skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

niedziela, 3 kwietnia 2011

23 marca, środa

Tadlo to miejsce, gdzie można pospacerować nie zaczepianym pośród domostw i poprzyglądać się jak płynie życie Laotańczyka. Ale i wokół jest sporo atrakcji. Większość ludzi przyjeżdża tu by jeździć na słoniach – ale ja jestem po szkole tresury słoni, więc co mi tam. Są tez tacy, którzy przyjeżdżają na odpoczynek i jedzenie madame Pap, nazywanej przez wszystkich Mamą Pap. Mama Pap to opisywana już wczoraj przeze mnie przesłodka kobieta prowadząca małą restaurację na podwórku przed swoim domem. Miejsce nie ma szyldu i nigdzie nie jest reklamowane, ale przyciąga podróżników swoją magiczną, rodzinną atmosferą. Kobieta chętnie opowiada o swoich przygodach (akurat wczoraj spadł na nią wielki bambus i ma limo pod okiem wielkości zajawek na pudelku). Co prawda na zamówione danie czeka się bardzo długo, w końcu jednak zawsze dostaliśmy tak olbrzymie porcje, że nie byliśmy w stanie ich zjeść. Najsławniejszy jest jej meganaleśnik z bananami i czekoladą. Wynik rozgrywki miedzy nami: jeden zero dla niego!



Okolica jest tak spokojna, że postanowiliśmy wypożyczyć skuter. Nie umiemy jeździć, nie mamy prawa jazdy, ale – udało nam się znaleźć taki z automatyczna skrzynią biegów! O tutaj rzadkość i ekstrawagancja, więc mieliśmy szczęście.




Śmigając z coraz większą wprawą mijaliśmy kolejne wioski i plantacje. Dookoła w oddali rozpościerały się porośnięte dżunglą góry. Po prostu oszaleliśmy z zachwytu. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy skuter, aby zapuścić się głębiej w jakąś wioskę albo plantację.


Największe wrażenie zrobił na mnie olbrzymi wodospad, do którego jechaliśmy 20 kilometrów. Było warto. Widok ze szczytu nieziemski. Przyszła grupa mnichów, która malowniczo wkomponowała mi się w fotki. Gdy zawiewał wiatr wszędzie wokół bryzgała woda wzbudzając wiele radości takim niespodziewanym prysznicem.


Potem postanawiamy poszwendać się po bezdrożach. Znakomity pomysł. Tylko nie mamy mapy okolicy. Jest pięknie, malowniczo i tak tajemniczo. Mam złe przeczucia co do motoru i okazuje się że łapiemy gumę. Oczywiście nie potrafimy się dogadać z ludźmi w najbliższej wiosce. Wracamy do drogi. Łukasz porzuca mnie w środku niczego i jedzie sam, bo pchać trudno a we dwie osoby jechać nie możemy. Wokół tylko spalona ziemia i bananowce. Spaceruje sobie więc tak sama (to znaczy z aparatem) po tym pustkowiu i strasznie mnie to wszystko bawi.



Próbujemy znaleźć miejsce, gdzie zreperują nam skuter. Nikt nie mówi po angielsku, ale to nic. Śmieją się i już mam się obrazić, kiedy okazuje się, ż jeden z chłopaków wsiada na motor by pojechać i nam pokazać odpowiednie miejsce – wulkanizację. Lokalna wulkanizacja to chatka mieszkalna z oponami wywieszonymi na kołku. Ależ to oczywiste! To taka lokalna wersja szyldu. Ale z nas białych durnie, nie mogliśmy się domyślić? Już rozumiem dlaczego się z nas śmiali.






Personel stacji wulkanizacyjnej stanowi kobieta z gromadką dzieci. Przyglądamy się jej bacznie, ale ona niespeszona zabiera się do pracy. Zdjęcie kola zajęło jej z pół godziny. Gdyby tylko mieli tu butelkowana wodę! Dzieciaki bawią się z nami i w ogóle atmosfera jest niesamowita. Kobieta sprawnie wyszukuje dziurkę używając nie jak my wody, lecz piasku (sic!) i jej tylko znanymi metodami naprawie dętkę. Założenie jej z powrotem nastręcza jednak ogromnych trudności. Pomoc Łukasza okazuje się niewystarczająca. I wtedy wraca mąż. Na pięknym kombinowanym motorze (widać, że to jego pasja!). Zaczyna się od niemałej awantury. Nie wiemy co kobieta nawija, ale łatwo się domyślić. „Gdzie ty się szwendasz tak długo? Ja tu sobie flaki wypruwam zastępując ciebie a ty łajdaku jeździsz nie wiadomo gdzie…! Kiedy spostrzegają nasze ubawione miny także wybuchają śmiechem i wspólnie przystępują do dalszej pracy. Po chwili, nieziemsko umęczeni pokazują ze wszystko jest gotowe. Cena? Wynika nie z użytych narzędzi czy poświęconego czasu. Zależy od tego ile maja w domu pieniędzy, ale byłam wydać ze średniej wielkości banknotu 



A po rajdzie skuterem relaks z Laolao. Jest to rodzaj miejscowego bimbru pędzonego na terenie całego Laosu z ryżu o mocy około 40% dostępny w małych sklepikach. W butelkach po coca coli zatykanych folią, przelewany do torebek foliowych wiązanych gumka, za niezwykle niska cenę, powiedzmy 1$ za litr! Ach jak nie chce się stąd wyjeżdżać!
22 marca, wtorek
No i nie mamy więcej czasu na błogie leniuchowanie. Trzeba jechać dalej.
W nocy była cudowna burza. Jeszcze takiej nie widziałam. Ogromna burza z setkami olbrzymich piorunów wszędzie wokół. Na wyspach robi jeszcze większe wrażenie. Pioruny bardziej huczą, woda niesie głos dalej i dalej, nie ma wysokiej zabudowy i rozbłyski widać po horyzont… Wioski pogrążone w ciszy i ciemności i tylko ja sobie siedzę na werandzie bungalowu i ten spektakl jakby specjalnie dla mnie… Tak, wiem jak to brzmi. Nie było piorunochronu, ale wszystkie urządzenia wyłączyłam i odłączyłam z ładowania – zresztą i tak prądu zabrakło. Hamaki zwinęłam, pranie zebrałam, to co miałam robić? Bać się? Podziwianie jest znacznie fajniejsze. Chyba mogłabym zostać łowcą tajfunów czy coś w tym stylu, bo burze poza podziwem nie wywołują we mnie żadnych innych emocji. Tak więc w rankingu najpiękniejszych zjawisk przyrody w kategorii burza ta z delty Mekongu ląduje zaraz obok tej z Kirgistanu, gdy na 3 500 mnpm burza wpadła do kotła i nie mogła uciec bo szczyty wokół były za wysokie. Teraz też bywało jasno jak w dzień i głośno jak na lotnisku. Oczywiście to nadzwyczajne zjawisko trwało długo, więc się nie wyspałam, co po kilku dniach ostrej aktywności ostatnio hihihihi było wielkim problemem.

