skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

środa, 23 marca 2011




3 marca, czwartek

Dzień przeznaczony na odpoczynek, shopping i szkołę gotowania. A okazało się, że plany trzeba zmieniać – albo same się zmieniają. I wcale nie znaczy to, że jest gorzej. Nie udało nam się porządnie odespać dnia poprzedniego, bo jeszcze byliśmy na nocnym markecie, na drinku, na rybkach… i tak jakoś zeszło w przyjemnej atmosferze a na 6:30 umówiliśmy się z naszym tuktukarzem. Zaproponował nam wycieczkę do wioski na jeziorze z prawdziwym pływającym targiem. Ponieważ w Tajlandii wszystkie te floating market okazują się być reliktem utrzymywanym sztucznie dla potrzeb turystów, czuliśmy wielka potrzebę zobaczenia czegoś autentycznego. Wypytałam więc drivera a on uczciwie podał odległości, ceny i opisał, że część lodzi to prawdziwe małe markety dla potrzeb mieszkańców, ale część to już z pamiątkami dla turystów. Ta odpowiedź mnie przekonała. Wydała mi się do gruntu uczciwa – jak nasz kierowca. No więc o 6:30 wsiedliśmy do tuktuka i pojechaliśmy 20 kilometrów do stacji łodzi motorowych. Nie ma o niej w LP a jest to spora atrakcja. Wiele guesthousów organizuje tam wycieczki – po 20 dolarów od osoby! My zapłaciliśmy mniej na własna rękę. Łodzie okazały się droższe, niż się spodziewaliśmy, ale nasz kierowca pomógł nam w negocjacjach. Chwile po siódmej sunęliśmy już płytką brązową rzeką w kierunku równie brązowego jeziora Tonle Sap. To, co zobaczyliśmy przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Prawdziwa, wielka wioska na jeziorze! Ze szkołą, kościołem, posterunkiem policji i warsztatem (ale nie samochodowym, tylko łodzie naprawiają tzn wyciągają tam do reperacji silniki, więc wygląda jak nasze warsztaciki samochodowe). Nawet, jak w reklamie cocacoli, mają boisko do koszykówki. Wszystko na drewnianych platformach, pływające na wodzie. Łodzie mieszkalne. Z ogródkami. Z psami. Jedna mała łódka służy za cały dom (z kuchnią i łazienką) dla całych, często wielopokoleniowych, rodzin. A woda wokół brązowa i gęsta. Czasami zielona – myślałam, że to jakieś wodorosty, ale okazało się, że to wielkie plamy ropy unoszą się wszędzie w okolicy. A ludzie tam żyją i nikt nie ogłasza stanu klęski żywiołowej.



Pływaliśmy tam około godziny. Młody chłopak próbował nam opowiadać o zyciu rybaków, o ciężkim losie sierot, by wyciągnąć trochę dodatkowych pieniędzy. Wszyscy tutaj są tak strasznie biedni! Serce pęka, że nie możemy zmienić ich życia na dostatniejsze. Najlepsze, co możemy zrobić to zapłacić tym, którzy uczciwie pracują. Bo mogliby w jedna noc „zarobić” sto razy tyle na przemycie narkotyków, ludzi czy nierządzie. Dlatego trzeba szanować i doceniać tych, którzy uczciwie pracują. Tak tez robimy. Nie znaczy to, że się nie targujemy. Targujemy się, a jakże! Ale z uśmiechem. I w granicach rozsądku.
Gdy wracamy po godzinie, mijamy mnóstwo łodzi z turystami, płynących na jezioro. Dobrze, że byliśmy przed tymi tłumami. To dla nich te wszystkie plastykowe atrakcji w postaci farmy ryb czy farmy krokodyli – żenujące obrazki gadów pływających w ciasnej drewnianej klatko-skrzynce wśród mnóstwa śmieci. I mała dziewczynka owinięta pytonem krzycząca do turystów „one dolar!”.




W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze przy farmie lotusów. Pola usiane białymi kwiatami po horyzont wyglądają przepięknie. Czasem wśród nich jakaś chatka, czasem ludzie już ruszyli do pracy. Wycinają białe lilie, bo to najchętniej ofiarowywany tu kwiat. Ofiarowywany bóstwom w świątyniach, nie kobietom :D Chwilę później napotykamy już turystów. Ciągną na jezioro dziesiątkami, zatrzymując się we wskazanych przez touroperatorów miejscach, także na zrobienie zdjęć kwiatowej farmie.





Mieliśmy dziś wziąć udział w zajęciach szkoły gotowania, ale odwołujemy plany, by porządnie odpocząć. W południe opuszczamy hotel i ruszamy na polowanie. Polujemy na pamiątki i prezenty. W trakcie naszych wcześniejszych wizyt na markecie nocnym i lokalnym namierzyliśmy kilka rzeczy, nie tylko pięknych czy ciekawych, ale do tego oszołamiająco tanich. Kupujemy niemal bez opamiętania koszulki, sukienki, zegarki i torbę podróżną na te drobiazgi. Bo mamy ze sobą tylko małe plecaczki i cały ten dobytek nie ma szans się w nich zmieścić.

Potem chwila relaksu. Wybieramy profesjonalne centrum i fundujemy sobie (dobrze powiedziane hihi – pięć dolarów za osobę) godzinny masaż tajski. Bardzo podoba mi się zarówno organizacja (kilkanaście małych salek z materacami, klimatyzacją, gdzie dostajemy swoje piżamki) jak i sam masaż (mnie masuje dziewczyna, Łukasza chłopak). Spodziewałam się, że to cale naciąganie będzie bolesne, ale okazało się całkiem przyjemne. Mój kolega oczywiści narzeka na brak profesjonalizmu w kwestii nieznajomości zagadnień medycznych, al. nikt nie oczekuje, że to profesjonaliści. To przeszkoleni młodzi ludzie, z ogromnym doświadczeniem. Nie radzą sobie najlepiej z miejscami chorymi, ale swoją pracę wykonują rzetelnie i z uśmiechem. Po godzinie schodzimy na dół, gdzie przy stoliku siedzi „mama San” zarządzająca tym miejscem. Pijemy pyszną herbatkę i płacimy.


