skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

czwartek, 20 stycznia 2011






16 stycznia, niedziela
Obudziłam się i powiedziałam sobie, że dość mam już tego chorowania. Trzeba zacząć żyć. Łukasz ma w niedziele dzień wolny od treningów, więc planujemy sobie dzień aktywności. Mam ochotę wydać trochę pieniędzy na przyjemności (a nie tylko lekarzy i lekarstwa!). Telefonujemy więc do X – Center, największego w okolicy centrum sportów ekstremalnych. Przysyłają po nas busa i jedziemy za miasto na off road. Wypożyczamy auto, którym przez godzinę szalejemy po leśnych drogach, urwiskach i rzekach. Ale jazda!!!!!! Pozdrawiam moją ukochaną przemyską sekcję – możecie być ze mnie dumni, bo Łukasz myślał, że mi odbiło hihihi.
Zabawa nie była tania, ale serwis jaki zagwarantowali jest niesamowity. Po powrocie prysznic (dostaliśmy ręczniczki) a na sam przejazd specjalne kombinezony, czepki i maseczki jednorazowe oraz kaski. Ja dostałam nawet dodatkowe poduchy, bo nie dosięgałam do pedału gazu i kierownicy.
Chce jeszcze spróbować zorbingu, ale akurat mieli jakąś przerwę techniczną, więc gratisowo podwieźli nas do Tiger Kingom a potem po nas przyjechali. No więc jesteśmy „u tygrysów”. Wcześniej myśleliśmy o wyjeździe na północ do świątyni, gdzie mnisi opiekowali się tygrysami i z czasem zaczęli tam zjeżdżać tłumy turystów, by się pofotografować z drapieżnikiem na łańcuchu. Ale ponoć teraz to plastikowy program dla grup autokarowych, wiec znaleźliśmy sobie coś bardziej „na żywo”. Pojechaliśmy do ośrodka, opiekującego się tygrysami w różnym wieku. Zwierzęta wyglądają na zadowolone i zadbane. No i można ich dotknąć. Trzeba jednak pamiętać jakie to dzikie bestie.

Tygrys (łac. Panthera tigris) to duży, drapieżny ssak łożyskowy z rodziny kotowatych, największy z żyjących współcześnie czterech wielkich, ryczących kotów z rodzaju Panthera, jeden z największych drapieżników lądowych – wielkością ustępuje jedynie niektórym niedźwiedziom. Dorosłe samce osiągają ponad 300 kg masy ciała przy ponad 3m całkowitej długości. Doskonale skacze, bardzo dobrze pływa, poluje zwykle samotnie. Dawniej liczny w całej Azji, zawsze budzący grozę, stał się obiektem polowań dla sportu, pieniędzy lub w odwecie – z powodu zagrożenia, jakie stanowi dla ludzi i zwierząt hodowlanych. Wytępiony w wielu regionach, zagrożony wyginięciem, został objęty programami ochrony. Największa dzika populacja żyje w Indiach. W niektórych regionach Indii tygrysy są uważane za zwierzęta święte.
Naszą przygodę zaczęliśmy do największych tygrysów w okolicy. Upatrzyliśmy je sobie wcześniej i uparliśmy się, że właśnie te chcemy odwiedzić. Nie było zbyt wielu chętnych, więc zostaliśmy wpuszczeni na wybieg wielkości małego mieszkania. Najpierw drzemały sobie słodko, ale gdy tylko podeszliśmy jeden poderwał się nastraszył nie tylko nas, ale i treserów – opiekunów. Przebiegł sobie między nami na powalone drzewa. Taki kolos z niego! Ma masywne ciało o silnej budowie z krótkimi, bardzo muskularnymi nogami zakończone długim ogonem ułatwiającym utrzymanie równowagi. Tygrysy mają bardzo dobrze rozwiniętą tę zdolność. Złapałam aparat i nie panując nad przejęciem pobiegłam w dół. Udawałam, że się przemieszczam powoli, ale bardzo chciałam zdążyć zrobić dobre zdjęcie, póki ten wielki kot prężył się na pniu. Poruszał się tak cicho i zwinnie! Niezwykle zwinnie wskoczył na wysoki pień. Tygrys jest drugim po pumie rekordzistą w skoku wzwyż – potrafi wskoczyć na wysokość 5m – i drugim po lwie w skoku w dal – jednym skokiem pokonuje odległość 8-9m. Na wysokość 2m wskakuje trzymając zdobycz ważącą 50 kg. Stanęłam poniżej niego i wcisnęłam spust migawki. Kocur jakby specjalnie dla mnie zapozował. Pokazał pazury. Jak u wszystkich kotów przednie łapy mają pięć, a tylne cztery palce. Wszystkie palce zakończone są ostrymi pazurami o sierpowatym kształcie. Umiejętność chowania pazurów umożliwia tygrysowi bardzo ciche stąpanie przy podkradaniu się do ofiary, a wysunięcie ułatwia przytrzymywanie zdobyczy i rozrywanie jej skóry. Wysunięte pazury tygrysa stanowią bardzo groźną broń. Służą również do czyszczenia futra, zachowywania równowagi przy pokonywaniu nierównych przeszkód oraz zaznaczania terytorium poprzez rysowanie śladów na ziemi i korze drzew. Nieco dłuższe tylne łapy są doskonale przystosowane do skakania.
Nagle tygrys odwrócił się i odskoczyłam w ostatniej chwili. Ten potwór zachował się jakby chciał odgryźć mi głowę! Jego opiekun natychmiast odsunął mnie na bezpieczna odległość i wytłumaczył, że tygrys jednym uderzeniem łapy jest w stanie zabić zwierzę wielkości dużego psa, a nawet człowieka. A kotek pozłościł się jeszcze chwilę, pokazał zębiska i rozłożył się wygodnie w słoneczku. Kolejnym elementem doskonałego przystosowania do drapieżnego trybu życia jest budowa szczęki tygrysa – uzębienie tnąco-kruszące z silnie rozwiniętymi kłami i łamaczami. W szczęce osadzonych jest 30 zębów. Długie na 75 do 90 mm kły służą do zabijania ofiary i rozrywania mięsa.
Kot wrócił na trawę a ja podreptałam jego śladem. Jego opiekun pokazał mi, że mam go dotykać, żeby tygrys się nie denerwował. Najwyraźniej złościł się gdy mnie tylko słyszał podchodząca do tyłu, a mnie nie czul ani nie widział. Najlepiej rozwiniętym zmysłem tygrysów jest słuch. Wychwytują dźwięki o częstotliwości od 200 Hz do 100 kHz, pięciokrotnie wyższe niż słyszane przez człowieka (do 20 kHz). Prawdopodobnie tygrysy potrafią rozpoznać gatunki zwierząt po wydawanych przez nie odgłosach, co wyjaśniałoby dużą precyzję w odnajdywaniu ulubionych gatunków. Zmysł węchu u tygrysa nie należy do wysoko rozwiniętych. Jest zdecydowanie słabszy niż u psów. Do rozpoznawania zapachów wykorzystywany jest pomocniczo narząd Jacobsona. Odwracał się i szczerzył kły. Teraz myślę, że wcale nie chciał mnie zjeść. Po prostu podobnie do lwów, aby ułatwić dopływ powietrza do receptorów węchowych, tygrysy otwierają pysk i wysuwają język w charakterystycznym grymasie. Jak wszystkie wielkie koty z rodzaju Panthera, tygrys potrafi ryczeć. Głos ryczącego króla dżungli słyszany jest z odległości 3 km.
Na terenie każdego wybiegu znajduje się basen. Tygrys potrafi świetnie pływać, a płynąc może zabić ściganą ofiarę. Bardzo dobrze czuje się w wodzie, potrafi przepłynąć rzekę o szerokości 6-8 km, a z nurtem rzeki 29 km.
Kocur rozłożył się wygodnie i pozwolił się dotykać, głaskać. Pozwolił się fotografować z całkiem bliska. Najbardziej fascynujące, poza kłami, okazały się jego dzikie oczy. Budowa siatkówki oka umożliwia tygrysom widzenie w ciemnościach. Obecność dobrze rozwiniętych pręcików wskazuje na możliwość widzenia barw. Tygrysy mają okrągłe źrenice i żółte tęczówki. W nocy światło odbite od oczu tygrysa przybiera kolor od czerwonożółtego do niebieskozielonego – w zależności od źródła światła i kąta jego padania. Na zdjęciach robionych w świetle lampy błyskowej powstaje tzw. efekt czerwonych oczu. Tygrysy, jak wszystkie koty, mają oko osłonięte przesłoną migawkową, tzw. trzecią powieką.
Siedząc sobie tak przy tym wielkim kocie można odnieść wrażenie, że jest milusi i niegroźny. Właściwie to całkiem łatwo zapomnieć, że tygrys jest mięsożernym drapieżnikiem stojącym na najwyższym poziomie piramidy ekologicznej. Poluje na wszelkie zwierzęta niezależnie od wielkości. Jedynie dorosłe, zdrowe nosorożce i słonie potrafią skutecznie obronić się przed jego żarłocznością, a mimo tego zdarzają się utarczki pomiędzy nimi a tygrysem. Podobnie wyglądają konfrontacje z większymi od tygrysa niedźwiedziami brunatnymi. Chociaż obydwa olbrzymy wzajemnie się unikają (obecnie obydwa gatunki są bardzo rzadkie) dochodzi między nimi do walk, w których niedźwiedź nierzadko zostaje pokonany. Zwykle tygrysy zabijają niedźwiedzie młode lub te, które zapadły w sen zimowy lub dopiero się z niego wybudziły. Notowano jednak przypadki, gdy dorodny i doświadczony tygrys pokonał dorosłego samca niedźwiedzia.
Tygrys najchętniej poluje na duże ssaki kopytne (sambary, gaury, bawoły, dzikie świnie), zdarza mu się zabijać krokodyle, a nawet duże ryby, na które czatuje przy brzegu. Poluje z ukrycia. Wykorzystując doskonały słuch i wzrok oraz gęstwiny podkrada się do ofiary. Stąpa bardzo cicho, ponieważ – jak większość kotów – potrafi chować pazury i przyczajony wyczekuje, aż cel ataku zbliży się do niego. Potrafi biec z prędkością 60 km/h. Przednimi łapami powala atakowane zwierzę na ziemię i wbija kły w jego kark często przerywając tym uderzeniem rdzeń kręgowy, tchawicę, żyłę lub tętnicę szyjną ofiary. Dużym zwierzętom rozrywa gardło i czeka, aż ofiara skona. Tylko 1 na 10-20 ataków kończy się sukcesem drapieżnika. Duża zdobycz wystarcza mu na klika dni. Jednorazowo zjada 20-35 kg mięsa, wygłodniały – nawet do 50 kg.
Po chwilach grozy zafundowaliśmy sobie jeszcze chwile rozkosznej zabawy z najmniejszymi dwu- i cztero-miesięcznymi tygryskami. Trzeba tyle troski i starań, by uchronić te zwierzaki od wyginięcia. O rozmnażaniu i szansach na przetrwanie tygrysów poczytałam w Internecie. W okresie wiosennym, samiec szuka partnerki, na jej terytorium i pozostaje z nią przez około 20-80 dni. W tym czasie samica zdolna jest do zapłodnienia tylko przez 3–4 dni. Po zapłodnieniu samicy, samiec wraca na swoje terytorium. Po około piętnastu tygodniach ciąży. samica znajduje bezpieczną norę, np. w skalnej szczelinie i wyściela ją swoją sierścią. Rodzi od dwóch do czterech, wyjątkowo sześciu młodych. Kocięta przez pierwsze dziesięć dni są ślepe. Mleko matki ssą przez około osiem tygodni, po czym tygrysica podaje im małe kąski swoich zdobyczy. Jedenastomiesięczne tygrysy mogą już samodzielnie polować. Są już wystarczająco duże i silne, żeby złowić większą zdobycz.
Wysoka śmiertelność młodych, zwyczaje obejmowania terytorium poprzez walkę między samcami, upodobanie do polowania na duże ssaki kopytne, które broniąc się potrafią zabić tygrysa oraz walki z niedźwiedziami lub stadami wilków – to naturalne przyczyny śmierci tygrysów. Jednak największym wrogiem tygrysa jest człowiek i azjatycka medycyna ludowa uznawana obecnie za "przekleństwo tygrysów". Nowell i Jackson z Cat Specialist Group (IUCN) za największe zagrożenia dla istnienia gatunku uznali profesjonalnie zorganizowane kłusownictwo, zmniejszającą się na skutek przełowienia liczebność zwierząt stanowiących bazę pokarmową tygrysów oraz utratę siedlisk.
Upolowanie tygrysa uważane było za powód do dumy.
Futro z tygrysa – uważane za cenne trofeum myśliwskie – służy do zdobienia ubiorów, m.in. tybetańskie stroje ludowe chuba, a kości, wibryssy i inne części ciała są wykorzystywane w chińskiej medycynie i jako afrodyzjaki, na które rośnie popyt wraz ze wzrostem zamożności w niektórych krajach azjatyckich. Małe tygrysy są szczególnie chętnie zabijane przez kłusowników, z powodu wysokiej ceny uzyskiwanej na czarnym rynku. Działania wojenne na terenie Kambodży, Laosu i Wietnamu to kolejny czynnik, który zredukował liczbę zwierząt w południowej Azji. Tygrysy są również zabijane lub otruwane z powodu ataków na ludzi i na żywy inwentarz. W większości przypadków ataków na ludzi dokonują osobniki zranione, nierzadko przez kłusowników. Liczba żyjących obecnie tygrysów nie jest znana. Nowell i Jackson (1996) oraz Seidensticker i inni (1999) szacowali, że dawna populacja licząca ok. 100 000 tygrysów została zredukowana do 2500 dorosłych osobników, z czego żadna z subpopulacji nie przekraczała 250 osobników zdolnych do rozrodu, a większość nie przekracza 120 osobników. Populacje te są zbyt nieliczne, aby zapewnić reprodukcję i wymianę genetyczną. World Wildlife Fund szacuje łączną liczbę dorosłych i młodych tygrysów na 5000-7000. Informacje rządu indyjskiego o szacowanej liczbie 3100-4500 osobników tygrysa bengalskiego (dane z 2002) są już prawdopodobnie nieaktualne. P.K. Sen, dyrektor WWF India's tiger and wildlife program ocenia indyjską populację tygrysów na mniej niż 2000 osobników. Szacowano, że najliczniejszy – "królewski" tygrys bengalski (Royal Bengal tiger) – może wyginąć przed rokiem 2010, według chińskiego horoskopu – Rokiem Tygrysa.