O szóstej mamy łódź na ląd. Ale najpierw trzeba się spakować w świetle latarki i rozliczyć z gospodynią. To nie takie proste, bo jest wściekle wcześnie, więc wszyscy śpią (wydawało nam się ze o tej porze wioska budzi się do życia, ale pewności niemieliśmy, bo by przecież o tej porze spaliśmy – tzn wstawałam na wschód słońca, wychodziłam na werandę, robiłam zdjęcie, wzdychałam i wracałam spać). Obudzona nie tylko nadal nie mówiła po angielsku, ale nie mówiła w ogóle. Tefom jeszcze nie było, żeby dawać ludziom pieniądze i prosić, by wzięli.
W końcu jakoś się udało i poczłapaliśmy na „przystań”. Tu na szczęście znalazł się chłopak, który nas przewiózł. Rejs taka łódką o świcie po Mekongu… kolejna propozycja do reklamy Master Card z serii „bezcenne”. Jest cicho i spokojnie, jakby nie było żadnej burzy. Wolne wiosłówki i szybki motorówki miejscowych mijają nas w różnych kierunkach. Uśmiechają się do nas życzliwie i wydaje się, że tak naprawdę wcale się nie spieszą. Znikają po chwili w szuwarach i można by pomyśleć że byli tylko przywidzeniem.


W wiosce nie udaje nam się dobudzić sprzedawcy naszych biletów, więc musimy sobie radzić sami. Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić gdy nikt słowa w cywilizowanym języku nie zna! W końcu trafiamy na „lokalny dworzec autobusowy”, z którego mamy „autobus”. Wspomniany dworzec to plac błota w środku niczego, gdzie stoi kilka ciężarówek. Okazują się one być lokalnymi autobusami. Ten środek transportu nie przypomina w ogóle autokaru, lecz małą ciężarówkę, która w swej tylne części (tam, gdzie zazwyczaj wozi się towar) zamontowane ma dwie ławeczki. Bardzo wąskie twarde ławeczki. Nad pasażerami znajduje się zadaszenie chroniące ich przed słońcem.
Monika wpakowała swój plecak i, ponieważ zostało kilka minut do odjazdu, poszłyśmy do „toalety” (na zdjęciu, więc opos pominę). Kiedy wracałyśmy oczom naszym ukazała się odjeżdżająca ciężarówka. Okazało, że na zegarku kierowcy godzina wybiła, więc ruszył. W ostatniej chwili chłopcy odzyskali plecak. Dziwne – pomyślałam. – Żadnych oznak sympatii dla białych turystów?! I zatęskniłam za Indiami gdzie każdy wie dokąd jedziesz, bo opcja jest tylko jedna, więc nawet nie musisz pytać i tak zatrzymają co trzeba i ulokują cię dokładnie tam, gdzie chciałeś się znaleźć.
Ale tragedii nie ma. Za godzinę jest następny. Chłopcy Ida zdobyć coś do jedzenia a my zostajemy z bagażami. Już tęsknie za tym pysznym lokalnym jedzeniem, które podawała pani w naszej ulubionej restauracyjce na wyspie.
Pośrodku pomiędzy ławeczkami stały cztery ogromne kosze liści jakichś przypraw, pod ławeczkami kilka koszyków ryb, z których z dolnej części powolutku wypływała woda – przewozi się je w lodzie ale nijak osłonięte, podtapiając nasze sandały, plecaki i co tam stalo na ziemi. Z Don Det do Pakse – większej miejscowości na południu Laosu – jedzie się zaledwie trzy godzinki. Słońce, wiaterek a na postojach tłumy kobiet sprzedających co się da.

W samym Pakse do zobaczenia nie ma dosłownie nic, ale w okolicy troszkę atrakcji - na wschodzie i północy nieduże wsie i wodospady, na południu, około 40 km od miasta - ruiny Wat Phou, coś w rodzaju Angkor Wat w miniaturze.



My jednak wysiadamy na dworcu południowym, żegnamy się z Monika i Michałem i szukamy autobusu do Tadlo. Niby ten sam dworzec, ale za jakimś bazarem, po drugiej stronie drogi. Niby autobus pasażerski, ale więcej w nim paczek i worków niż ludzi, chociaż tych tez całkiem sporo. Znajduje dwa ostatnie miejsca i ruszamy.
Jednym z najciekawszych miejsc na południu Laosu jest płaskowyż Bolaven, dokąd właśnie zmierzamy. Tutaj uprawia się przepyszną laotańską kawę i herbatę. Czeka nas jeszcze dwukilometrowy marsz do wsi właściwej (taksówkarzowi podziękowaliśmy bo cena była z kosmosu), znalezienie pokoju i… leżenie na hamaku!

Tadlo mnie zachwyciło! Planowałam zostać na jedną – zostałam na dwie noce, bo - jak powiedziały spotkane na samym początku dziewczyny tu wszyscy zostają dłużej. I rzeczywiście, wszyscy opowiadali, ż przyjechali tu na chwilę a zostali… dużo dłużej. To miejsce nadaje się idealne na wypoczynek pośród natury. To takie miejsce gdzie zapomina się o zegarku a jedynie zachód słońca podpowiada, ze kolejny dzień chyli się ku końcowi.



Mieszkamy w pięknym ekskluzywnym bungalowie, bo TUTAJ nas na to stać. Mamy cudownie urządzony pokój z meblami, lawą, fotelami, kilkoma lampkami, łóżko wielkości niejednego pokoju z moskitierą, łazienkę jak marzenie, wielki taras z bambusowymi mebelkami i widokiem na pola. Jak na wsi oglądanej w telewizji! Mogę czuć się tak swobodnie! Zostawić otwarte drzwi do pokoju, zapomnieć o laptopie na werandzie – i nikt się tu nie kręci, nie zagląda. A jeśli wyjdę przez drzwi główne, po minucie spaceru jestem w najlepszej knajpie w okolicy. Madame Pat nie umie liczyć, więc jeśli musi wydać to mówi, ze nie ma drobnych i trzeba się rozliczyć następnym razem, ale za to cudownie gotuje! Ale to już temat na osobna opowieść…

Zalegliśmy w hamakach na werandzie z widokiem na pola, z których wieśniacy wracali w świetle zachodzącego słońca właśnie i miałam wrażenie ze tak samo rytuał ten trwa tutaj od stuleci. Krowy biegnące same do gospodarstw, psy przyjaźnie nastawione do ludzi. Cóż, zwierzęta zawsze są takie, jak ich opiekunowie.



Życie w Tadlo płynie swoim niczym niezmąconym rytmem jak wody rzeki przecinające tę ziemię. Mieszkańcy wioski od świtu do zmierzchu zajmują się swymi sprawami, ale zawsze maja czas by przystanąć, uśmiechnąć się, doradzić. Nie przejmują się drobiazgami – nawet skuter wypożyczają nam na słowo honoru (jedyni, którzy nie chcą paszportu albo bardzo wysokiego depozytu). Czas jak by się zatrzymał a technologia i nowoczesność nigdy tu nie dotarły.



Ludzie mieszkają w drewnianych chatach krytych strzecha, nocą ogrzewają się przy ognisku z chrustu zbieranego na brzegiem rzeki. Po wiosce biega inwentarz w postaci zabawnych świń najczęściej, ciesząc Łukasza do granic absurdu. Nikt niczego od ciebie nie chce, nie chce ci niczego sprzedać ani świadczyć żadnej usługi!

sobota, 2 kwietnia 2011

21 marca, poniedziałek
Pierwszy Dzień Wiosny


No więc wysp na Mekongu jest podobno aż 4 tysiące. Trzy największe: Don Khong, Don Det i Don Khon posiadają dobrą infrastrukturę, a na pierwszej z nich jeżdżą nawet minibusy i jest ona zarazem centrum administracyjnym tego regionu. Don Det (na tej mieszkamy) to wyspa.

Jedna z wielu w krainie zwanej Si Phan Don (Cztery Tysiace Wysp).
Kraina ta leży tuz przy granicy z Kambodżą. W tym miejscu Mekong rozszerza się na kilkanaście kilometrów, tworząc prawdziwa mozaikę wysp i kanałów. Niektóre wyspy są zamieszkane, inne zupełnie niedostępne. Miejsce to jest prawdziwym cudem natury i oczywiście dużą atrakcja turystyczna.