Wieczorem mamy autobus do nadmorskiej miejscowości – 11 godzin jazdy. Reklamowany jako pierwszy mądry sposób podróżowania po Kambodży. Busik miał po nas podjechać między 19:00 a 19:30, ale gdy przychodzimy do hotelu o 19:02 okazuje się, ż juz był. Na szczęście agencja w której kupowaliśmy bilety jest tuż obok, więc Łukasz załatwia tam, że przyjadą jeszcze raz. Po chwili podjeżdża tuk tuk, który zawozi nas… na sąsiednią uliczkę! Tam czeka sleeper. To autobus z kilkudziesięcioma miejscami do leżenia. Pierwszy raz widzę takie cudo (ponoć w Indiach są, ale ja nie miałam przyjemności), więc jestem jedna z wielu osób robiących zdjęcia. Przez następne tygodnie przekonam się, że tego typu autobusy funkcjonują w całym regionie, ale inne są w każdym kraju. Najbardziej podobają mi się laotańskie, ale są też najdroższe.

piątek, 18 marca 2011

Travel Map
I've been to 73 cities in 17 countries
Magdalena is an explorer that:
does their own thing
doesn't mind roughing it
lives on the edge
Travel cred: great
I rank in the top...
0.1% most cities visited - Azerbaijan
0.1% most cities visited - Georgia
0.2% most cities visited - Myanmar (Burma)

2 marca, środa
Pobudka już o 4-tej. O 4:30 mamy umówionego tuktuka (za 12 dolarów na cały dzień). Chcemy zdążyć na (podobno) niesamowity wschód słońca nad Angkor Wat. Angkor to największa i najbardziej okazała budowla sakralna na świecie. A w zasadzie kompleks blisko tysiąca świątyń położonych na obszarze ponad 400 km2! Angkor wpisany jest na listę światowego dziedzictwa kultury i jest uważany za największe miasto na świecie w okresie sprzed rewolucji przemysłowej. Jest też największą i najbardziej okazałą budowlą sakralną (większa nawet od Watykanu).

Wracając do wschodu słońca – rano o 5:15 jesteśmy już na miejscu. I co? I nic. Tłumy wycieczek, naganiacze do restauracji. W ciemnościach nie wiemy dokąd iść, aż w końcu decydujemy się iść za innymi. Zasiadamy z kawą nad brzegiem jeziora z widokiem, jaki widnieje na większości zdjęć z Angkoru. Tuż nad horyzontem, nisko położone chmury zasłaniają wschodzące słońce. Tego poranka nie jest nam dane zobaczyć żółtoczerwonego blasku nad Angkorem. Alle i tak największą atrakcja były dziesiątki Japończyków ze statywami, wielkimi obiektywami, które zmieniają co chwila. O wschodzie słońca głos ptaków zagłuszało pstrykanie migawek. Jak szarańcza albo inne cholerstwo. To tyle jeśli ktoś zadaje sobie pytanie czy jechać, czy to prawda z tymi tłumami turystów. Tak, tłumy, tłumy, tłumy. Ale kompleks jest tak olbrzymi, że nie są uciążliwe. (Co więcej, mnie się udało na ścieżce do jednej ze świątyń spotkać skorpiona. Pozwolił się obfotografować i sobie poszedł.)



Angkor Wat to symbol Kambodży. Tak ważny, że sylwetka Angkoru znajduje się wszędzie. Na pieniądzach, fladze, znaczkach. Jest to jedyne dobro narodowe tego kraju. Bez niego prawdopodobnie do Kambodży nie przyjeżdżałby nikt za wyjątkiem ciekawskich turystów pragnących zobaczyć tragiczne skutki reżimu Pol Pota i czerwonych Khmerów.
Na ironię zasługuje fakt, że ten niesamowity i ogromny kompleks świątyń został oddany w dzierżawę prywatnej firmie i to ona czerpie wszystkie zyski z biletów, które nawet jak na warunki europejskie są bardzo drogie (20$ za 1 dzień, 40$ za 3 dni). Dla państwa i ludności niewiele zostaje. Dlatego my, znając swoje możliwości po Bangan w Birmie, Wykupiliśmy bilety jednodniowe i wynajęliśmy tuktuka z kierowcą, który opowiadał po angielsku o historii, budowlach, pracował przy rekonstrukcji jednej z nich. Woził nas do zachodu słońca czyli 14 godzin trasa która z nami ustalił – łamiąc stereotypowe mała i wielkie koło.



Zresztą był tak zadowolony z naszego towarzystwa, że zaproponował nam trasę na dzień następny. Może to dlatego, że daliśmy się zaprosić na imprezę :D W porze obiadowej pojechaliśmy odwiedzić jego kolegę (zaraz po tym jak opowiedział nam historię swojej rodziny i przedstawił kilku kolegów – policjantów, kierowców, sklepikarzy). Kolega mieszkał w typowej chatce w otoczeniu palm i burej ziemi, czyli pośrodku niczego. Z kilkoma sąsiadami z jedliśmy tradycyjny posiłek, porozmawialiśmy. Zostaliśmy zaproszeni do picia, ale jakoś wódka ryżowa na nie przegotowanej wodzie ze studni (jest bura i gęsta jak Mekong i trzeba ja filtrować) nie wydała mi się dobrym pomysłem. A koledzy na kłopoty żołądkowe poradzili zielone banany. I wreszcie dowiedziałam się o Kambodży tego, czego nie piszą w żadnym przewodniku. Jak bardzo Khmerzy są dumni ze swojej historii, a przy okazji jak bardzo nienawidzą swoich sąsiadów, jak bardzo gardzą szczególnie Tajami. Jak nazwać i opisać co czułam słuchając dumnych mieszkańców tej ziemi, opowiadających o swojej historii w wiejskiej, skleconej z czego się dało chatynce wśród tych monumentalnych budowli o porywającej historii. A historia…

Świątynie odkryto pod koniec XIX w. całkowicie ukryte i zarośnięte przez dżunglę. Najstarsze budowle powstały w IX w., a ostatnie w XV. Były siedzibami królów, czczonych bogów i duchownych. Zwykli ludzie nie mogli tam mieszkać.
Mnie szczególnie podobają się 2 świątynie (Ta Prohm i Ta Som), których celowo nie oczyszczono z porastających je drzew i krzewów (na zdjęciach). Wyglądają tak, jak je odkryto ponad 150 lat temu. Niesamowita lekcja pokory wobec natury. Drzewa, które potrafią całkowicie pochłonąć budowle, korzenie które wrastają w każdą szparę, rozrywając potężne kamienne bloki. No i jeszcze Bayon z wieżami o czterech twarzach oraz ściana (a właściwie mur) słoni.



