skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

środa, 16 marca 2011


27 lutego, niedziela
Mieliśmy na dziś bilety do Siam Raep. Jutro kończy się nasza wiza tajska, a Lukas nie chce wyjeżdżać w ostatniej chwili, mając świadomość, że na granicy tajsko-kambodżańskiej dzieją się różne historie, a za pozostanie w Tajlandii dłużej niż na to pozwala wiza płaci się po 50 zł za dzień. Ja jednak uparłam się, że chcę zobaczyć Wielki Pałac Królewski (tajski: พระบรมมหาราชวัง, Phra Borom Maha Ratcha Wang), więc wbrew sobie poszedł wymienić bilety na poniedziałek a niedzielę przeznaczamy na zwiedzanie. Jakoś nie mieliśmy szczęścia do tego pałacu, bo wybieraliśmy się tam już kilka razy, ale zawsze cos nas powstrzymywało. Nawet nastawiony na wściekle wczesną godzinę budzik nie pomagał. Tym razem jest jednak inaczej. Płyniemy promem miejskim. Rzeka. Pełna barek, mniejszych i większych łodzi i promów. Nad nią wyrosło już kilka wysokich hoteli, ale na brzegach zobaczyć można także domy-rudery, składy, bazary i... przystań ozdobnych królewskich łodzi. Co kilkaset metrów są tu małe mola do których cumują w biegu długie jednostki "Chao Phraya Express". Nikt nie trudzi się przerzucaniem kładki czy trapu. Motorowa łódź podpływa, dobija burtą do mola. I teraz trzeba przeskoczyć na pokład... Pokład, który co chwilę niebezpiecznie się oddala. Już chwilę po otwarciu meldujemy się pod bramą. Okazuje się jednak, że to nie ta. Przez tę Tajowie wchodzą – za darmo. Dla nas jest inna – z biletami po 35 zł. I szatnią, w której wypożyczają (za depozytem) ubranka dla nieskromnie odzianych.
Ale jest to obiekt który trzeba zobaczyć - tajska architektura jest niepowtarzalna. Wzniesiono go pod koniec XVIII wieku. Z daleka ponad murem lśni wielka złocona czedi (patrz zdjęcie obok). Przy bramach, od ich strony wewnętrznej ustawiono wielkie posągi strażników, które odstraszać mają wszelkie zło (przede wszystkim swoimi potwornymi minami odstraszają co bardziej wrażliwych turystów, ale zwrotu biletów nie przyjmują)
Pałac doczekał się nawet własnej strony internetowej:http://www.palaces.thai.net/
W skład pałacowego kompleksu wchodzi między innymi Wat Phra Kaeo nazywany także Królewską Kaplicą Szmaragdowego Buddy.




Emerald Buddha czyli Szmaragdowy Budda. Wewnątrz świątyni w której siedzi (na szczycie wysokiego ołtarza-piramidy) nie wolno robić zdjęć. Ma trzy złocone stroje na trzy pory roku. Kaplica jest jednym z czterech pomieszczeń, których wnętrza d Pałac królewski w Bangkoku ma nie tylko status zabytku i oficjalnej siedziby monarchy. Jest to również święte miejsce do którego ludzie przychodzą modlić się i składać ofiary. Przed wejściem do Świątyni Szmaragdowego Buddy zapalają trociczki, na rodzaju ołtarza składają przyniesione kwiaty i owoce. ostępne są dla turystów - wchodzi się tam po pozostawieniu na zewnątrz obuwia.
Kolorowe dachy, wszechobecne złocenia, ściany wykładane milionami lusterek - wszystko to składa się na obraz z pogranicza kiczu. Mitologiczne i alegoryczne postacie, malowidła pokrywające ściany w podcieniach wokół dziedzińców... Aby to wszystko chociaż pobieżnie obejrzeć potrzeba 2-3 godzin.
.
Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam stanowiącej naturalną granicę kompleksu. Z pozostałych stron teren Wielkiego Pałacu ogrodzony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218.400m².

niedziela, 13 marca 2011

26 lutego, sobota
Czasem gdy słyszę ludzi podróżujących wraz ze mną na przykład autobusem turystycznym, opowiadających swoje „krew mrożące w żyłach” przeżycia i tłumaczenia dlaczego jadą tym autobusem a nie zwyczajnym, publicznym albo autostopem – śmiech mnie ogarnia. Ja powiem wprost – jeżdżę tak bo jest taniej. W Tajlandii. Autobusy miedzy dzielnicami turystycznymi to jakaś 1/3 cen autobusów rządowych TAT. Podobnie jest z wycieczkami. Do dawnej stolicy wycieczka z obiadem, przewodnikiem i pick upem z hotelu na cały dzień kosztuje tyle co bilety tam i z powrotem. No więc wykupujemy wycieczkę na cały dzień do Ayuthaya -starożytnąej stolicy Tajlandii.


Dziś w tym miejscu znajduje się rozległy park archeologiczny, a w nim całkiem nieźle zachowane ruiny kilkunastu świątyń buddyjskich z XIV wieku. Ślady po okazałych świątyniach są tu obecne prawie co krok!
Ajutthaja (lub Ayutthaya) jest miastem położonym w centralnej części Tajlandii, w odległości ok. 80 km na północ od Bangkoku. Miasteczko opływają liczne rzeki (np. Chao Phraya i Pa Sak), skąd zyskało ono miano: „miasta-wyspy” (Koh Muang). W przeszłości, rzeki tworzyły naturalną fosę wokół miasta, pełniąc ważną rolę strategiczną, wykorzystywane były także jako naturalny system nawadniający. Ajutthaja dzieli się więc na dwie części: miasto wewnętrzne (znajdujące się na wyspie) i miasto zewnętrzne. Stare Miasto w znacznej części usytuowane jest w wewnętrznej części Ajutthaja. Historyczne ruiny w centrum miasta zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (Phra Nakhon Si Ajutthaja Historical Park) 13 grudnia 1991r.
Pełna nazwa miasta brzmi: Phra Nakhon Si Ajutthaja. Przez wiele lat (a nawet stuleci), od 1350 do 1767 r., Ajutthaja była stolicą Tajlandii. W XVI w. miasto przeżywało swój okres świetności i było jednym z największych i najbogatszych królestw w Azji, nazywano je nawet „Złotym Miastem”. Królestwo Ajutthaja zajmowało wówczas rozległe obszary państw sąsiadujących z dzisiejszą Tajlandią, a bogaciło się głownie na pośrednictwie w handlu między Indami i Chinami, jak również na eksporcie ryżu, skór zwierzęcych i kości słoniowej. Do Ajutthaja docierali kupcy z całej Azji, a także z Europy i Bliskiego Wschodu. Żyło tam wówczas około czterdziestu narodowości.