Większość turystów wybiera jednak te większe wyspy, blisko centrum z dobrymi hotelami i barami, bo przyjeżdżają tu chętnie, by poimprezować. Z nami płynęła pani w wieku drugim hipisowskim, która zdziwiła się, że w ogóle są jeszcze inne wyspy. Nie wiedziała zatem dokąd płynie i gdzie ma wysiąść. Usłyszała różne nazwy i zapytała „a co to za różnica?” bez komentarza. Na takim towarzystwie nam nie zależało


My upatrzyliśmy sobie jedna z najmniejszych zamieszkanych wysp - Don Det. Jej największą zaleta jest to, ze raczej nie trafiają tam zorganizowane wycieczki. Tylko przejeżdżają minibusy do wodospadu i do delfinów słodkowodnych. Poza nimi wokół tylko miejscowi. Spokojny, wręcz nudny, rytm życia. To najprawdopodobniej najbardziej zrelaksowane miejsce na ziemi, gdzie życie płynie w tempie nurtu Mekongu (czyli baaardzo wooolno). Klimat, jak pisałam wczoraj, jest po prostu sielankowy….




Po dniu nicnierobienia przemagamy się, gdyż budzą się w nas potrzeby poznawcze. Udajemy się na spacer do wodospadu tzw. perły Mekongu. To jeden z największych wodospadów w południowo-wschodniej Azji. Przechodzimy prezz mostek, pod którym mały próg wodny. Łukasz pyta, czy to to. Myślę sobie, że na Tanwi mamy kilkadziesiąt takich „szumów” i wyglądają znacznie bardziej malowniczo. Ale na szczęście to jeszcze nie to :D Wodospad, a właściwie ich kompleks, jest kilkadziesiąt metrów dalej. Jest duży, położony pomiędzy skałami. Prąd wody jest naprawdę mocny. Mimo, iż lokalni bardzo śmiecą, to jakoś udaje im się zadbać o wodospad. Jest nawet przy nim piaszczysta plaża, gdzie spędzamy sporo czasu na kolejnym nicnierobieniu. Zaledwie Kika osób szwęda się w okolicy. Jest tak cicho i spokojnie, że prawie tam zasypiam. Teraz jest pora sucha w Kambodży więc nie było dużo wody, ale wodospad i tak jest uroczy.



Standardowym programem wycieczek do wodospadu jest szukanie z łodzi delfinów słodkowodnych. Nasi nowi znajomi spróbowali i potwierdzili nasze wiadomości. Jeśli ktoś myśli, że skaczą one z radosnym uśmiechem ponad łódkami i żonglują piłeczką na swoim nosie, to się bardzo zawiedzie. Tak nie jest. Delfiny te są bardzo leniwe i zaobserwować można właściwie tylko ich grzbiety, lub jeśli ktoś ma więcej szczęścia, połowę szarego ciała. Wynurzają się tylko po to, żeby nabrać powietrza i śmiesznie przy tym „puffają”. Ci co byli, twierdzą, że warto w ogóle się tam fatygować. My nie żałujemy, że spędziliśmy ten czas w hamakach.
20 marca, niedziela
Rano wysiadam w Pakse na południu Laosu. Wysiadam w miejscu nieczęsto odwiedzanym przez turystów. To znaczy jest ich tu wielu, ale to tylko maleńki procent tych przyjeżdżających do Laosu. Ważniejsze jednak, że wysiadam z autobusu… jakiego istnienia nie przewidywałam w najśmielszych fantazjach futurystycznych. Nie był aż tak drogi, by cena sugerowała istnienie takiego cuda. Fotki pokazują cos niecoś. Nie tylko odespałam ostatnie dwie noce, ale też spokojnie i wygodnie obejrzałam film na lapku. Największym zaskoczeniem było jednak to, że dostaliśmy miejscówkę na samym końcu autobusu, nie w dwójce tylko w „loży szyderców” – kanapie na pięć osób. Okazało się, że obok nas w ostatniej chwili rozłożyła się jeszcze tylko jedna parka. Ale zaraz! Ja znam tych ludzi! Polacy, których spotkaliśmy dziś przy świątyniach. Monika i Michał okazali się znakomitymi kompanami podróży. I nie tylko. Świetnie rozkminili sobie pomysły na urlopy, na zwiedzanie Azji. Znaleźliśmy wspólne tematy, zgadaliśmy się w kwestii wspólnych planów, więc postanowiliśmy wspólnie spędzić kilka następnych dni.




Laos jest krajem bardzo górzystym, znaczną część jego powierzchni zajmuje dzika roślinność, w tym dziewicza dżungla. Kraj przecina sieć rzek, głównie Mekong i jego dorzecze. W Laosie nie ma może atrakcji na miarę Angkoru , ale parę miejsc na pewno zasługuje na uwagę. Największą atrakcją Laosu jest jego dzika i nieprzeciętnie piękna przyroda, dlatego postanowiliśmy zacząć od kilku dni słodkiego lenistwa w hamaku w "krainie 4 tysięcy wysp" na południu. Hamaki kupiliśmy sobie jeszcze w Kambodży a pogoda wydawała się pewniejsza na południu – północ jakąś taka zimna ostatnio. Spotkani Polacy opowiadali o swoich trzech dniach pobytu w Luang Prabang – w deszczu i zimnie. Chcieliśmy tego uniknąć. No i ta ich podróż na południe. Pokazywali zdjęcia autobusu, który zakopał się w błocie po gwałtownych opadach i utknął na 10 godzin w pustkowiu.


A zatem lenistwo na wysepkach Mekongu. Miejscówka znana jest jako 4 tysiące wysp, ale tak naprawdę to trzy wyspy „właściwe” i trzy tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem (na oko) mniejszych lub większych kamoli wystających z wody, niektóre porośnięte drzewami.
Mówi się także, że to sto wysp w porze deszczowej i tych kilka tysięcy w porze suchej, gdy poziom wody w Mekongu znacznie opada. Rzeka w najgłębszym miejscu ma około 50 m. głębokości i żyją tu rzadkie delfiny słodkowodne. Brzmi zachęcająco, ale z delfinami to lipa. My jednak wiemy po co jedziemy – delektować się rustykalna atmosferą.



Łodzią motorową docieramy na wyspę, szukamy jakiejś chatki nad Mekongiem i dziwimy się tym niespodziewanie wysokim cenom. Już miało mi się przestać podobać, gdy chłopaki stanęli na wysokości zadania i znaleźli świetne bungalowy w jeszcze lepszej cenie. Tuz przy świątyni, kilometr od sławnych wodospadów. Cisza, spokój, lokalna knajpka i właścicielka z która nie można się dogadać. Po prostu cudownie!
Zawieszamy nasze hamaki, zalegamy z zimnymi napojami i zapominamy o bożym świecie na resztę dnia. Nasza aktywność ruchowa w ciągu dnia ogranicza się do wyciągania ręki z hamaka w celu wprawienia go w ruch. Gapimy się na rzekę, obserwujemy rybaków, którzy wypływają na połów.