Zmęczenie po 14 godzinach? Oczywiście. Ale było warto! Zresztą Siam Raep oferuje mnóstwo możliwości na relaks i regenerację. My tego dnia skorzystaliśmy z FISHSPA. Za 2 dolary moczysz nogi przez godzinę a rybki objadają martwy naskórek. My znaleźliśmy takie, gdzie rybek było dużo, były ogromne i bardzo głodne. Na początku spróbowałam z małymi – straszliwie łaskotały. Z dużymi, cóż… na granicy bólu i bardzo przyjemnego obłaskotowywania hihihi na szczęście w cenie było jeszcze piwko, więc łatwiej było się oswoić :D


1 marca, wtorek

Na ulicach pełno ludzi, restauracje, kluby, wszystko otwarte. Jedzenie za 1$, piwo 1$, tut-tuk 1$, owoce 1$. Większość rzeczy kosztuje - zgadnijcie ile? 1 $! Do tego niesamowita bezinteresowność, uczynność i uprzejmość mieszkańców. Od razu zaczęło mi się podobać.
Pierwszy dzien postanowiliśmy przeznaczyc na zapoznawanie się nowym krajem, rozeznanie okoliczności, poznanie jedzenia i wycieczkę do Muzeum Min. Drugi na Angor Wat. Trzeci… za daleko by planować.
No więc od razu spróbowaliśmy jedzenia z przydrożnego punktu – jedna pani jednocześnie jest kelnerką, kucharką i sprzątaczką – czyli azjatycka norma. Na ulicy. Wózek, obok butla z gazem, palnik, wok i półprodukty. I mały plastykowy stolik. Ale prawdziwym odkryciem okazała się „knajpka za rogiem”, gdzie przychodziło sporo zarówno lokelsów, jak białych. Właściwie to kilka knajpek różnego typu z wspólnymi stolikami na chodniku. W dzień maja nawet wielkie parasole chroniące od słońca. Są dania obiadowe, sałatki warzywne, koktajle owocowe i inne desery, a pośród nich… baby egg! Maleńkie kaczątko w jajeczku z dodatkami: chilli, czosnkiem, niezastąpioną limonką, bazylią i innymi zielonymi listkami oraz mieszanką soli i pieprzu. Bardzo, bardzo smaczne! Natomiast walory estetyczne i… różne inne zależą od tego, jak rozwinięty płód się dostaje. My za każdym razem dostawaliśmy w Kambodży coraz starsze. Chyba wraz z naszym dojrzewaniem emocjonalnym rosły też te kaczuszki. No więc tej z twardym dzióbkiem, łapkami i dużymi upierzonymi skrzydełkami nie da się zapomnieć.



Nie planowaliśmy na ten dzień większych aktywności. Ale bardzo nam zależało na odwiedzeniu Muzeum Min i Niewybuchów. Zresztą LP też bardzo je poleca – jako miejsce, gdzie można samemu spróbować jak to jest znaleźć minę. Ale to wszystko jedna wielka lipa! Muzeum jest maleńkie, zaniedbane, zapuszczone, położone bardzo daleko (można jego zwiedzanie połączyć z wycieczką po Angor, bo leży na jego terenie i nawet chcieli od nas bilety, a zwiedzanie zajmuje z kwadrans) i rozczarowuje. Gdyby nie znajomość tematu rozbrajania min przez tę organizację z programu Martyny Wojciechowskiej – muzeum nie wywarło by na mnie żadnego wrażenia. Ale że moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach, pobudzona wspomnieniem opowieści kobiet z tego programu, to wzruszyłam się bardzo. Szczególnie interesująco wyglądają te młode dziewczęta w mundurach, nadzorujące ekspozycję, z dziećmi na rękach. I obrazy, które można by zaliczyć do nurtu sztuki naiwnej, pokazujące różne sytuacje związane z wybuchaniem jeszcze dziś min i pozostałości po amerykańskiej interwencji.

środa, 16 marca 2011


8 lutego, poniedziałek
Trudno było ostatnim razem wjechać do Tajlandii (bo na lotnisku okazało się, że wizę on arrival wystawiają po pewnymi warunkami a jednym z nich jest posiadanie bilety wylotowego – o czym wcześniej nikt nas nie poinformował i którego oczywiście nie mieliśmy. Ale szybko znalazło się okienko dla VIPów, gdzie za „drobną opłatą administracyjną bez potwierdzenia” otrzymaliśmy niezbędny stempelek od ręki), więc trudno musiało być więc także z wyjazdem. I żeby Łukaszowej teorii stało się zadość. Ale to ja miałam kłopot, bo w moim całkiem nowym przecież jeszcze paszporcie, w którym już kończą się kartki i planuję wyrobienie tymczasowego zapewne w Hong Kongu, z powodu nadmiaru wiz ważny pan w pięknie dopasowanym mundurze nie znalazł mojej wizy tajskiej. „No visa” powtarzał. Odłożyłam więc wszystkie pakuneczki na jego stolik i sama zaczęłam jej szukać, powtarzając, że na pewno ja mam. Tylko jak ona wyglądała? Mamrotałam z lekka zakłopotana a pan serdecznie się uśmiechał do mnie z tym swoim „no wisa”. No ale wreszcie znalazłam! I pokazałam mu z dumą mała trójkątną pieczątkę z datą – 28 lutego. Pod kolekcją innych pieczątek w napisem „Thailand”. Pan wbił wzrok we wskazany przeze mnie trójkącik – uzyskany w okienku dla VIPów – przeczytał na głos datę, spojrzał na kalendarz i już zaczynał to swoje „no visa’ gdy wpadłam mu w słowo: No właśnie! Do dzisiaj! Zaskoczony poważny pan spojrzał na moją bezgranicznie paszczękę (Łukasz mówi, że uśmiech mi się zawinął dookoła głowy), pokiwał głową i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Przybili stempelek wyjazdowy, ale śmiał się tak jeszcze długo. Jeszcze długo i daleko za budynkiem kontroli paszportowej słyszałam ten śmiech.