Tygrys jest objęty konwencją CITES. W Czerwonej Księdze IUCN został wpisany w kategorii gatunków zagrożonych wyginięciem jako Panthera tigris, trzy podgatunki – w kategorii krytycznie zagrożonych, i trzy w kategorii wymarłych. Za rządów Indiry Gandhi tygrys został objęty ochroną rządu indyjskiego, w Parku Narodowym Corbett utworzono 23 rezerwaty w ramach "Project Tiger". W ramach programu Conserving Tigers in the Wild: A WWF Framework Strategy for Action 2002-2010 określono siedem najważniejszych regionów oraz cztery dodatkowe obszary ochrony tygrysów. Na terenach tych World Wildlife Fund zamierza ustanowić i prowadzić obszary skutecznej ochrony, zredukować kłusownictwo i wyeliminować handel częściami ciała tygrysów. Programy ochrony przewidują przenoszenie szczególnie agresywnych osobników na tereny oddalone od ludzkich osiedli (dotyczy osobników uznanych za nie stanowiące bezpośredniego zagrożenia dla ludzi) lub umieszczane w ogrodach zoologicznych (uznane za szczególnie niebezpieczne dla ludzi). Złapane i wypuszczane ponownie na wolność tygrysy są wyposażane w nadajniki umożliwiające ich monitorowanie.
A to nie był jeszcze koniec atrakcji na dziś. Po południu spełniłam jeszcze jedno z moich marzeń – spróbowałam zorbingu. To zabawa, polegająca na staczaniu się ze zbocza lub spływaniu rwącą rzeką, strumieniem w plastikowej, nadmuchiwanej, wykonanej z materiałów odpornych na uszkodzenia podwójnej kuli zwanej "zorba". Torem dla zorby może być tak jak już wspomniałem zbocze zarówno latem porośnięte trawą jak i pokryte zimą śniegiem. Pojawiła się również wodna odmiana tzw. Hydrozorbing. Jednak w tym ostatnim przypadku kula nie przypomina kuli ze względów bezpieczeństwa. Kula wyposażona jest w pasy bezpieczeństwa. Ja stoczyłam się ze wzgórza a potem pływałam w kuli po jeziorze.
Pomysł na zorbing powstał w Nowej Zelandii, a jego autorami są Zorbs Dwane i Andrew Akers. Stworzyli oni plastikową kulę (początkowo o szerokości 1 m). Jednak z czasem uległa ona powiększeniu i obecnie zorba ma 3,2 metra średnicy zewnętrznej i około 1,8 metra średnicy wewnętrznej. Jest to nadmuchiwana przeźroczysta kula pusta w środku. Przez dziurę do środka można wejść i wtedy zaczyna się zabawa. Kula waży 75 kilogramów i jest wykonana z materiałów odpornych na wszelkie uszkodzenia. Istnieją również mniejsze wersje. Również "wyposażenie kuli" może się różnić, są bowiem modele gdzie w środku można wpiąć się w specjalne pasy, jak i takie gdzie osoba znajduje się zupełnie luźno.
Musze przyznać, że zabawa jest przednia. Ale długo się tak w tej kuli toczyć nie da, bo przynajmniej mój organizm, nie wytrzymałby tego dłużej niż minutę. Ale najfajniejsze było unoszenie się w przeźroczystej kuli po powierzchni jeziora. Trochę jak w bajkach, a trochę jak w filmach fantasy.
e.


10 stycznia, poniedziałek – 15 stycznia, sobota

No i niestety znowu słabiej się czuję. Antybiotyki zdecydowanie działały, ale gdy się skończyły – znowu mi gorzej. Dlatego w piątek znowu byłam u lekarza i zaczęłam nowa serię leków. Jeszcze dłuższa i jeszcze mocniejszą. Do tego dawka uderzeniowa na noc. Masakra. Nie mam apetytu ale zmuszam się do jedzenia, bo lekarz straszył mnie kroplówką. Łukasz staje na głowie, by urozmaicić mi dietę, dostarczyć składników niezbędnych mnie a nie dożywiać pasożytów. Swoja drogą ciekawe jak on opisze to na swoim blogu  Przy okazji fajnego ma bloga, polecam: WWW. wostrogach.blogspot.com . Moja aktywność ogranicza się do podstawowych funkcji życiowych. Przestałam nawet prać i zmywać podłogę. Dla takiego szopa pracza jak ja to tragedia. Udało mi się przez tydzień obejrzeć kilka filmów (dzięki mjemu towarzyszowi, który zadbał o lekkie filmy w kategorii ostatnie megaprzeboje oraz napisy po polsku) i przeczytać dwie ksiązki Donicowej (rewelacyjne lekkie kryminały z akcją osadzona we współczesnej Moskwie). Jednak laptop w podróży to rzecz niezastąpiona, nieprzeceniona i wszechstronna w spełnianiu potrzeb i zachcianek.
Szkoda, że tak leżę bezczynnie. Miasto ma ciekawą historię. W XIII w. w konsekwencji najazdu chana mongolskiego Kubilaja plemiona tajskie przeniosły się na te tereny z południowych Chin. Ich władca, Mangrai założył w roku 1262 pierwszą stolicę w Chiang Rai, a po zwycięstwie nad Monami zbudował w roku 1292 nową stolicę swego królestwa, zwanego Lanna. Z tego okresu pochodzi wiele wspaniałych watów, świątyń buddyjskich w tzw. stylu lannajskim. W 1556 Chiang Mai zostało zdobyte przez Birmańczyków i odzyskane przez Taksina dopiero w 1775 roku. W roku 1900 region ten został przyłączony do królestwa Syjamu.
Jest tu wiele do zwiedzenia. W obrębie murów miejskich Chiang Mai znajduje się 36 watów (świątyń buddyjskich), a w okolicy aż 300. Najważniejsze: Wat Chiang Man z 1297 roku, Wat Phra Singh (1345), Wat Chedi Luang (1411), Wan Suan Dok, Wat Jet Yot (1455) i Wat Phra That.
Miasto stanowi również bazę wypadową do trekkingu w pobliskie góry, w których można zwiedzić wioski górskich plemion Akha, Lahu, Hmong, Mien, Karen i Lisu.
Na razie to wszystko poza moim zasięgiem. Jedyna atrakcją dla mnie jest fotografowanie i kręcenie filmików z tatuowania Łukasza (we wtorek). W tej buddyjskiej świątyni, której nazwy zapamiętać nie sposób, wykonuje się tatuaże metoda tradycyjną. To bardzo stara metoda, nazywana bambusową – obecnie bambus zakończony jest stalową końcówką. Skóra nakłuwana jest bardzo płytko, nie jest rozdzierana i raniona jak w metodzie maszynowej. Dzięki temu lepiej się goi (nawet w cztery dni), nie boli tak bardzo i nie robią się rany, które mogą zniszczyć tatuaż. Co więcej, stosuje się barwnik dziwnie odporny na blaknięcie. Nawet po wielu latach tatuaże wyglądają na nowe. Nawet jeśli barwnik nieco rozlewa się pod skórą, to kropeczki się łączą i dzięki temu wizerunek wygląda z czasem lepiej i lepiej. Zapewne dlatego metoda ta stała się bardzo popularna wśród gwiazd np Hollywoodu, które przyjeżdżają do Tajlandii specjalnie by zrobić sobie tatuaż (np Angelina Iolie). Tylko, że gwiazdy płacą po kilkanaście tysięcy zlotych w profesjonalnych studiach a my znajdujemy się w starej świątyni, gdzie mnich błogosławi, przyjmuje dary (donację w wysokości 50 – 200 zł w zależności od wielkości tatuażu, ale raczej jest to oplata symboliczna) i wykonuje pracę na specjalnym podeście w otoczeniu figurek Buddy oraz ołtarzy ofiarnych. Potem jeszcze chucha, odmawia specjalne modlitwy i tłumaczy czego od teraz nie wolno (np posiadacz sakralnego antycznego tatuażu nie może pluć do toalety – nie mam pojęcia dlaczego, jeść węży i psów – a to szkoda!). Filmik z tatuowania na facebooku zamieścił mój towarzysz. Ja kręciłam :D i pewnie dlatego tak mi się podoba.





9 stycznia, niedziela
Skończyłam przepisana dawkę antybiotyku i szukam objawów lepszego samopoczucia. Dziś w okolicy odbywają się uroczystości buddyjskie, na które od dawna nas już zapraszano. To wielkie wydarzeni dla naszych znajomych, powtarzają wielokrotnie, że tylko raz do roku odbywa się to święto. Niestety nie potrafią nam dokładnie wytłumaczyć na czym ono polega – atrakcją dla nas ma być przede wszystkim możliwość zrobienia sobie tradycyjnego tatuażu oraz zobaczenie ludzi wpadających w trans. Dlatego o ósmej rano meldujemy się na campusie podekscytowani w oczekiwaniu nowych nieturystycznych wrażen. Jedziemy z Dangiem, instruktorem muay tai z Lanna school, kilkanaście kilometrów do buddyjskiej świątyni w jakiejś wiosce. Przygotowano ja specjalnie na dzisiejsze uroczystości rozstawiając zadaszenia, mnóstwo krzeseł i przede wszystkim rozbudowując ołtarze. Przed ołtarzami złożono ofiary: świńskie łby, kwiaty, owoce i kadzidła. N całym terenie rozciągnięto białe linki i ludzie siadają pod nimi. Przywiązują sobie je do głów i zaczyna się wspólna modlitwa. Po chwili ktoś za mną zaczyna wrzeszczeć, potem szarpie się i ryczy jak lew. To o tym mówili instruktorzy: ktoś kto ma wytatuowanego tygrysa może stać się tygrysem w czasie medytacji, kto ma małpę – małpą. Jest to z lekka przerażające, gdy co chwila ktoś wpada w trans. Ludzie uśmiechają się tylko i pilnują, żeby nie zrobił sobie krzywdy. A my? A my jesteśmy podłączenie białym sznurkiem do tej „sieci” i czujemy cos jak wyładowania elektryczne. Strasznie kopie, szczypie i w ogóle wrażenie jest nieziemskie. Trwa to może z pół godziny, może godzinę – mam zegarek ale istnieje poza czasem. Aż trudno uwierzyć, bo nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić… Ale tatuaż tutaj to musi być rzeczywiście coś wyjątkowego.
Po modlitwach jest poczęstunek; pyszne tajskie jedzonko gratis, kawusia jeśli ktoś chce i rozmowy z Tajami. Białych jest raptem Kika osób – widać, że ze szkół muay tai. Dwóch przed nami jest wytatuowanych tymi lokalnym wzorkami do tego stopnia, że nie zostało wolne miejsce na plecach. Gdy idą do błogosławieństwa obaj jednocześnie wpadają w trans i staja się na chwilę tygrysami…

2 stycznia, niedziela – 7 stycznia, sobota
Jestem chora, leżę w łóżeczku i nie mam siły na żadną aktywność. Dobrze, że ma mi kto przynieść jedzenie, bo bym padła z głodu. Jestem tak słaba, że nawet do toalety nie potrafię dojść o własnych siłach i potrzebuje pomocy. Bywa, że nie mam nawet sił, by mówić, wiec raczej nie mam nic do opisania przez ten tydzień.
Trochę mi głupio, bo kolegę chociaż tyfus dopadł i ciekawie to wygląda na blogu. A mnie zwykły pasożyt… Giardia lamblia jest pasożytem powszechnie występującym w umiarkowanych szerokościach geograficznych, tak samo często w krajach wysoko rozwiniętych jak i rozwijających się. Nawet zakażenie jest tandetnie proste. Najczęstszym sposobem zakażenia jest picie skażonej wody. Zarazić się Lambliami można poprzez spożycie zanieczyszczonych cystami lamblii owoców, jagód, warzyw, wody jak również przez zainfekowane ręce i przedmioty. Cysty tego pasożyta mogą przetrwać w wodzie do 3 miesięcy. Giardia lamblia są odporne na chlor.
Nie będę pisała o objawach bo to nieprzyjemne. Powiem tylko, że to znakomity sposób, żeby szybko schudnąć. Tylko, że nie życzę tego najgorszemu wrogowi. Ten mało spektakularny tydzień utwierdził mnie jednak w przekonaniu, ż jestem wielka szczęściarą. Bo objawy dopadły mnie w cywilizowanym, czystym kraju ze stosunkowo niedrogą służba zdrowia. Mogłam sobie pozwolić na odpoczynek (nie miałam wykupionych żadnych biletów, wycieczek ani krótkoterminowych wiz), miał się mną kto zaopiekować. Teraz jeszcze bardziej zawzięcie myję ręce i pilnuje co jem. Smacznego!