Przyglądamy się dzieciakom chłapiącym się w wodzie, ludziom na moście łączącym nasza wyspę z sąsiednią. Gdy nam się to nudzi, odwracamy głowę, zmieniamy kilka slow a naszymi sąsiadami, czyli Monika i Michałem. A nie, przepraszam. Poszliśmy jeszcze cos zjeść. A że Laotańczycy to wyjątkowo leniwy naród (zasłużył sobie na opinię najbardziej leniwego wśród kolonii francuskich, a konkurencja była przecież niezwykle silna w tej części kuli ziemskiej), to na nic innego czasu nam już nie starcza :D tak, wpasowywanie się w klimat znakomicie nam wychodzi hihihihi

piątek, 1 kwietnia 2011

19 marca, sobota

W Laosie panuje klimat zwrotnikowy monsunowy i wyróżnia się dwie pory roku:
deszczową - od maja do października, z temperaturą przekraczającą 30 stopni przy bardzo wysokiej wilgotności powietrza i częstymi ulewami monsunowymi
suchą - od października, do maja (czasem okres od marca do maja nazywa się porą gorącą), z temperaturą od 15 do 40 stopni (maj) (w grudniu i styczniu, w górach, temperatura może spaść nawet do zera stopni). To jednak nie oznacza, że w marcu zawsze świeci słonce. Gdy przyjechaliśmy –padało. Wieczorem mżyło. Dziś rano było lekkie zachmurzenie. A w południe zrobiło się tak niemożliwie gorąco, że ze zwiedzania najlepiej pamiętam klimatyzowany dom handlowy ii zmrożone piwko w cieniu Łuku Triumfalnego.
Najwięcej turystów odwiedza Laos pomiędzy listopadem, a marcem, ale pozostała część roku także nadaje się do podróżowania, o ile komuś nie przeszkadzają 40 stopniowe upały, czy częste ulewy. Trzeba się jednak liczyć z takimi problemami, jak za niski poziom wody w rzekach pod koniec pory suchej (to problem dla łodzi, ale także mniej spektakularne widoki na Mekongu, szczególnie wodospady wyglądają mniej okazale), albo nieprzejezdne drogi w trakcie pory deszczowej (ale i teraz zdarzają się tak ulewne deszcze, że potrafią zatrzymać autobus na 10 godzin – ale o tym jutro).


Stolica. Właściwie to gdybym nie wiedziała, że kostolica, nigdy bym się nie zorientowała.
Nie ma tu oszałamiającej ilości atrakcji turystycznych, ale trzeba ruszyć się z hostelu (wymeldowaliśmy się, kupiliśmy bilety na wieczorny autobus i zostawiliśmy bagaż w agencji). Ta luźna, senna i zrelaksowana atmosfera miasta udziela nam się dość mocno, bo ciężko zmobilizować się do zwiedzania zabytków Vientiane. Przechodząc obok zabytkowych kamienic na Th Panghkam skręcamy w prawo obok Pałacu Prezydenckiego. Prawie naprzeciw siebie usytuowanę są Haw Pha Kaeo(5 000 Kipów = 1,70 PLN) i Wat Si Saket (5 000 Kipów = 1,70 PLN). Świątynia Wat Si Saket zbudowana pomiędzy 1819 a 1824 rokiem jest uznawana na najstarszą świątynię w Vientiane. Otoczona setkami posągów Buddy, skrywa w środku wysokiego na kilkanaście metrów Buddę, oraz wspaniałe pozłacane freski na ścianach. Haw Pha Kaeo, będąca podobna do Si Saket, ma na swym terenie niewielki park i kilkanaście stup. Wat Si Saket przypada mi do gustu, 6400 posążków Buddy musi robić wrażenie, poza tym to najstarszy wat w mieście.
Następnie warto rzucić okiem na niedaleką That Dam. Ta zabytkowa stupa, przedstawiana na herbie Laosu, była niegdyś, jak legenda głosi, cała w złocie. Niestety na skutek wojny z Syjamem, złoto zostało zrabowane ukazując jedynie brązowy kamień. Niektórzy twierdzą, że warto zerknąć na stolicę z góry - z łuku triumfalnego Patuxai. Mnie się wydaje, że warto by dobudować jeszcze jedno piętro, by widok był ciekawy. Ale na wpinacze w tym upale i tak Pieter jest zbyt wiele. Zwłaszcza, że bufet jest świetnie zaopatrzony.

Stolica Laosu zaskakuje, ale nie rozczarowuje. Jeśli ktoś szuka oszałamiających atrakcji i imprez do rana to na pewno nie będzie usatysfakcjonowany. W tym celu lepiej udać się do Vang Vieng na północ od stolicy i wspólnie z podpitymi i rozwrzeszczanymi turystami spłynąć w dół rzeki na oponie traktorowej (słynny na cały świat TUBING). Mimo, iż Vientiane zawróciło mi w głowie, to i tak uważam, że warto zobaczyć tę nietypową stolicę i poddać się jej wolnemu rytmowi.

Vientiane jest stolicą Laosu, chociaż patrząc na to małe miasteczko, naprawdę trudno w to uwierzyć. Samo miasto nie jest wielką atrakcją turystyczną, ale nie można mu odmówić uroku. Kilkanaście kilometrów za miastem znajduje się Buddha Park, z prawie setką posągów Buddy oraz bóstw hinduistycznych, ale postanawiamy odwiedzie to miejsce przy następnej bytności w mieście. Nie spaliśmy dwie noce i jesteśmy padnięci. Na szczęście jest tu wiele miejsc gdzie można się z relaksować. Dobrym miejscem na mały odpoczynek są waty, które najczęściej otoczone są drzewami dającymi zbawienny w ten upał kawałek cienia. Świetną formą relaksu jest tradycyjny masaż, który uwielbiam, ale na który nie mam dziś sił.


Spacerując po Vientiane, łatwo poczuć klimat małego, prowincjonalnego miasteczka. Brak tu zupełnie jakichkolwiek oznak wielkiej metropolii – drapaczy chmur, tłoku ulicznego lub korków. Życie tutaj toczy się powoli. Nikomu nigdzie nieśpieszno. Wszędzie jest blisko i wszędzie można dojść pieszo lub dojechać rowerem. „Baw pen nyang” powtarzają spokojnie tubylcy, gdy pojawia się jakikolwiek problem lub większe napięcie. „Nic się nie stało”, „Wszystko w porządku”, „Nie ma powodów do zmartwień” – oto Lao – filozofia życia.

No i wreszcie jedzenie… Wybór dań w przydrożnej restauracji na świeżym powietrzu ogranicza się do jednego posiłku. Ale za rogiem zawsze jest następna, specjalizująca się w czymś innym. Mają tu np. najlepsze sajgonki jakie kiedykolwiek jadłam! Albo zupa laotańska. Za cenę 10 000 Kipów (3,70 PLN) duży talerz zupy z trzema gatunkami mięsa, dwoma rodzajami długiego makaronu i warzywami. Wszystko posypane tutejszymi przyprawami. Pałeczki do ręki prawej, łyżka do ręki lewej. To już dla mnie tak naturalne, że nie wiem jak mogłam jadać inaczej. Pałeczki… Któregoś dnia Łukasz zapytał dlaczego jem ryz pałeczkami a nie widelcem? „tylko nie mów, że tak ci wygodniej”. Zastanowiłam się chwilę. „Wiesz, właściwie to nie wiem jak miałabym jeść inaczej. Widelcem? Nieeeee…’ kręcę głową z niedowierzaniem.
18 marca, piątek
Wieczorem dnia poprzedniego wsiedliśmy w autobus klasy sleeper do Laosu. Naczytałam się strasznych historii o podróży takim autobusem: ludzie piszą o tym jak często się psują i są naprawiane w pustkowiu, przez kilka godzin. Albo o strasznej trasie – kręto i stromo a widoki z lekka przerażające. No i jeszcze o wymuszeniach łapówek na granicy, wprowadzonych dodatkowych „opłatach” itp. I co? Z jednej strony nie taki diabeł straszny jak go malują. W autobusie jest toaleta i w przeciwieństwie do tych europejskich działa i jest dostępna. Chociaż bywa, że śmierdzi w całym autobusie. I w drodze do niej pokotem leżą ludzie – trzeba się wspinać po relingach. Ale jest kilka telewizorów i klimatyzacja.