2
No a to był przecież dopiero początek. O drodze Bangkok – Siam Raep krążą straszne historie. A to o oszukańczych biurach podróży organizujących przejazd, a to o przysłowiowym łapówkarstwie khmerskich pograniczników czarczujących pod byle pozorem na całkiem wysokie sumy, a to o zdzierczych prowizjach pobieranych za pomoc w wyrobieniu wizy na granicy, a to w końcu o zatrzymywani się na posiłki w przeraźliwie drogich punktach oraz zwlekaniu z dojazdem do celu podróży, by po zmroku wysadzeni na peryferiach Siam Raep turyści tym łatwiej dali się zwieść miejscowym tuk – tukowcom. Wszystko to prawda. Jak również to, że podróżnik z jako takim otrzaskaniem bez kłopotu i jakiegokolwiek zdenerwowania ze wszystkim sobie poradzi. Wystarczy dobrze wybrać biuro, które nie porzuci Cię na granicy (najlepiej sprawdzić wcześniej wykupując jakąś imprezę), pogranicznikom wystarczy powiedzieć, że się nie ma pieniędzy, albo zapytać o potwierdzenie (można tez zaproponować drobniejsza sumę i wtedy bywa, że uniosą się honorem i powiedzą, ze jak tak, to niech już będzie bez tej opłaty – tak było w naszym przypadku), pośrednikom wystarczy odmówić (chociaż jadący z nami Australijczyk nijak nie mógł pojąć, że wizę kupiliśmy sami, bo on zapłacił dwa razy więcej jakiemuś facetowi, który zresztą zniknął z jego paszportem i facet o mało nie pobił wszystkich którzy mu się nawinęli, a wielki i silny był z niego facet), na postojach wystarczy poszukać innej knajpki w okolicy – zazwyczaj jest ich nawet kilka, albo kobiet sprzedających jedzenie obnośnie, zaś na tuktukowców sposobów jest mnóstwo. I jeden lepszy od drugiego. My zaczekaliśmy aż się tłum rozmyje i dopiero wtedy zaczęliśmy negocjacje z chłopakiem który od początku nas wybrał jako cel ataku. W końcu uśmiechnęłam się do niego, zaproponowałam mniej niż połowę jego ceny a gdy zaprotestował dodałam słodko: Widzisz tu jeszcze jakichś turystów? Albo zarobisz trochę na nas, albo nie zarobisz nic. Jak widzisz my jesteśmy gotowi by iść piechotą – i zademonstwowałam latarkę. Natychmiast z szerokim uśmiechem zaprosił nas do swojego tuktuka. Zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy, pokazując wprawdzie po drodze coś co sam, polecał, ale trzeba przyznać, że miejsce było uczciwe. Gdy się na nie nie zdecydowaliśmy, ale chcieliśmy zapłacić, bo byliśmy w rejonie który nas interesował, przyjął pieniądze, ale przeprosił, że musi nas odstawić do hotelu i podać szefowi nazwę, bo jak nie to będzie miał kłopoty. I tak znaleźliśmy się w Królestwie Kambodży. Państwie o klimacie skansenowym na pograniczu Birmy i Nepalu, gdzie żądzą zupełnie inne zasady. I które zaskoczyło mnie tym, że… mnie oczarowało jak mało które! Ale to już opowieść na następne dni.

27 lutego, niedziela
Mieliśmy na dziś bilety do Siam Raep. Jutro kończy się nasza wiza tajska, a Lukas nie chce wyjeżdżać w ostatniej chwili, mając świadomość, że na granicy tajsko-kambodżańskiej dzieją się różne historie, a za pozostanie w Tajlandii dłużej niż na to pozwala wiza płaci się po 50 zł za dzień. Ja jednak uparłam się, że chcę zobaczyć Wielki Pałac Królewski (tajski: พระบรมมหาราชวัง, Phra Borom Maha Ratcha Wang), więc wbrew sobie poszedł wymienić bilety na poniedziałek a niedzielę przeznaczamy na zwiedzanie. Jakoś nie mieliśmy szczęścia do tego pałacu, bo wybieraliśmy się tam już kilka razy, ale zawsze cos nas powstrzymywało. Nawet nastawiony na wściekle wczesną godzinę budzik nie pomagał. Tym razem jest jednak inaczej. Płyniemy promem miejskim. Rzeka. Pełna barek, mniejszych i większych łodzi i promów. Nad nią wyrosło już kilka wysokich hoteli, ale na brzegach zobaczyć można także domy-rudery, składy, bazary i... przystań ozdobnych królewskich łodzi. Co kilkaset metrów są tu małe mola do których cumują w biegu długie jednostki "Chao Phraya Express". Nikt nie trudzi się przerzucaniem kładki czy trapu. Motorowa łódź podpływa, dobija burtą do mola. I teraz trzeba przeskoczyć na pokład... Pokład, który co chwilę niebezpiecznie się oddala. Już chwilę po otwarciu meldujemy się pod bramą. Okazuje się jednak, że to nie ta. Przez tę Tajowie wchodzą – za darmo. Dla nas jest inna – z biletami po 35 zł. I szatnią, w której wypożyczają (za depozytem) ubranka dla nieskromnie odzianych.
Ale jest to obiekt który trzeba zobaczyć - tajska architektura jest niepowtarzalna. Wzniesiono go pod koniec XVIII wieku. Z daleka ponad murem lśni wielka złocona czedi (patrz zdjęcie obok). Przy bramach, od ich strony wewnętrznej ustawiono wielkie posągi strażników, które odstraszać mają wszelkie zło (przede wszystkim swoimi potwornymi minami odstraszają co bardziej wrażliwych turystów, ale zwrotu biletów nie przyjmują)
Pałac doczekał się nawet własnej strony internetowej:http://www.palaces.thai.net/
W skład pałacowego kompleksu wchodzi między innymi Wat Phra Kaeo nazywany także Królewską Kaplicą Szmaragdowego Buddy.




