skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

sobota, 5 marca 2011












Piątek, 11 lutego
Jest rajsko. Cisza, spokój, przesympatyczni ludzie, fantastyczne okoliczności przyrody. Wstaję w ciemnościach, by obejrzeć wschód słońca. Słońce nie wstaje na plaży, ale nad lasem, w którym skrywa się wioska. Obserwuję ludzi spieszących we mgle do pracy i obiecuje sobie następnego dnia urządzić spacer wśród ich domów z aparatem.
Postanawiamy poeksplorować nieco okolicę. Odwiedzamy lokalny market, kilka sklepików, restauracyjek.
Ponownie próbujemy betelu, ale teraz kozacko życzymy sobie mocniejszy tytoń – taki ze skorpionem na opakowaniu. Żucie tego przez minutę barwi mi ślinę na czerwono, ale to nic. Ważniejsze jak wpływa na organizm. Gwałtownie zaczyna mi się kręcić w głowie, mam nudności i mocno bije mi serce. Robię się czerwona na całym ciele. Trochę wystraszyłam otoczenie, ale po kilku minutach sytuacja wraca do normy. Cóż, najwyraźniej to nie dla mnie. Łukasz proponuje, żebym spróbowała jeszcze raz, a on nakręci filmik. Dziękuje bardzo: NEVER AGAIN!
Będziemy zwiedzać. Mamy do wyboru dwie wyspy: rybaków i opisywana w LP White Sand. Nasz boy hotelowy stwierdził, że bardziej nam się spodoba wioska rybacka na wyspie, bo jest tam cicho, spokojnie i bardzo klimatycznie (tzn chciał to powiedzieć, ale znajomość angielskiego mu na to nie pozwalała). Miał rację. Spędziliśmy kilka godzin na wysepce, oddalonej od Chauna Beach zaledwie kilkaset metrów. Za równowartość dolara pan przewiózł nas na wyspę a potem wypatrzył nas, gdy pojawiliśmy się na plaży i natychmiast po nas przypłynął. Dostał typowo lokalny napiwek – porcje betelu, która nam została. Nie spotkaliśmy żadnych turystów (nawet lokalnych), chociaż obecność kramów z kokosami, suszonymi rybami i pamiątkami z muszelek wskazywała, że czasem się tam pojawiają. Stupa ukryta w skałach, mały mnich obserwujący przez lunetę bielejącą White Sand, umorusane dzieciaki na dzikiej plaży, dziewczyny zbierające kamienie i noszące je na głowach, rybacy reperujący sieci, wielkie kraby kryjące się w dziurach w ziemi i czarne świnie biegające samopas. Spacer po rybackiej wiosce kryjącej się przed żarem słonecznym w cieniu palm rzeczywiście wywarł na mnie niezapomniane wrażenie. Boy hotelowy miał rację. Postanowiłam korzystać z jego rad.






Czwartek, 10 lutego
Popołudnie środowe opisze tutaj, bo należy tematycznie do dni następnego. Otóż po południu przepłynęliśmy jezioro i spieszyliśmy się na autobus do stolicy. Trzeba było do niego dojechać 14 mil. Najlepszą forma transportu są motory, ale nie wolno tu wozić turystów prywatnym transportem, więc musieliśmy wyjść poza miasto (za punkt kontrolny). Po drodze obejrzeliśmy jeszcze bazar z typowo lokalnymi toaletami (a jednak nawet po tylu miesiącach można zostać zaskoczonym!).
