skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

środa, 13 kwietnia 2011

2 kwietnia, sobota

Jak to w sobotę, najciekawszy jest wieczór. A tej soboty pierwszy raz zobaczyłam walki Muay Thai na żywo. Wcześniej widziałam (i nagrywałam) sparingi, więc miałam pewne wyobrażenie. A na walce nie byłam, bo przy poprzedniej bytności w Chiang Mai byłam zbyt chora, zaś w Bangkoku walki na Lumpini Stadion okazały się zbyt drogie.
Atmosfera. To najważniejsze. Korytarz prowadzący do sali głównej wymalowany w sceny walk. Niezłe. Mijam Tajów krzyczących, nawołujących na walkę. Robi się gorąco. Mamy rezerwację, wiec spokojnie zajmujemy miejsca. Gra muzyka, wokół ringu stoliki a za nimi bary. Konkurujące o klientów. Uprzejme Tajki uwijają się między gośćmi zachęcając do zakupu drinków. Cholernie drogich drinków. Nawet Anglicy siedzą przy małym piwie. Bo na razie większość widowni stanowią biali turyści. A więc trafiliśmy w miejsce dość turystyczne. Tajowie z klubów przychodzą tylko na walki swoich zawodników albo na te walki, po których spodziewają się szczególnych emocji. Bilety są dość drogie niestety. Dziś w programie osiem walk plus jakaś specjalna – zobaczymy co za niespodziankę szykują. Dochodzi 21:30 – światła zaczynają migać i z głośników słychać szlagiem „We are the champions”. Za nami pijana Tajka w wieku dojrzałym, towarzysząca Białasom, głośno pokrzykuje.

Pierwsze walki to zawsze starcia początkujących. Ależ to jeszcze dzieci! Chłopcy z okolicy, tak drobni, że chciałoby się powiedzieć, iż powinni spać już o tej porze, zgodnie z klubowymi rytuałami, tańczą (w znaczeniu tańca rytualnego, ale nie jestem specjalistą, wiec nie jestem pewna czy ten czasownik oddaje istotę zjawiska) przed walką i kłaniają się w narożnikach na cztery strony świata. Widać, że bardzo poważnie do tego podchodzą. Wiedzą, że reprezentują swoja szkołę. I że ich zachowanie jest wyrazem szacunku do przeciwnika. Patrzą na nich rodzina i przyjaciele. Pierwsza walka to bardzo ważna chwila w ich życiu. Podobnie zachowują się dziewczynki. Właściwie są tak młode, że jeszcze nie widać, że to dziewczynki. Jest to napisane na ulotce ze zdjęciami. Walczą kiepsko, szczególnie dziewczynki są źle dobrane. Za duża między nimi różnica wagi i w końcu (takie jest moje wrażenie) ta większa, niezależnie od umiejętności, musi wygrać. Zapewne brakuje dziewcząt do walk, a to zawsze atrakcja dla turystów.


Kończą się starcia początkujących i przychodzi czas na walkę specjalną. Ciekawa sprawa. Na ring wychodzi dwóch, jak na warunki fighterów, starszawych, mocno wytatuowanych i umięśnionych, mężczyzn. Nie mają rękawic – w Tajlandii walki na gołe pięści są zabronione (organizuje się je jeszcze w Birmie, ale nawet tam nie udało nam się ich zobaczyć). Wykonują przepiękne tańce rytualne, demonstrując swoją siłę i sprawność. Dochodzę do wniosku, że są za starzy, żeby walczyć – i rzeczywiście, ich „walka” to pokaz. Przypomina to wrestling. Tyle, że w tajskim wydaniu. Pokazują najciekawsze możliwych kopnięć. Latają w powietrzu jak na filmach, markują ciosy i upadki. Wbrew pozorom naprawdę warto było to obejrzeć.
Teraz czas na walki dorosłych. Najpierw dziewczęta. Na ring wychodzi błękitnooka blond modelka - wysoka i szczupła. Następnego dnia spotkam ja na markecie – dziewczyneczka nastoletnia, subtelna i delikatna. Ale teraz w stroju do Muay Thai, nasmarowana oliwką (żeby ciosy się ześlizgiwały) błyszczy w świetle neonów jak gwiazda. Niestety jej rywalka okazuje się być Tajka o jakieś 7 kilo lżejsza i kilkanaście centymetrów niższa. Natknęłam się na nią przed chwila w toalecie. Wyglądała na mocno odurzoną – to po pierwsze, i wcale nie wyglądała na dziewczynę – to drugie. Walka okazuje się żałosnym spektaklem, w którym ustawiono małych zawodników lokalnych, żeby biali po miesiącu treningów mogli się chwalić, że wygrali walkę na stadionie. Tak jak było z naszym kolegą z Kanady, który po dwóch tygodniach treningów walczył na Koh Phangan. I wygrał przez nokaut. Potem następną walkę. I nikt mu nie powiedział, że bicie w tył głowy jak na ulicy jest tu ciosem nie fair. Biała lalunia kopie swoją mniejsza rywalkę tylko w pierwszej rundzie. Szybko uderza w kość i boli ją piszczel. Po kilku rundach bezładnego okładania się sędzia uznaje jej zwycięstwo.