środa, 19 stycznia 2011



1 stycznia 2011, sobota

Dziś Nowy Rok użytkownicy kalendarza gregoriańskiego świętują 1 stycznia. Jednak na świecie Nowy Rok, w zależności od używanego w danym regionie globu kalendarza i wyznawanej religii, świętuje się... przez cały rok.
• 8 stycznia - w Japonii. W kraju Kwitnącej Wiśni od 1873 r. obowiązuje kalendarz gregoriański (tzw. seireki) - zgodnie, z którym nowy rok przypada 1 stycznia oraz kalendarz oparty na rządach danego cesarza (tzw. nengo), zgodnie z którym 8 stycznia 1989 r. rozpoczęła się era Heisei zapoczątkowana wstąpieniem na tron cesarza Akihito. 8 stycznia zacznie się więc 23 rok ery Heisei.
Ortodoksyjni żydzi odprawiają modlitwę Taszlich w drugi dzień Rosz Haszana. Getty Images
• 14 stycznia - prawosławni i grekokatolicy - 14 stycznia (wszystkie daty podane dla ułatwienia według kalendarza gregoriańskiego) stanowi wynik rozbieżności powstałej w trakcie reformowania kalendarza juliańskiego. Wyznawcy obrządku wschodniego bawią się na noworocznych balach zwanych "małankami" w nocy z 13/14 stycznia witając "Stary Nowy Rok". To mój ulubiony, z rozrzewnieniem wspominam nasze małanki organizowane dla studentów ukrainistyki i sympatyków :D
• 3 lutego - według kalendarza chińskiego. 3 lutego 2011r. rozpocznie się Rok Królika, dla Chińczyków 2708 rok. Kalendarz chiński, w odróżnieniu od wszystkich innych, nie liczy lat w jednym ciągu ale w sześcioletnich cyklach, gdzie każdy rok ma swoją nazwę. Nazwy te stanowią kombinację dwunastu zwierząt i pięciu żywiołów w wariancie yin lub yang.
3 lutego to także wietnamski Nowy Rok. Ten Nowy Rok zamierzam przywitać w chińskiej dzielnicy w Bangkoku – Cris opowiadał, że jest zajebiaszczo.
• 25 lutego - Losar - Tybetański Nowy Rok przypadający zawsze podczas nowiu, najczęściej w lutym. Główne uroczystości odbywają się przez pierwsze trzy dni. W 2011 r., data ta przypada 25 lutego.
• 12-14 kwietnia - Tajski Nowy Rok (Songkran); Tajskie słonie ochlapują turystów wodą, podczas obchodów tajskiego Nowego Roku (Songkran) w antycznym mieście Ayutthaya. Coroczny Songkran słoni odbywa się by promować turystykę. W Songkran oblewa się wodą i obrzuca kolorowym proszkiem, co ma symbolizować obmycie z grzechów mijającego roku.
Na ten Nowy Rok zamierzam wrócić z Birmy do Tajlandii :D
• 28 września - pierwszy dzień kalendarza żydowskiego upamiętniający stworzenie świata, a dokładnie szósty dzień Boskiej kreacji - stworzenie człowieka. Rosz ha-Szana, Rosz Haszana w 2011 r. przypadnie 28 września. Tego dnia po zachodzie słońca rozpocznie się 5772 rok żydowskiego kalendarza.
• 26 października - początek Divali - święta światła, dla wielu Hindusów to początek Nowego Roku. Shaka - Indyjski narodowy kalendarz zreformowany jest oficjalnie obowiązującym kalendarzem w Indiach. Wprowadzono go 1 Chaitra 1879 r., czyli 22 marca 1957 r.
• 1 listopada - celtycki rok kończy się 31 października. Święto Samhain (Święto Lata) zaczynające się po zmroku 31 października nie należy ani do starego ani do nowego roku. To data, kiedy Nowy Rok świętują pogańskie wspólnoty wicca.
• 26 listopada - 1 Muharram 1433 r. Kalendarz islamski (Hijrah) jest używany w krajach muzułmańskich równolegle z kalendarzem gregoriańskim, choć w Arabii Saudyjskiej jest on obowiązującym kalendarzem urzędowym.

1 stycznia jako rozpoczęcie nowego roku kalendarzowego to data umowna, nie istnieje żadna przesłanka czy punkt na nieboskłonie, w układach planet i gwiazd wyróżniające jakiś konkretny moment, który mógłby być początkiem. Tak nakazał Juliusz Cezar
Zwyczaj obchodzenia początku roku 1 stycznia zawdzięczamy Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi. Początek roku w kalendarzu juliańskim wyznaczono na 1 stycznia, wówczas bowiem w Rzymie obchodzono święto Janusa - boga drzwi, bram i początków ( to od jego imienia bierze nazwę pierwszy miesiąc w kalendarzu w językach romańskich - January).

Ale jesteśmy w Tajlandii. W Tajlandii oficjalnie używa się dwóch kalendarzy: Kalendarza Gregoriańskiego (taki jak w Polsce) oraz Kalendarza Buddyjskiego, który liczy lata od śmierci Buddy – w roku 543 przed Chrystusem. I rzeczywiście na kalendarzach wiszących np. w punktach handlowych podane są obie numeracje lat – zabawnie to wygląda. Tak więc, w Kalendarzu Buddyjskim nasz rok 0, to rok 543, a nasz rok 2000, to rok 2543. Tajowie oczywiście wiedzą jaki jest obecnie rok w Kalendarzu Gregoriańskim, ale mogą mieć kłopoty, gdy chodzi o wcześniejsze daty, bo wtedy muszą w głowie odjąć 543 lata. Według kalendarza Buddyjskiego rok w Tajlandii zaczyna się w kwietniu, ale na szczęście dla nas, od roku 1941 dla uproszczenia kontaktów ze światem, oficjalnie liczy się nowy rok od początku stycznia, chociaż nadal z ‘dodatkiem’ 543 lat. Tajski Nowy Rok (Songkran) jest najważniejszym świętem narodowym i nadal jest w kwietniu, ale nie ma to już odbicia w liczeniu lat. Jako że w Tajlandii mieszka znacząca mniejszość pochodzenia Chińskiego, ważnym dniem w roku jest też Chiński Nowy Rok (w lutym), ale tak samo jak z Tajskim Nowym Rokiem, nie oznacza początku roku kalendarzowego.

Obchody początku nowego roku kalendarzowego w Tajlandii oznaczają w Bangkoku i innych większych/turystycznych miastach fajerwerki, zabawy w klubach i dyskotekach, są natomiast mniej ważne na prowincji. Zarówno 1. jak i 2. stycznia to dni wolne od pracy. W Chiang Mai zorganizowano wielkie święto uliczne z koncertami, pokazami sztucznych ogni – jakich jeszcze nigdy na żywo nie widziałam, setkami straganów z pamiątkami i jedzeniem z całego świata i puszczaniem latawców. Najbardziej wzruszające jest oczywiście to ostatnie. I widowiskowe. Zdjęcia z tego rytuału można znaleźć nie tylko na tajlandzkich folderach reklamowych czy okładkach przewodników. Widziałam to także w teledyskach i na pięknych plakatach. Moje zdjęcia nocne nie są tak urocze, ale widok setek podświetlonych lampionów wznoszących się w niebo w różnych częściach miasta pozostawia nie zatarte wrażenie. Latawiec jest tak delikatny, że trzeba bardzo uważać, aby go nie podrzeć przy rozkładaniu, nie podpalić przy nagrzewaniu powietrza wewnątrz. Niektórzy składają sobie życzenia trzymając latawiec z różnych stron. Jeśli czasem czujecie że to, co dzieje się wokół was jest tak piękne jak na romantycznych filmach, to właśnie to była taka chwila. A właściwie cały wieczór.

poniedziałek, 17 stycznia 2011


31 grudnia, piątek
Nadszedł czas, by spojrzeć prawdzie w oczy. Muszę się skonsultować z lekarzem. Dopytujemy się o szpital miejski i jedziemy tam. Ponoć na wyspach jest tak przeraźliwie drogo, że założenie opatrunku kosztuje 400 zł, ale tu powinno być taniej. Szpital jest ogromny, czyściutki i robi bardzo dobre wrażenie. Przy wejściu pan pyta czy już tu byłam i wyjaśnia dokąd się udać. W informacji podaje swoje dane osobowe i wystawiają mi karte klienta z kodem paskowym. Łukasz nic nie dostaje, ale widziałam, że inni turyści (chorzy i osoby im towarzyszące) maja nalepki z takim kodem paskowym i nazwiskiem. Najpierw pielęgniarka prowadzi mnie do poczekalni (ale wypas!). Stamtąd pielęgniarz prowadzi mnie do „pomieszczenia mierzenia symptomów życiowych”. Brzmi lekko groźnie i od razu czuję się chora. W salce wyposażonej w niezwykle nowocześnie wyglądający sprzęt jest miejsce dla dwóch pacjentów. Ważenie to normalka, ale potem siadam przy aparacie do mierzenia ciśnienia. Czegos takiego jeszcze nie widziaalm nawet na filmie. Mierzy ciśnienie i puls w prawej ręce (pan informuje mnie, ż ejest nieco podwyższone ale w normie). Potem w lewej i ponownie w prawej. Przypomina to wielki rękaw z podłokietnikiem i jest bardzo dookładne. Temperature mierzy oczywiście elektronicznym termometrem pod jezykiem. Jednocześnie ciśnienie na palcach – „spinaczami”. W wywiadzie pyta o wszystko, bardzo dlugo i cierpliwie. W końcu kończy mi się sownictwo i musze poprosic Łukasza o pomoc. Pielęgniarz dziwi się tylko, że objawy mam od dwoch tygodni. No i czemu się dziwi, w końcu bylam u lekarza w Indiach a poza tym ja nie biegam do lekarza z byle powodu. Wręcza mi laminowany numerek i po chwili pielegniaraka (jakiez one eleganckie! Na szpitkach z idealnym makijażem i takie uśmiechnięte)prowadzi mnie do lekarza. W poczekalni, na miękkiej skórzanej sofie przeczytałam, że wprowadzono nowy ssytem powiadamiania lekarzy rodzinnych o sytuacji jego pacjentów, żeby więc wybaczyć jeśli lekarz odbierze telefon w trakcie wizyty (ja też podawałam numer telefonu i meila), wiec nie dziwi mnie zestaw słuchawkowy. W gabinecie ołtarzyk krola, zdjęcia króla i królowej, jakies dyplomy i w ogóle klimatycznie, ale przy tym bardzo profesjonalnie. Lekarz długo pyta o rózne rzeczy i kieruje mnie na testy, odprowadza do drzwi. Muszę oddac krew, mocz i kał do badania, a po wyniki zgłosić się po godzinie. U nas bym poczekała do nasteonego dnia. A gdy dowiaduję się jak szczegółowe badania mi zrobili, to myślę, że z tydzień. W oczekiwaniu na wyniki robimy zakupy w sklepie komputerowym vis a vis (dodatkowy dysk zewnętrzny na kopię bezpieczeństwa dla moich zdjęć) kosztuje stówkę taniej niez u nas i ma gwarancję światową. Wracam po wyniki, które dostaję w kopercie. Oglądam je sobie, pije wode i kakao (wszystko w cenie), po czym pielegniarka mnie znajduje sama i prowadzi do lekarza. On ma wyniki w komputerze, przeglada je, omawia i zaczyna wypełniać karte choroby. Zapewnia z uśmiechem, że wszystko będzie dobrze i dziękuje za wizytę. Następnie pielegniarka prowadzi do wielkiego holu, gdzie znajduje się apteka i kasy. Dostaję numerek jak z kasy fiskalnej. Po kilku minutach w kasie odbieram leki w woreczkach strunowych z opisem dla kogo są, jak je dawkować i na co działają. Pani uprzejmie rozklada je przede mną i wszystko dla pewności tłumaczy. Potem dostaję rachunek. 230 zl. Dopytuję się, czy to tylko za leki, ale nie: za wizytę, laboratorium i opieke pielęgniarki (5 zł). Jak na taki serwis to niedrogo.
W Tajlandii lekarstwa są tanie i łatwo dostępne. Możemy kupić większość lekarstw (również antybiotyki) bez recepty w jednej z wielu małych aptek, w szpitalach i klinikach (choc na przykład w tej sptrzedaja tylko leki wypisane przez ich lekarzy), a podstawowe medykamenty także w sklepach 7/11, Family Mart i innych. Podobno lepiej zabrać ze sobą do Tajlandii coś na biegunkę i inne problemy żoładkowe; silny przeciw-opalacz, a także krem na zbytnio opaloną skórę; leki przeciw-alergiczne jeśli jesteśmy uczuleni; płyn do dezinfekcji skaleczeń i plastry. Nie kupowałam jeszcze tych rzeczy, więc nie wiem czy są droższe czy trudnodostępne.
Potem znalazłam w Internecie informacje, że służba medyczna w Tajlandii oferuje usługi na wysokim poziomie, ale głównie w placówkach prywatnych, gdzie nie będzie też kłopotów z porozumieniem się po angielsku. W placówkach publicznych możemy liczyć na przyzwoity poziom opieki, ale lepiej pójść z kimś, kto zna język tajski. Prywatne szpitale o standardzie europejskim znajdują się w Bangkoku, w większych miastach na prowincji, oraz w najpopularniejszych centrach turystycznych. Jak dobrze, że dpadlo mnie w duzym mieście! W Tajlandii nie funkcjonuje publiczny system darmowych karetek pogotowia. W przypadku wypadku wymagającego szybkiego transportu do szpitala najlepiej pojechać taksówką. W Bangkoku w praktycznie wszystkich szpitalach, nawet państwowych, znajdziemy kogoś mówiącego po angielsku, ale w poważnych sytuacjach najlepiej (choć drożej) skorzystać z usług jednego ze szpitali prywatnych.
Dziś Sylwester. Średnio mi się chce szalec do rana, ale mam sukienkę szyta na miare specjalnie na te okazję a w miescie jest dzis wielka impreza słynna na cała Azję. Postanawiam wstrzymac si z lekami do jutra i wieczorem jedziemy do centrum. Masakryczne korki, niewyobrażalna ilość ludzi i cudownie romantyczne latawce, a właściwie lampiony puszczane w rozgwieżdżone niebo. Ale to już należy do dnia jutrzejszego.