Ajutthaja rozwijała się niezwykle prężnie aż do połowy XVIII w., kiedy to najechali ją Birmańczycy. W 1767 r., po dwuletnim oblężeniu, wojska birmańskie zdobyły ówczesną stolicę, niszcząc i paląc ją doszczętnie. Po tych zdarzeniach nigdy już nie została ona odbudowana i nie odzyskała swej dawnej świetności




Obecnie miasto jest stolicą regionu, tradycyjnie noszącego tę samą nazwę. Ruiny Ajutthaja po dziś dzień wywierają ogromne wrażenie i świadczą o dawnej potędze królestwa. Architektura miasta jest fascynującym połączeniem stylu budowli khmerskich z typowo rodzimymi rozwiązaniami. Wpływy budownictwa khmerskiego odnajdujemy przede wszystkim w licznych wieżach, przypominających swym kształtem kaktusy czy też kolby kukurydzy (tzw. prang). Turyści mogą podziwiać na terenie miasta i w najbliższych jego okolicach, wiele wspaniałych zabytków architektonicznych, przede wszystkim ruiny budowli pałacowych i świątynnych.

W samym centrum Ajutthaja znajduje się niewielkie jezioro Phra Ram i noszący tę samą nawę park, wokół których mieści się kilka najważniejszych świątyń.
Właściwie codziennie jemy coś pysznego i już nawet tego nie zapisuję. Każdego dnia koszotujemy lokalnych potraw i zachwycamy się ich smakiem, a właściwie smakami, bo zazwyczaj smaki te łączą się i mieszają w każdym posiłku, niczym style i trendy w dobrym dziele sztuki. Bo sztuka kulinarna nabiera tu zupełnie nowego, nieznanego mi w Europie wymiaru artyzmu. I o dziwo nie tęsknię za potrawami z Polski czy Europy (poza wigilijnymi, więc zapewne jest to związane z atmosferą świąt a nie tylko z zapachami i smakami), ale nie potrafię sobie wyobrazić powrotu do nich. Wiem, że będę gotować. I to w stylu azjatyckim. A posiłki często są proste, łatwe I szybkie w przygotowaniu. To niesamowite, że niezależnie od rodzaju i standardu knajpki, w kilka minut, przygotowują na życzenie klienta świeża smakowita potrawę. Jeśli zamawiasz kilka to każda z nich ma zupełnie inny smak, kolor, aromat. A dziś jedliśmy małże. Najlepsze małże w moim życiu! W chodnikowej knajpce (czyli stoliczki plastykowe na chodniku a kuchnia przewoźna na ulicy) starszy Chińczyk wyczarował talerz małży w czosnku. Kosztowały chyba z dziesięć złotych a pachniały tak, że nie tylko czuć było na całej ulicy, ale nawet dzisiaj (piszę po dwóch tygodniach) pamiętam ten zapach, czuje ten smak, a moje ślinianki na ich wspomnienie intensywnie pracują.

25 lutego, piątek
Jesteśmy znowu w Bangkoku. Autobus zatrzymuje się na dworcu południowym, choć obiecywali centrum. Ale już przywykłam. Znalezienie właściwego autobusu komunikacji miejskiej przed świtem nie jest już problemem. W dzielnicy turystycznej jesteśmy przed otwarciem czegokolwiek. I co? I w naszym ulubionym hoteliku maja dokładnie jeden pokój i dokładnie w naszym standardzie. Zostawiamy więc bagaże, sprawdzamy co trzeba na necie i jedziemy do ambasady Wietnamu. Odebranie wizy bez zastrzeżeń. Ale kończą nam się zdjęcia do wiz a tu akurat otworzyli punkt z niezłymi cenami. Płacimy więc za 16 fotek i czekamy. Przychodzi facet a aparatem słabszym od mojego, karze usiąść na tle białej ściany. Dziwne, ale niczego nie ustawia. Przecież to mają być takie zdjęcia jak do paszportu, z białym tłem i duża twarzą. Nie pyta czy nam pasują, tylko drukuje. Prosimy, żeby pokazał i… o nie! Tło jest szaro-bure, twarz mała i na każdym kolejnym zdjęciu jesteśmy coraz bardziej z boku. Tłumaczymy dlaczego te zdjęcia są nie do przyjęcia a on się wścieka – zapłaćcie za ta połowę i sobie idźcie! Nie, no tego się nie spodziewałam! Zapomniałam, że ambasada to nie kawałek Tajlandii, w której generalnie jest uczciwie. Straciłam czujność! No więc zaczyna się tłumaczenie, negocjowanie. Mnie już nerwy puszczając, więc Łukasz każe mi usiąść i sam rozmawia z urzędnikami. Sytuacja przybiera niespodziewany obrót. Krzyczą na nas, że to zdjęcia tylko do wizy wietnamskiej i tu je akceptują. Ale na sowa, ze w takim razie po co komu 16 zdjęć milkną. I wtedy przychodzi konsul (czy jakiś jego zastępca), pyta o paszporty. Łukasz mówi, tak mam paszport.
- Daj!
- Mam, nie dam.
- Wiza?
- Mam.
Milczenie.
No to ładnie się narobiło. Spiszą nasze dane (maja zdjęcia z aplikacji), nie wpuszczą do Wietnamu. Mają takie parszywe prawo nie wpuścić bez podania powodu. Zaskoczeni odbieramy nasze pieniądze i w kiepskich nastrojach wychodzimy na ulicę.
A może trzeba było wziąć te fotki dla świętego spokoju? No trudno, już za późno.
Dla poprawy humorów odwiedzamy najbliższy bazar – jedzenie, słodycze, kawa i jakieś drobne zakupy zdecydowanie poprawiają nam nastroje.