Tajowie na widowni zachęcają do stawiania zakładów na pieniądze. Sumy nie za wielkie, ale jakoś nie ma zbyt wielu chętnych. Szukają wsparcia u Tajek, towarzyszącym turystom siedzącym w lożach Lipowskich, ale niewiele zyskują dzisiejszego wieczora.
Czas na walkę wieczoru. Ogromny, wydzierany biały zawodnik (tatuaże świadczą, że to Ne jego pierwszy sezon w Tajlandii, albo jest tu kilka miesięcy) i jego o głowę niższy przeciwnik z Chiang Mai. Biały wykonuje rytualny taniec przepisowo, ale bez zaangażowania. Taj rusza się z gracją, zyskuje sympatie widowni i na jego twarzy pojawia się grymas… ironii bodajże. Zapowiada się ciekawie. Ale oto w narożniku (po zewnętrznej stronie) staje dziewczyna z aparatem i zaczyna nagrywać starcie. Myślałam, że zasada „żadnych kobiet na ringu” jest powszechnie obowiązująca. Niestety zabrakło tu profesjonalizmu. Wydaje się, że to kolejna ustawiona walka, ale po kilku starciach biały zaczyna dostawać łomot. Taj uśmiecha się pod nosem. Widać, że ma duże doświadczenie. Wie, że jeśli olbrzym nie pokona go w pierwszej rundzie, zabraknie mu siły. Tak, ten klimat jest zabójczy dla nas, białasów. Widownia wrzeszczy z uciechy, dopinguje go jak rzymskiego gladiatora, ulubieńca tłumów. Biały opada z sił, nie broni się już nawet. Jego dziewczyna jest załamana. Najpierw wygląda jakby chciała wskoczyć na ring, żeby go obronić przed nieustępliwymi ciosami przeciwnika. Potem zaczyna być wściekła i wrzeszczy do niego „fight, fight!!!” Ale to już mu nie pomoże. Przegrał. Zatacza się, nie trzyma gardy. Przeciwnik bawi się nim jak kot myszą. Gdy żądza tłumu zostaje zaspokojona podskakuje i uderza łokciem z góry. Biały pada. Sędzią rozstrzyga na korzyć Taja. I wtedy okazuje się, że biały krwawi. Taj podbiega, przeprasza, klęka i chwyta go pokornie za kolana. Wstrząsające widowisko. Co za honor! Pozostaje pod wielkim wrażeniem tego chłopaka. A przegrany? Ktoś sprowadza go z ringu, ale jakoś za bardzo nie ma się nim kto zająć. Nagranie walki? Chyba jednak nie pojawi się jutro na facebooku.
1 kwietnia, piątek
PRIMA A PRILIS
Mieliśmy dziś zaprezentować żart primaaprilisowy autorstwa Łukasza, ale okazało się, że czasu nam zabrakło. Może innym razem, wiec nie zdradzę o co chodziło.
Przypomniało mi się za to, że zapomniałam napisać, iż z fajnych rzeczy to w Ha Noi jedliśmy zupę z węży morskich. Bardzo smaczna zupka. A węże są takie malutkie. Na każdym bazarze je mają. Żywe. W miskach. Wija się pięknie. Tak mienią się różnymi kolorami w wodzie. Ale w realu to chyba nie chciałabym ich spotkać. Wolę je w zupie… jednak.