sobota, 15 stycznia 2011





30 grudnia, czwartek
Tajlandia jest ogólnie krajem bardzo bezpiecznym dla turystów. Wielu przybyszów z Zachodu jest mile zaskoczonych tym, że Tajowie wydają się zawsze pogodni i uśmiechnięci, nie widać na ulicach objawów wandalizmu (ani np. wszechobecnego w naszym kraju grafitti) i trudno dostrzec kogokolwiek zachowującego się agresywnie lub głośno. Z jednej strony jest to prawda, i w Tajlandii rzeczywiście możemy czuć się o wiele bezpieczniej niż w wielu innych krajach, z drugiej jednak nie można zapominać o tym, że Tajlandia jest krajem trzeciego świata, w którym nie możemy liczyć na wiele rzeczy, do których się przyzwycziliśmy. W Tajlandii nie ma np. służb sprawdzających jakość i higienę posiłków przyżądzanych w przydrożnych ‘restauracyjkach’. Jeśli się po takim posiłku pochorujemy, to jesteśmy zdani na siebie. Wiele sprzętu używanego w Tajlandii do sportów wyczynowych (spływy pontonowe, wspinaczka skałkowa, itd.), a także w różnego rodzaju parkach rozrywki, nie jest standardu europejskiego. Najlepiej korzystać z usług sprawdzonych i poleconych organizatorów. Jeśli ma miejsce wypadek, to często zdani jesteśmy na siebie, bo w pobliżu nie ma lekarza, ani karetki, a właściciel firmy nagle znika, więc na odszkodowanie też nie ma co liczyć. W Tajlandii nie jest rozpowszechniony system ratowników na plażach. Są obecni w niektórych najbardziej turystycznych miejscach, ale w innych, sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje bezpieczeństwo w wodzie. W Tajlandii nie funkcjonuje darmowy system publicznych karetek pogotowia! Oznacza to, że nie ma numeru odpowiadającego polskiemu 999, na która można zadzwonić w przypadku problemów ze zdrowiem lub wypadku. Tajowie są ogólnie bardzo mało skłonni do otwartej agresji, i napady na turystów z bronią w ręku należą do rzadkości. Za to nie można tego powiedzieć o kradzieży kieszonkowej, albo zdarzających się w miejscowościach turystycznych próbach wyrywania torebek przez siedzącego na motocyklu złodzieja. Pieniądze, dokumenty i inne kosztowności lepiej zostawiać w hotelowym sejfie albo jak my nosic na pasie pod ubraniami. W przypadku, gdy znajdziemy się w sytuacji, w której obecny jest funkcjonariusz tajskiej policji lub np. oficer imigracyjny, należy koniecznie zachować spokój i nie próbować się awanturować lub lekceważyć jego autorytetu, nawet jeśli jesteśmy przekonani, że racja leży po naszej stronie. W Tajlandii nawet niżsi stopniem funkcjonariusze mają władzę bardzo dotkliwie uprzykrzyć nam pobyt, na przykład poprzez zabranie na posterunek policji lub nie uznanie wizy. Najlepiej spokojnie wyjaśniać sytuację, albo poczekać na przybycie funkcjonariusza, który rozumie angielski, lub poprosić kogoś o pomoc w tłumaczeniu. Często sprawę potrafi szybko rozwiązać (szczególnie w przypadku policji drogowej) kilka banknotów, ale nie należy być z tym zbyt ostentacyjnym.
Dziś źle się czuję, znacznie gorzej niż wczoraj. Mam mdłości, więc na przekór myśle o jedzeniu, które jest tu pyszne. Czy bezpiecznie jest jeść z przydrożnych straganów albo w małych ‘restauracyjkach’, których pełno na każdym chodniku? Na wielu obcokrajowców piorunujące wrażenie robią warunki higieniczne w jakich serwowane jest tam jedzenie. Czasem na forach ludzie narzekają, że owoce krojone i podawane są gołymi rękoma, naczynia myje się w ten samej misce cały dzień, a w kątach nierzadko biegają karaluchy lub nawet szczury. Ja się z tym nie zgadzam. Jest bardzo czysto, niemal sterylnie. Chociażby pan, który serwuje naleśniki z jajkiem i bananami w naszej dzielnicy ma swojwloasny sposób i osobna ściereczce do wycierania lewej reki, inna do prawęj i jeszcze inną do wycierania blatu i każdej z nich uzywa kilka razy w trakcie przygotowywania jednej porcji (co trwa jakies 4 minuty). Większość ludzi jest zaskoczona, że nie tylko nie ma żadnych kłopotów żoładkowych, ale do tego jedzenie wydaje się smakować lepiej w takich budkach niż w wielu droższych i bardziej sterylnych restauracjach. Jest to też świetna okazja, żeby uczestniczyć w życiu „prawdziwej Tajlandii”, a także zaoszczędzić parę bahtów. Ja wybieram boczne uliczki gdzie jadłospis i ceny są po tajsku a ludzie nie znają angielskiego. Jedzenie jest tak pyszne, ze mam ochote zjeść wszystko naraz, a mieszkanie w Chiang Mai przekonalo mnie, że nawet kilka tygodni to za mało, by spróbowac wszystkiego z jednej tylko ulicy!






W tajskiej kuchni mieszanie smaków, które dla nas europejczyków są czymś niemożliwym jest jak najbardziej normalne. Tajowie przyprawiając zupy mieszają chilli, cukier, maggi i wiele innych przypraw, których nazw nawet nie pamiętam. Ale o tym już nieco pisałam wczoraj. Tajowie trzymają widelec w lewej ręce, a łyżkę w prawej. Widelec służy wyłącznie do nakładania kęsów na łyżkę: jedzenie prosto z widelca uważane jest za prostackie. Noże nie są potrzebne, gdyż jedzenie – również mięso – jest pokrojone na kawałki. Tajskie potrawy z makaronem wywodzą się z chińskich tradycji kulinarnych i do ich jedzenia służą pałeczki oraz łyżka. Drugim wyjątkiem od ogólnie przyjętych zasad jest kleisty ryż (sticky rice w odróżnieniu od Jasmin, czego wczoraj uczyl nas Tommy), który je się palcami. Potrawy są podawane w kilku dużych miskach, a ryż dla każdego - w małych miseczkach. Zgodnie z tradycją najpierw podaje się ryż, a następnie łyżką nakłada się na niego potrawę ze wspólnych misek. Albo lepi się kulki i macza w tych sosach i róznych potrawach, bo jeśli nałożysz na takamiseczke ryż to znaczy,, że nie chcesz się tym dzielic z innymi, którzy siedza z Toba przy stole.

Gdy podajemy albo odbieramy talerz z jedzeniem, należy używać prawej ręki; lewa uważana jest za "nieczystą". Należy też uważać, żeby nie sięgać ponad czyjąś głową, bo jest to nieuprzejme. Najstarsza osoba przy stole zazwyczaj dostaje jedzenie jako pierwsza, a młodsi jej pomagają. Należy zaczekać, aż wszyscy dostaną jedzenie zanim zaczniemy jeść. Ryż jest uważany za najważniejszą część posiłku, pozostałe dania jako dodatki, dlatego nazywa się je kap kao - "do ryżu". Do picia najlepiej zamówić wodę. W Tajlandii zazwyczaj pije się po skończeniu posiłku, a nie w trakcie. Jeśli zjemy coś zbyt ostrego, to i tak dużo bardziej pomoże łyżka ryżu, niż napój. Aby wezwać w restauracji kelnera Tajowie używają słowa nong (młodszy brat/siostra) albo pii (starszy brat/siostra).

Jedzenie tajskie jest ostre. Papryka chili, przywieziona z Nowego Świata w XVI w. przez europejskich kupców, jest powszechnie używana do wielu potraw (zwłaszcza odmiana o małych, ostrych strąkach). Nie brakuje też potraw łagodnych. Oczywiście podstawą jest ryż. Drugim co do popularności dodatkiem jest makaron ryżowy, podawany zarówno do drugiego dania, jak i do zupy. Kuchnia tajska jest pożywna i bardzo apetyczna. Mięso smaży się krótko, a warzywa się gotuje.

Bardzo wiele jest też wpływów kuchni sąsiednich państw, na przykład przygotowywane zazwyczaj przez Birmańczykow na ulicznych wózkach słodkie naleśniki Roti.
Oto opis dan tajskich, jak znalazłam w necie. Próbuję się tego nauczyć :D

Kleik ryżowy (kao tom) (Ang: Khao Thom) to codzienne śniadanie. Podawany często z dodatkiem jajka ściętego w gorącej potrawie. Do tego najlepiej pasują papryczki chili w occie ryżowym.
Zupa makaronowa (kojtieł nam) (Ang: Kuay Tiew Naam) jest jedyną tajską potrawą, którą się je pałeczkami. Oprócz warzyw pływają w niej kulki mięsa. To moja ulubiona zupka i nie wyobrażam sibie jak mogłam jeść makaron widelcem!
Smażony ryż (kao pat) (Ang: Khao Phat) z jajkiem oraz kawałkami mięsa i warzyw to pyszny jednodaniowy posiłek jedzony o różnej porze dnia.
Pat tai (Ang: Phat Thai), makaron ryżowy przysmażony z krewetkami, warzywami, jajkiem i posypany orzeszkami ziemnymi. Uważany za narodową potrawę Tajlandii. To, które ugotowałam wczoraj smakowalo mi najbardziej, a jest to moje ulubione drugie danie.
Makaron pszeniczny z plastrami czerwonej wieprzowiny (bami heng mu deng) (Ang: Bhami Heng Moo Daeng) to typowe danie sprzedawane na straganach.
Tom jam (Ang: Tom Yum), popularna tajska zupa z krewetkami i pomidorami, przyprawiona kolendrą, palczatką (trawą) cytrynową i chili, gotowana i podawana w kociołku.
Mu sap baj krapao (Ang: Moo Saap Bai Krapaw), bardzo smaczna smażona wieprzowina przyprawiana bazylią, często podawana podczas wspólnego posiłku.
Penang (keng penang) to pikantne curry z kurczaka z dodatkiem krewetek, kolendry, czerwonych papryczek chili i niewielkiej ilości świeżej bazylii.
Zielone curry (Geng kie łan) (Ang: Geng Kiew Waan) to potrawa ze środkowej części kraju, z mięsem gotowane w mleczku kokosowym, co nadaje mu łagodny, słodkawy smak. Potrawę zaostrza zielone chili. Uczyliśmy się to gotować dwa dni temu.
Ryż gotowany na parze (kao suaj) (Ang: Khao Suay), podstawa wspólnych posiłków, podawany na stół w małych miseczkach jako pierwszy. Doskonale łagodzi ostry smak potraw. Tommy tłumaczył, że gotuje się go bez jakichkolwiek przypraw wiec wszystko inne musi być ostrzejsze. A te szybkowary do ryżu są genialne.
Kleisty ryż (kao niał) (Ang: Khao Niaw) gotowany i podawany w koszyczku z pokrywą, popularny na północy i na północnym wschodzie kraju. Je się go palcami; czasami lepi się z niego kulki i razem z innym składnikiem potrawy wkłada do ust.
Smażone płatki lilii (pat pak bung) (Ang: Phat Pak Bung) to jedna z prostych, łagodnych w smaku potraw, którą podaje się jako część głównego posiłku.
Sałatka z papai (som tam), bardzo popularna w całej Tajlandii. Przyrządza się ją z cienko pokrojonej papai i chili. Do tego najczęściej podaje się kawałki kurczaka. Pyszne, ale dośc ostre w smaku.
Sałatka z owoców morza (jam talej) (Ang: Yum Talay) na południu kraju podawana jako przekąska. Zgodnie z tajskim zwyczajem ciepłe, ugotowane owoce morza układa się na liściach sałaty.
Mango z kleistym ryżem (kao niał mamuang) (Ang: Khao Niaw Mamuang) i kremem kokosowym, jeden z popularniejszych deserów, przyrządzany wyłącznie z bardzo słodkich owoców.
Budyń kokosowy (sangkaja) (Ang: Sangkhaya) to deser z mleka kokosowego, jajek i cukru. Podawany z kleistym ryżem lub zapieczony w wydrążonej dyni. Pani na naszej ulicy ma takie.