Ale z drugiej strony te udogodnienia są największa wada tego autobusu. Z klimatyzacji wieje tak, ze na górnych pryczach ludzie śpią pod kocami w polarach i czapkach zimowych. W telewizorkach najczęściej prezentowane są koncerty patriotyczne – te są całkiem fajne (panie w pięknych strojach, wspaniała scenografia, ładne piosenki), ale częściej filmy po wietnamsku (żenada), kabarety (oczywiście po wietnamsku, ale w porównaniu z laotańskimi to cos się tam jeszcze dzieje) albo – o zgrozo! – kiczowate teledyski wrażliwością estetyczną zbliżone do naszego disco – polo. Najgorsze jednak dzieje się wówczas, gdy wyłączają telewizory. Wówczas z głośnika – około 10 centymetrów nad moją głową – zaczyna napier…ć muzyka! Na pełny regulator! Po wietnamsku! A po wietnamsku znaczy, że im więcej drżących (czytaj; świdrujących mózg i każdą komórkę twojego ciała) „M” i „N” oraz „ejn”, „łąkczitong” i wszelkiej maści „ągąg” tym lepiej. Tego to ja już wytrzymać nie mogłam! Wyszłam z siebie, stanęłam obok i o trzeciej nad ranem poczłapałam (tzn wisząc na rękach nad głowami śpiących w przejściu ludzi) do kierowcy z prośbą, żeby przyciszył. Powiedział „ok.”, odesłał mnie na miejsce i nic nie zrobił. I tak jeszcze dwa razy. Później zrozumiałam – nie mają możliwości przełączenia tylko na kabinę kierowcy, więc muzyka musi napierd…ć na cały autobus, żeby kierowca nie zasnął. Nie zasnął. Ja zresztą też nie.


A w autobusie wbrew wcześniejszym zapewnieniom spędziliśmy czas do późnego popołudnia. Wokół lało jak z cebra, więc poza przejściem granicznym opuszczaliśmy autobus niechętnie (toaleta w środku a na jedzenie i ta nie mieliśmy miejscowej waluty – raz udało nam się kupić ryż z warzywami za dolary).
Można było próbować spać. Albo czytać. Ale wówczas szybko dopadała człowieka choroba lokomocyjna. W sam raz na podstawowe informacje. Laos należy do najsłabiej rozwiniętych i najbiedniejszych krajów Azji. Tylko mała część 6 milionowej populacji mieszka w nielicznych i niewielkich miastach, reszta żyje w prostych (ale często malowniczych) wioskach i zajmuje się głównie uprawą ryżu.
Z informacji praktycznych – ceny bardzo podskoczyły. Miał to być dla nas kraj wymarzony na odpoczynek w rustykalnej atmosferze. Niestety okazało się straszliwie drogo, komercyjnie i turystycznie. A może tylko źle się do Laosu nastawiłam po pierwszym noclegu w stolicy. Bo około północy okazało się,, że pokój jest zarobaczony. Hotelik był już zamknięty i nawet nie można było wyjść by poszukać innego noclegu (dobrze, że nie wybuchł pożar!). Prawie nie zmrużyłam oka a i tak zostałam pogryziona przez jakieś zdradzieckie k…stwo. Nawet boję się zapytać co to było i co mogło przenosić. Od tego dnia mam nowy nawyk przy wybieraniu pokoju – dokładnie oglądam poduszki.

wtorek, 29 marca 2011

17 marca, czwartek
Mieliśmy płynąć do zatoki Halong Bay na całodniową wycieczkę, ale przeziębieni rezygnujemy. Rozżalona stwierdzam, że nie ma widoków na poprawę pogody, więc decydujemy się na ewakuację. Wykupujemy bilety na wieczorny autobus do Vientien, stolicy Laosu. Płacimy też za możliwość spędzenia dnia w pokoju, zjadamy śniadanko (w cenie pokoju było do wyboru, ale to że do wyboru zobaczyłam jak już zjedliśmy wszystko, co było w zasięgu wzroku. Nikt jednak nie zwrócił nam uwagi, wobec czego mogliśmy wyjść na ulice w poszukiwaniu jedzenia dopiero w południe).
W sumie, gdyby nie deszcz, to całkiem fajne miasto. Ludzie nawet sympatyczni, tylko zdzierają z turystów jak szaleni. Wiedzą, że mogą sobie na to pozwolić, bo to stolica, tyle zabytków i taka historia…

Początki miasta wiąże się z cytedelą Co Loa powstałą ponad 200 lat p.n.e. W ciągu swojego istnienia nosiło wiele nazw: Tống Bình, Long Đỗ, Đại La, Thăng Long, Đông Quan, Đông Kinh. Najdłużej bo do końca XIX w. (chociaż z przerwami) funkcjonowała nazwa Thăng Long.
W 1010 r. n.e. cesarz Lý Thái Tổ, założyciel dynastii Lý, przeniósł stolicę państwa do Đại La i nazwał ją poetycko Thăng Long (Wzlatujący Smok). Miasto było stolicą do 1802 r., gdy ogłaszając się cesarzem, Gia Long ustanowił swoją siedzibę w rodowym Hue. Do Hanoi stolica wróciła wraz z proklamowaniem Demokratycznej Republiki Wietnamu 2 września 1945 r.
Mimo wielokrotnych zniszczeń w Hanoi wciąż istnieje wiele zabytków starej architektury, szczególnie na Starym Mieście (dzielnica Hoan Kiem). Jest tu wciąż praktykowanych wiele tradycyjnych rzemiosł, jak formowanie brązu, produkcja wyrobów z laki, grawerstwo, czy haft.
Wychodząc po jedzenie, w strugach deszczu, przyglądamy się stołecznemu ruchowi ulicznemu. Wszelkie legendy na ten temat są prawdziwe! Na skuterach, których są tu dziesiątki tysięcy, przewozi się wszystko. Czasem, ładunek kilka razy przewyższa rozmiarem motor i jego kierowcę. O rekordach ilości osób na jednym jednośladzie już nawet nie wspominam. Motocyklista ma obowiązek wkładania kasku ochronnego podczas jazdy (wtedy policja nie zatrzymuje, nawet turystów), ale co to za kaski... jak wyglądają widać na niektórych zdjęciach np. sprzed dwóch dni – sklep z kaskami wszystkich kolorów i fasonów! Widać, że bardziej stawia się tu na oryginalny wygląd niż na walory ochronne kasku.
16 marca, środa
O świcie docieramy do stolicy. Hanoi, (Há Nôi), stolica Wietnamu, w północnej części kraju, nad Rzeką Czerwoną. W aglomeracji Hanoi na obszarze niemal 600 km2 zamieszkuje 3056 tys. osób (1990). Hanoi jest stolicą (od 1975 roku) i drugim pod względem wielkości miastem Wietnamu. Posiada przepiękne stare miasto, z architekturą kolonialną naznaczoną wpływami chińskimi, z mnóstwem knajpek, restauracji, herbaciarni, sklepów i hotelików. Poza tym, wartych odwiedzenia jest kilka parków, muzea, świątynie oraz mauzoleum Ho Chi Minh'a.
Zawsze myślałam, że to gorące miasto- bo tak zazwyczaj jest. Ale nas przywitał deszcz i ziąb. Jak mówię ziąb, to mam na myśli nie taki azjatycki, tylko prawdziwy. Około 8 stopni Celsjusza, wilgotno, wietrznie. Pierwszą rzeczą po wyjściu z autobusu, jaka zrobiliśmy, było rzucenie się do luku bagażowego po ciepłe ubrania.
Do stolicy Wietnamu dotarliśmy w nastawieniu ,”walcz, atakuj, nikomu nie ufaj, nie spuszczaj z oka nawet woreczka po jedzeniu a co dopiero torby!” przygotowani na wszystko co najgorsze. Najpierw odpieramy atak napastników w postaci motorowych taksiarzy, którzy swoim nachalnym „motorbike?!” potrafią zamęczyć każdego turystę. W końcu jednak, w deszczu, wybieramy najlepszą ofertę i jedziemy taksówka do hotelu. Decyzja była słuszna, bo centrum nie tak znowu blisko, hotel świetny a taksa w cenie. Okazało się, że to nie żadni naganiacze, tylko zwyczajni, zresztą bardzo sympatyczni i profesjonalni, pracownicy hotelu. Jest poza sezonem i to pewnie ich dodatkowe obowiązki – wyszukiwać klientów. Wszyscy pracownicy otulili się w cieple ubranka, tylko tradycyjnie po azjatycku paradują w klapkach.
Po gorącej kąpieli bohatersko postanawiamy wyjść na ten ziąb i pozwiedzać Hanoi (wiet. Hà Nội) - stolicę i drugie co do wielkości, po mieście Ho Chi Minh, miastoWietnamu. Polityczne, ekonomiczne i kulturalne centrum kraju.