No więc czym byłam taka zajęta pierwszego dnia kwietnia? Pakowaniem paczki. Bardzo starałam się być twarda i niczego nie kupować. Ale to nie takie proste! Właściwie to całkiem trudne, a zaryzykuję stwierdzenie, że nawet niemożliwe, bo w Azji mnóstwo jest pięknych rzeczy. Pięknych, ujmujących, oryginalnych i… tanich. A to idealny prezent dla kogoś znalazłam, a to ktoś mnie o coś poprosił. A to zachowałam sobie bilety wstępu, by były śliczne, a to mała dziewczynka wyprosiła, żeby kupić od niej pocztówki. Dużo takich małych umorusanych dziewczynek na mojej trasie miało zestawy widokówek ze swoich krajów. A to uszyłam sobie garnitur, a przecież nie będę go woziła ze sobą, bo w klimacie tropikalnym niewiele jest okazji, by go założyć. A to część ubrań i sprzętu przestała być użyteczna w tej części podróży. Przez dwa miesiące grzecznie przeczekały u znajomego z CouchSurfingu, ale czas nadszedł, by cos z nimi zrobić. Były tam jeszcze zakupy z Nepalu i Indii…

A to wreszcie uznałam, że czas wysłać zapasową kopię zdjęć do domu. Po kilku godzinach byłam gotowa. Zapakowałam wszystko do wielkiego plecaka – ten też postanowiłam odesłać, by podróżować tylko z małym, 45 litrowym maksymalnie. I poczłapałam na pocztę.
Wcześniej dokładnie sprawdziłam najpierw na mapie, a potem w rzeczywistości, gdzie się znajduje, żeby z tym plecorem w upale po mieście nie błądzić. Więc Ta część poszła gładko. Znaczy szybko. Ale sama poczta… Cóż poczta tajska, z natury pełna jest pracujących w niej Tajów. A życiu każdego białego turysty czy podróżnika przychodzi taki moment, że Tajowie zaczynają go po prostu najnormalniej w świecie wkurzać. Swoim brakiem rozkminy. Swoim brakiem znajomości angielskiego. Swoim brakiem znajomości tajskich przepisów. I w ogóle swoim tajskim istnieniem. Jak mówiła Agatka - wtedy należy się z Tajlandii ewakuować! O Jezusie i Maryjo! Nie myślałam, że dożyję tej chwili!!! A jednak. Jakiś menadżer od siedmiu boleści twierdzący, że mogę wysłać 30 kg, a ja wiem, że limit to 15. jakiś chłopak, który przyniósł mi wszystkie możliwe wielkości pudełek, tylko nie takie, które pasowałoby na mój plecak. Nareszcie, kiedy poznałam już wszystkich pracowników poczty, mogę postawić paczkę na wadze. I co? I mam 380 gramów za dużo! No to otwieram wszystko i grzebie, co by tu odrzucić. Kiedy już, z krwawiącym sercem, odkładam kilka rzeczy – dostaję właściwe pudełko. Jest mniejsze, więc lżejsze. Więc znowu dokładam po kolei moje drobiazgi – mieszczą się prawie wszystkie! No to zostało jeszcze tylko wypełnić formularze, opisać paczkę, opłacić (niezbędna dodatkowa wizyta w bankomacie bo „Cash only” rządzi!) i poszło!


Słaniając się ze zmęczenia dotarliśmy do bufetu sushi. Ale nie mam siły opisywać dokładnie jak to działa. Następnym razem nakręcę filmik. Zapisze tylko, ze to był jedyny posiłek tego dnia, wystarczył mi na następne 24 godziny a po nim nie miałam już siły na żadną aktywność. Nawet film na dobranoc był głupkowaty, bo na rozmyślania też nie miałam siły.

sobota, 9 kwietnia 2011

31 marca
Dziś jedziemy do Chiang Mai. Miasto Chiang Mai jest klejnotem północnej Tajlandii. Słynie z rzemieślniczej zręczności mieszkańców, którzy tworzą piękne wyroby z drzewa, srebra i jedwabiu. Ale tez np. z mydła. Znajduje się tutaj ponad 300 zachowanych świątyń, które powstały w okresie XII-XVI wieku.