piątek, 14 stycznia 2011




29 grudnia, środa
Dziś jedziemy na zajęcia w szkole gotowania. Lukasz znalazł The Chiang Mai Tai Farm Cooking School w necie już dawno (WWW.thaifarmcooking.com), porównal z innymi ofertami i już dawno cieszyliśmy się na naukę gotowania. Oczywiście wystarczylo zadzwonić, podać adres i następnego dnia po nas przyjechali. Szefem naszego kursu okazał się Tommy (na fotce w kapeluszu słomkowym) nie tylko znakomicie mówiący po angielsku, ale do tego rewelacyjnie w tym jezyku żartujący, kiedy trzeba krytyczny a gdy wypada – troskliwy. Niesamowite poczucie humoru i niewiarygodna kompetencja. Najpierw asystentka (rewelacyjny błyszczyk! Dała mi namiary gdzie, za ile i jaki kupić :D) poprosila nas o wybór menu. Gotuje się pięć dań – każde wybiera się spośród trzech propozycji (są obrazki w necie więc nie ma obaw). Pojechaliśmy na lokalny market, gdzie przeszliśmy szkolenie na temat rodzajów ryżu (ile tego jest! I na jak różne sposoby się go przygotowuje!), przypraw (kolorowy zawrot głowy!), sosów (tu zaczęło mi brakować słówek) uzywanych w kuchni tajskiej i jeszcze kilku drobiazgów. Notowaliśmy pilnie, ale było tego za dużo. Wtedy Tommy powiedział, że to wszystko jest w książce kucharskiej, która dostaniemy po kursie i żebyśmy się odprężyli i dobrze bawili. Tak zrobiliśmy.
Na bazarze ujrzeliśmy kilka zaskakujących stoisk. Najbardziej zdumiała mnie maszyna do wyrabiania curry oraz wielkie akwaria z rybami. Przygotowuje się je tu na wszelkie sposoby. W ogóle odnosze wrażenie, że wszędzie są tu stoiska z jedzeniem. Doszliśmy do wniosku, ż eoni nie tyją, bo klimat jest gorący i mają inną przemianę materii. Poza tym większość jest grillowania lub gotowana, nie spotkałam tłustych potraw.
Pojechaliśmy na farmę. Farma jest organiczna, czyli wszystko jest zdrowe i pięknie wyglada. Dostaliśmy czerwone fartuszki „dla wygody” i słomkowe kapelusze „just for fun” :D Udaliśmy się na zwiedzanie ogrodu. Powiem tylko, że widok niektórych warzyw i przypraw mnie baaardzo zaskoczyl a informacje o tym czego się NIGDY nie je, nie gotuje i nie łamie a nawet czego się nigdy nie dotyka palcami – zdziwiły mnie na tyle, że upewniałam się czy dobrze zrozumiałam.
Potem wybraliśmy sobie stanowiska pracy, niezmiernie mila i sprawna obsługa przygotowała nam zestawy naczyń, warzyw i co tam tylko potrzebne i przez następne godziny zgłębialiśmy tajniki tajskiej kuchni. Czasem tłukliśmy kamiennymi młynkami robiąc nieziemski hałas, czasem coś rozrywaliśmy a czasem kroiliśmy, gotowaliśmy i smażyli – niezmiennie dobrze się bawiąc. I nie mialo znaczenia, że moje curry nie było czerwone, tylko brązowe a z założenia pikantne potrawy „po mojemu” miały delikatny ale i różnorodny smak. Wprawdzie gdy zasiadłam do jedzenia przez chwile przygladałam się temu i zastanawiałam, czy to aby na pewno bezpieczne, ale gdy spróbowałam – byłam mile zaskoczona. Częstowaliśmy się nawzajem swoimi potrawami niezmiernie się dziwiąc, że te same nierzadk potrawy smakuja zupełnie inaczej z różnych talerzy.
Czego się nauczyłam? Wiele. Na przykład nie szukam już soli pieprzu na stoliku w knajpce, ale leje i sypie do zupy wszystko po kolei: chilli, sos rybny, sos sojowy, papryczki w occie, cukier, jakieś suche dodatki – nie pytając o ich nazwę. Smak ma być różnorodny: słodko-kwaśno-pikantno-jakiśtam. Co jeszcze? Nie staram się zjeść wszystkiego co znajde w talerzu, bo niektórych rzeczy się nie je – miały nadac smak, jak trawa cytrynowa, limonka, bazylia. Nie biore też papryczek do rąk – Tommy powtarzał, żeby nie dotykać, „bo nie chcemy chilli w toalecie”. Nie wszyscy zrozumieli ten żart, a wystarczyla chwila nieuwagi i miałam chilli… w oku! Wybiegłam z sali jak oparzona i rzuciłam się do kranu z wodą. Asystentka natychmiast znalazła się przy mnie z papierowymi recznikami i zapytała cicho: „chilli?” No to potem już uważałam, koncentrowałam się maksymalnie – musiałam mieć bardzo głupią minę, bo Tommy zagladał mi w oczy i z uśmiechem powtarzał: „Nie spinaj się tak, po prostu się tym ciesz”. Bo niewiecie jeszcze co jest najważniejszym składnikiem tajskiej kuchni według Tommieego: UŚMIECH. Pilnował nas, abyśmy się uśmiechali miażdżąc roślinki albo wrzucając je na rozpalony tłuszcz oraz za każdym razem po wykonaniu jakiejś czynności.
Po ugotowaniu wszystkiego, co było w planie (jakieś pięć godzin w kuchni – zażartowałam że czuje się jak w domu; caly dzień przy garach, ale facet z Majorki podsumował, że to typowy żart o miesiącu miodowym; własnie ciągle nas tu pytają czy to nasz miesiąc miodowy. Ponoć Tajlandia jest popularnym miejscem na podróż poślubną, a że nie wypada tu okazywac sobie uczuć w miejscu publicznym, to co chwila zarzucają nas takimi hasłami).


28 grudnia, wtorek
Wczorajsza droga na dworzec autobusowy była istnym koszmarem. Najpierw w ciemnościach nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego przystanku autobusowego – jednokierunkowe uliczki to istny labirynt i trudno się w tym polapać a poza dzielnicą turystyczną niełatwo znaleźć kogoś rozmawiającego po angielsku. Potem okazało się się, ż enei ma rozkładu jazdy i czekaliśmy na nasz autobus niemajac pewności czy się doczekamy. Wybraliśmy autobus, bo choć wszystkie taksówki w Bangkoku mają liczniki i nie zdaża się w Tajlandii znane z innych krajów przestawianie taksometru, aby szybciej nabijał opłatę to opłaty za wjazd na autostradę (czasem również przy jechaniu z jednej części Bangkoku do drugiej) zazwyczaj płaci bezpośrednio pasażer przy budce wjazdowej, ale jeśli nie, to taksówkarz doliczy te opłaty do sumy z licznika. Niestety, często zdaża się, że taksówkarz widzący obcokrajowca, co prawda włączy z uśmiechem licznik, ale pojedzie nie najkrótszą trasą, co oznacza dłuższą jazdę i wyższą cenę. Praktycznie nie sposób się przed tym uchronić, jeśli nie znamy planu miasta, ani języka. Na domiar złego korki w Bangkoku bywają wyjątkowo ciężkie, i czasem możemy siedzieć w stojącej w korku taksówce długi czas. W takich przypadkach najlepszym rozwiązaniem może być zapłacenie ile pokazuje taksometr, wysiąście i pójście na piechotę do najbliższej stacji metra lub kolejki BTS, gdyz płaci się także za czas w sytuacji gdy taksówka jedzie wolno lub stoi w korku. Jeśli korek jest bardzo duży, albo pada ulewny deszcz, może być bardzo trudno znaleźć jakąkolwiek taksówkę, która będzie nas chciała zabrać. Często też po usłyszeniu dokąd chcemy jechać, taksówkarz pokiwa precząco głową i nie będzie chciał tam jechać. Powodów może być wiele: za daleko, za blisko, niedługo kończy się zmiana tego kierowcy, korki, itp. Trzeba się z tym pogodzić, i spróbować złapać następną taksówkę. Pomyśleliśmy zatem o przejechaniu tuktukiem.
Z kierowcami tuk-tuków należy się umówić co do ceny przed wyjazdem. Jeżeli kierowca oferuje bardzo niską cenę (np. 10 lub 20B) najprawdopodobniej oznacza to, że zawiezie Cię do drogiego sklepu z jedwabiem albo kamieniami szlachetnymi za co otrzyma odpowiednią prowizję (już o tym pisalam). Przy targowaniu się o przejazd tuk-tukiem należy pamiętać o dwóch rzeczach: cena zależy nie tylko od dystansu, ale także od korków, pory dnia i postrzeganej zamożności pasażera (obcokrajowcy oczywiście uważani są za bogatych), po drugie – cena tuk-tuka powinna być zbliżona do ceny za taksówkę na tym samym odcinku, czyli mniej niż 100B za centrum Bangkoku, najwyżej 150B za długi kurs np. z centrum na przedmieścia. Jednak przy naszej ulicy wszystkie tuktuki nastawione były na oskubanie białasów i nie udalo nam się osiagnć przyzwoitej ceny. Dlatego wybraliśmy autobus. Klimatyzowany na tak długą (ok. 90 minut) trase jest najlepszy a płaci się w zalezności od trasy – to i tak grosze w porównaniu z cenami transportu publicznego w Polsce. Jednak już przed samym dworcem autobusowym utknęliśmy w koszmarnym korku. Nie sposób wysiąść i w ciemnościach odnaleźć właściwy kierunek, nikt nas nie rozumie. Dopiero gdy pokazaliśmy pasażerom bilety z wypisana godzina odjazdu, bileterka wzięła mój telefon, zadzwoniła do kas i ktoś nam wyjaśnił, że pojedziemy późniejszym VIPbusem. Na dworzec dotralismy jednak „na styk” to znaczy autobus własnie powinien odjeżdżać. Potrzebowaliśmy przewodnika, by dotrzec do nadzorcy, który skierował nas do odpowiedniej kasy (jest ich kilkadziesiąt na dwóch piętrach) skąddziewczyna zadzwoniła do naszego autobusu i z uśmiechem skierowała na właściwy peron (tłumacząc kierunek, bo peronów naliczyliśmy 86). Kolejny szok, że nikt nie biegnie (poza nami), nie popycha ludzi i nie pokrzykuje. Wszyscy spokojnie kierują się na perony. Obsługa naszego autobusu wita nas z uśmiechem, usadza na miejscach i informuje, że tak toaleta jest do naszej dyspozycji! Tego już dawno nie doświadczyłam. Gdy wchodzę do środka szczęka mi opada. Bo miejsca dla pasażerów (pierwsze piętro, bo parter jest dla obsługi) to istny luksus – jeszcze takim autobusem nie jechałam: fotele rozkładają się do pozycji niemal leżącej, mają regulowane podnóżki, każdy otrzymuje poduszkę i kocyk oraz wodę mineralną i jakieś cistka. Oczywiście leci film, oczywiście po tajsku. Ale gdy wchodzę do toalety… jest muszla jak się spodziewałam, wiadro z wodą i miseczka do polewania. Wszystko obite blachą. Robi wrażenie.
W nocy można by się wyspać – przebiegle wybrałam miejsca na samym przodzie, więc mamy do dyspozycji cały podest nad kierowcą – ale gdy w końcu zasypiam, zatrzymujemy się na posiłek. A gdy o szóstej rano wysiadamy w Chiang Mai (Chiang Mai (taj. เชียงใหม่ - dosłownie "nowe miasto" ) — miasto w północnej Tajlandii, nad rzeką Ping (dopływ Menamu), ośrodek administracyjny prowincji Chiang Mai. Około 250 tys. Mieszkańców) wita nas chłód i ciemność. Miało być zimno, ale czy musi aż tak?