No to jedziemy do głównej atrakcji dzisiejszego dnia. Muzeum Patologii i Chorób. Właściwie jest to sześć połączonych muzeów, zajmujących całe piętro nowoczesnego szpitala. Niestety nie można w środku robić zdjęć. A byłoby co fotografować!!! Jest wystawa pokazująca jakimi pasożytami można się zarazić w jakim jedzeniu –i zdjęcia oraz modele, pokazujące skutki. Są tez olbrzymie, podświetlone powiększenia różnych bakterii i pasożytów– wyglądają okropnie! Moja „ulubiona” lambria prezentuje się interesująco, ale nie mam ochoty na więcej spotkań bliższego stopnia. Wystarczy mi oglądanie jej w muzeum. Jest wystawa poświęcona skutkom tsunami, jest kardiologiczna z komorą, w której można było kiedyś zmierzyć ciśnienie. I z wypreparowanymi sercami. No i jest olbrzymia część – kilka sal – z wypreparowanymi narządami ofiar wypadków, morderstw, zawałów itp. wraz z dokładnymi opisami. Były to chyba dowody w różnych sprawach. Niektóre są bardzo stare i już mętne, inne nowiutkie, jeszcze bez opisów. Towarzyszą im często zdjęcia z miejsca zbrodni, z wizji lokalnych. Dalej znajdują się zdeformowane płody ludzkie, np. zrośnięte główkami. Najczęściej maleństwa z pierwszego trymestru, ale jest też dziecko z ósmego miesiąca – ofiara wypadku. Dokonano aborcji by matka przeżyła. Są też dzieci, które nie przeżyły pierwszych tygodni. Z ogonkami. Z jednym tylko okiem. Z wodogłowiem. Niektóre wydają się być ilustracjami greckich mitów o cyklopach, czy opowieści o wampirach.
Resztę dnia spędzamy na niespiesznych spacerach wzdłuż rzeki, kupowaniu biletów, planowaniu dalszej podróży. I na objadaniu się lokalnymi smakołykami. Moje ukochane „zupki wszystkich smaków”! i desery, o których nie wiadomo czym do końca są…

24 lutego, czwartek

Przez ostatni tydzień uczyłam się o używaniu sprzętu ABC (maska, fajka, płetwy),
butli (jednej lub więcej) ze sprężonym powietrzem (najczęściej) lub innym gazem (np.nitrox, trimix), automatu oddechowego który redukuje ciśnienie z butli do ciśnienia otoczenia umożliwiając swobodne oddychanie (obecne standardy bezpieczeństwa wymagają posiadania dwóch), kamizelki wypornościowej (KRW/ang. BCD) (tzw. jacket) lub skrzydła (odmiana KRW) do regulacji/kontroli pływalności, skafandra nurkowego mokrego lub suchego w zależności od warunków, głównie temperatury wody, w jakich nurek przebywa oraz czasu nurkowania, ciężarków ołowianych (tzw. balastu) rekompensujących dodatnią pływalność w/w skafandrów, komputerów i tabel nurkowych, głębokościomierza i zegarka do określenia bezpiecznej głębokości, czasu przebywania pod wodą i pozostałego czasu bezdekompresyjnego (nurkowania rekreacyjne) lub określenia dekompresji do wykonania pod wodą (nurkowania pozostałe) zgodnie z planem nurkowania, manometru do określenia ilości czynnika oddechowego w butli (wyrażonej w barach, psi lub MPa), oświetlenia w postaci co najmniej jednego źródła światła (latarka nurkowa, lampa HID, lampa LED),
narzędzia tnącego (noża, lub sekatora), służących do m.in: czynności związanych z nurkowaniem jak: podważanie, drobne pomiary (miara na niektórych nożach) lub niekiedy oswobadzania się w przypadku zaplątania w sieci.


Dziś dzień na relaks, odpoczynek na plaży, surfowanie po necie i po południu prom na lad. A potem nocny autobus do Bangkoku.
23 lutego, środa
Nadszedł dzień egzaminu. Okazuje się, że testy są tylko w języku angielskim! Siedzę więc i staram się zrozumieć zawiłości tych testowych sformułowań, czasem potrzebuje pomocy w tłumaczeniu, ale ostatecznie… niemal 100%! Dostaję swoją książeczkę nurkowań, kartę, potwierdzającą kwalifikacje (na razie tymczasową) i mogę iść świętować. Przyznaję, że fajna atmosfera panuje w tej szkole. Tacy ciekawi ludzie! Pozdrowienia dla Pawła i Jarka! Życzę samych sukcesów i powodzenia w realizacji marzeń!
A świętuję – tradycyjnie w Hop Panie. To taka lokalna wersja bufetu. Płacisz raz, dostajesz kociołek z grillem (uzupełniany węgielkami ile razy zechcesz) i gotujesz sobie, grillujesz różne mięska, owoce morza, warzywka, ryby; są gotowe potrawy, słodycze, owoce, lody… Fantastyczne miejsce!

piątek, 11 marca 2011

22 lutego, wtorek
Dzień Myśli Braterskiej. Nie mogę być z moimi harcerzami, ale przecież istnieje Internet!
Na śniadanie umówiłam się z Agatą. Jedziemy – same – na dwa nurkowania. Dl mnie będzie to zakończenie kursu i pierwsze nurkowanie jako nurka :D a dla Agaty ostatnie nurkowania na Koh Phangan, bo za kilka dni wyjeżdża. Wraca do Polski. Dzień okazuje się zupełnie wyjątkowy. Z bazy jedziemy same. Na łodzi jest tylko jeden instruktor – z niedostępnej od strony lądu plaży zabiera kilka osób na snurkowanie, jedna pod wodę. Czujemy się jakby ta łódź była tylko dla nas. Idziemy na dziob i tam spędzamy czas w drodze na Koh Yppon – Marine Park. Marine Garden. Często spotykana nazwa. Zazwyczaj na określenie miejsc szczególnie pięknych. Tak nazywał się na przykład beduiński camp w Dahab, który wspominam z rozrzewnieniem. Super szybka łódź pruje po morzu między mnóstwem boi i chorągiewek jak po jakiejś autostradzie. A my siedzimy sobie na dziobie, nogi nam wiszą, słona woda chlapie, słoneczko mocno przygrzewa… jest bosko!
Na Koh Yppon robimy dwa nurkowania. W dwóch różnych miejscach. Pierwsze zapamiętam jako to, gdy pierwszy raz zobaczyłam płaszczki. Jakie cudowne istoty! Takie piękne kolory! I tak dostojnie się poruszają. Trochę za nimi pływałam. I jaskinio – komin w którym się już nie obijałam o rafę i było niesamowicie. No i jeszcze naukę pływania z kompasem i próby jak to jest, gdy zabraknie powierza w butli. Na powierzchni oczywiście, w sposób zupełnie kontrolowany. Ale uczucie tak dziwne, że wiem iż nie chce tego przeżyć pod wodą. Choć ćwiczenia zaliczyłam jak należy. A drugie nurkowanie – gdy szukałyśmy żółwi – to przede wszystkim piękna rozdymka i niesamowite wrażenie gdy zmieniałyśmy głębokości i zmieniała się gwałtownie temperatura wody. I emocje związane z pływaniem kilkanaście metrów pod lustrem wody gdy wokół nie ma nikogo! Tylko my dwie. I spokój, który daje świadomość, że ufam tej drugiej osobie, która jest ze mną pod wodą. I tak sobie tu pływamy – dwie dziewczyny z Polski. Żyć nie umierać!