piątek, 8 kwietnia 2011


30 marca, środa


Budzimy się w Chiang Rai w doskonałych humorach, jesteśmy w Złotym Trójkącie i wybieramy się na wycieczkę skuterem. Bo w Tajlandii można wypożyczyć skuter nie zostawiając paszportu :D

I nie trzeba mieć prawa jazdy (na skutery w ogóle nie trzeba, a na motory nie obowiązuje wówczas po prostu ubezpieczenie). Są nawet takie mini skuterki dla mnie.
Ale na razie pożyczamy skuter z automatyczna skrzynia biegów i szalejemy od rana do nocy. Najpierw dzielimy się obowiązkami – Łukasz jest kierowca a ja mu przypominam, że jeździ się po lewej stronie drogi. Jestem też lusterkami i nawigacją.
Potem ruszamy na poszukiwania stacji benzynowej. Na początku kiepsko nam z tym idzie (pytani ludzie mylą chyba „gas stadion” z „bus stadion”, bo kierują nas wszyscy na dworzec autobusowy a tam nijak żadnego paliwa znaleźć nie możemy, ale po chwili wszystko wraca do normy.
Jedziemy na północ. Około 20 km od Chiang Rai znajduje się… no właśnie! Jak to nazwać?! To „coś”. Może najpierw opowiem jakie to jest i dlaczego, a potem zajmiemy się nazewnictwem. No więc jest kilka mniejszości etnicznych, w tym najsłynniejsze Plemię Karen, znane jako Długoszyje, które zamieszkuje Mianmar (Birma)i północ Tajlandii. Tradycyjnie zamieszkiwało i nadal zamieszkuje, ale mniej już tradycyjnie. Bo oto rzeczywistością jest fakt powstawania wiosek - zoo, które budowane są, a następnie zasiedlane sprowadzanymi z Mianmaru dziewczynami. Kwestią sporną jest, czy dziewczyny uciekły z Birmy, czy zostały uprowadzone. Następnie cale ich życie, ich prywatność, wystawiane są na sprzedaż (za cenę biletu). I ponownie pojawia się spór: chcą tak żyć czy są do tego zmuszane?
No bo z jednej strony dzięki tym obręczom kobiety, choć w dzisiejszym rozumieniu niekoniecznie realizujące ideał Piękna, widnieją na większości pocztówek, są najbardziej znanymi twarzami w tej części Azji a kamery i migawki aparatów fotograficznych towarzyszą im codziennie, przy każdej niemal czynności.
Wydawało się, iż dawny zwyczaj wydłużania szyi zaniknie, lecz dzięki turystom stał się… no właśnie: formą podtrzymywania tradycji, czy możliwością zarobku? Bo przecież tutejsze kobiety nie muszą ciężko pracować w polu jak ich sąsiadki, wystarczy że siedzą na progach chat i pozują do zdjęć uszczęśliwionym turystom. W Birmie ewidentnie są do tego zmuszane przez juntę wojskową. A w Tajlandii? Połowa dochodu z opłat za odwiedzenie wioski należy do nich. Co więcej, na azjatyckim rynku matrymonialnym cena panny młodej o szyi zdobionej pierścieniami znacznie wzrosła. Taka żona świadczy o zamożności mężczyzny, który ją poślubił, gdyż musiał wpłacić rodzicom swej wybranki sporą zapłatę.
Z drugiej strony choć do wiosek (jest ich już kilka) co dzień przybywają turyści, to kobiety z Birmy wciąż nie nauczyły się ani angielskiego, ani tajskiego. Są przekonane, że wrócą do siebie, do domu. Jednakże rządzona przez wojskową dyktaturę Birma to nie najlepsze miejsce do życia. Utworzono tam między innymi specjalną wioskę mniejszości narodowych, do której przymusowo przesiedlono ludzi. Trzymani pod strażą są pokazywani turystom niczym okazy w zoo. Słyszałam też, że koło jeziora Inle są trzymane pod strażą trzy kobiety. Turysta Kobiety odgrywają upokarzający spektakl, którego sensu większość turystów nie pojmuje. Dlatego, choć planowaliśmy odwiedzić kobiety w ich wiosce w Birmie, zrezygnowaliśmy. Nasz przewodnik którym pisałam, wyjaśnił nam jak to wygląda naprawdę i nie chcieliśmy wspierać junty.
A w Tajlandii? Tutaj połowa dochodu z turystyki oraz wszystko co kobiety zarobią na sprzedaży pamiątek należy do nich. Spotkałam się także z informacją, iż zdarza się, że jeśli uciekinierki nie trafią pod opiekę tajskiego rządu są porywane przez „przedsiębiorców turystycznych”, którzy następnie pokazują długoszyje kobiety niczym na średniowiecznym jarmarku. Podobno sprawą interesuje się Amnesty International. No więc ze wszystkich powyższych możliwości wybrałam zakup (nietaniego) biletu i spacer po wioskach mniejszości. Przyznaję, że nic nie kupiłam, ale tez nie byłam zbyt natarczywa w robieniu zdjęć. Najbardziej rozczuliła mnie sytuacja, gdyż dzieci w szkole (trudno to sobie wyobrazić, że w wiosce jest szkoła bez ścian i można zobaczyć lekcję) chórem zapytały mnie skąd jestem.
Odpowiadając pokazałam im ulotkę o Przemyślu (tak! Nadal dźwigam te cholerne ulotki i przy każdej odprawie na samolot obawiam się, że każą mi płacić za nadbagaż) a one z zachwytem oglądały obrazki i słuchały jak się mieszka w Europie. Nauczycielka wskazała palcem zdjęcie zakonu karmelitańskiego i zaczęła krzyczeć: ”TV, TV!”. Myslę, że mają podobny budynek w jakimś serialu. Al. dzieciaki natychmiast zaczęły się uśmiechać z zachwytem a nauczycielka jeszcze długo po moim wyjściu studiowała tę ulotkę.
W sali lekcyjnej zwróciłam uwagę na to, że kilka dziewczynek miało założone obręcze na szyje. Pierwsze mosiężne pierścienie dziewczynka otrzymuje kiedy ukończy pięć lat. Dziewczynka przez pierwszych kilka lat nosi niewielką liczbę obręczy, a gdy osiągnie 10 - 12 lat może wybrać, czy decyduje się na włożenie kolejnych kręgów, czy chce zrezygnować z tradycji. Większość się decyduje. W końcu tak samo wyglądają ich matki. Kiedy się z nimi rozmawia twierdzą, że to ich tradycja i chcą ją kultywować.