W mieście funkcjonuje system ciekawych, kolektywnych taksówek. Są koloru czerwonego, z przodu jest szoferka na dwie osoby a z tyłu dwie ławeczki na jakieś 10 osób. Zatrzymuje się taka taksówkę, podaje kierowcy adres i on się zgadza lub nie (o powodach pisałam wcześniej). Jeśli ma już jakichs pasażerów to najpierw podwozi ich, więc czasem jedzie się dookoła. W środku są przyciski na dzwoneczek – natychmiast się zatrzymuje. Przejazd, niezależnie od odległości, powinien kosztowac 2 zl od osoby, ale czasem (turystów) naciągają na wyższe ceny np. w nocy, w święta itp. Taką taksówką (na dworcu autobusowym wynajęcie jej w zwyczajnej cenie przez białych turystow, którzy dopiero co przyjechali i widać, że są zmęczeni i dźwigają wielkie plecaki jest niemożliwością, krzyczą od dziesięciokrotności ceny w zwyż, ale ostatecznie stawiamy na swoim) jedziemy do campu Muai Tai, gdzie Łukasz będzie trenowal przez miesiąc. Znajduje sobie mieszkanko, poznaje kadrę i zawodników. W okolicy jest kilka ciekawych miejsc, więc postanawiam zostać tu na kilka dni.
Dzień przenaczylam na odpoczynek i zapoznanie z okolicą. Na jutro umówiliśmy się na zajęcia w tajskiej szkole gotowania.

czwartek, 13 stycznia 2011




27 grudnia, poniedziałek
Wczoraj uwierzyłam, że rzeczywiście trafiliśmy na jakis wyjatkowy dzień i korzystamy z promocji. Łukasz był sceptykiem, ale odwiedziliśmy tylko jeden sklep, kierowca tuktuka był cudowny i z wielką wdzięcznością przyjął napiwek. Upierałam się, że to co nam mówią może być prawdą. Ale gdy dziś znowu spotkaliśmy się z podobnymi tekstami, nabrałam podejrzeń. Przypomniałam sobie jak ochoczo wszyscy spotykani Tajowie opowiadają o sklepach i warsztatach szyjących garnitury i sukienki na zamówienie. Dziś znowu, gdy pytaliśmy o autobus, znalazł soie uczynny pan, który poinformowal, że pałac Królewski w związku z uroczystościami jest czynny od 14tej, więc lepiej, żebyśmy wzięli tuktuka za 2 zl i zwiedzali zgodnie z jego propozycją. Zaznaczył nam trzy miejsca, zlapal tuktuka i dogadał się z kierowcą. Na mapie zapisal tez do którego sklepu warto pojechać. Ale gdy w pierwszej świątyni spotkaliśmy pana, który na widok naszej mapy wykrzyknął „Ale macie szczęście, to najlepszy sklep w calej Tajlandii” zorientowałam się, że to po prostu znakomicie przeprowadzony szwindel. Nas to kosztuje jednak tylko 10 minut w sklepie sponsora a wszyscy są tak uprzejmi, prowadzą, pokazują, tłumaczą… nie mam nic przeciwko temu. Nie są nachalni jak w Indiach, nie naciągają na dodatkowa kasę a my zwiedzamy tak jak planowaliśmy. Więc wszyscy są zadowoleni.
Dziś zwiedzanie zaczynamy od Wat Benchamabophit (na zdjęciu stoję przed wejściem). Uroczo, spokojnie, piękne ogrody wokół.
To wyjątkowa świątynia położona przy Thanon Si Ayutthaya, w pobliżu Pałacu Chitralada, wzniesiona z białego marmuru i mogąca poszczycić się wspaniałą kolekcją posągów Buddy. Jest to jedna z najpiękniejszych świątyń Bangkoku, znajdujących się poza Miastem Królewskim (Rattanakosin).
Wat Benchamabophit znajduje się w malowniczej, pełnej zieleni dzielnicy Dusit (mniej więcej na północny-wschód od Rattanakosin), tuż za zespołem pałacowym Chitralada, w którym mieszkają król i królowa Tajlandii.
Ta wyjątkowa świątynia znana jest pod trzema różnymi nazwami:
Wat Benchamabophit Dusitvanaram (wersja oficjalna)
„Marmurowa Świątynia” (odnosząca się do materiału, z którego wzniesiono budowlę)
„Świątynia Piątego Króla” (związana z fundatorem budowli – Ramą V)
Budowę świątyni rozpoczęto na rozkaz króla Chulalongkorna (Ramy V) w 1899 roku, a zaprojektował ją przyrodni brat króla – książę Naris. W świątyni znajduje się posąg Buddy (Phra Buddhajinaraja), pod którym pochowano prochy założyciela świątyni.
Całość budowli wykonana jest z białego włoskiego marmuru Carrara.
Zwiedzając świątynię zaobserwować można wyjątkową grę elementów stylistyki europejskiej z orientalną. Liczne szczegóły zdobnicze, jak chociażby jak witraże czy przyozdobione złotem krużganki, do złudzenia przypominają te znane z europejskich kościołów. Witraże przedstawiają jednak sceny z azjatyckiej mitologii, krużganki zaś mieszczą wykonane z brązu posągi Buddy.
Główny bot jest doskonałym przykładem nowoczesnej tajskiej architektury. Na dziedzińcu za kaplicą znajdują się 53 posągi Buddy (33 oryginały i 20 kopii), reprezentujące słynne wizerunki i style z całej Tajlandii, jak i z innych buddyjskich krajów.
Przy wyjściu na dziedziniec świątynny rośnie drzewo. To legendarne, liczące niemal sto lat, bodhi – gatunek drzewa pod którym Budda dostąpił oświecenia.
Wat Benchamabophit jest interesujący także pod tym względem, iż uważa się go za ostatnią monumentalną świątynię wzniesioną w Bangkoku. Warto więc połączyć jej zwiedzanie z wcześniejszymi odwiedzinami w Wat Pho – najstarszej świątyni miasta, aby móc zaobserwować zmiany w architekturze świątynnej wyznawców buddyzmu, nastałe na przestrzeni stuleci.
Potem kierowca wiezie nas do nastepnej świątyni. Ale po drodze odwiedzamy sklep – ten sam! Nie dziwi się zupełnie, zachowuje spokój i wiezie nas z uśmiechem na ustach do nastepnego. Krótka wizyta, dziękujemy i po sprawie.
Mijamy wielka huśtawkę. Wielka Huśtawka to obiekt religijny używany niegdyś w ceremoniach Bramińskich, a dzisiaj jedna z atrakcji turystycznych Bangkoku. Znajduje się przed wejściem do świątyni Wat Sutat. Wybudowano ją w roku 1784 na rozkaz króla Ramy I. Używano ją do jednej z dwunastu najważniejszych ceremonii religijnych odbywających się co roku. Mnisi huśtali się na niej jako część ceremonii przypominającej hinduską wersję stworzenia świata. Czytałam, że czterech mężczyzn stojąc lub siedząc probowało złapać ustami wiszace jabłko, ale często spadali. Wypadkow było tak wiele, że ze względów bezpieczeństwa zaprzestano tej praktyki w roku 1935.
Wysiadamy z tuktuka i umawiamy się gdzi ebedzie na nas czekal. Idziemy do Wat Suthat. Wat Suthat Thepphawararam ( tajski : วัด สุ ทัศน เทพ ว รา ราม, tajski wymowy: [su.t wat ʰ na t ʰ ê ː p.p ʰ a.wáʔra ː ra m ː] ) to królewska świątynia pierwszej klasie, jednym z sześciu świątyń w Tajlandii. Budowa została zapoczątkowana przez Jego Królewską Wysokość Rama I w 1807 roku (BE 2350). Dalsza budowa i dekoracje zostały przeprowadzone przez króla Rama II , którzy przyczynili rzeźbić drewniane drzwi, ale w świątyni nie została ukończona aż do panowania królaRama III w roku 1847 (BE2390). Świątynia ta zawiera Buddy obraz Phra Sri Siakjamuni lub "Sisakayamunee", który przeniósł się z prowincji Sukhothai . Na dolnym tarasie podstawy, znajduje się 28 chińskich pagód co oznacza 28 Buddów urodzony na tej ziemi. Wat Phra Suthat zawiera także Buddy Trilokachet w Ubosot (Zwykła Hall) i Phra Buddha Setthamuni w Sali Kan Parien (sala konferencyjna)
W 2005 r. świątynię przekazano UNESCO z uwagi na wartość dla światowego dziedzictwa UNESCO .
O dziwo po wyjsciu ze świątyni nie znajdujemy naszego tuktuka. Nie zapłaciliśmy mu, wiec ile on musi zarabiać na dowożeniu turystów do sklepów?! Idziemy na obiad a potem spacerujemy do Pałacu Królewskiego, który (ojej! Cóż za niespodzianka! ;/) własnie zamykają, bo czynny jest jednak normalnie do 15tej. Idziemy zatem na nogach do słynnego Wat Po. Wat Po (Świątynia Leżącego Buddy) znajduje się niedaleko kompleksu Wielkiego Pałacu oraz Świątynia Szmaragdowego Buddy. Jest to największa świątynia Bangkoku i jest słynna z 46-metrowego posągu leżącego Buddy, który znajduje się wewnątrz. Stopy posągu mają po 3 metry wysokości i są pięknie udekorowane masą perłową.
Oprócz tego, w Wat Po znajduje się najbardziej poważana w Tajlandii szkoła Tajskiego Masażu.
Ja jednak najbardziej zapamiętam, że to plątanina maleńkich światyń, których nie mam siły zwiedzać. Bardzo źle się poczułam. Na kompleks pałacowy nie miałabym sił.
Wracamy do hotelu po plecaki i jedziemy na dworzec autobusowy. Masakrycznie się wleczemy, bo Bangkok jest dziś wyjątkowo zakorkowany.

piątek, 7 stycznia 2011




26 grudnia, Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia, niedziela
Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia to tradycyjnie czas odwiedzania rodziny. My postanowiliśmy tego dnia zwiedzać świątynie. Buddyjskie, ale zawsze to świątynie, a szczegółów się w tym roku nie czepiamy.
Część dnia spędzamyv na Kao San. Ulica Kao San to kawałek Bangkoku, w którym Tajowie czują się jak turyści. Wiele lat temu, kiedy Tajlandia i Azja Południowo-Wschodnia nie były miejscami odwiedzanymi przez rzesze turystów z całego świata, to właśnie tutaj otwarto pierwsze hoteliki (pensjonaty lub guesthouse) dla odważnych młodych ludzi, którzy zapragnęli na własną rękę zobaczyć ten kawałek świata i przeżyć przygodę swojego życia. Wiele się od tego czasu zmieniło, ale Kao San nadal jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Bangkoku. Obecnie nie jest to już nawet tylko jedna ulica, ale wręcz mini-dzielnica wypełniona tanimi guesthousami, restauracjami z zachodnim jedzeniem i straganami, na których można kupić wszystko czego może zapragnąć podróżujący niezależnie młody człowiek. Jest tu też wiele barów, kilka dyskotek, a także setki miniaturowych agencji podróży, gdzie można kupić tanie bilety do najpopularniejszych miejsc Tajlandii: Cziang Maj, Ko Pangan, Puket... Wyruszają też stąd autobusy do innych krajów regionu, takich jak Kambodża czy Laos. Kao San to fascynująca symbioza między młodymi ludźmi wszystkich chyba narodowości na świecie i Tajów, którzy robią co mogą, żeby skorzystać z okazji i zarobić. Obnosni sprzedawcy pamiątek, drobni rzemieślnicy, sklepikarze i kramikarze, naganiacze – dziś przeszli samych siebie. Dziewczęta skapo odziane w stroje będące namiastką mikołajowych, migoczące czapeczki i inne gadżety pod tytułem Merry Christmas… istne szaleństwo!
Gdy wreszcie wyrwaliśmy się do najbliższej świątyni, okazało się, że natknęliśmy się na ekipę telewizyjną. Zrezygnowani wyszliśmy na zewnątrz i wówczas spotkaliśmy przesympatycznego człowieka, podającego się za pracownika policji turystycznej, który opowiedział nam, iż właśnie wczoraj tę światynię odwiedził król (zrozumieliśmy nareszcie skąd w okolicy tyle ołtarzy królewskich w ostatnich dniach) w związku z czym dziś są darmowe wejścia do kilku światyń a tuktuki z flagą Tajlandii i buddyjską (powiedział, że królewską) wożą turystów za 2 zl. Naszkicował nam swoją propozycję trasy zwiedzania, zapewnił kilka razy, że jesteśmy szczęściarzami, bo to tylko dzisiaj i oczywiście natychmiast znalazł się taki tuktuk - zaczęliśmy naszą wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do świątyni, w której znajdował się Czarny Budda. Tam kolejny przesympatyczny pan opowiedział nam dlaczego Budda jest czarny (taki jest oryginalnie, a ludzie jako wota składają „blaszki” złota, którymi stopniowo jest oklejany), jak składać pokłony i dlaczego. Pogawędził z nami, zapytał skadjesteśmy, dokąd pojedziemy i podejrzanie długo opowiadał o rządowym sklepie szyjącym garnitury, który powinien (zreszta to tez mieliśmy już zapisane na mapie) koniecznie znaleźć się na naszej trasie. Sklep potraktowaliśmy z przymrużeniem oka (po Indiach wizyty w sklepach sponsorów nie robią na nas zupełnie żadnego wrażenia), zajechaliśmy do informacji turystycznej (nareszcie miła i kompetentna obsługa, kilka naprawde przydatnych informacji a nie tylko próba sprzedaży biletów) i pojechaliśmy do Złotego Buddy. Olbrzymia postać ze złota wielkości świątyni oraz spokój panujący dookoła zrobiły na nas wielkie wrażenie. Slońce chyliło się już ku zachodowi, więc pognaliśmy do
Wat Saket. Wat Saket Ratcha Wora Maha Wihan ( tajski : วัด สระ เกศ ราชวรมหาวิหาร, zwykle krótko Wat Saket) jest buddyjską świątynią ( Wat ) w Pom Sattru Prap Phai dzielnicy Bangkoku.
Świątynia pochodzi z epoki Ayutthaya, kiedy to został powołany Wat Sakae. Król Rama I odnowił świątynię i zmienił jej nazwę na Wat Saket.
Phu Khao Thong (Zlota Góra, ภูเขาทอง) jest na stromym wzgórzu wewnątrz związku Saket Wat. Jest to najwyższy punkt Bangkoku, sztuczne wzgórze budowane przez trzch królów.
W okresie panowania króla Ramy III (1787 - 1851), wydano na budowę Chedi ogromne pieniądze. Jednak duże Chedi upadł podczas procesu budowlanego, ponieważ miękka gleba się osunęla. Powstały wzgórek błota i cegły został na około pół wieku i zarastał. Od tej pory wyglądało to jak naturaln mała góra, wiec otrzymał nazwę "Phu Khao" (ภูเขา).
Wreszcie za panowania króla Ramy IV , na wzgórzu został zbudowany mały Chedi. Ten mniejszy został ukończony za panowania króla Ramy V (1853 - 1910), kiedy to relikwie Buddy z Indii umieszczono w Chedi. W 1940 zostały zbudowane otaczające betonowe ściany, aby zapobiec osuwaniu się wzgórza na skutek erozji.
Każdego roku w listopadzie w Wat Saket odbywa się festiwal, z piękną procesją przy świecach.
Phu Khao Thong stała się popularną atrakcją turystyczną w Bangkoku, ale reszta obszaru Wat Saket jest znacznie mniej odwiedzana. Bardzo chciałam zobaczyć zachód słońca właśnie z tego miejsca i chociaz tabliczka informowała, że już nieczynne – weszliśmy do środka. Było warto. Z góry roztacza się piekny widok na Bangkok. Nowoczesne biurowce oplatają stare zabytkowe budynki tonace w zieleni. Po prostu pieknie.


