawi cię razem z nimi. Nagonienie, jakiego używają czy muzyka, którą grają u nas nie znalazła by zrozumienia, ale tutaj są lokalnymi gwiazdami. Tłumy (kilkunastu nastolatków) szaleją. Odrobina alkoholu wystarcza, by przenieść imprezę na wyższy poziom :D Co chwila rozstawiają się przed następnym domostwem oświetlonym świecami i grają znowu te same utwory, A wszyscy bawią się znakomicie.


5 listopada, piątek
Dziś Jerzy zarządził późna godzinę wyjścia, więc czekamy do 10tej szukając sobie zajęć – ja piorę, Michały wspinają się na morenę boczną lodowca i focą, Gdy w końcu ruszamy stwierdzam, że mi smutno. Bo przygoda z Manaslu ma się ku końcowi. Teraz już tylko w dół. Jak mówi Andrzej „to najbardziej pod górę zejście, jakim schodziłem”. Ale widoki przez cały dzień przepiękne. Przez pół dnia wędrujemy przez morenę przednią lodowca. Jakie to olbrzymie! Człowiek jawi się taki maleńki w zestawieniu z dziełami przyrody.
Po południu orientujemy się, że trasa, którą Jerzy wyznaczył na dziś, jest jednak zbyt długa. Rano zrobiłam mu awanturę, po której skrócił trasę. Zresztą mieliśmy odpocząć. Jednak kolejny dzień wędrujemy do zmroku. Wszystkie grupy, które startowały tam gdzie my, zostały już dawno po drodze. Na szczęście docieramy do sympatycznego hoteliku, gdzie jesteśmy jedynymi gośćmi. Wieczór upływa nam przy gorącym piecu, lokalnym trunku i radosnych rozmowach.

niedziela, 21 listopada 2010


4 listopada, czwartek Larke Pass
No i nadszedł dzień, na który wszyscy czekali, o którym od tygodni rozprawiali i którego, pomimo radosnego oczekiwania, trochę się obawiali. Przyznaję, że ja podeszłam do tego przejścia bez ekscytacji, spodziewając się trasy prostej technicznie, meczącej jedynie ze względu na wysokość, na której zresztą nie mieliśmy pozostawać zbyt długo. Jednak i ja dostałam w dupę. Może nawet bardziej niż pozostali.
Pobudka w Larkee Phedi 4 470 mnpm o drugiej nad ranem. Nad ranem to chyba jakiś żart. Jest ciemno jak… sami wiecie gdzie, zimno jak w kostnicy i cholernie nie chce się wyściubiać nosa spod śpiwora owiniętego folią NRC. W nocy było tak zimno, że gdy jakąś część ciała udawało mi się rozgrzać do poziomu „ciepławo”, to w innej dostawałam dreszczy z zimna. W pokojach (komórkach z kamieni bez zaprawy, z takimi dziurami że podajemy sobie rzeczy przez ścianę, z klepiskiem zamiast podłogi i dwoma pryczami) nie wolno używać kuchenek gazowych i należy zamawiać jedzenie w kuchni. Ale mówicie to Polakom! Gotujemy kilka litrów wrzątku na herbatę, musli itp. a przy okazji rozgrzewamy się trochę w jej cieple. Zakładam na siebie wszystkie ubrania, jakie mam, więc wizyta w „toalecie” („basic toilet” jak mówi gospodarz) staje się nie lada wyzwaniem.