Emerald Buddha czyli Szmaragdowy Budda. Wewnątrz świątyni w której siedzi (na szczycie wysokiego ołtarza-piramidy) nie wolno robić zdjęć. Ma trzy złocone stroje na trzy pory roku. Kaplica jest jednym z czterech pomieszczeń, których wnętrza d Pałac królewski w Bangkoku ma nie tylko status zabytku i oficjalnej siedziby monarchy. Jest to również święte miejsce do którego ludzie przychodzą modlić się i składać ofiary. Przed wejściem do Świątyni Szmaragdowego Buddy zapalają trociczki, na rodzaju ołtarza składają przyniesione kwiaty i owoce. ostępne są dla turystów - wchodzi się tam po pozostawieniu na zewnątrz obuwia.
Kolorowe dachy, wszechobecne złocenia, ściany wykładane milionami lusterek - wszystko to składa się na obraz z pogranicza kiczu. Mitologiczne i alegoryczne postacie, malowidła pokrywające ściany w podcieniach wokół dziedzińców... Aby to wszystko chociaż pobieżnie obejrzeć potrzeba 2-3 godzin.
.
Kompleks pałacowy znajduje się na wschodnim brzegu rzeki Menam stanowiącej naturalną granicę kompleksu. Z pozostałych stron teren Wielkiego Pałacu ogrodzony jest murem obronnym o łącznej długości 1900 metrów. Teren kompleksu zajmuje powierzchnię 218.400m².

niedziela, 13 marca 2011

26 lutego, sobota
Czasem gdy słyszę ludzi podróżujących wraz ze mną na przykład autobusem turystycznym, opowiadających swoje „krew mrożące w żyłach” przeżycia i tłumaczenia dlaczego jadą tym autobusem a nie zwyczajnym, publicznym albo autostopem – śmiech mnie ogarnia. Ja powiem wprost – jeżdżę tak bo jest taniej. W Tajlandii. Autobusy miedzy dzielnicami turystycznymi to jakaś 1/3 cen autobusów rządowych TAT. Podobnie jest z wycieczkami. Do dawnej stolicy wycieczka z obiadem, przewodnikiem i pick upem z hotelu na cały dzień kosztuje tyle co bilety tam i z powrotem. No więc wykupujemy wycieczkę na cały dzień do Ayuthaya -starożytnąej stolicy Tajlandii.


Dziś w tym miejscu znajduje się rozległy park archeologiczny, a w nim całkiem nieźle zachowane ruiny kilkunastu świątyń buddyjskich z XIV wieku. Ślady po okazałych świątyniach są tu obecne prawie co krok!
Ajutthaja (lub Ayutthaya) jest miastem położonym w centralnej części Tajlandii, w odległości ok. 80 km na północ od Bangkoku. Miasteczko opływają liczne rzeki (np. Chao Phraya i Pa Sak), skąd zyskało ono miano: „miasta-wyspy” (Koh Muang). W przeszłości, rzeki tworzyły naturalną fosę wokół miasta, pełniąc ważną rolę strategiczną, wykorzystywane były także jako naturalny system nawadniający. Ajutthaja dzieli się więc na dwie części: miasto wewnętrzne (znajdujące się na wyspie) i miasto zewnętrzne. Stare Miasto w znacznej części usytuowane jest w wewnętrznej części Ajutthaja. Historyczne ruiny w centrum miasta zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (Phra Nakhon Si Ajutthaja Historical Park) 13 grudnia 1991r.
Pełna nazwa miasta brzmi: Phra Nakhon Si Ajutthaja. Przez wiele lat (a nawet stuleci), od 1350 do 1767 r., Ajutthaja była stolicą Tajlandii. W XVI w. miasto przeżywało swój okres świetności i było jednym z największych i najbogatszych królestw w Azji, nazywano je nawet „Złotym Miastem”. Królestwo Ajutthaja zajmowało wówczas rozległe obszary państw sąsiadujących z dzisiejszą Tajlandią, a bogaciło się głownie na pośrednictwie w handlu między Indami i Chinami, jak również na eksporcie ryżu, skór zwierzęcych i kości słoniowej. Do Ajutthaja docierali kupcy z całej Azji, a także z Europy i Bliskiego Wschodu. Żyło tam wówczas około czterdziestu narodowości.


Ajutthaja rozwijała się niezwykle prężnie aż do połowy XVIII w., kiedy to najechali ją Birmańczycy. W 1767 r., po dwuletnim oblężeniu, wojska birmańskie zdobyły ówczesną stolicę, niszcząc i paląc ją doszczętnie. Po tych zdarzeniach nigdy już nie została ona odbudowana i nie odzyskała swej dawnej świetności




Obecnie miasto jest stolicą regionu, tradycyjnie noszącego tę samą nazwę. Ruiny Ajutthaja po dziś dzień wywierają ogromne wrażenie i świadczą o dawnej potędze królestwa. Architektura miasta jest fascynującym połączeniem stylu budowli khmerskich z typowo rodzimymi rozwiązaniami. Wpływy budownictwa khmerskiego odnajdujemy przede wszystkim w licznych wieżach, przypominających swym kształtem kaktusy czy też kolby kukurydzy (tzw. prang). Turyści mogą podziwiać na terenie miasta i w najbliższych jego okolicach, wiele wspaniałych zabytków architektonicznych, przede wszystkim ruiny budowli pałacowych i świątynnych.