25 grudnia, Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia
W noc wigilijną nie było pasterki a zwierzęta nie mówiły ludzkim głosem. A to wokół rozbrzmiewał jezyk, którego pojąć na razie nie sposób. Ponad 95% populacji Tajlandii posługuje się językiem tajskim. W tajskim występuje pięć tonów: niski, średni, wysoki, rosnący i opadający. Powoduje to, że słowo, które napisalibyśmy tak samo w alfabecie łacińskim może znaczyć pięć różnych rzeczy w zależności od intonacji. Jest to bardzo trudne dla osób, które spotykają się z tym po raz pierwszy Niezależnie od tego co chcemy powiedzieć po tajsku, mężczyźni powinni kończyć każde zdanie „krap”, a kobiety „ka”. Zaraz po przyjeździe mowa tajska wydaje się ciągiem niezrozumiałych dźwięków, ale „krap” i „ka” można usłyszeć dość łatwo na końcu większości zdań.

Nie mamy choinki, więc postanowiliśmy się wybrac na zakupy. Bangkok może się poszczycić centrami handlowymi, jakich może mu jedynie pozazdrościć wiele innych stolic. W samym centrum (Siam Square) znajdziemy największe, najbardziej imponujące i najdroższe, a im dalej od centrum, tym bardziej stają się lokalne, tajskie i tańsze. My chcemy odwiedzić oba rodzaje, żeby samemu doświadczyć kontrastu między starym i nowym, między przeszłością i przyszłością Bangkoku.

Zaraz przy stacji BTS Siam znajdziemy Siam Paragon – najbardziej chyba okazałe ze wszystkich centrum handlowe. Znajdziemy w nim sklepy wszystkich najbardziej ekskluzywnych marek, a także kino, kręgle i piękne akwarium Siam Ocean World. Obok niego stoją dwa starsze centra Siam Centre oraz Siam Discovery Centre. Oba nieco straciły po otwarciu Siam Paragon, ale za to możemy tam znaleźć tańsze sklepy oraz ubrania mniej znanych, ale za to bardziej oryginalnych marek.Niedaleko od Siam, bo przy stacji BTS National Stadium, znajdziemy jedno z ulubionych miejsc turystów przyjeżdżających do Bangkoku – centrum handlowe MBK. Tutaj już poczujemy się dużo bardziej jak na tajskim targowisku, tyle że pod dachem i z klimatyzacją. MBK pełne jest małych sklepików sprzedających pamiątki, rękodzieło, ubrania, telefony komórkowe i elektronikę, i wszystko inne, o czym można zamarzyć. Ceny podlegają negocjacjom. Nieco dalej od centrum znajdują się wielki Central World oraz Central Chitlom, które charakterem zbliżone są do Siam Paragon. Oprócz nich po całym Bangkoku rozrzuconych jest wiele centrów sieci Central, The Mall, Imperial World, i innych.

My postanowiliśmy dzisiaj odwiedzić jedno z targowisk. Największym i najbardziej znanym jest Targ Weekendowy Czatuczak, o którym więcej przeczytać można na osobnej stronie - http://www.chatuchak.org/. Oprócz niego, świetnym miejscem do kupowania pamiątek i tajskiego rękodzieła jest Nocny Targ Suan-Lum znajdujący się przy stacji metra Lumpini. Drugi najbardziej znany nocny targ jest w „czerwonej” dzielnicy Pat Pong. Stragany ustawione są w tej samej ulicy co bary A-go-go, a odwiedzających zagadują naganiacze namawiający do zobaczenia Ping-Pong Show. Ceny są tam też dużo wyższe, bo odwiedza go wielu turystów, których łatwo naciągnąć.


Targ Weekendowy Czatuczak,jest jednym z największych na świecie rynków, w weekend obejmuje obszar 70 rai (27 ha) w sumie podzielony na 27 sekcji, zawiera ponad 15.000 stoisk sprzedaży towarów z każdej części Tajlandii. Ponad 200.000 odwiedzających każdego dnia (sob-nd). Można znaleźć tutaj prawie wszystko i liczyć na negocjacje cen lokalnych (a nie cena turystycznych), większość dostawców faktycznie pochodzi z lokalnych fabryk, jak antyczne rzeźby w drewnie, rękodzieło gliny, pamiątki z każdej części Tajlandii, amulety buddyjskie, drewniane meble ręcznie zdobione, kwiaty, rośliny, wyroby ceramiczne, chińskie towary, elementy wystroju wnetrz i ogrodów: rośliny, kamienie, jedwab, psy iinne zwierzeta, itp.
Nas spacer po targowisku trwał wiele godzin. Zakupów znaczniejszych nie poczyniliśmy. Poza jedzeniem. Jedliśmy i piliśmy niemal non stop. Ale jedzenie to osobna opowieść o Tajlandii. Tajowie lubią jeść i robią to wszędzie i kilka razy dziennie. Ulice pełne są zapachów, Tajlandia wręcz pachnie jedzeniem, a popularnym powiedzeniem na powitanie jest czasem zamiast „jak się masz?” to „czy już jadłeś?”. Kuchnia jaką tutaj możecie wypróbować jest uznawana za jedną z najlepszych na świecie. Cechuje ją prostota przyrządzenia, doskonałe sosy smakowe, ostre przyprawy i zalety zdrowotne. Większość dań opiera się na głównych składnikach, czyli ryżu, lub makaronie sojowym lub ryżowym. Główną przyprawą jest chilli, które jest dużo pikantniejsze niż w Europie. Najprawdziwszą kuchnie można wypróbować w ulicznych barach, trzeba jednak wiedzieć gdzie usiąść i skorzystać z oferty, ponadto bardzo rzadko można coś wybrać z menu w języku angielskim.

W miejscach turystycznych można spotkać nazwy potraw wraz ze składem w języku angielskim. W centrach handlowych istnieje duży wybór restauracji serwujących kuchnie całego świata, od włoskiej pizzy i spagetti po amerykańskie steki, czy japońskie sushi prosto z taśmy. W największych kurortach wiele restauracji jest prowadzonych prywatnie przez rodowitych mieszkańców różnych narodowości, dzięki czemu można posmakować wszystkiego co lubi podniebienie.
Zaletą w Tajlandii jest fakt możliwości zjedzenia czegoś niemal na każdym kroku, od pokrojonych owoców egzotycznych, przez grilowane szaszłyki, kurczaki i owoce morza po gotowane zupy. Wszystkie te specjały są przygotowywane na specjalnie rozstawianych wózkach wzdłuż chodników. Jednak o jedzeniu opowiem więcej innym razem.

Teraz chciałam napisać o kilku sytuacjach, które nas zaskoczyły. Spotkaliśmy kilka niesamowitych osób np. z wystrojonymi pieskami; kilka ekscentrycznych stoisk np. z lampkami w kształcie ludzkich czaszek – wykonanymi z plastyku. W pewnym momencie byliśmy świadkami sceny gdy wszyscy stanęli na baczność. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że codziennie o 8 rano i 6 po południu odtwarzany jest hymn narodowy – o hymnie to też osobna opowieść… A potem się ściemniło i rozłożyli się wsprzdawcy z matami, z wieszakami na kókach. W czasie targowani jakiejś koszulki zwinęli się i schowali. Wszyscy. Po chwili przeszło kilkunastu uśmiechniętych policjantów w asyście samochodu na sygnale. Zapytałam czy nie wolno im tu handlować – pani potwierdziła. Upewniłam się, czy zaraz znowu zaraz się rozłożą – przytaknęła. Powiedziałam, że w moim kraju jest tak samo – i obie zaczęłyśmy się śmiać. Tylko tutaj policja wykonuje swoje zadania z uśmiechem, jest uprzejma i nie czepia się, gdy sprzedawcy usuwają się im z drogi. I wszyscy są zadowoleni.
Zrobilo się późno. Postanowiliśmy skorzystać, że jesteśmy w północnej części miasta i kupić bilety do Chiang Mai (na dworcu północnym, bo w informacji turystycznej, oczywiście rządowej, wydały nam się podejrzanie drogie). Z mapy wynikało, że wystarczy przejść przez park. Spacerowaliśmy sobie zatem po parku, potem maszerowaliśmy w kierunku północnym podziwiając trawniki, skwerki, polowe silownie i próbując dopytac się o drogę. Jednak wszyscy machali w kierunku przeciwnym powtarzając „bus”, „tuktuk” albo „taxi”. W końcu mili policjanci wskazali nam właściwą drogę, która tonęla w ciemnościach. Gdy tak staliśmy na skrzyżowaniu zastanawiając się w którą mańkę uderzyć, podjechał policjant na elektrycznym skuterku patrolowym. Naśladując tajskie dźwięki wymieniliśmy nazwę dworca a on zamachał, żebyśmy wsiadali.Wprawdzie widziała już i trzy, i cztery osoby na motorze, ale nigdy na takim maleństwie. Jakoś jednak się umościliśmy i w ciszy, przz ciemność pognaliśmy w kierunku dworca. Widok nas absolutnie zamurował. Dworzec autobusowy w Bangkoku wygląda jak spodek kosmiczny. Wokół mrowią się tysiące ludzi, przysiadają przy straganach z jedzeniem, przy świątyniach – a wszędzie cicho, czysto i przyjemnie. A bilety rzeczywiście kupiliśmy dużo taniej – po 518 batów, a nie po 900.