Motory to temat na osobną historię. Cena nie podlegała dyskusji, bo ustalał ją nasz przewodnik (przecież oni po angielsku to tylko kilka słów). Ale chłopaki zachowywali się jakby to był spisek o najwyższej klauzuli tajemnicy. Brali go pod rękę, odchodzili na bok i zachowywali się jak w filmach gangsterskich. Wyglądało to trochę podejrzanie, ale z perspektywy czasu wydaje mi się dość zabawne. Zwłaszcza, gdy wiem, co nastąpiło potem. Bo potem kategorii „zabawne” przyznać już nie sposób. Mieliśmy mało czasu, więc zarzuciłam kask na kapelusz i ruszyliśmy. Zanim się obejrzałam, chłopaków nie było widać. Mój kierowca jechał dość „ostrożnie” tzn tylko trochę bałam się, że spadnę na wertepach. Nawet nie za bardzo wyprzedzał, więc tych ciężarówek z naprzeciwka idących na czołowe zderzenie było niewiele. Za to nieznośnie stukał jego pasek od niezapiętego kasku a mnie drętwiały nogi w niewygodnej pozycji. I nigdzie nie widziałam moich towarzyszy. Musieli jechać bardzo szybko. Gdy w końcu do nich dołączyliśmy zobaczyłam obłęd w oczach Łukasza. Jego driver do rozsądnych nie należał, więc niebezpiecznych wjazdów z pobocza na asfalt i mijanek z ciężarówkami było znacznie więcej. Pomyślałam, że może miałam niewyraźną minę i mój kierowca, zobaczywszy ją w lusterku, jechał powoli. A może z natury był spokojniejszy. Tego się już nie dowiem.
Pognaliśmy na dworzec, gdzie nasz przewodnik wytłumaczył nam który przystanek jest nasz i pożegnał się, by wskazać drogę jeszcze jakimś turystom a następnie pojechać do Kalew, gdzie został w przechowaniu nasz zbędny na trasie bagaż. Człowiek orkiestra.
Autobus podstawiony tutaj okazał się całkiem przyjazny, z miła obsługą. Czternaście godzin do stolicy może nie minęło jak z bicza strzelił, ale szczególnie uciążliwe tez nie było. Do Yangonu dotarliśmy około 5 nad ranem. Niestety autobusy na plażę, żeby nieco turystom utrudnić życie, z zupełnie innego 'dworca' (Dagon Ayer High Way Station). Lonely Planet podaje, że jedyny autobus bezpośredni odjeżdża o 7:00,na polskim blogu znalazłam informację, że o 6:00. nie po raz pierwszy, i nie ostatni, LP się grubo mylił. Niestety znalezienie taksówki za przyzwoitą cenę zajmuje dużo czasu. A potem okazuje się, że jedzie z nami jeszcze mnich, którego trzeba odstawić do ekskluzywnej, strzeżonej dzielnicy (reklamowanej na bilbordach w całym mieście). Co prawda fajnie pokręcić się taksą po takim miejscu, ale na dworzec przyjeżdżamy o 6:20. Rzeczywiście LP kłamie z tymi godzinami, a także z cenami. Nie mogliśmy wręcz uwierzyć w ceny jakie nam podano. Czy przed kolejnymi wydaniami książki ktoś w ogóle weryfikuje te informacje?!


Nie ma bezpośredniego autobusu, ale możemy jechać z przesiadką. No więc wsiadamy do dość wygodnego autobusu, który o 8:15 jedzie do Pathein. Mamy komfortowe miejsca na samym przedzie i obserwujemy jak wsiadają kolejni pasażerowie. Dostają od konduktora małe plastykowe krzesełka i znajdują sobie miejsce w przejściu. Po godzinie autobus jest pełen (w cywilizowanym znaczeniu tego słowa) a mali Birmańczycy na małych krzesełkach wyglądają dość komicznie.