21 lutego, poniedziałek
Uczę się pilnie o zasadach dobrego nurkowania - to przede wszystkim zasady bezpiecznego nurkowania, zarówno dla siebie jak i innych nurkujących osób. W przypadku chęci nurkowania "ze sprzętem", tzn. z użyciem zestawu powietrznego, butli, automatu - pozwalających na dłuższe przebywanie pod wodą niż to, na które pozwala nam fizjologia, trzeba pamiętać o: (poza odbyciem kursu jak ja)
podczas zanurzania należy pamiętać, aby "wyrównywać ciśnienie" (poprzez np. dmuchnięcie przy zamkniętych ustach i nosie zamkniętym poprzez zaciśnięte na nim palce) w celu wyrównania ciśnienia w naturalnych przestrzeniach powietrznych w ciele ludzkim (głowa, zatoki). Wyrównywanie ciśnienia należy powtarzać możliwie często - częściej niż czujemy ucisk/dyskomfort w uszach. Nieprzestrzeganie tego może spowodować ból, a następnie uraz ucha, aż do pęknięcia błony bębenkowej ucha. Możemy też spotkać się z odwrotnym efektem: uwięzieniem powietrza w przestrzeniach powietrznych (ucho wewnętrzne, zatoki) przy wynurzaniu, gdy powietrze rozpręża się. Najczęstszym powodem jest katar (śluz zamyka przestrzenie uniemożliwiając samoistne wyrównanie ciśnienia- należy zwolnić wynurzanie i wykonać odwrotny manewr niż przy zanurzaniu: zrobić wdech przy zamkniętych ustach i zaciśniętych na nosie palcach).
nigdy nie nurkować w pojedynkę. Jest to oczywiście zrozumiałe, bo należy pamiętać, że partner jest potrzebny w wielu sytuacjach - od sprawdzenia sprzętu przed zanurzeniem, weryfikacji danych, jakie podają własne przyrządy pomiarowe aż do sytuacji awaryjnych - gdzie awarii ulega nasz własny sprzęt lub zawiedzie nasz organizm. Jedyny wyjątek stanowią nurkowie techniczni, którzy mogą czasami decydować się na samotne nurkowania ze względu na skrajne niebezpieczeństwo, które im towarzyszy.
przy wynurzaniu należy bezwzględnie pamiętać, aby nie zatrzymywać oddechu. Należy więc oddychać spokojnie i ciągle wydychać powietrze. Jak wiadomo, przy wynurzaniu zmniejsza się działające na nas ciśnienie, dzieje się tak również wewnątrz naszych płuc. Wzięcie 3 litrowego oddechu na 20 m powoduje, że na powierzchni byłoby to już 9 litrów - a to już przekracza objętość płuc i co za tym idzie - powoduje urazy ciśnieniowe (a czasami nawet śmierć).
Na początku myślałam, że jest tego wszystkiego straaaasznie dużo. Tych zasad znaczy. I sprzętu; jacket, inflator, aparat do oddychania i octopus, i jeszcze maska, i płetwy (zawsze mi się wydaje, że mi spadają), że o pasie ołowianym nie wspomnę (na ostatnim nurkowaniu odpinał się samoczynnie i co kilka minut musiałam go zapinać ponownie).

Dzisiaj czas na nurkowanie na otwartym morzu. Sail Rock. Najbardziej zachwalana miejscówka w okolicy. No więc jedziemy znowu najpierw taksówką, potem pakujemy się na łódź. Sporo tych nurków. Na takiej łodzi jestem pierwszy raz. Ale atmosfera! Lokalny kapitan i jego pomocnik nastawiają muzę. Klimat jak w filmach o sportach ekstremalnych. Prujemy po falach skacząc powietrzu. Opływamy nieco wyspę zbierając jeszcze kilka osób. Tropikalne widoki, plaże z palmami, słoneczko pięknie grzeje. A ja dostaje choroby morskiej. Ale wszystko pod kontrolą. Mamy tabletki. Tylko, ze to dopiero początek. Skurcze żołądka, biegunka, zawroty głowy… o cholera! Czymś się zatrułam. Już mam wszystko przygotowane, założyłam mokry skafander i… nie mogę wstać. Wszystkie mięśnie mi drżą. Agata rozkłada bezradnie ręce. Co można zrobić w takiej sytuacji. Próbuję się ochłodzić w wodzie, ale niewiele to pomaga. Nie myślę logicznie. Nie wiem z czym sobie poradzę a z czym nie. Mój nurkowy partner przejmuje inicjatywę – nie będę nurkować, bo to zbyt niebezpieczne. Przyznaję mu rację. Za rada kapitana płynę na sąsiednią, większą łódź. Gdzie przesypiam niemal godzinę. Trochę dochodzę do siebie. Po posiłku czuje się na tyle dobrze, że mogę zejść pod wodę. Promienny uśmiech Agaty i jej rozemocjonowane opowieści o tym co widzieli pod wodą (Łukasz wypatrzył olbrzymią, dwumetrową murenę) dodają mi sił. I rzeczywiście w wodzie czuje się jak ryba. Nie zgadzam się na żadne ograniczenia programu nurkowania. Zatem schodzimy na kilkanaście metrów w dół, opływamy rafę, wchodzimy do wielkiego komina i płyniemy nim w górę. Łatwo powiedzieć. Ale dla laika, jakim jestem, nagromadzenie drobiazgów takich jak brak równowagi i kontroli pływalności na początku, ostra rafa, olbrzymie ryby, zalana maska… są wystarczającym powodem do lekkiej paniki. Spostrzegam, ze zbyt szybko oddycham. Podoba mi się to, że sama musze nad wszystkim zapanować. Na początek przywołuję do porządku oddech. Sprawdzam zapas powietrza – strasznie szybko „się zużyło” przy takim oddychaniu. A zatem – nigdy więcej! Poprawiam maskę, orientuję się w przestrzeni wokół, wybijam w górę. Jest! Znowu wszystko pod kontrolą. I wtedy zaczyna się to, co –jak sadzę – najpiękniejsze w nurkowaniu: kolorowe ryby, dziesiątki, setki, tysiące, płaszczki, przepiękna kolorowa rafa! I jeszcze coś. Ludzie, z którymi nurkuję. Którym mogę ufać. Z którymi czuje się bezpiecznie. Magiczny, tajemniczy podwodny świat otwiera swoje podwoje.