O drugiej w nocy miał wyruszyć w trasę Jerzy z eskortą (chodzi wolniej od reszty grupy i nie chce byśmy na niego zbyt dugo czekali). Niestety tragarze zaspali i wyjście się opóźnia. Wyjście Jerzego miało być pierwszym tej nocy, więc nawołując za Lamą i jego tragarzami budzimy innych turystów. Lama doprowadza nas do białej gorączki, twierdząc że wcale się nie spóźnili i w ogóle wszystko jest w porządku. Zły początek to zła wróżba na cały dzień. Jakoś przesadnie przesądnie na to teraz patrzę… Jurek zamiast o drugiej, wyrusza o trzeciej; my zamiast o trzeciej – ponad pól godziny później. Zresztą spotykamy się na szlaku już po trzech kwadransach. I wtedy zaczynają się kłopoty. Jest ciemno, zimno i groźnie. A tu zamiast się ruszać się intensywnie, czekamy na siebie nawzajem. Lama i jego tragarze, znający drogę towarzysze Jurka, rozpierzchli się. Grupa marznie i narzeka na zbyt powolne tempo. Nieprzyjemnie. Zostajemy więc w czwórkę: Jurek, Mirek, Andrzej i ja. Trasa miała nam zająć dziesięć godzin intensywnego marszu. Jest jeszcze zupełnie ciemno, przed świtem, a po chwili zastanowienia stwierdzam, że w tym tempie nie mamy szans dotrzeć do miejsca obozowego za przełęczą przed zmrokiem. Ale przecież mamy czołówki, ciepłe ubrania i zapas jedzenia. Tylko płynów za mało (na tej lodowej pustyni brak źródeł wody, a powiedzcie sami ile litrów wody można dźwigać ze sobą? Nie jestem w stanie opisać tych szesnastu godzin wędrówki. Lodowy krajobraz wokół nas. Pięknie, tajemniczo i groźnie. Do wschodu słońca świadomość, że możemy zginąć zamarzając, w ciągu słonecznych godzin dnia – że wskutek zbyt długiego przebywania na tej wysokości, po zmroku – że grozi nam atak dzikich zwierząt. Gdy ktoś naprawdę źle się czuje walczysz o każdy jego krok. Prośbą, szantażem, groźbą. W końcu zostajesz zołzą (w najlepszym wypadku), wredną cholerą (zazwyczaj) a nawet wdupowłazem (dla tych którzy kolegę olali a potem maja ci za złe, że ten przeżył). Krótko mówiąc: lekko nie jest. Ale jak mawia Tomek „Ninja nie musi być mądra, Ninja musi być twarda”. Jednak po kilkunastu godzinach takiej szarpaniny nawet Ninja ma dość. Gdy nocą (nasi koledzy już smacznie śpią w namiotach) szukamy wioski, okazuje się, że na spotkanie wyszedł nam przewodnik z kilkoma tragarzami. Naprawdę się cieszę. Trzymają Jutra pod ręce i prowadza do obozowiska – prosto do energetycznego ogniska. Jurek jest z siebie dumny. Szczególną radością napełnia go przekonanie, że chłopcy okazują mu szacunek za to, czego dokonał. Ja jestem szczęśliwa, że wszyscy żyjemy, że nikomu nic się nie stało i jutro znowu będziemy wędrować razem.