Do Pathein dojeżdżamy ze sporym opóźnieniem. Przez przypadek dowiadujemy się, że następny autobus odjeżdża z innego dworca. Już mieliśmy się zdenerwować, gdy uświadomiłam sobie, że jeden z chłopaków mówi chyba po angielsku. Zagadnięty, bardzo chętnie pomógł, wskazując nam bezpłatną taksówkę kolektywną, kursującą do centrum. Dotarliśmy zatem na lokalny dworzec wystarczająco wcześnie, by kupić następne bilety (nie ma miejsc siedzących, ale raczej nie mamy wyboru, bo miasteczko nie oferuje zbyt wielu atrakcji, a my po dobie w autobusach bardo już chcemy na plażę!) i poobserwować życie na dworco-bazarze. Siedzimy sobie przy autobusie i dziwimy się, że nie widać żadnych nerwowych przygotowań. Czyżby miało być jakoś inaczej niż w całej Azji? Bez walki o miejsca w środku? Bez upychania towaru? Ależ skąd! Po prostu jest to wpisane w czas przejazdu i zaczyna się dopiero o oznaczonej godzinie odjazdu. Nie zostajemy wpuszczeni do środka (no ładnie, czyli dostaniemy najgorsze miejscówki…), więc obserwujemy proces wrzucania (dosłownie! Jest tu nawet specjalny chłopak odpowiedzialny za podrzucanie tobołków wystarczająco wysoko) bagaży na dach.
Zostajemy usadzenie na komfortowym silniku z przodu autobusu. Wiele osób nam zazdrości – widzę po ich oczach. Mielibyśmy nawet ładny widok, gdyby przez przednia szybę było cokolwiek widać. Kierowca jednak jakoś daje radę, więc przez następnych kilka godzin bez przeszkód, wolno, górzystą, wąską drogą docieramy na miejsce. Żaden z zapowiadanych czasów podróży nie sprawdził się (w końcu to Birma), ale po dobie w autobusach docieramy do Zatoki Bengalskiej.
Na plaży moc atrakcji ;) - można wypożyczyć rowery, popływać w wielkiej dętce, wypić sok ze świeżego kokosa, zapatrzyć się na latawce, posmakować grillowanej krewetki lub ryby (serwowane nabite na patyk), zakupić „obraz” z owocami morza (zupełnie niesamowite). My owoce morza wybieramy na kolację. W pobliżu hotelu upatrujemy sobie knajpkę, w której jedzenie jest wyśmienite i tanie na tyle, że stać nas, by z każdym dniem zamawiać coraz bardziej wyrafinowane dania. Na początek krewetki, potem ostrygi, langusty, kraby, grillowany tuńczyk i coś, czego polskiej nazwy nie znam. Wszystko tak pyszne! Żałuję, że nie zdążyliśmy spróbować homara i ślimaka morskiego.

piątek, 4 marca 2011













9 lutego, środa
Wstajemy ciemną nocą. Rozgrzewamy się przy ognisku a potem, jeszcze w ciemnościach wcinamy śniadanko. Pyszne, gorące, lokalne, pożywne. Za oknem wstaje dzień. Słońce nieśmiało wylania się zza gór, ludzie śpieszą w pola. Jest jeszcze tak zimno, że chłód przenika do szpiku kości, a ludzie odziani tylko w koszule i sarongi. My tez ruszamy. Jeszcze wśród mgieł, które maluję krajobrazy na niesamowite, niepowtarzalne sposoby. Idziemy szybko, pospiesznie fotografując dzieci, idące do szkoły, te które dziś zostają w domu, by pracować oraz te, które przejeżdżają na motorach, wzbijając tumany kurzu na tutejszych „drogach”. Przy małym mostku spotykamy kobiety, które tłumaczą naszemu przewodnikowi, gdzie w okolicy rosną najlepsze liście na betel. Jesteśmy zadowoleni z siebie, bo już wiemy co to takiego. Ale chłopak opowiada nam nowe rzeczy i teraz nabieramy do betelu należnego mu szacunku. Obiecujemy sobie spróbować go ponownie przy najbliższej okazji.
Napotykamy kilka węży i chociaż na jednego niemal nadepnęłam, to zawsze przed nami uciekają. A są olbrzymie. Nawet przewodnik jest zadowolony, ze wypatrzyliśmy takie okazy.