wtorek, 8 marca 2011

20 lutego, niedziela
Po Full Moonie nikt nie nurkuje. Nikt nie spaceruje. Nikt nie wstaje przed popołudniem. Jeśli ktoś musi wstać po coś do jedzenia lub picia – chodzenie sprawia mu trudność.
Staram się wpasować w ten klimat i przez cały dzień absolutnie NIC NIE ROBIĘ. Jest bosko! :D

poniedziałek, 7 marca 2011


19 lutego, sobota
W „ONE2DIVE” poznaję Agatę. Od razu banan na twarzy. Tak, to jest osoba, z która chce spędzać czas, od której chcę się uczyć. Pijemy kawkę, gawędzimy, śmiejemy się i naraz – ciach ciach ciach i mam dobrany sprzęt. Idziemy do basenu! Jeffrey pyta czy pasuje nam pokój i czy chcemy płynąć na nurkowanie na Kobę. Jakie nurkowanie? Ja dopiero zaczynam! Ale to nic nie szkodzi. Agata – postanawiam jej ufać bezapelacyjnie – twierdzi, że miejsce jest fajne, bezpieczne i dobre na początek. Skoro tak… to tak :D
Basen. Niełatwo tam dojść z tym całym sprzętem. W piance, jackecie z pełną butlą, inflatorem, kilkoma licznikami, aparatami oddechowymi, z maską i płetwami… Po prostu masakra. Dobrze, że to niedaleko.
W książce pisali, że pierwszego wejścia do wody, pierwszego oddechu pod wodą się nie zapomina. Prawda. Że to zmienia życia. Rzeczywiście, spod wody wszystko wygląda inaczej. Inaczej się świat odczuwa, innymi zmysłami go odbiera. Trzeba się na nowo uczyć oddychać, poruszać, patrzeć i słuchać. Już wiem, że mi się to podoba. Woda zawsze była moim żywiołem, ale pod wodę zaglądałam rzadko. Zawsze uwierała mnie maska, płetwy się zsuwały. Okazuje się, że wystarczy je tylko odpowiednio dopasować. Spokojnie oddychać i cieszyć się z tego podwodnego świata. Ponoć lubimy to, co nam dobrze wychodzi. No więc ja po godzinie w basenie jestem pewna że nurkowanie to aktywność właśnie dla mnie.


Gdy przychodzi Paweł i wyciąga nas z basenu na prawdziwe nurkowanie na Kobie – nie mam już wątpliwości. Z radością pakuję się do taksówki i jedziemy na północną plażę. Ja i Łukasz będziemy nurkować z Agatą. Jest jeszcze para Yessi i … - ich liderka będzie Tatiana. Po prostu nie mogę w to uwierzyć – jeszcze dziś rano nie wiedziałam jak założyć ekwipunek, a teraz jestem na plaży, wypakowuje butle z powietrzem i przygotowuję się do wejścia do prawdziwego morza. Jest piękna pogoda, słońce mocno przygrzewa. Z brzegu płyniemy kilkaset metrów plotkując jak to baby na wszelkie tematy. Przy rafie powtarzamy procedury i plan nurkowania. Wchodzimy pod wodę i… natychmiast się gubimy! Widoczność jest prawie zerowa. Mnóstwo planktonu, piasku wokół. Kolorowe płetwy Agaty znikają mi z oczu po kilku metrach. Łukasz czeka chwilę, rozglądając się a następnie pokazuje, że się wynurzamy. No tak, taka procedura. Szukaj przez minutę a następnie wypłyń. Ale, żeby tak od razu się zgubić? Po chwili na powierzchni wynurza się tez nasza liderka. A zaraz po niej ekipa Tatiany. Wszyscy jesteśmy zaskoczeni. Dziewczyny mówią, że wczoraj była tu doskonała widoczność. No trudno, zejdziemy pod wodę jeszcze raz. Ale teraz pilnujemy się bardziej. I rzeczywiście, powoli oswajam się z pływalnością, z podwodnym światem. Dostrzegam rybki, kawałki rafy, piasek. Za nurkowanie w trudnych warunkach powinni przyznawać jakieś specjalne uprawnienia czy coś, ale ja jestem zadowolona. Skoro czasem nurkowania są nieudane, to dobrze że pierwsze było w takich warunkach a mimo to udane. To zasługa mojej kochanej Agaty. Nie tylko sprawiła, że czułam się bezpiecznie, ale zadbała tez, bym dostrzegła coś z tej tajemnicy podwodnego świata.
Po trzydziestu paru minutach wychodzimy na brzeg. Jemy obiad i decydujemy się na następne nurkowanie. Zrobiło się trochę późno, bo Tajowie nie spieszą się z obsługa w restauracjach, więc słońce schodzi coraz niżej. O dziwo widoczność jest znacznie lepsza. Już swobodnie czuję się w wodzie. Wykonuję wszystkie ćwiczenia zaliczeniowe. Panuję nad swoim sprzętem. Ciekawe, ale wcale nie mam obaw przed zdjęciem maski czy inflatora pod wodą. Pływając wykonuje sobie te wszystkie ćwiczenia dla zabawy. Jedynie gdy jestem zbyt blisko lustra wody, wyrzuca mnie na powierzchnię. Ale ci doświadczeni pocieszają mnie, że tak jest na początku i musze się opływać. No więc cieszę się niesamowicie. A gdy wracamy na brzeg zachodzi słońce. I – uwierzcie mi – to jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jakie widziałam. Taka dodatkowa nagroda – jak wisienka na torcie.
Wracamy o zmierzchu. Agata i Łukasz rozmawiają o sprawach dla mnie na razie nowych. Dowiaduję się więc cos niecoś o sprzęcie i rodzajach nurkowania:
snorkeling – oglądanie podwodnego świata podczas unoszenia się na wodzie, z wykorzystaniem sprzętu ABC. Bardzo popularne np. w Egipcie.
bezdechowe (freediving) – nurkowanie na wstrzymanym w płucach powietrzu (zatrzymany oddech)
płetwonurkowanie – rekreacyjne do głębokości 40 m, dostępne nawet dla dzieci już od 10-12 lat (na znacznie mniejsze głębokości i pod opieką instruktora) bez wyznaczonej górnej granicy wieku, określonej stanem zdrowia kandydata.
techniczne – dekompresyjne, trudne logistycznie, przekraczające limity rekreacyjne (zarówno głębokości lub czasu pobytu pod wodą), związane ze zmianami mieszanin oddechowych pod powierzchnią wody, wykonywane z użyciem bardziej skomplikowanych konfiguracji i większej ilości sprzętu, złożonym planowaniu, dla osób o bardzo dobrym stanie zdrowia.
wrakowe – wiążące się z penetracją wnętrza zatopionych wraków
nurkowanie jaskiniowe (podwodna penetracja zalanych korytarzy, sztolni, jaskiń) – nurkowanie bez możliwości wynurzenia się pionowo na powierzchnię, niekoniecznie głęboko, ale niekiedy daleko od wyjścia. Wymaga wielu umiejętności wykraczających poza nurkowanie rekreacyjne.
komercyjne (zawodowe, prace podwodne) – często saturowane, bardzo trudne nurkowania z użyciem skomplikowanego sprzętu nurkowego, daleko odbiegającego od stosowanego w przypadkach wymienionych powyżej, często z powietrzem lub innym gazem dostarczanym z powierzchni wody ze stacji obsługującej, nadzorujące i zabezpieczającej pracę nurka. Wymagania stawiane kandydatom są bardzo wysokie i dotyczą predyspozycji psychofizycznych i innych umiejętności wykorzystywanych do skomplikowanych prac w nieprzyjaznych, podwodnych warunkach. Do wykonywania takich prac są dopuszczane osoby posiadające ukończone specjalistyczne kursy i legitymujące się odpowiednimi dokumentami.
saturowane – w którym poziom gazu obojętnego wchłoniętego przez organizm nurka, a pochodzącego z mieszaniny oddechowej, osiąga największą możliwą dla danego ciśnienia zewnętrznego wartość.