Nie wiadomo skąd wziął się zwyczaj zakładania obręczy. Tu powtórzę za kilkoma artykułami w Internecie, że zdaniem jednych pochodzi on z czasów, gdy wokół wiosek kręciły się tygrysy atakujące swe ofiary najczęściej od razu za szyje. Grube metalowe obręcze miały uchronić przed kłami drapieżnika. Według innych podań pierścienie miały zapewnić małżonkowi dochowanie wiary przez żonę. W przypadku zdrady zdejmowano je z szyi, która pod ciężarem głowy ulegała złamaniu. Do dziś gdy dla potrzeb naukowców któraś z kobiet Padaung musi zdjąć obręcze, naraża ją to na śmiertelne niebezpieczeństwo skręcenia karku. Przez wiele lat o ich szyjach krążyły najbardziej fantastyczne legendy, niektóre z nich wręcz mówiły, iż kobiety z tego plemienia mają więcej kręgów szyjnych. Dopiero w ostatnich latach wykonano zdjęcia rentgenowskie, które wyjaśniły tą zagadkę. Nienaturalnie wydłużone szyje kobiety zawdzięczają nie tyle wydłużeniu kręgów szyjnych, co opuszczeniu pod ciężarem metalu kości obojczyka i żeber.


Czytając o Długoszyich znalazłam tez stwierdzenie, że mężczyźni przechodzą przez wioskę praktycznie niezauważani przez turystów. To prawda! Niemal ich nie zauważyłam i tylko przypadkiem znaleźli się na moich zdjęciach! Ostatecznie nie ma w nich nic niezwykłego. No, może tylko longyi - długi kawał materiału noszony zamiast spodni. Jednak w porównaniu z szyjami ich kobiet nie robi to wrażenia.