Czasem zatrzymywaliśmy się, bo ktoś czegoś potrzebował – np. nasz przewodnik podarował mijanej dziewczynie pomadkę ochronną – albo chciał zobaczyć siebie na zdjęciu. Oczywiście plemiona górskie nadal nie przywykły do aparatów, szczególnie z wyświetlaczami i bardzo ich cieszy możliwość zatrzymania obrazu. Zresztą w domu, gdzie jedliśmy posiłek od kilku dni zaledwie był prąd, więc wieś odkrywała właśnie filmy i muzykę na DVD. Cała Birma uczy się dopiero czym jest video, DVD itp. Muzyka zachodnia funkcjonuje tu pod postacią lokalnych przeróbek (co normalne w Azji), dziwnie współegzystujących obok siebie przebojów od lat 70-tych poczynając a na współczesnych kończąc. W „teledyskach” lub po prostu nagraniach z koncertów piosenkarze zabawnie podrygują lun w wersji fabularyzowanej biegają za dziewczyną lub płaczą po jej odejściu. Wszyscy tu nucą lub śpiewają przeboje, w telewizji, w nagraniach odtwarzanych w barach czy autobusach dominuje karaoke.
W południe dochodzimy do Jeziora Inle. Dawno, dawno temu (czyli jakieś 5-6 lat) jezioro Inle słynęło z malowniczego targu na wodzie, który odbywał się co pięć dni. Wciąż jest on reklamowany jako jeden z największych i najbardziej autentycznych w Azji. Tymczasem tego targu już nie ma. Nadmiar turystów wyparł łodzie z pomidorami i plackami. Na lądzie proporcje podobne. Mimo wszystko jednak malownicza okolica oraz piękne jezioro warte są zobaczenia – zwłaszcza podczas kilkugodzinnej wyprawy łodzią. My mieliśmy czas jedynie na motorową łódź – półtorej godziny. Ale i tak warto!
Jezioro Inle należy do największych atrakcji Myanmar. Jest malowniczo położone, ma 22 kilometry długości, 11 kilometrów w najszerszym miejscu, jest bardzo płytkie i ze wszystkich stron otoczone jest górami. Nad jeziorem oraz wśród licznych okolicznych kanałów znajduje się kilka czarujących wiosek z małymi drewnianymi świątyniami i kolorowymi targami. Najciekawsze są wioski wybudowane dosłownie nad taflą jeziora, domy stojące na palach, szkoły, świątynie, sklepy, wszystko metr nad wodą. A przed domami zamiast rowerów stoją zaparkowane łodzie. Nawet ogrody i pola uprawne można w ten sposób zorganizować.
Jezioro Inle to jedna z największych atrakcji Birmy a jednocześnie dom dla około 70 tysięcy ludzi. Większość z nich należy do ludu Intha, który według podań, przybył nad wody jeziora już w XIV wieku z południowej części kraju. Dziś Intha zamieszkują położone nad jeziorem wioski na palach i trudnią się najczęściej rybactwem.

czwartek, 3 marca 2011






8 lutego, wtorek
Pobudka przed świtem, bo mnisi wstają bardzo wcześnie. Po śniadaniu odbył się przed składania donacji. Bardzo to ciekawe, trochę podobne do modlitw, których uczestnikami byliśmy w Tajlandii przy okazji robienia tatuaży w świątyni. Tutaj mnisi wydaja się być bardziej zasadniczy. Ale i tak dziwi mnie to, co piszą podróżujące kobiety o konieczności zwracania uwagi, by przypadkiem nie dotknąć mnicha. Wprawdzie musiałam w monastyrze zadbać, by mój strój był odpowiedni, ale nie robiono żadnych ceregieli z powodu mojej obecności. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
Dzisiejszy dzień był znacznie bardziej wymagający. Oglądaliśmy po drodze plantacje chilli,, różnych warzyw – nie sadziłam nigdy, że zrobi na mnie wrażenie plantacja czosnku! Bardzo fotogeniczni SA ci ludzie, pracujący w polu. I bydło. Bawołom moglibyśmy się przyglądać bez końca. Gdy taplają się w bajorze, gdy majestatycznie ryczą w promieniach zachodzącego słońca…
W zasadzie wszyscy pozwalają się fotografować. Chętnie też z nami rozmawiają. Tylko raz zdarzyło się, że ktoś powiedział o pieniądzach za zdjęcie. Nie spotykamy natomiast - już drugi dzień- żadnych turystów. Dopiero w sklepie przed noclegiem (jedyny taki punkt w okolicy) natykamy się na dwie grupy. Zdecydowanie zbyt liczne. Może i miło jest sobie pogawędzić z ludźmi z całego świata, ale nie po to tu przyjechaliśmy.