Wracamy tak padnięci, że wcale nie mamy ochoty iść na Full Moon Party - imprezę odbywającą się w każdą pełnię księżyca, zlokalizowaną na najbardziej znanych na Phangan plażach Had Rin Nok oraz Had Rin Nai. Do ww. plaż dojeżdża się bardzo krętą i bardzo niebezpieczną drogą prowadzącą przez okoliczne wzniesienia. Standardowy środek przemieszczania się pomiędzy dowolnym miejscem na wyspie a ww. plażami to wszelkiego rodzaju pickupy (zadaszone lub nie, z miejscami siedzącymi lub bez). Wszelkimi środkami transportu ciągną nieprzeliczone tłumy. Już wierzę, że to nawet 10 000 ludzi. W różnym wieku. Poprzebierani, pomalowani… nawet po kilku dniach ta farba jeszcze się trzyma.


18 lutego, piątek
Wyspa pełna turystów. Większość z nich zjechała tu na Full Moon Party. Większość jest młoda lub bardzo młoda. Ale są tez ludzie w wieku określonym przeze mnie jako „drugi wiek hipisowski”. Śmiejemy się, że przy wejściu na plażę zainstalowano specjalny czujnik i bez tatuaży nie wpuszczają. Rzeczywiście, nie spotkałam nikogo bez tatuażu. Wybór jest między wiele a więcej. Do tego kolczyki gdzie się da, dredy, topless… do wyboru, do koloru! Plaży tez zresztą wielki wybór. I kawiarenek z cudownymi owocami morza. Trochę zresztą z tymi owocami morza przesadzamy (już nam nawet układy trawienne szwankują), ale przecież nie odmówimy sobie krewetek czy langust na wyspie! No więc lecą na okrągło pad thai’e z seefoodem, zupy z seefoodem, sałatki z seefoodem, seefoody w cieście itd. Wszystko pyszniutkie, świeżutkie…
Spędzamy czas odwiedzając kolejne plaże, ale nigdzie nie możemy znaleźć noclegu. Wtedy dzwoni Pawel – szef polskiej szkoly nurkowej na Koh Phangan – z wiadomością, że ma dla nas alternatywę. Jego współpracownik wynajął pokój, ale ostatnio ciągłe imprezuje i Itak sypia w bazie, więc nam odstąpi swój pokój. Przerywam więc czytanie podręcznika do nurkowania i wracamy na południe wyspy. Akurat zabrakło prądu i całe Koh Phangan pogrążone jest w ciemnościach. Śmiejemy się, że gromadzą prąd na jutrzejszą imprezę.
Na rano umawiam się na rozpoczęcie szkolenia. Na razie jeszcze bez szaleństwa, spokojnie zasypiam.


niedziela, 6 marca 2011


17 lutego, czwartek
Promem docieramy na wyspę w południe. Żar leje się z nieba. Zdzwaniamy się z polska baza nurkową, gdzie docieramy po obiedzie. Wykupuję kurs nurkowania, ale nigdzie nie możemy znaleźć noclegu. Jest tuż przed Full Moonem, wszyscy rozkładają ręce. Jedziemy więc na północ. Tan znajdujemy luksusowy bungalow na jedną noc. Cóż, będzie bardzo elegancko. Drogo na wyspach być musi – z tą myślą pogodziliśmy się już dawno. Ale tutaj nawet plaże zamiatają, więc niech im będzie!
Nastrój cudowny…