Centrum miasta zyskało swój kształt urbanistyczny na przełomie XIX i XX w. Znajdujące się tutaj dzielnice charakteryzuje niska, luźna zabudowa. W części miasta zwanej 36 starych ulic, która przylega do rynku Dong Suan, zabudowa jest bardziej zagęszczona, brak zieleni, stare i ciasne uliczki tworzą wielki labirynt.
Niestety po kilku godzinach jesteśmy tak zmarznięci, że – nie zrobiwszy żadnego zdjęcia - wracamy do hotelu z zamiarem nie wyściubiania nosa z pokoju ogrzewanego klimatyzacją (chyba nikt tu jeszcze nie używał klimy do ogrzewania!) dopóki głód nas nie wygoni.
Urządzamy sobie wieczorny maraton filmowy z doskonałymi tutejszymi przekąskami. Na szczęście lokalne wino znakomicie rozgrzewa i poprawia humory.

niedziela, 27 marca 2011

15 marca, wtorek

Jadąc z Hanoi do Hue, mija się tzw. strefę zdemilitaryzowaną czyli 17-ty równoleżnik wzdłuż którego podzielony był Wietnam. Hue znajduje się blisko strefy zdemilitaryzowanej, co niestety miało zgubny wpływ na jego niezwykłe zabytki. Większość z nich została zbombardowana przez Amerykanów. To, co się ostało jest jednak imponujące. Na zwiedzanie Hue przeznaczyliśmy jeden dzień.
Przed zabytkami ustawione są czołgi i armaty zdobyte w trakcie wojny przez żołnierzy Vietkongu. Jak głoszą napisy, maszyny zostały zdobyte „w trakcie walk z Amerykanami i Marionetkowymi Żołnierzami (Puppet Soldiers)” czyli przedstawicielami Wietnamu Południowego. Od tych czołgów właśnie zaczynamy. Kilkadziesiąt minut spędzam na fotografowaniu mojego towarzysza podróży z tymi chłopięcymi zabawkami. Mam wrażenie, że tylko po to tu przyjechaliśmy – by Łukasz pobiegał sobie po parku wozów bojowych. Gdyby były na chodzie na pewno zażyczyłby sobie przejażdżkę wokół murów miejskich :D

Chyba to już zmęczenie zwiedzaniem. Przecież historia miasta jest taka ciekawa. Pod koniec XVI w. Wietnam, nominalnie rządzony przez dynastię Lê, został podzielony między dwa rody magnackie: Trinhów i Nguyenów. Nguyenom przypadło południe Wietnamu, dawne ziemie Czamów, zajęte wówczas do przełęczy Cù Mông. W 1687 r., Nguyenowie założyli nową siedzibę, stolicę domeny, w miejscowości Phú Xuân, leżącej nad rzeką Perfumową, kilkanaście kilometrów od ujścia. W pobliżu miasta wybudowano ogromną cytadelę, na terenie której dwór Nguyenów rezydował do 1775 r. Na przełomie 1774 i 1775 r. Trinhowie wykorzystując zamieszanie spowodowane powstaniem Tajsonów niespodziewanym atakiem przekroczyli, rozdzielający domeny, mur Đồng Hới. Dwór Nguyenów w panice porzucił Phú Xuân i przeniósł się do Gia Định. Miasto znalazło się pod panowaniem Tajsonów. W początkach grudnia 1788 r. średni z braci Nguyễn Huệ ogłosił się cesarzem północy. Tymczasową stolicę swojego cesarstwa ustanowił w Phú Xuân. Panowanie Tajsonów było krótkie. 15 czerwca 1801 r. miasto zostało zdobyte przez wojska Nguyễn Ánha, który nie czekając na opanowanie Hanoi ogłosił się cesarzem, a stolicę Wietnamu przeniósł do swojego rodzinnego miasta. Pochodzenie nazwy Huế nie jest znane. Pojawiła się w dokumentach już w XVII w., a z czasem wyparła całkiem poprzednią.



Jako stolica Huế funkcjonowało do 1945 r. 2 września rząd Hồ Chí Minha proklamował republikę ze stolicą w Hanoi. Po konferencji genewskiej Huế znalazło się w bezpośredniej bliskości linii demarkacyjnej, co przyniosło fatalny skutek. W czasie wojny wietnamskiej było wielokrotnie niszczone przez obie strony. Tragiczny skutek miała ofensywa Tet w 1968 r. Miasto zostało zdobyte przez komunistyczną Wietnamską Armię Ludową i Wietkong 31 stycznia 1968 r. Następnie w ciągu 24 dni okupacji specjalne grupy Vietcongu dokonały masowych aresztowań i egzekucji ludzi uznanych za wrogów komunizmu: południowowietnamskich urzędników, policjantów, nauczycieli, intelektualistów. Zabito także wielu duchownych i kilku cudzoziemców. Łącznie komuniści zamordowali w Hue 3 000-4 500 osób (liczbę zaginionych oszacowano na 5000). Masowe groby ofiar tej masakry zaczęto odkrywać kilka miesięcy później. Do 26 lutego 1968 r. miasto zostało odbite przez siły USA i ARW odbite, lecz w wyniku ciężkich walk i bombardowań było kompletnie zniszczone. Komuniści zajęli Hue ostatecznie w marcu 1975 r. podczas ostatecznej ofensywy na Południowy Wietnam.

Po wojnie miasto odbudowano restaurując również cytadelę i zakazane purpurowe miasto, w czym spory udział miał zespół polskich konserwatorów kierowany przez Kazimierza Kwiatkowskiego. Jego największą atrakcją jest Cesarska Cytadela, dawna siedziba władców Hue, duży kompleks budynków z pałacem cesarskim, zakazanym miastem, murami, bramami, świątyniami, sklepami, muzami i galeriami.