Popołudniu w wiosce mamy czas naprzykrzenie się życiu ludzi. Wracając z pola pozdrawiają nas, uśmiechają się. I skąd w nich tyle radości, skoro są tacy biedni?! Oni wiedzą, i my wiemy, ze ich wolność jest bardzo ograniczona, że ich życie jest właściwie zapisane i niewiele mogą zmienić. Uśmiechają się z tak wielka życzliwością. Pozwalają swoim generałom przebranym w garnitury rządzić nadal a obcokrajowców traktują jak długo oczekiwanych gości. I tylko w oczach mają czasem taki smutek, a może melancholię…
Największym zaskoczeniem tego dnia jest dla mnie grupa wyrostków urządzająca pod opieka ojców walki kogutów. Już wczoraj widziałam jak małe szkraby same przygotowują sobie latawce używając noży i nożyczek. Dzieci tutaj obserwują dorosłych i postępują z ostrymi narzędziami jak rodzice. Ale walki kogutów?! Postępują ze swoimi kogutami z olbrzymim znawstwem. Zagrzewają je do walki a następnie machają do nas przyjaźnie małymi rączkami i chcą, żeby im zrobić zdjęcie.
Ten wieczór spędzamy w towarzystwie naszej gospodyni – starszej nauczycielki. Opowiada mi o warunkach pracy tutaj, płacach i traktowaniu przez uczniów i rodziców. Wyjaśni na czym polega kłopot, gdy chce się dokształcać a do dużego miasta jest tak daleko. Że nikt nie chce pracować w wioskach, więc na pytanie czego uczy uśmiecha się i mówi, że w szkole pracuje ich tylko trójka, wiec uczy czego trzeba. A gości turystów, by dorobić do niskiej pensji. Przeliczamy szybko i wychodzi nam, że nasz przewodnik za jeden trekking zarabia więcej niż ona w miesiąc. A ma taki ciepły, miły glos. I tak bardzo chce się z nią rozmawiać dłużej, ale jesteśmy zmęczeni, zmarznięci (po zachodzie słońca gwałtownie robi się bardzo zimno) i musimy się wyspać, bo jutro plan dnia jest bardzo napięty. Zatem mówimy dobranoc i kładziemy się na matach pod ołtarzykiem Buddy w głównym „pokoju” domu z liści bambusa.

















Poniedziałek, 7 lutego
Pobudka o świcie, przez werandę zaglądają do pokoju pierwsze, jeszcze nieśmiałe promienie słońca, które także właśnie wstaje. Wyłączam budzik i słyszę, że jankesi tez właśnie się obudzili. Ściany z liści bambusowych są tak cienkie, że słychać dosłownie wszystko. Jak charczą, plują i niemiłosiernie głośno rozprawiają o swoich przygodach. Na szczęście i tak zbieramy się na trekking. Właściciel guest house’u zapewnił, że ciepła woda będzie od siódmej. Dobrze, że spróbowałam wcześniej, bo od siódmej już jej nie było a na następną mogę liczyć dopiero za kilka dni. Śniadanie w lokalnym stylu plemion górskich to wersja makaronu z warzywami. Całkiem smaczna. Ale jakoś brak tu klimatu. Albo ja zrobiłam się tak wymagająca przez te miesiące…