W samym centrum Ajutthaja znajduje się niewielkie jezioro Phra Ram i noszący tę samą nawę park, wokół których mieści się kilka najważniejszych świątyń.
Właściwie codziennie jemy coś pysznego i już nawet tego nie zapisuję. Każdego dnia koszotujemy lokalnych potraw i zachwycamy się ich smakiem, a właściwie smakami, bo zazwyczaj smaki te łączą się i mieszają w każdym posiłku, niczym style i trendy w dobrym dziele sztuki. Bo sztuka kulinarna nabiera tu zupełnie nowego, nieznanego mi w Europie wymiaru artyzmu. I o dziwo nie tęsknię za potrawami z Polski czy Europy (poza wigilijnymi, więc zapewne jest to związane z atmosferą świąt a nie tylko z zapachami i smakami), ale nie potrafię sobie wyobrazić powrotu do nich. Wiem, że będę gotować. I to w stylu azjatyckim. A posiłki często są proste, łatwe I szybkie w przygotowaniu. To niesamowite, że niezależnie od rodzaju i standardu knajpki, w kilka minut, przygotowują na życzenie klienta świeża smakowita potrawę. Jeśli zamawiasz kilka to każda z nich ma zupełnie inny smak, kolor, aromat. A dziś jedliśmy małże. Najlepsze małże w moim życiu! W chodnikowej knajpce (czyli stoliczki plastykowe na chodniku a kuchnia przewoźna na ulicy) starszy Chińczyk wyczarował talerz małży w czosnku. Kosztowały chyba z dziesięć złotych a pachniały tak, że nie tylko czuć było na całej ulicy, ale nawet dzisiaj (piszę po dwóch tygodniach) pamiętam ten zapach, czuje ten smak, a moje ślinianki na ich wspomnienie intensywnie pracują.

25 lutego, piątek
Jesteśmy znowu w Bangkoku. Autobus zatrzymuje się na dworcu południowym, choć obiecywali centrum. Ale już przywykłam. Znalezienie właściwego autobusu komunikacji miejskiej przed świtem nie jest już problemem. W dzielnicy turystycznej jesteśmy przed otwarciem czegokolwiek. I co? I w naszym ulubionym hoteliku maja dokładnie jeden pokój i dokładnie w naszym standardzie. Zostawiamy więc bagaże, sprawdzamy co trzeba na necie i jedziemy do ambasady Wietnamu. Odebranie wizy bez zastrzeżeń. Ale kończą nam się zdjęcia do wiz a tu akurat otworzyli punkt z niezłymi cenami. Płacimy więc za 16 fotek i czekamy. Przychodzi facet a aparatem słabszym od mojego, karze usiąść na tle białej ściany. Dziwne, ale niczego nie ustawia. Przecież to mają być takie zdjęcia jak do paszportu, z białym tłem i duża twarzą. Nie pyta czy nam pasują, tylko drukuje. Prosimy, żeby pokazał i… o nie! Tło jest szaro-bure, twarz mała i na każdym kolejnym zdjęciu jesteśmy coraz bardziej z boku. Tłumaczymy dlaczego te zdjęcia są nie do przyjęcia a on się wścieka – zapłaćcie za ta połowę i sobie idźcie! Nie, no tego się nie spodziewałam! Zapomniałam, że ambasada to nie kawałek Tajlandii, w której generalnie jest uczciwie. Straciłam czujność! No więc zaczyna się tłumaczenie, negocjowanie. Mnie już nerwy puszczając, więc Łukasz każe mi usiąść i sam rozmawia z urzędnikami. Sytuacja przybiera niespodziewany obrót. Krzyczą na nas, że to zdjęcia tylko do wizy wietnamskiej i tu je akceptują. Ale na sowa, ze w takim razie po co komu 16 zdjęć milkną. I wtedy przychodzi konsul (czy jakiś jego zastępca), pyta o paszporty. Łukasz mówi, tak mam paszport.
- Daj!
- Mam, nie dam.
- Wiza?
- Mam.
Milczenie.
No to ładnie się narobiło. Spiszą nasze dane (maja zdjęcia z aplikacji), nie wpuszczą do Wietnamu. Mają takie parszywe prawo nie wpuścić bez podania powodu. Zaskoczeni odbieramy nasze pieniądze i w kiepskich nastrojach wychodzimy na ulicę.
A może trzeba było wziąć te fotki dla świętego spokoju? No trudno, już za późno.
Dla poprawy humorów odwiedzamy najbliższy bazar – jedzenie, słodycze, kawa i jakieś drobne zakupy zdecydowanie poprawiają nam nastroje.



No to jedziemy do głównej atrakcji dzisiejszego dnia. Muzeum Patologii i Chorób. Właściwie jest to sześć połączonych muzeów, zajmujących całe piętro nowoczesnego szpitala. Niestety nie można w środku robić zdjęć. A byłoby co fotografować!!! Jest wystawa pokazująca jakimi pasożytami można się zarazić w jakim jedzeniu –i zdjęcia oraz modele, pokazujące skutki. Są tez olbrzymie, podświetlone powiększenia różnych bakterii i pasożytów– wyglądają okropnie! Moja „ulubiona” lambria prezentuje się interesująco, ale nie mam ochoty na więcej spotkań bliższego stopnia. Wystarczy mi oglądanie jej w muzeum. Jest wystawa poświęcona skutkom tsunami, jest kardiologiczna z komorą, w której można było kiedyś zmierzyć ciśnienie. I z wypreparowanymi sercami. No i jest olbrzymia część – kilka sal – z wypreparowanymi narządami ofiar wypadków, morderstw, zawałów itp. wraz z dokładnymi opisami. Były to chyba dowody w różnych sprawach. Niektóre są bardzo stare i już mętne, inne nowiutkie, jeszcze bez opisów. Towarzyszą im często zdjęcia z miejsca zbrodni, z wizji lokalnych. Dalej znajdują się zdeformowane płody ludzkie, np. zrośnięte główkami. Najczęściej maleństwa z pierwszego trymestru, ale jest też dziecko z ósmego miesiąca – ofiara wypadku. Dokonano aborcji by matka przeżyła. Są też dzieci, które nie przeżyły pierwszych tygodni. Z ogonkami. Z jednym tylko okiem. Z wodogłowiem. Niektóre wydają się być ilustracjami greckich mitów o cyklopach, czy opowieści o wampirach.
Resztę dnia spędzamy na niespiesznych spacerach wzdłuż rzeki, kupowaniu biletów, planowaniu dalszej podróży. I na objadaniu się lokalnymi smakołykami. Moje ukochane „zupki wszystkich smaków”! i desery, o których nie wiadomo czym do końca są…