Cesarz Gia Long wzniósł w Hue Zakazane Miasto, które miało pełnić rolę jego prywatnej rezydencji. Było one otoczone wysokim murem obronnym oraz fosą. W środku natomiast znajdował się wspaniały ogród. Do miasta wchodziło się przez bramę, która była dwupiętrowym pawilonem. Następnie znajdował się Pałac Najwyższej Harmonii z salą tronową, w której władcy przyjmowali oficjalnych gości. W mieście znajdowały się także liczne pałace możnowładców i świątynie.
My zwiedzaliśmy miasto na rowerowej rikszy, bo za duszno było by chodzić po tym olbrzymim obszarze. Riksza zajebiaszcza – wygląda jak jedno duże siedzenie, a naprawdę SA dwa; jedno wyżej a drugie niżej. Czyli jedna osoba siada a miedzy jej nogami następna. Ale widziałam całe grupy podróżujące w tej sposób – dwie, a nawet trzy osoby.
Klimat miasteczka cudowny, taki kolonialny trochę. A z rikszy robi się fajnie zdjęcia.



Podobno równie interesujące są położone tuż pod miastem grobowce cesarzy (koniec XIX wieku), które są doskonałym przykładem wietnamskiej architektury buddyjskiej. Jednak tam już nie dotarliśmy. W mieście znajduje się też conajmniej kilka wartych odwiedzenia, efektownych pagód. Szczególnie Chua Thien Mu z 25 metrowym, 3 tonowym dwonem stojącym na grzbiecie marmurowego żółwia.

Odwiedziliśmy tez szkołę, w której uczył się Hồ Chí Minh.



Ale my pakujemy się do wieczornego autobusu – tym razem jedziemy do Ha Noi, stolicy Wietnamu.
14 marca, poniedziałek

Hoi An jest małym miastem, ale za to bardzo urokliwym. Przy wąskich uliczkach stoją zabytkowe kamienice, lekko nadgryzione przez ząb czasu, ale przez to ciekawsze. W prawie każde kamienicy mieści się sklepik z pamiątkami, kafejka, restauracja lub galeria sztuki.

Mimo tłumów turystów, w najstarszej części miasteczka jest w miarę spokojnie, zwłaszcza w porze obiadu. A szczególnie wczesnym rankiem – te właśnie porę wybieram na spacer, by zrobić zdjęcia na lokalnym markecie (typowo portowym z rybami i przeróżnistymi owocami morza) oraz zjeść śniadanko i wypić kawę na nabrzeżu w lokalnej knajpce – fotka obok. Wieczorem warto przejść się wzdłuż rzeki. Kamienice stojące na nabrzeżu, rozświetlone kolorowymi lampionami wyglądają przepięknie. Zresztą uroda i wyjątkowy klimat starego miasta Hoi An zostały uhonorowane wpisem na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Żałuję, że nie mogłam być tu dłużej. Samo miasteczko jest urocze i bardzo senne jak na standardy Indochińskie. Cisza i setki różnych warsztatów gdzie bez skrępowania można podglądać pracę rzemieślników. Chcę tu jeszcze wrócić i mam nadzieję, że dalej będzie to cicha oaza - akurat na wypoczynek. Że nie zadepczą go turyści.
Jednocześnie Hoi An to miasto z oszałamiającym targiem. Jest tam wszystko: owoce, warzywa, ryby i niewiadomo co jeszcze. Tylko robić zdjęcia. Szczególnie interesujące miejsca do robienia zdjęć nad wodą.


Po spacerze idziemy przymierzać garnitury. Tu wszystko w porządku. To profesjonaliści w każdym calu. Polecam więc sklep Chic. Dziewczyna zaawansowanej ciąży rozmawia z nami jak z przyjaciółmi i ciekawie wypytuje o nasz kraj. Wszystkie najmniejsze niedoróbki poprawia zgodnie z naszymi życzeniami. Po godzinie przychodzimy na ostatnia przymiarkę i wszystko jest jak oczekiwaliśmy. A nawet lepiej!


Niestety moje kozaki to porażka. Z dostawa spóźniają się prawie godzinę (musimy już iść na autobus!), w końcu przywożą, ale buty wyglądają strasznie kiepsko i tandetnie, źle leżą, psuje się zamek, gdy nie mogą ich dopiąć a najgorsze, że maja dziurę! Żądam zwrotu pieniędzy, ale z góry wiem, że niczego nie osiągnę. Straszę więc trochę, że narobię kłopotów i odchodzę nic nie wskórawszy. Dobrze, że zadatek był stosunkowo niewielki. Chcieli więcej, ale nie miałam przy sobie pieniędzy.

Mimo wszystko zapamiętam Hoi An jako magiczne miejsce. Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Wietnamie i na świecie. Czas się tutaj zatrzymał 100 lat temu. Kamieniczki chińskich i japońskich kupców oddają klimat tamtych czasów. Podobno warto popłynąć łodzią do pobliskiej wioski i wziąć udział z tubylcami w pożegnaniu starego roku. Podobno też Hoi An jest najczęściej odwiedzanym miejscem w całych Indochinach.

sobota, 26 marca 2011

13 marca, niedziela
O świcie przyjeżdżamy do Hoi An, które jest jednym z najpiękniejszych wietnamskich miasteczek i wielką atrakcją turystyczną. Historyczne stare miasto jest plątaniną uliczek z mnóstwem pięknej, chińskiej architektury. Na każdym rogu można tu znaleźć małe restauracje, herbaciarnie, świątynie, galerie, warsztaty rzemieślnicze, pracownie artystów, a także sklepy dla turystów. Miasto jest ważnym centrum kulturalnym, liczni artyści sprzedają tu swoje obrazy, rzeźby, czy inne rękodzieło.



Gdy już myślałam, że nic mnie nie zaskoczy… - tak powinnam zacząć swoja opowieść o poszukiwaniu noclegu. Myślałam, że już się „wyrobiliśmy”, „wycwaniliśmy” i głupie wpadki nam się już nie zdarzą. O świcie w obcym mieście – żaden problem! Mamy mapy w przewodniku LP, koniec języka z przewodnika i zadni naganiacze nie są nam potrzebni!!! :P A jednak! Po dwóch godzinach plątania się po tych uliczkach wśród zamkniętych jeszcze hotelików (kilka klas pieniężnych za wysoko) i sklepików, wróciliśmy w miejsce, gdzie wysiedliśmy z autobusu. Ten sam naganiacz co wcześniej zaprowadził nas do hotelu, z którego jednak zrezygnowaliśmy. Ale w okolicy była ta właściwa uliczka tanimi noclegami. Łukasz znalazł nawet taki z basenem! Na przyszłość trzeba rozważniej przeganiać naganiaczy. Z drugiej strony spacer po miasteczku zanim ktokolwiek z turystów się tu pojawi – bezcenne! W 1999 r. miasto zostało wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. Dobrze że znalazłam w tym dobre strony. Uff!


Hội An to dawny port morski znany jako Faifo, położony ok. 30 km na południe od Đà Nẵng.
Port został założony prawdopodobnie pod koniec I tysiąclecia p.n.e. przez żeglarzy austronezyjskich zasiedlających wówczas wschodnie wybrzeża Indochin i z czasem stał się największym portem kontrolujących tę część morskiego szlaku jedwabnego. Port jest położony w ujściu rzeki Thu Bồn i był ściśle związany ze Świętymi Ziemiami Amarawati − ośrodkami państwowości Czamów, położonymi w górze rzeki. Po zajęciu Amarawati przezWietnamczyków port odgrywał nadal główną rolę w życiu gospodarczym kraju, aż do czasów kolonialnych, kiedy ustąpił pierwszeństwa Đà Nẵng.