sobota, 20 listopada 2010






3 listopada, środa, urodziny Marysi
Gdy ktoś w twoim otoczeniu świętuje urodziny, to ten dzień także dla ciebie staje się świętem. A gdy urodziny obchodzi ktoś tak wyjątkowy jak Marysia, to po prostu oczywiste, że i ten dzień będzie wyjątkowy, piękny i dostarczy wielu wzruszeń.
Środa miała być ostatecznym sprawdzianem przed przełęczą, której większość z nas jednak trochę się obawiała. Gum, nasz przewodnik, powiedział, ze kto dojdzie do Darmashala 4 470 mnpm (inaczej Larke Phedi), przejdzie tez przez przełęcz. Trasa była krótka, tyle że różnica wysokości znaczna. Słońce cudnie przygrzewało, upiększając swoim blaskiem niesamowite widoki na lodowce, na ośmiotysięczniki, na odległe przełęcze… Idealny dzień, by delektować się górską wędrówką. Gór co stoją nigdy nie dogonię… gór mi mało i trzeba mi więcej, żeby przetrwać od zimy do zimy; ktoś mnie skazał na wieczna wędrówkę po śladach, które sam zostawiłem; góry góry i ciągle mi nie dość, skazanemu na gór dożywocie… szczyty wolnym mijają mnie krokiem. To taki dzień, tuż przez dniem próby, gdy cieszysz się narastającym podnieceniem, ekscytujesz każda drobnostką, gdy budzi się w tobie filozof. W napięciu obserwujesz swój organizm i sprawdzasz czy jesteś gotowy, ale już wiesz – że jesteś. I ta pewność buzuje w twoich żyłach, wywołuje najprawdziwszy śmiech i uwrażliwia. Rozglądasz się wokół, by dzielić się tą radością. Kładziesz się na trawie i kontemplujesz góry. Po prostu kontemplujesz, Już nie sprawdzasz na mapie, bo przecież mapę znasz już na pamięć. Już nie pytasz o wysokości i odległości. To niema teraz znaczenia. Jest Piękno w najprawdziwszej postaci. Sycisz się jego widokiem, napawasz tym Pięknem i wypełniasz nim swe myśli, uczucia. Chłoniesz. Mówią na to „ładowanie akumulatorów”. Ja sparafrazowałabym raczej Kasię Nosowską, bo to chwila, gdy czujesz że na obraz Boga stworzono Cię, a wszystko co widzisz obietnicą cudu jest. Dobrze jest pobyć w takiej czasoprzestrzeni w milczącej obecności osób, które czuja jak ty i rozumieją te chwile obcowania z sacrum. Gdy pada pytanie: dlaczego ludzie chodzą w góry, odpowiadamy z Mirkiem jednocześnie „bo są”. Ot, i cala odpowiedź dla ludzi gór. Wolność, przestrzeń, hart ducha. Musisz polegać na swoich siłach. Musisz ocenić swoje możliwości. Musisz nie tylko na gore wejść, musisz z niej zejść, bo inaczej należysz do góry. Nie ma udawania. Nie ma zgrywania kogoś innego. Góry to nie miejsce dla mięczaków. Tu okazuje się jaki naprawdę jesteś, co możesz i czy potrafisz dać z siebie wszystko. Bo góry są jak kobiety. Piękne, zachwycające o łagodnym wyglądzie. Z daleka. Ale wymagają szacunku, bezwzględnej miłości i oddania. Tylko spróbuj je zlekceważyć. Tylko obraź je ignorancją! Ukarzą cię okrutnie. Pokażą ci, gdzie twoje miejsce. Ujawnia wszystkie twoje słabości, twoją pychę i ignorancję. I jeśli przeżyjesz te konfrontację – jesteś szczęściarzem, bo możesz z tej lekcji wyciągnąć wnioski. Zapewne więcej tego błędu nie popełnisz. A czy będziesz mniam odwagę, by spróbować jeszcze raz? To zależy czy naprawdę kochasz. Czy ta miłość jest głęboka, wierna a oddanie szczere. I od tego co w górach znajdujesz. Na pewno odkryjesz prawdę o sobie, a przecież nie wszystkim się ta prawda podoba. Ale to już inna kwestia… Mirek powiedział tego dnia, że ten kto nie ma Piękna w sobie, ten go tu nie znajdzie.

wtorek, 16 listopada 2010







2 listopada, wtorek
Budzimy się wyspani. Po raz pierwszy od dawna było nam tak ciepło! Nasza gospodyni zadbała o dodatkowe pledy i koce dla nas. Spaliśmy pokotem wokół paleniska, do późna palił się … pod ołtarzykiem. Było na tyle ciasno, że gdy w nocy któryś z chłopaków zaczynał chrapać, po prostu dostawał kuksańca od sąsiada i wszyscy znowu zasypiali w błogiej ciszy. Podobno w nocy biegały szczury, ale jakoś szczury nie robią na mnie wrażenia o ile jest ciepło a ich popiskiwania nie budzą mnie ze snu. A spać potrafię teraz długo. Od zmierzchu do świtu (a właściwie wyjścia słońca, bo wtedy robi się na tyle ciepło, że mamy odwagę wyjść na zewnątrz) jest jakieś dwanaście godzin. Znakomitą część tego czasu po prostu przesypiamy.