24 lutego, czwartek

Przez ostatni tydzień uczyłam się o używaniu sprzętu ABC (maska, fajka, płetwy),
butli (jednej lub więcej) ze sprężonym powietrzem (najczęściej) lub innym gazem (np.nitrox, trimix), automatu oddechowego który redukuje ciśnienie z butli do ciśnienia otoczenia umożliwiając swobodne oddychanie (obecne standardy bezpieczeństwa wymagają posiadania dwóch), kamizelki wypornościowej (KRW/ang. BCD) (tzw. jacket) lub skrzydła (odmiana KRW) do regulacji/kontroli pływalności, skafandra nurkowego mokrego lub suchego w zależności od warunków, głównie temperatury wody, w jakich nurek przebywa oraz czasu nurkowania, ciężarków ołowianych (tzw. balastu) rekompensujących dodatnią pływalność w/w skafandrów, komputerów i tabel nurkowych, głębokościomierza i zegarka do określenia bezpiecznej głębokości, czasu przebywania pod wodą i pozostałego czasu bezdekompresyjnego (nurkowania rekreacyjne) lub określenia dekompresji do wykonania pod wodą (nurkowania pozostałe) zgodnie z planem nurkowania, manometru do określenia ilości czynnika oddechowego w butli (wyrażonej w barach, psi lub MPa), oświetlenia w postaci co najmniej jednego źródła światła (latarka nurkowa, lampa HID, lampa LED),
narzędzia tnącego (noża, lub sekatora), służących do m.in: czynności związanych z nurkowaniem jak: podważanie, drobne pomiary (miara na niektórych nożach) lub niekiedy oswobadzania się w przypadku zaplątania w sieci.


Dziś dzień na relaks, odpoczynek na plaży, surfowanie po necie i po południu prom na lad. A potem nocny autobus do Bangkoku.
23 lutego, środa
Nadszedł dzień egzaminu. Okazuje się, że testy są tylko w języku angielskim! Siedzę więc i staram się zrozumieć zawiłości tych testowych sformułowań, czasem potrzebuje pomocy w tłumaczeniu, ale ostatecznie… niemal 100%! Dostaję swoją książeczkę nurkowań, kartę, potwierdzającą kwalifikacje (na razie tymczasową) i mogę iść świętować. Przyznaję, że fajna atmosfera panuje w tej szkole. Tacy ciekawi ludzie! Pozdrowienia dla Pawła i Jarka! Życzę samych sukcesów i powodzenia w realizacji marzeń!
A świętuję – tradycyjnie w Hop Panie. To taka lokalna wersja bufetu. Płacisz raz, dostajesz kociołek z grillem (uzupełniany węgielkami ile razy zechcesz) i gotujesz sobie, grillujesz różne mięska, owoce morza, warzywka, ryby; są gotowe potrawy, słodycze, owoce, lody… Fantastyczne miejsce!

piątek, 11 marca 2011

22 lutego, wtorek
Dzień Myśli Braterskiej. Nie mogę być z moimi harcerzami, ale przecież istnieje Internet!
Na śniadanie umówiłam się z Agatą. Jedziemy – same – na dwa nurkowania. Dl mnie będzie to zakończenie kursu i pierwsze nurkowanie jako nurka :D a dla Agaty ostatnie nurkowania na Koh Phangan, bo za kilka dni wyjeżdża. Wraca do Polski. Dzień okazuje się zupełnie wyjątkowy. Z bazy jedziemy same. Na łodzi jest tylko jeden instruktor – z niedostępnej od strony lądu plaży zabiera kilka osób na snurkowanie, jedna pod wodę. Czujemy się jakby ta łódź była tylko dla nas. Idziemy na dziob i tam spędzamy czas w drodze na Koh Yppon – Marine Park. Marine Garden. Często spotykana nazwa. Zazwyczaj na określenie miejsc szczególnie pięknych. Tak nazywał się na przykład beduiński camp w Dahab, który wspominam z rozrzewnieniem. Super szybka łódź pruje po morzu między mnóstwem boi i chorągiewek jak po jakiejś autostradzie. A my siedzimy sobie na dziobie, nogi nam wiszą, słona woda chlapie, słoneczko mocno przygrzewa… jest bosko!
Na Koh Yppon robimy dwa nurkowania. W dwóch różnych miejscach. Pierwsze zapamiętam jako to, gdy pierwszy raz zobaczyłam płaszczki. Jakie cudowne istoty! Takie piękne kolory! I tak dostojnie się poruszają. Trochę za nimi pływałam. I jaskinio – komin w którym się już nie obijałam o rafę i było niesamowicie. No i jeszcze naukę pływania z kompasem i próby jak to jest, gdy zabraknie powierza w butli. Na powierzchni oczywiście, w sposób zupełnie kontrolowany. Ale uczucie tak dziwne, że wiem iż nie chce tego przeżyć pod wodą. Choć ćwiczenia zaliczyłam jak należy. A drugie nurkowanie – gdy szukałyśmy żółwi – to przede wszystkim piękna rozdymka i niesamowite wrażenie gdy zmieniałyśmy głębokości i zmieniała się gwałtownie temperatura wody. I emocje związane z pływaniem kilkanaście metrów pod lustrem wody gdy wokół nie ma nikogo! Tylko my dwie. I spokój, który daje świadomość, że ufam tej drugiej osobie, która jest ze mną pod wodą. I tak sobie tu pływamy – dwie dziewczyny z Polski. Żyć nie umierać!