W latach dziewięćdziesiątych władze miasta postanowiły pozbyć się starych, zagrzybionych budynków w centrum i w ich miejsce wybudować bloki mieszkalne. Projektowi sprzeciwił się Kazimierz Kwiatkowski kierujący pracami konserwatorskimi w pobliskim Mỹ Sơn. Za namową Kwiatkowskiego centrum odrestaurowano i przystosowano do ruchu turystycznego. Nasz rodak jest więc w Hoi An bohaterem, mimo, że w Polsce prawie nikt o nim nie słyszał. Wystawiono mu nawet pomnik.Pięknie pisali o tym polscy podróżnicy na LosHavieros.
Obecnie Hội An jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Indochinach. Wg przewodnika „Lonely Planet” jest to jednocześnie jedno z najbardziej urokliwych i przyjaznych turystom miejsc w regionie. Cóż, uroku nie można mu odmówić. To jedyne miejsce gdzie można upić się za dolara;) i to najlepszym fresh beer w Wietnamie;) jedyne 4000 a czasem nawet 3 000 wietnamskich dongów, czyli 50-60 groszy! Jest wyśmienite!!!



Na ospałym podziwianiu uroków miasteczka, jego kulinariów i świeżego piwa strawiliśmy cały dzień. A wieczorem wpadliśmy na pomysł, żeby uszyć sobie garnitury. No i ja kozaki. Wszystko na miarę. Dlaczego? Jako jeden z najważniejszych portów na dawnym szlaku jedwabnym, Hoi An cieszył się wielką popularnością wśród kupców chińskich, japońskich a nawet europejskich, którzy osiedlali się tu na stałe. Tradycja handlu jedwabiem istnieje do dziś. Przy każdej uliczce mieści się mnóstwo zakładów krawieckich, gdzie można zamówić sobie ubranie szyte na miarę. Gotowy produkt odbiera się już następnego dnia. Mimo dużego wyboru materiałów, modeli i kolorów oraz przystępnych cen, nie zdecydowaliśmy się na taki zakup. Jedwabna suknia balowa raczej nie figuruje na mojej liście niezbędnych rzeczy, a poza tym miejsca w plecaku brak.


Hoi An jest miastem krawców, których sklepy i warsztaty znajdują się na każdej uliczce. Za niewielką kwotę można zlecić uszycie na miarę dowolnego stroju wskazanego w katalogu mody. Realizacja zamówienia trwa maksymalnie kilka godzin.
Zatem zleciłam uszycie kozaków za 30 dolarów (zadatek 10) i wytargowaliśmy garnitury z kaszmiru – dwuczęściowy za 100, z kamizelką mojego pomysłu dla mnie – 120 dolarów. Po zapłaceniu zadatku w wysokości 100 dolarów o 22:00 wieczorem, nie mogliśmy spać, bo denerwowaliśmy się co z tego wyjdzie. Na 13:00 następnego dnia mieliśmy już bilety do Hue.


12 marca, sobota


Znowu mam poranne problemy ze zdrowiem. Wie c znurkowania rezygnujemy. Zresztą poczytałam trochę i przekonałam się, że warunki są tu średnie. Woda zimna a widoczność kiepska. Za te same pieniądze na Filipinach zanurkujemy dwa razy i to w lepszych warunkach. Spędzamy więc dzień jak wczoraj.

Na leniuchowaniu i opalaniu spędzamy resztę dnia. Słoneczko nas tak mocno wykończyło że wieczorem zmuszamy się na spacerek po plaży. Warto było bo nocą miasteczko jest jeszcze piękniejsze.

A najsympatyczniejsza jest kolacja. Wkręciliśmy sobie, że chcemy skosztować krokodyla. W kilku, nawet eleganckich restauracjach, pokręcili głowami z niemałym zaskoczeniem. Gdy już chcieliśmy zrezygnować i weszliśmy do świecącej pustkami przemiłej restauracji (obsługiwało nas, i tylko nas, bo innych gości nie było, chyba z dziesięć osób) i okazało się, że jest i krokodyl, i struś, i cudowne shake’y i… Wydaliśmy po dwa dolary na danie a pan specjalnie dla nas grillował nam elegancko mięska na naszym stoliku i nakładał szczypcami na talerzyki. Mięsko z krokodyla było gumowate, z strusia pyszniutki… Przyznam, że żegnałam to miasto z żalem. Posiedziałabym tam jeszcze.
1 marca, piątek

Nha Trang okazuje się bardzo przyjemna i sympatyczną miejscowością, z czyściutkimi – wbrew opiniom na forach – plażami i nie wygórowanymi cenami. Mieliśmy na dziś zarezerwowane nurkowania, ale ja się jakoś kiepsko czuję, a nie chcę powtarzać sytuacji z pozostaniem na łodzi, więc rezygnujemy. Z odwołaniem nie ma problemu, chętnie przepisują rezerwacje na dzień następny, proponują pomoc w dotarciu do lekarza gdyby trzeba było.


Po kilku godzinach czuje się jednak na tyle dobrze, że spacerujemy małymi uliczkami, przyglądamy się drobnomiasteczkowemu życiu a nawet plażujemy. Fale są niesamowite, mają po kilka metrów, wiatr duje jak w Kieleckiem a frajda z zabawy w wodzie jak w dzieciństwie.

Zwróćcie uwagę jak wyglądają hotele – każdy ma jeden pion, czasem po wiele pięter. Są niesamowicie kolorowe, mają własne ściany i Internet bezprzewodowy. Zabawne.
10 marca, czwartek
Urodziny Łukasza


Nocnym autobusem przyjechaliśmy z Sajgonu do Nha Trang - miasto w południowym Wietnamie, przy ujściu rzeki Sông Cài do Morza Południowochińskiego. Około 300 tys. mieszkańców. Dopiero kilka dni później obejrze film FULL METAL JACKET (uzbrojony p zęby) o wojnie w Wietnamie i te wszystkie nazwy miejscowości nabiorą dla mnie zupełnie nowego, emocjonalnego znaczenia. Nha Trang jest średniej wielkości miastem i popularnym resortem plażowym. Jest tu dużo hoteli, jeszcze więcej barów i restauracji, a piaszczysta plaża jest dość przyzwoita. W okolicy znajduje się kilka interesujących miejsc do nurkowania i snorkelingu.


O świcie jesteśmy zatem w mieście, znajdujemy hotelik (W pierwszym szeregu od plaży hotele typu Sheraton, czy Hilton, dwie przecznice dalej hoteliki na każdą kieszeń) i na ósma rano zapisujemy się na wycieczkę. Ludzie na forach piszą, że bardzo warto popływać po wyspach za 5 dolarów. Cytuję: Warto wydać kilka dolarów na całodzienną wycieczkę statkiem z postojem na okolicznych wysepkach. Nie liczcie na to, że pływając z maską i rurką zobaczycie rafę koralową. Trzeba wykupić nurkowanie w kombinezonie, z profesjonalnym sprzętem i asystą instruktora. Zdecydowanie nie polecam wizyty w oceanarium - ot wielki betonowy okręt z kilkoma akwariami w środku. No to płyniemy! Wstęp na wyspy i do atrakcji jest płatny dodatkowo, ale nas to nie zdążyło zmartwić, bo się… rozpadało! Nie chce się więc opuszczać łodzi, bo wieje, zacina z ukosa i w ogóle ludzie narzekają. Wtedy kapitan przynosi Australijkom, siedzącym obok, wino owocowe. Humory od razu się poprawiają. Atrakcje w postaci pływających farm, łodzi kokosowych, snurkowania czy pływającego baru (czyli wszyscy wskakują dowody i pływając w dętkach piją to, co polewa barman – tez w wodzie) schodzą na dalszy plan. Impreza jest świetna. Zabawa zorganizowana na cześć solenizanta przez pelna fantazji i pomysłów załogę – niezapomniana.