Zostawiamy pięć plemion przy ich sprawach i jedziemy dalej na północ. Jesteśmy na terenie Złotego Trójkąta. Złoty Trójkąt, obejmujący obszar około 200 000 km, znajduje się na terytorium trzech państw: Birmy, Laosu i Tajlandii. Region ten związany jest z handlem opium i heroiną (stąd przymiotnik "złoty"). Odmianę maku, z którego produkuje się opium zaczęto uprawiać na wspomnianym terenie w XIX wieku. Wtedy to m.in. na teren północnego Laosu sprowadziły się plemiona górskie z południowych Chin, gdzie narkotyk ten był ważnym artykułem handlowym. Produkcja opium w Laosie była kiedyś legalna i wspierana przez władze i różne tajne służby. Obecnie posiadanie i spożywanie opium jest karalne.
Całkowite wykorzenienie produkcji opium utrudnia brak środków finansowych, infrastruktury oraz warunki terenowe. Gęste lasy, rwące potoki górskie i niedostępne góry utrudniają to zadanie. Choć według wszelkich danych region ten nadal stanowi ważne źródło uprawy maku, to rządy Laosu i Tajlandii od wielu lat dokładają wszelkich starań, by plemiona górskie zamieszkujące te tereny uprawiały inne rośliny przynoszące dochód np. kawę czy herbatę. Dzięki tej polityce tereny uprawy maku z roku na rok się zmniejszają. Obecnie prym w regionie w handlu opium dzierży Mianma (Birma).
Złoty Trójkąt to nazwa, która niewiele mówi o konkretnych zabytkach, bardziej jest nazwą dla przestrzeni, atmosfery… jest to miejsce gdzie spotykają się trzy państwa – Laos, Tajlandia i Birma. Jako się rzekło słynęły one z produkcji i rozprowadzania opium na skalę światową. Do niedawna nawet turyści mogli spróbować opium, była to jedna z tutejszych atrakcji. Oficjalnie jest to już zabronione i nielegalne. Za posiadanie i przemycanie opium lub narkotyków jego pochodnych grożą wysokie kary, łącznie z karą śmierci.
Przy granicy z Birmą i Laosem znajdują się dwa muzea opowiadające opiumową historię. Zdecydowanie warte odwiedzenia jest „Hall of Opium” ( w „House of Opium” podobno nie znajduje się nic wyjątkowego, jest ono tańsze, ale mniejsze a wystawy są uboższe, za to jest nieco bliżej i świetnie oznakowane). Jest to jedno z niewielu miejsc w Azji, które wywarło na mnie takie wrażenie! Profesjonalne wystawy, dobrze dobrana muzyka i światła, projekcje, filmy…. Do tego dochodzą audiowizualizacje i ciekawe eksponaty. Niestety nie wolno robić zdjęć.
Muzeum powstało z inicjatywy króla (a właściwie jego matki), aby przedstawić ludziom historię opium nie tylko w Azji, ale na całym świecie oraz skutki zażywania narkotyków. Nastrój panujący w muzeum skłania do refleksji i przemyśleń. Na końcu jest nawet specjalna sala do refleksji. Zwiedzenie całego zajęło mi około dwóch godzin.

czwartek, 7 kwietnia 2011

29 marca, wtorek
Rankiem docieramy Chiang Kong. Obiecano nam, że potrzebujemy tylko złotówkę na przeprawę łodzią, ale oczywiście trzeba było dojechać z dworca do miasta… jak zawsze w Azji! No ale każdy krok przybliżał nas do ukochanej Tajlandii…
Tym razem kraj Tajów prezentował się zupełnie inaczej. Nigdy nie zapomnę pierwszych chwil w Bangkoku w grudniu 2010 r., gdy ujrzał realizację wizji z „Piątego elementu’, czyli ruch uliczny prowadzony na kilku poziomach, mnóstwo neonów i rozmach z jakim zaprojektowano to miasto. Tutaj, w Chaing Kong, przywitał nas szeroki Mekong, a po drugiej stronie chatkowe niemal zabudowania urzędu celnego. Ale urzędnicy niezmiennie uprzejmi i sympatyczni, taksówkarze uczciwi i pomocni a komunikacja publiczna działa bez zarzutu! Uwielbiam ten kraj!!!