O ósmej spotykamy się z naszym przewodnikiem. Jego imię brzmi jakoś tak „Miaumiau” ale nie gwarantuję, bo powtórzyć trudno a zapisać – niemożliwe. Poprzedniego dnia poznaliśmy chyba jego ojca, szefa agencji. Zdecydowaliśmy się na tę wersję po próbie negocjowania z przypadkowo spotykanymi ludźmi. Zaszliśmy tutaj i starszy pan nas oczarował. Przedstawił swoją propozycję wędrówek po okolicy z takim znawstwem, uzasadnieniem tras (to ciekawe, a to wyjątkowe, a tu warto się wspiąć ze względu na widok ale dacie radę, najwyżej dwa razy odpoczniecie, a ta strefa bez turystów, a tu możecie spotkać innych, a tu nie ma wody, trzeba kupić zapas tu i tu…) oraz piękną angielszczyzna i umiejętnością tłumaczenia, że nie mieliśmy wątpliwości, iż warto zapłacić nieco więcej (zresztą nadal grosze). Okazało się, że ma już klientkę na jutro – Amerykankę. Wykorzystaliśmy więc sytuację i wynegocjowaliśmy cenę jako „dodatkowy zarobek” cisnąć tak, że już myśleliśmy, iż zrezygnuje. A tu jeszcze przychodzimy – kobiety nie ma. Rozchorowała się. Więc będziemy sami z przewodnikiem. Pyta czy zapłacimy trochę więcej, a my zaskoczeni: no jak to, przecież się umawialiśmy. No i zostajemy honorowo przy wczorajszej umowie. Czytałam, że tu za 10 dolców (z wyżywieniem i noclegiem) grupy są zazwyczaj 6-8 osobowe. A my za 12 mamy Miaumiau tylko dla siebie. I od razu napiszę to, do czego doszliśmy w trakcie wędrówek. Chłopak był najlepszym przewodnikiem jakiego\ spotkałam w życiu. Chyba służył w armii, bo poruszał się niezwykle lekko i zwinnie (przypominał żołnierza wietkongu z filmów) a do tego niezwykle wytrzymały i sprawny. Znakomicie zorganizowany. Doskonale gotował – żaden posiłek się nie powtórzył. Znal wszystkie ścieżki (miałam wrażenie, że jego stopy same wiedzą gdzie stanąć) jak miejscowy. Rozmawiał z miejscowymi w ich lokalnych językach (przyznał, że zna ich pięć, ale nie potrafię nawet powtórzyć nazw tych plemiennych dialektów). Doskonale znał i objaśniał tradycje, zwyczaje i historię (np. opowiadał szeroko o życiu mnichów gdy spaliśmy w monastyrze). Dbał o nasze zdrowie – także odpowiednia dietą, stosując medycynę ludową i jak najbardziej nowoczesną – w zależności od potrzeb. Poruszająco wyjaśniał sposoby chronienia się w lesie i na co dzień (za pomocą tatuaży, amuletów i medykamentow najnowszej generacji). Przywoływał historie ze swojego życia na dowód działania zarówno magii jak i lekarstw na malarię. Wszystko wiedział, na wszystkim się znał, wszystko widział. Ale nie narzucał się ze swoja obecnością, ani swoimi opowieściami. Zapytany zastanawiał się zawsze kilka sekund (np. sprawdzał godzinę) a następnie udzielał wyczerpujących odpowiedzi. Wędrówka z nim okazała się najwyższą przyjemnością. Czasem odnosiłam wrażenie, że czyta w moich myślach (zawsze podawał mi to, czego akurat potrzebowałam), a on nie zaprzeczył…
Pierwszego dnia pokazał nam pola ryżowe i herbaciane (zupełnie inne niż te na Sri Lance). Szkoły, wioski i domy górskich plemion, gdzie zatrzymywaliśmy się na posiłki oraz buddyjski monastyr z dala od turystycznych ścieżek, gdzie spędziliśmy noc. Mieszka tam tylko dwóch mnichów, a których jeden mówi nieco po angielsku – wystarczająco, by przy herbatce opowiedzieć o tym co budują i ile na to potrzeba pieniędzy (donacje, donacje, donacje!). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie naszego przewodnika, który przy suto zastawionym stole i świecach snuł opowieści…