16 lutego, środa
Dziś leniwie pasiemy się na Internecie a o 18:00 mamy autobus łączony z promem na Koh Pha Ngan, która jest średniej wielkości wyspą, niezwykle popularną wśród budżetowych turystów. Jest na niej kilkanaście świetnych plaż, kilka wiosek, dużo palm, plantacje kokosowe, dżungla, wodospady i kilka popularnych świątyń buddyjskich. Wyspa jest szczególnie popularna wśród młodych i raczej budżetowych turystów, prawie nie ma tu drogich i luksusowych resortów, za to jest mnóstwo niedrogich bungalowów do wynajęcia.
Wyspa ma opinię bardzo rozrywkowej, na kilku plażach imprezy odbywają się codziennie, szczególnie w Haad Rin, które jest najbardziej skomercjalizowanym miejscem z setkami bungalowów, hotelików, knajp, barów i dyskotek oraz tłumami młodych ludzi. Można jednak znaleźć plaże ciche i spokojne, z tanimi domkami i sielską atmosferą.
Na Koh Pha Ngan działa wiele centrów nurkowych, można tu zrobić kursy na różnym stopniu zaawansowania, albo po prostu cieszyć się niezłymi warunkami do nurkowania. Pod tym względem lepsza konkurencja jest jednak sąsiedniej wyspie Koh Tao. Jest tam ponad 60 szkół. Ale tu jest jedna z dwóch polskich. Druga jest na Phuket, ale to raczej poza naszym zasięgiem cenowym.
Warunki do snorkelingu są niezłe już przy samym brzegu, ale agencje organizują wyprawy łodzią do najlepszych miejsc w okolicy. Ciekawe są też wyprawy "objazdowe" po najciekawszych plażach na wyspie.


15 lutego, wtorek
Tak, czuję się w Tajlandii jak w domu. Wszystko jest już znane i przyjazne.
Dziś głównym zadaniem dnia jest złożenie wniosku wizowego w ambasadzie wietnamskiej. Tłuczemy się autobusami na drugi koniec miasta, łazimy po krętych uliczkach, by po powrocie na Khan San Road odkryć, że w licznych agencjach jest… taniej! Nie wiem jak to możliwe i jaki to ma sens, ale z pośrednictwem biura jest taniej i szybciej niż osobiście w ambasadzie.
W Bangkoku najbardziej lubię to, że wystarczy wejść w jakąś uliczkę, skręcić za jakimś zaułkiem – i już zatapiasz się w tej niepowtarzalnej atmosferze… Mnóstwo tu kramików z jedzeniem wszelkiej maści, z ubraniami od rękawków imitujących tatuaże po piżamy i suknie balowe, pięknych rzeczy, które chciałoby się kupić razem z takim kramem, zapakować i wysłać paczką do Polski. A obok tej wioskowo – azjatyckie atmosfery straganików, bazarów i ulicznych jadłodajni panosza się wielkie centra handlowe. Też mają swoje plusy: klimatyzacja, pozwalająca się schłodzić w tej piekielnej temperaturze, zazwyczaj darmowe toalety i wi-fi oraz zimna woda do picia. Są tam centra gier, które wyzwalają w nas chęć rywalizacji i śmiejemy się z siebie nawzajem jak to zawzięcie walczymy o krążek na namagnesowanym pulpicie. Czasem oglądamy różne pierdółki na stoiskach i nie możemy się nadziwić ludzkiej pomysłowości. Szkatułki w kształcie zęba, jakieś dziwne stojaczki, zawieszki mnóstwo tego!
Zresztą obchodzenie stoisk zawsze zaczyna się od działu elektronicznego. Można się pobawić najnowszymi laptopami, szczególnie Mac’ami, i-Podami, zasiąść przed wielkim telewizorem i pooglądać filmy. Ja najbardziej lubię bajki animowane, ale Łukasz zaraz ciągnie mnie do projekcji 3D, więc zakładamy okulary i dajemy się ponieść emocjom.
Wydarzeniem tego dnia pozostanie jednak, zapamiętana na długo, wizyta u stomatologa. Przed nurkowaniem chciałam sprawdzić stan moich zębów, nie kontrolowanych od wyjazdu, więc szukałam punktu, w którym wykonują zdjęcia panoramiczne. W dzielnicy ambasad natknęłam się na małą, przesympatyczną klinikę, w której w cenie zdjęcia dostałam tez wizytę u dentysty, by mi stan moich zębów opisał. Daję słowo: cos takiego spotkało mnie pierwszy raz. Najpierw przecudowna pani poprosiła mnie o wypełnienie ankiety: kiedy ostatnio była u stomatologa, czy mnie coś boli, czy mam alergię itp. Potem zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie (o matko! Jak tu sterylnie i profesjonalnie!!!) lekarz zaczął od przedstawienia mi się (sic!), potem porozmawiał ze mną, by upewnić się na czym mi zależy, obejrzał moje zdjęcia, zwrócił uwagą, co może stanowić problem w przyszłości i skierował na prześwietlenie. Wtedy dwie filigranowe pielęgniarki założyły mi specjalny fartuch ochronny (gdy jedna niechcący pacnęła mnie nim lekko po twarzy, druga ja wyzywała i chciała spoliczkować, ale natychmiast zaczęły mnie bardzo przepraszać – a ja zaskoczona uśmiechnęłam się bezradnie, bo u nas służba zdrowia aż tak się nie przejmuje pacjentami), upewniły się, iż nie mam biżuterii i wprowadziły mnie do specjalnej komory. Szok! Nie wiedziałam jak mam zagryzać, kiedy mogę się ruszać – wszystko mi pokazały i włączyły urządzenie. Różne powłoki zaczęły się kręcić i ustawiać wokół mnie a spiker mówił po angielsku „a teraz się przygotowujemy do…”, „a teraz jesteśmy gotowi”, „a teraz się nie ruszaj”. Rewelacja! A ja tak tkwię w środku z szerokim uśmiechem i nagle pik! Po zdjęciu. Wracam do gabinetu, lekarz podświetla zdjęcie na specjalnym uchwycie przy fotelu dentystycznym i opowiada. Mam bzika na punkcie moich zębów, ale przyznaje on sprawili ogromną radość. Na początek docenił moją kolekcje plomb, licówek i wkrętów… To dobra robota mojego ukochanego stomatologa z Przemyśla – a na zdjęciu wyglądam jak Robocop! Tutejszy omawia ze mną każdy ząb, odpowiada na wszystkie pytania, zapewnia, ze w nurkowaniu nic mi nie przeszkodzi. Potem zalecenia zapisuje na specjalnej karcie i jeszcze raz upewnia się, że pamiętam czym powinnam się zająć w najbliższej przyszłości (gdy będę miała czas).
Przy okazji odbierania wiz do Wietnamu z tej samej usługi skorzystał Łukasz. Różnica polegała tylko na tym, że do założenia mu fartuszka ochronnego dziewczyny musiały użyć stołeczka. I tym razem to ja w poczekalni na miękkim fotelu piłam kawę i oglądałam projekcje możliwych zabiegów i operacji. Potrafią tu czynić cuda!