Wstajemy zatem o 6:20 wyspani i gotowi do działań. Nasza gospodyni zajmuje się najpierw bydłem, potem małym dzieckiem siostry. W pewnym momencie bezceremonialnie oddaje malucha Michałowi pod opiekę i idzie do obórki. Mały jest sodki, więc każdy chce mieć z nim zdjęcie. Opiekujemy się nim na zmianę, robimy mu grzechotkę kamyków i opakowania po tabletkach musujących. Zaskakuje nas, że maleństwo wcale się nie boi obcych, nie marudzi i nie rzuca zabawką.
Pytamy o drogę na najbliższy pięciotysięcznik. Nasza gospodyni okazała się osoba niezwykle ciekawa świata – była na tej górze. Dlaczego? Bo była ciekawa jak świat wygląda z góry! A zatem tak bardzo się nie różnimy :D Mówi, że jej droga zajęła dwie godziny, więc pójdziemy ze cztery. Z uśmiechem prostujemy, z pewnie z sześć. Pokazuje nam mniej więcej kierunek (Traditional Trade Router to Tibet – przełęcz na granicy z Tybetem 5098 mnpm), ścieżkę i o 9tej ruszamy pod górkę. Umawiamy się, ż każdy wchodzi tyle, na ile ma ochotę, bo to tylko aklimatyzacja. Nieobowiązkowa. Po pierwszym wspólnym postoju rozdzielamy się. Każdy wędruje swoim tempem i swoja ścieżką (jest ich mnóstwo), licząc, że akurat ta wybrana przez niego nie skończy się w kosówce albo piargach (jednego nienawidzę bardziej niż drugiego ;/). Harpagon Michał już po chwili majaczył na horyzoncie.
Wędrówka na szczyt (5177 mnpm) zajęła mi rzeczywiście sześć godzin. Im wyżej, tym trudniej oddychać, częściej trzeba się zatrzymywać i nie można już tak ufać swojemu ciału. Okazało się, że niełatwo znaleźć drogę, ale oczywiście było warto. Wielką frajdę miałam z obserwowania Andrzeja, dla którego było to pierwsze tak wysokie wejście i cieszył się jak dziecko. Aż trzeba było na niego nakrzyczeć, ż e robi się późno i musimy wracać. BDW: dobrze mieć w górach towarzysza, który nie obraża się jak krzyczysz czy rzucisz cierpkie słowo; towarzysza, który bez ściemy powie ci co myśli; a przede wszystkim towarzysza o którym wiesz że ani ty jego, ani on ciebie nie zostawi w trudnej chwili. Dlatego ze sprawdzonym towarzyszem jeździsz na kolejne wyprawy i nie przejmujesz się tym, co sobie myślą ludzie (zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi wyglądamy kontrowersyjnie i ciągle szukają wytłumaczenia co nas łączy – więc powiem: PRZYJAŃ). Wprawdzie czasem przyjaźń ta jest szorstka, jak na przełęczy gdy Andrzej znikając na lodowcu naraził się na wiele cierpkich słów i piąstki, ale to przecież z troski.
Wracamy do Samdo ze śpiewem na ustach. Zejście, gdy już znamy trasę, zajmuje nam niespełna dwie godziny. Schodzimy przed zmrokiem i przed chmurami, ale i tak dostajemy burę, że za późno wracamy. Andrzejowi wystarcza jednak, że nikt poza nami nie wszedł tak wysoko i zadowolony idzie spać.
A wieczornej odprawie ustalamy szczegóły przejścia przez przełęcz. Przewodnik trochę nas straszy, ale ostatecznie twierdzi, że przejdą wszyscy, więc my też zasypiamy w dobrych humorach.