21 lutego, poniedziałek
Uczę się pilnie o zasadach dobrego nurkowania - to przede wszystkim zasady bezpiecznego nurkowania, zarówno dla siebie jak i innych nurkujących osób. W przypadku chęci nurkowania "ze sprzętem", tzn. z użyciem zestawu powietrznego, butli, automatu - pozwalających na dłuższe przebywanie pod wodą niż to, na które pozwala nam fizjologia, trzeba pamiętać o: (poza odbyciem kursu jak ja)
podczas zanurzania należy pamiętać, aby "wyrównywać ciśnienie" (poprzez np. dmuchnięcie przy zamkniętych ustach i nosie zamkniętym poprzez zaciśnięte na nim palce) w celu wyrównania ciśnienia w naturalnych przestrzeniach powietrznych w ciele ludzkim (głowa, zatoki). Wyrównywanie ciśnienia należy powtarzać możliwie często - częściej niż czujemy ucisk/dyskomfort w uszach. Nieprzestrzeganie tego może spowodować ból, a następnie uraz ucha, aż do pęknięcia błony bębenkowej ucha. Możemy też spotkać się z odwrotnym efektem: uwięzieniem powietrza w przestrzeniach powietrznych (ucho wewnętrzne, zatoki) przy wynurzaniu, gdy powietrze rozpręża się. Najczęstszym powodem jest katar (śluz zamyka przestrzenie uniemożliwiając samoistne wyrównanie ciśnienia- należy zwolnić wynurzanie i wykonać odwrotny manewr niż przy zanurzaniu: zrobić wdech przy zamkniętych ustach i zaciśniętych na nosie palcach).
nigdy nie nurkować w pojedynkę. Jest to oczywiście zrozumiałe, bo należy pamiętać, że partner jest potrzebny w wielu sytuacjach - od sprawdzenia sprzętu przed zanurzeniem, weryfikacji danych, jakie podają własne przyrządy pomiarowe aż do sytuacji awaryjnych - gdzie awarii ulega nasz własny sprzęt lub zawiedzie nasz organizm. Jedyny wyjątek stanowią nurkowie techniczni, którzy mogą czasami decydować się na samotne nurkowania ze względu na skrajne niebezpieczeństwo, które im towarzyszy.
przy wynurzaniu należy bezwzględnie pamiętać, aby nie zatrzymywać oddechu. Należy więc oddychać spokojnie i ciągle wydychać powietrze. Jak wiadomo, przy wynurzaniu zmniejsza się działające na nas ciśnienie, dzieje się tak również wewnątrz naszych płuc. Wzięcie 3 litrowego oddechu na 20 m powoduje, że na powierzchni byłoby to już 9 litrów - a to już przekracza objętość płuc i co za tym idzie - powoduje urazy ciśnieniowe (a czasami nawet śmierć).
Na początku myślałam, że jest tego wszystkiego straaaasznie dużo. Tych zasad znaczy. I sprzętu; jacket, inflator, aparat do oddychania i octopus, i jeszcze maska, i płetwy (zawsze mi się wydaje, że mi spadają), że o pasie ołowianym nie wspomnę (na ostatnim nurkowaniu odpinał się samoczynnie i co kilka minut musiałam go zapinać ponownie).

Dzisiaj czas na nurkowanie na otwartym morzu. Sail Rock. Najbardziej zachwalana miejscówka w okolicy. No więc jedziemy znowu najpierw taksówką, potem pakujemy się na łódź. Sporo tych nurków. Na takiej łodzi jestem pierwszy raz. Ale atmosfera! Lokalny kapitan i jego pomocnik nastawiają muzę. Klimat jak w filmach o sportach ekstremalnych. Prujemy po falach skacząc powietrzu. Opływamy nieco wyspę zbierając jeszcze kilka osób. Tropikalne widoki, plaże z palmami, słoneczko pięknie grzeje. A ja dostaje choroby morskiej. Ale wszystko pod kontrolą. Mamy tabletki. Tylko, ze to dopiero początek. Skurcze żołądka, biegunka, zawroty głowy… o cholera! Czymś się zatrułam. Już mam wszystko przygotowane, założyłam mokry skafander i… nie mogę wstać. Wszystkie mięśnie mi drżą. Agata rozkłada bezradnie ręce. Co można zrobić w takiej sytuacji. Próbuję się ochłodzić w wodzie, ale niewiele to pomaga. Nie myślę logicznie. Nie wiem z czym sobie poradzę a z czym nie. Mój nurkowy partner przejmuje inicjatywę – nie będę nurkować, bo to zbyt niebezpieczne. Przyznaję mu rację. Za rada kapitana płynę na sąsiednią, większą łódź. Gdzie przesypiam niemal godzinę. Trochę dochodzę do siebie. Po posiłku czuje się na tyle dobrze, że mogę zejść pod wodę. Promienny uśmiech Agaty i jej rozemocjonowane opowieści o tym co widzieli pod wodą (Łukasz wypatrzył olbrzymią, dwumetrową murenę) dodają mi sił. I rzeczywiście w wodzie czuje się jak ryba. Nie zgadzam się na żadne ograniczenia programu nurkowania. Zatem schodzimy na kilkanaście metrów w dół, opływamy rafę, wchodzimy do wielkiego komina i płyniemy nim w górę. Łatwo powiedzieć. Ale dla laika, jakim jestem, nagromadzenie drobiazgów takich jak brak równowagi i kontroli pływalności na początku, ostra rafa, olbrzymie ryby, zalana maska… są wystarczającym powodem do lekkiej paniki. Spostrzegam, ze zbyt szybko oddycham. Podoba mi się to, że sama musze nad wszystkim zapanować. Na początek przywołuję do porządku oddech. Sprawdzam zapas powietrza – strasznie szybko „się zużyło” przy takim oddychaniu. A zatem – nigdy więcej! Poprawiam maskę, orientuję się w przestrzeni wokół, wybijam w górę. Jest! Znowu wszystko pod kontrolą. I wtedy zaczyna się to, co –jak sadzę – najpiękniejsze w nurkowaniu: kolorowe ryby, dziesiątki, setki, tysiące, płaszczki, przepiękna kolorowa rafa! I jeszcze coś. Ludzie, z którymi nurkuję. Którym mogę ufać. Z którymi czuje się bezpiecznie. Magiczny, tajemniczy podwodny świat otwiera swoje podwoje.