niedziela, 2 stycznia 2011



24 grudnia, piątek
Wigilia. Dzień ten chciałam i planowałam spędzić w sposób tradycyjny. Jednak okazało się, że przygotowanie tradycyjnych potraw tutaj jest – dla turysty przynajmniej – niemożliwe. Przy odrobinie dobrej woli i odpowiedniej interpretacji można by jednak uznać ten dzień za tradycyjny.
Rano postanowiliśmy zrobić coś z naszymi wizami – pojechaliśmy do Urzędu Imigracyjnego. Na ich stronie internetowej była opisana możliwość zmiany wizy na podwójnego wjazdu. Na miejscu okazało się, że zajmują się tylko imigracją zarobkową. Potrzebny nam urząd znajduje się gdzieś zupełnie indziej. Przypomniało mi się co czytałam o tajskich urzędach. Ponoć dziesięć lat temu burmistrz Bangkoku wystosował list do swoich urzędników, w którym rzucił klątwę na tych, którzy biorą łapówki. Ciekawa forma walki z korupcją. Uznaliśmy, że jeżdżenie taksówkami po mieście i opłaty za wizę za drogo nas wyjdą. Po prostu zmienimy plany, zostaniemy tu dłużej a potem będziemy korzystali z możliwości wyrobienia bezpłatnych wiz na 15 dni na każdej granicy przy wjeździe do Tajlandii.
Poszliśmy na śniadanie. Wzdłuż całej ulicy rozstawione były stragany z lokalnym jedzeniem. Ale dziś obowiązuje post, więc wybraliśmy owoce. Owoce morza. Za talerz wszelkiego rodzaju krewetek, ośmiorniczek itd. z makaronem smażonym (nazywa się to PAD THAI i nauczę się to przyrządzać!) zapłaciliśmy po 4,50 zł. Niesamowite! Tutaj owoce morza kosztują tyle co zwykle mięsko czy warzywka takie jak kapusta, marchewka… Dla mnie raj! Owoce morza i zwyczajne owoce jemy przez cały dzień – z grilla, w sosie, smażone, na surowo – smaki się mieszają w specyficzny azjatycki sposób. Niestety od kilku dni źle się czuję. Może to te lody, albo indyjskie leki…
Zobaczyliśmy szpital i postanowiłam się przebadać. Jednak gdy weszłam do środka zatkało mnie. Takiej sterylnej czystości, ekskluzywu i elegancji jeszcze w szpitalu –nawet na żadnym filmie – nie widziałam. Kafejki, obsługa wzywająca po nazwisku po odbiór leków a następnie pomagająca tym starszym i zmęczonym, fotele z białej skóry dla oczekujących, toalety z kwiatami, Klimą, świeczkami zapachowymi… No tak, wizyty okazały się drogawe. Od razu lepiej się poczułam hehe. Ale Łukasz kilka razy powtarzał, że w takim szpitalu to chciałby pracować.
Wyłowiłam anglikański kościół. Atmosfera w środku jak u nas w czasie przygotowań do pasterki. Tylko kościół ma wiatraki, wystrój bardzo nowoczesny a starsze panie z chórku są skąpo odziane. A skwerku przed kościołem szkółka niedzielna. Maluchy przygotowują szopkę. Po angielsku życzą mi merry christmas and happy new year, żeby Bóg mnie błogosławił itd… Urocze spotkanie :D
Wigilię spędzamy w japońskiej restauracji – tradycyjnie 12 postnych dań – surowe ryby. Zarezerwowaliśmy stolik dwa dni wcześniej. Miejsce jest oblegane. Nie tylko znakomita obsługa (wszystko podają niemalże natychmiast), doskonałe jedzenie ale też oferta, z jaką się jeszcze nie spotkałam: bufet za 45 zł. To znaczy, że przez dwie godziny można jeść ile wlezie za te cenę (nie jest wliczony alkohol i desery), ale jeśli coś zostanie, to trzeba za to dodatkowo zapłacić. Tak się składa, ze oboje uwielbiamy kuchnie japońską, więc uwierzcie mi – jeszcze po żadnej wigilii nie byłam tak objedzona jak w tym roku.
A co do choinki i prezentów… cóż choinkę zamieniliśmy na największy bazar Tajlandii następnego dnia, uznając że w ten sposób więcej się zmieści. A w wigilię dostałam chińskie pałeczki zakończone maleńkimi łyżka i widelcem. Prezent tyle tradycyjny, co cała wigilia 

sobota, 1 stycznia 2011


23 grudnia, czwartek
Spacer wśród kramów z jedzeniem, ubraniami i pamiątkami ujawnia urok tego miejsca – dosłownie na każdym z nich cos mi się podoba, coś chce kupić. Prześliczne lampiony, ciasteczka z wodorostów, chińskie pałeczki do jedzenia w kształcie łyżki i widelca, zupa rybna, kawa mrożona, śmieszne koszulki… i tak bez końca. Niestety jest duszno, gwarno a mieszanie wszelkiego typu jedzenia to nie najlepszy pomysł. Dostaje jakichś skurczów żołądka, znowu mam mdłości i wracam odpocząć do hotelu. Czytam sobie o Bangkoku.
Do 1764 dzisiejsza metropolia była niewielką wioską zwaną Bang Makok (Wieś Drzewek Oliwnych). Po zniszczeniu przez wojska birmańskie w tymże roku dawnej stolicy Syjamu(obecnej Tajlandii), Ajutthaji, zbudowano tu obóz warowny. Podczas swojej koronacji w 1782 Rama I nadał swej stolicy nazwę składającą się z 43 sylab. Przez następne lata dodano do tej nazwy jeszcze 21 sylab. Nazwa ta obecnie znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa jako najdłuższa nazwa geograficzna na świecie.
Bangkok cechuje chaotyczna zabudowa. Licznymi arteriami komunikacyjnymi są kanały (przy czym większość nowoczesnych dróg powstała przez zasypanie wybranych kanałów). Pełnią one również funkcję pewnego rodzaju miejsca zamieszkania- wielu mieszkańców Bangkoku mieszka na stałe w łodziach. Centrum miasta stanowi ekskluzywna dzielnica handlowa, a w części południowej przeważają rezydencje mieszkalne. W aglomeracji Bangkoku znajduje się bardzo dużo terenów zielonych zaprojektowanych jako zielone strefy. W centrum miasta na powierzchni 50 km² znajduje się park. Rzeczywiście gdy jeździmy po mieście widzimy sporo terenów zielonych a jeden z takich parków zostanie nam na długo w pamięci – ale o tym za dwa dni.
Wśród jedzenia na Khan San najciekawsze wydały nam się robaki. Czyściutkie, smakowicie doprawione wyglądały na pyszniutkie. Przyznaję, że bolący brzuch sprawił, iż sięgnęłam po niego dopiero po kilku dniach, ale rzeczywiście smakują nieźle – jak na robaki. Świerszcze nie mają za wiele mięska, ale już pędraki i temu podobne mają sporo białka i innych składników odżywczych.
Zaskakuje mnie jak dziwnych ludzi spotykamy na ulicach. Już przywykłam nieco do azjatyckich rysów i rozpoznaję różne pochodzenie mieszkańców Bangkoku.
Według danych z 2005 w mieście mieszka 5 658 953 ludzi, jednak dane te nie obejmują gości i turystów oraz wielu nielegalnych imigrantów. Skład etniczny miasta to 250 000 Chińczyków, 35 000 Sikhów, z których 80% ma tajlandzkie obywatelstwo, 30 000 Japończyków, 6000Amerykanów, 45 000 Europejczyków, 15 000 Tajwańczyków, 20 000 obywateli Południowej Korei, 6000 Nigeryjczyków, 8000 obywateli krajów arabskich, 20 000 Malezyjczyków, 4000 Singapurczyków. W mieście jest również około 400 000 — 600 000 nielegalnych imigrantów z takich krajów jak Kolumbii, Rosji, Pakistanu, Nigerii, Indii, Chin.
Główną religią w mieście jest buddyzm, wyznaje go 92% populacji, 6% to muzułmanie, 1%chrześcijanie, trzystu żydów, 0,6% to wyznawcy religii sith. W mieście znajduje się ponad 400 świątyń buddyjskich, 55 meczetów, 10 kościołów.
Następną rzeczą, która mnie zastanowiła było spostrzeżenie, że na ulicach nie widziałam starych aut. Wszystkie piękne, nowe, błyszczące. Znalazłam informację, że w mieście jest zarejestrowane 5,5 mln samochodów, przez co miasto jest ciągle zakorkowane, co stanowi duży problem. W ciągu ostatnich lat zainwestowane ogromne środki w rozbudowę infrastruktury, nowe drogi ekspresowe, wiadukty, tunele i metro, co zmniejszyło zakorkowanie, ale nie w godzinach szczytu. Inwestycje nie osiągnęły skutku, ponieważ w Bangkoku panuje ogromny popyt na samochody. Liczba poruszających się po mieście samochodów powoduje duże zanieczyszczenie powietrza. Aby przeciwdziałać zanieczyszczeniom, stworzono sieć parków miejskich, także w jego centrum. Kolejnym problemem miasta jest nielegalny handel płytami CD i DVD. Mimo że prawo zabrania rozprowadzania pirackich kopii, to w Bangkoku kwitnie nielegalny handel szczególnie na bazarze Pantip Plaza.
Duży problem to także reputacja "miasta seksu" oraz drobna przestępczość. Mimo że prostytucja jest oficjalnie nielegalna, to na ulicach Bangkoku można spotkać nocą niezliczoną liczbę prostytutek (prawdopodobnie nawet kilkanaście tysięcy kobiet zajmuje się tym procederem). Niezliczoną ilość razy byliśmy zapraszani do skorzystania z ich usług. Słyszałam, że najfajniejsze jest to, że nawet prostytutki witają się i żegnają tradycyjnie po tajsku, czyli składając ręce jak my do modlitwy i kłaniając się. Tak też dziękują informując, że skończyły. Nie sprawdzałam.
Zawyżanie cen usług oraz kradzieże kieszonkowe są częstym zjawiskiem, stąd w Bangkoku istnieje specjalna policja zajmująca się przestępstwami popełnionymi na turystach. W poważniejszych sprawach przekazuje sprawę normalnej policji.

22 grudnia, środa
Bangkok (tajski: Krung Thep กรุงเทพฯ ?/i lub Krung Thep Mahanakhon กรุงเทพมหานคร ?/i) – stolica i największe miasto Tajlandii, położone w południowej części kraju nad rzeką Menam (ok. 40 km od jej ujścia do Zatoki Tajlandzkiej). Zajmuje obszar 1531 km². Jest 22 miastem co do liczby ludności na świecie.
Bangkok jest jednym z najszybciej rosnących i najbardziej dynamicznie rozwijających się pod względem ekonomicznym miast w południowo-wschodniej Azji. Od zakończenia II wojny światowej liczba jego mieszkańców wzrosła dziesięciokrotnie. Obecnie zespół miejski zamieszkuje ok. 10 mln mieszkańców.
Według Światowej Organizacji Meteorologicznej Bangkok jest najgorętszym miastem świata. Jest on również jednym z najbardziej popularnych miast odwiedzanym przez turystów. W 2007 Bangkok gościł letnią uniwersjadę.

Nie miałam jednak sił, by cieszyć się tym miastem. Postanowiliśmy zmienić hotel na cos tańszego i przenieść się do dzielnicy turystycznej. Ciekawe, że w Bangkoku przejazd taksówką (oczywiście pod warunkiem włączonego taksometra, co ponoć nie jest oczywiste, gdy wożą turystów, ale my nie mieliśmy kłopotów tego typu) jest o połowę tańszy niż tuktukiem. Co więcej, kierowcy tuktuków, nie chcą wozić z punktu do punktu, ale organizować całodzienne wycieczki dla turystów. Jest jeszcze wersja z odwiedzaniem sklepów, ale o tym później.
Ja zostałam pilnować plecaków a Łukasz obszedł cała dzielnicę i znalazł pokoik na 5 dni. Ledwie wdrapaliśmy się na czwarte piętro. Temperatura i wilgotność powietrza nas wykończyły. Po Indiach, które teraz wydały nam się chłodne, musimy się zregenerować do walki z klimatem :D jakkolwiek to brzmi dla spragnionych słońca – taki upał może dobić. Dlatego wiatrak w pokoju pracuje non stop a ja mam siłę jedynie na czytanie przewodnika. Znalazłam nawet coś interesującego. Pełna nazwa Bangkoku w języku tajskim brzmi: กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์, czyli Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, co w prostym tłumaczeniu oznacza:
Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu.
Dopiero po zmroku wychodzę na ulicę. Zycie toczy się tu przez okrągła dobę. Do pierwszej nad ranem w barze naszego hotelu odbywają się koncerty na żywo, do czwartej słychać głośna muzykę z okolicznych klubów. Turyści ze wszystkich stron świata, od rodzin z dziećmi po… bardzo zniszczonych ludzi. Kręcą się naganiacze oferujący usługi wszelkiej maści, obnośni i uliczni sprzedawcy dosłownie wszystkiego. Tak, zdecydowanie tutaj moja sukienka pasuje 

środa, 29 grudnia 2010



21 grudnia, wtorek
Wstaliśmy przed 12.00 (w Polsce 7.00), bo musieliśmy odespać wcześniejsze noce. W dzień Bangkok wydaje się hałaśliwym, zatłoczonym, ale jak dla mnie bardzo przyjemnym miastem.
Świętowanie, jeszcze w Kalkucie, naszych dobrych wyników testów na pasożyty – przy lodach okazało się nienajlepszym rozwiązaniem. Nie odchodzimy więc zbyt daleko od hotelu i naszej wypasionej łazienki. Niesamowite jakie tu wszystko czyściutkie, jakie dopieszczone. Hotelik (pokój za 50 zł na dwoje) jest tak urokliwy, że choć leży 50 metrów od głównej ulicy bardziej przypomina chatki na Bahama niż gest house. Są urocze pokoiki z balkonami i łazienkami - tak czyste, że można jeść z podłogi. Jest wi-fi non stop, tarasiki i dachy zaaranżowane na przesympatyczne miejsca ze stolikami i mnóstwem zieleni, stawik ze złotymi rybkami i jeszcze wiele elementów, wprowadzających niepowtarzalny nastrój. Jedyny minus to mnóstwo komarów, ale to nie strefa malaryczna, więc da się wytrzymać.
Dzień spędzamy na niespiesznych spacerach, poznawaniu okolicy i miejscowych potraw. Nie sposób się im oprzeć. Mam ochotę kupić coś do jedzenia na każdym mijanym stoisku.
Przy okazji cieszy mnie, że wzorem widywanych dziewcząt, mogę założyć krótka sukienkę. Jednak spacerując miedzy chińskimi sklepikami dostrzegam dziwne spojrzenia mężczyzn. Pytam Łukasza co jest nie tak i nie uzyskuje odpowiedzi. W pewnym momencie starsza chińska pani na mój widok wydaje okrzyk, który w zapisie fonetycznym wygląda mniej więcej tak: „UUUUAAAAAOOOOUUUU!” co zupełnie nie oddaje napięcia emocjonalnego, które okrzyk wyraził. Chyba jednak ta dzielnica nie jest gotowa na moją piękną, nową, pierwszy raz założoną sukienkę. Prędko wracam do hotelu się przebrać.