1 listopada, poniedziałek
Dzień Wszystkich Świętych

Obudziliśmy się w Samageonie pokrytym warstwą śniegu. Od świtu biegałam z aparatem próbując uchwycić tę zimowa atmosferę. Po kilku godzinach słońce rozpuściło puchową kołderkę i znowu zrobiło się po himalajsku wczesnojesiennie.
Przed wyruszeniem w trasę przydarzył mi się dziwny wypadek. No właśnie, dlaczego to znowu mnie się przydarzyło?! Drewniana podłoga hostelu załamała się pode mną i zawisłam w dziurze na wysokości pierwszego piętra. Zablokował mnie plecak a przerażeni porterzy pomogli mi się wydostać z pułapki. Wszyscy zgromadzeni byli bardzo zdziwieni, bo jestem dość lekka (nawet z plecakiem, jeśli porównać z kolegami) i trudno to wydarzenie wytłumaczyć. „A może to normalne, że się inaczej marzy i pije się po pół I żeby to zrozumieć to trzeba rzucić się ze schodów, najlepiej głową w dół.” W każdym razie humor miałam kiepski i choć zapuściłam sobie muzę z mp3 i darłam się w niebogłosy, to do końca wyprawy ten nostalgiczmny nastrój nawiedzał mnie już będzie tak często, że właściwie mogę powiedzieć, iż po prostu mnie nie opuszczał.
Tego dnia powędrowaliśmy do Samdo. Mapa podaje wysokość 3 690 mnpm a tabliczka w wiosce 200 metrów wyżej (dokładnie 3850). Miejscowość położona jest przepięknie na płaskowyżu. Jeszcze pół wieku temu był tu tylko las, ale uciekinierzy z Tybetu wycięli drzewa i założyli tu wioskę. Jednak warunki życia były (i nadal są) tu tak ciężkie, że gdy Chińczycy zaproponowali uciekinierom powrót, ci ulegli namowom, gdyż życie w Tybecie było dla nich łatwiejsze. Zostali nieliczni i tylko najbardziej wytrwali.
Gdy z Jerzym i Andrzejem docieramy do wioski otrzymujemy od grupy zestaw informacji na temat możliwości noclegowych. Hotele nie tylko są drogie, ale jeszcze stosują znienawidzoną przez Polaków zasadę, że nie wolno gotować w pokojach i trzeba zamawiać jedzenie w hotelowej restauracji (ceny są oczywiście niebotyczne). Ale Michały znalazły miejscówkę w chacie. Na razie wygrzewamy się na dachu stodółki, który służy nam za taras. Kobieta wyścieliła nam matę i czujemy się jak panowie świata. Spragnieni ciepła i słońca czujemy się jak na plaży. Jemy, żartujemy, obserwujemy otoczenie. Mnóstwo tu różnokolorowych namiotów, świetnie wyposażonych turystów z całego świata. Z naszego tarasu mamy doskonały widok na całą wieś. Jest pięknie. Leżymy sobie na skraju wioski, delektujemy chwila a słodka błogość powoli przeradza się w potrzebę wspięcia się na jakąś górkę. Chyba mało nam dzisiaj. No i proszę, tuż za nasza chatą wiedzie ścieżka na pobliskie szczyty. Gdy cień ogarnia płaskowyż wspinamy się na te górki, by złapać ostatnie chwile słońca. Podziwiamy panoramę okolicy, która jawi się jak sceneria do filmu przyrodniczego. Olbrzymie masywy skalne, lodowce, ośnieżone szczyty, mgły nadciągające z doliny, małe domki i kolorowe namiociki. Świat ludzi jest taki tyci, zabawny i bezbronny.
Schodząc do wioski spotykam tragarzy naszej grupy. Zastanawia mnie dziwna sytuacja, która widzę. Okazuje się, że ich gospodyni (przeraża mnie, że będą spali jak bydełko, pod zadaszeniem, ale w strasznym zimnie) opatruje jednego z chłopaków, przyklejając na poranioną łydkę plastrem z rolki papier toaletowy. Kiedy pytam czy mogę pomóc, ochoczo się zgadzają, więc idziemy do dziewczyn, gdzie robimy im przyzwoite opatrunki z trybiotykiem i wykorzystaniem współczesnych materiałów opatrunkowych. Otarcia, od podwiniętych dżinsów i klapek typu japonki, jakich dorobił się jeden z chłopaków wprawiają mnie w osłupienie. Opatrując ranę widzę najpierw „żywe mięso” a potem przerażenie i zakłopotanie w jego oczach.
Wracamy na kolację. Nasza gospodyni przygotowuje nam chlebki tybetańskie. Odwiedza nas jej siostra, która dobrze mówi po angielsku, więc konwersację na wieczór też mamy zapewnioną. Okazuje się, że jako jedyna z wioski dziewczyna uczy się w szkole średniej – aż w Pokarze. Do szkoły wędruje trzy dni przez góry (tę trasę my zrobimy w tydzień, ze specjalistycznym sprzętem) a potem jeszcze cały dzień jedzie autobusem. Opowiada nam o tym, że gdy miała 15 lat, pogoda się załamała a koledzy z którymi szła ją zostawili. Prawie tam zginęła. Opowiada, że nie ma właściwie szans na zrealizowanie swoich marzeń – chciałaby zostać pielęgniarką – gdyż jej rodzice są starzy i nie ma nadziei, że znajda pieniądze na jej studia. Jej ojciec ma 72 lata i nie myśli już logicznie, starsze siostry maja swoje rodziny, swoje dzieci. Jesteśmy pod wrażeniem jej determinacji, ambicji i wytrwałości. Postanawiamy zrobić coś, by jej pomóc. Nie jest to jednak łatwe, zważywszy na to, iż dziewczyna pochodzi z innego końca świata a my nie mamy doświadczenia w sponsorowaniu młodych talentów. Ostatecznie w tej zapomnianej przez Boga wiosce nie potrafimy podjąć żadnej decyzji. Umawiam się z nią w Pokarze za kilka dni, wymieniamy się numerami telefonów nepalskich, adresami (adres w Samdo? Coś takiego nie istnieje!). Andrzej zaproponował dziewczynie utrzymanie, jeśli zdecyduje się na przyjazd do Polski. Wszyscy zdajemy sobie jednak sprawę jak trudno taki przyjazd na studia pielęgniarskie zorganizować. W oczach dziewczyny błyszczą łzy…