sobota, 5 marca 2011


14 lutego, poniedziałek
Rankiem lecimy do Bangkoku. Jak dobrze! Auta znowu jeżdżą normalnie, czyli po lewej stronie i nie mamy kłopotów na skrzyżowaniach. Potrawy na przydrożnych stoiskach są znane i lubiane. Ludzie w większości komunikują się po angielsku. Wszystko jest znakomicie przemyślane i zorganizowane. Komunikacja publiczna działa bez zarzutu. I wszędzie są wiatraki albo air conditionery. Ceny są zasadniczo uczciwe a jest tak bezpiecznie, że czasem wręcz zapominamy chronić swoje bagaże. A w naszym ukochanym KC guest housie witają nas z uśmiechem i zmrożoną wodą! I mają dla nas pokój. I działa wi-fi! I za rogiem jest seven-eleven. I czegóż chcieć więcej?



13 lutego, niedziela
Wstaliśmy grubo przed świtem, by zobaczyć jak wioska rybacka budzi się do życia. Przyznaję, że to jedna z tych chwil, gdy docenia się towarzystwo w czasie podróży. Wprawdzie trudno takiego towarzysza dobudzić rano, ale za to spacerując w jego towarzystwie czuję się bezpieczna. Dzięki temu mogę zobaczyć rzeczy, miejsca i wydarzenia, których nie zobaczyłabym podróżując sama. Tak jak wioska czy targ rybny o świcie.


Tyle tam owoców, ryb i innych stworów morskich! Była nawet tanaka – zmielony proszek z kory specjalnego drzewa służący tutaj do ochrony przed słońcem.
O 10:00 czekamy grzecznie na autobus, który ma nas zawieźć do stolicy. Przyjeżdża spóźniony trzy kwadranse. Okazuje się zresztą, że to nie ten. Bo nasz był pełny i już pojechał. No a ten ma popsutą klimatyzację (przy naszych siedzeniach oczywiście nie ma okien, więc jesteśmy skazani na uprzejmość współpasażerów). Autobus wlecze się niemiłosiernie, zatrzymuje się na postoje w drogiej restauracji i jakimś sklepie ze słodyczami, na który najwyraźniej wszyscy czekali, bo jest mocno reklamowany w okolicy. Do Yangonu dojeżdżamy o zmroku. Jeszcze spacerujemy po mieście, jemy kolację i niemałym wysiłkiem drukujemy bilet lotniczy w kawiarence internetowej. Samolot mamy wcześnie rano, więc na wszelki wypadek jedziemy na lotnisko już wieczorem w celu przeczekania w Sali odpraw. Jednak ku naszemu największemu zdziwieniu jedyne lotnisko międzynarodowe w tym kraju jest zamykane na noc! No więc CO MY MAMY ZROBIĆ?! Przemiła obsługa informuje nas, że tutaj nie możemy zostać (a próbowaliśmy rozłożyć się pokotem pod bramą) a 100 metrów dalej jest hotel. Niestety cena wynosi 30 dolarów! Za kilka godzin? Odpowiedź jest szokująca: cena zawiera śniadanie i… transfer na lotnisko!
Wracamy na lotnisko, ale tam definitywnie nie chcą nas przenocować. Łukasz podejrzewa, że za włóczenie się po okolicy mogą nas aresztować (pamiętam informację z któregoś z portali, że w okolicy znajduje się więzienie i turystom nie wolno się tak po prostu włóczyć samopas). Ostatecznie wleczemy się ciemnymi ulicami nocą w poszukiwaniu taniego hotelu. Udaje nam się jednak trafić tylko do równie drogiego jak ten poprzedni. Tu jednak, dzięki zdolnościom negocjacyjnym naszej dwójki, nocujemy za 10 dolarów. Menadżerka chyba na dugo zapamięta parę biedaków z Europy (bo nie sadzę, by pamiętała gdzie dokładnie leży kraj o egzotycznej nazwie Polska).




12 lutego, sobota
Chauna Beach to cudowne miejsce na czilaut. Można skoncentrować się na nicnierobieniu i słodkim nieróbstwie. Za namową naszego boya jedziemy (we trojkę na jednym skuterze częściowo nieutwardzonymi drogami i stromymi stokami)na oddalona o kilka kilometrów plażę. Jeszcze piękniejsza plaża, jeszcze mniej ludzi, jeszcze lepsze zdjęcia… Po odpoczynku do granic znudzenia spokojny powrót brzegiem w promieniach zachodzącego słońca. Mówią, że dla takich chwil warto żyć. Ja myślę, że warto podróżować. Ponosić drobne (i większe) niewygody, zwalczać przeciwności losu. I niech tam sobie złośliwcy siedzą w swoich ciasnych skorupkach i sączą jad. Niech żyją czyimś życiem, bo w ich własnym nic ciekawego się nie dzieje. Ja mam odwagę realizować swoje marzenia. W moim życiu dzieje się wiele, więc dla tych zgorzkniałych tez wrażeń wystarczy. Ale przede wszystkim piszę, by moi przyjaciele i rodzina się o mnie nie martwili, by wiedzieli co i jak robię. Cieszą mnie ich wyrazy wsparcia, opinie i historie o tym, jak moje opowieści zachęciły ich do realizowania swoich marzeń. Coraz częściej dostaję też listy od osób, których nie znam osobiście, a które czytają mojego bloga i twierdzą, że dzięki niemu znajdują w sobie siły, których istnienia się nie spodziewały. Zaskakuje mnie to, ale nie dziwi. Wszyscy mamy lepsze i gorsze chwile, wszyscy potrzebujemy podnoszenia nas na duchu. Ale zawsze musimy pamiętać, że czynienie swojego życia pięknym i szczęśliwym nie wymaga wielu pieniędzy czy „pleców”, a odwagi, pozytywnego myślenia i determinacji. Czasem nieco wsparcia i odrobiny szczęśliwych zbiegów okoliczności. Czy to zbyt wiele? Moja historia pokazuje, że to możliwe. A zatem chyba warto próbować. Powodzenia!