Jedziemy n kilka dni do Chiang Rai. Bardzo zależało mi, by odwiedzić te okolice i udało się wygospodarować dwa dni. Już pierwszego wieczora miasteczko zachwyca mnie kolorami, piękną wieżą zegarową która o określonych godzinach świeci wszystkimi kolorami tęczy, „tańczy” i „śpiewa”. I nocnym marketem – dla turystów. I nocnym targiem – z jedzeniem dla miejscowych.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

28 marca, poniedziałek


Osobom, które lubią wstać o świcie, Luang Prabang też coś oferuje – Fresh Market, lub jak kto woli market poranny, na którym oprócz masy warzyw i wyrobów mięsnych, dostaniemy takie rarytasy, jak zwłoki szczura lub węża. Niestety do ugotowania w domu. Nie mamy jak gotować, więc z mięs musimy zrezygnować.
Około szóstej odbywa się codzienny marsz mnichów buddyjskich, którym okoliczni mieszkańcy klęcząc oferują jedzenie za darmo. Oczywiście poczytałam o tym obyczaju.

W wielu krajach buddyjskich, w tym także w Laosie, istnieje tradycja, która każe mnichom, codziennie rano obejść miejscowość, w której znajduje się ich klasztor i przyjąć od wiernych datki, głównie w postaci jedzenia, ale także pieniędzy i innych dóbr. Kiedyś, jedzenie otrzymane podczas porannej zbiórki, było jedynym jedzeniem, które mnisi mogli danego dnia spożyć. Dziś klasztory wspomagają się zakupami w sklepach, ale tylko za pieniądze otrzymane od wiernych.
Cała ceremonia wygląda tak, że bardzo wcześnie rano, wszyscy (przewodnik w Birmie opowiadał, że jeden mnich zawsze musi zostać w klasztorze) mnisi z miejscowego klasztoru i świątyń, idą w szeregu (czasem bardzo długim), jeden za drugim, w odpowiedniej kolejności, w milczeniu, i ustaloną trasą obchodzą dużą część miasta i okolicznych wiosek. Wierni już na nich czekają w różnych miejscach na trasie przemarszu, z przygotowanymi darami i jedzeniem, na przykład ugotowanym ryżem. Każdy mnich trzyma mnisią miskę i gdy przechodzi obok wiernego, zostaje obdarowany małą porcją jedzenia.
Moje oczekiwania oczywiście były takie, że wydarzenie jest bardzo fotogeniczne, z uwagi na wspaniałe kolory mnisich szat oświetlone porannym słońcem. Obejrzałam sobie mnóstwo pocztówek i zdjęć z takiego pochodu i bardzo chciałam zrobić podobne zdjęcie. Ale potem poczytałam relacje ludzi, którzy jak ja przybyli do Luang Prabang zwiedzeni wyobraźnią.

To prawda, że mnisi wpisani są w krajobraz Laosu jak świątynie buddyjskie. Dla rodziny to zaszczyt jeżeli syn lub córka, bo i tak bywa, wybierze życie mnisze, mimo, że wiąże się ono z ubóstwem. To prawda że każdego dnia, przed świtem, mnisi ze wszystkich świątyń wychodzą na ulice miasta. Ludzie ustawiają się wtedy przy chodnikach i przechodzącym mnichom wręczają ryż, warzywa, owoce. Całe to wydarzenie wydaje się tajemnicze i mistyczne jak i szalenie fotogeniczne. To musi wyglądać niesamowicie! Tak myślałam. A potem przeczytałam o tych, którzy byli zawiedzeni, bo to takie normalne, bo za dużo ludzi, bo to atrakcja turystyczna. Cóż, pomyślałam i uznałam, że i tak chcę to zobaczyć! O 5:30 rano zrywamy się z łóżek, żeby zdążyć na ten niesamowity mnisi pochód. Wychodzimy na ulicę i jest tak jak się spodziewałam. Widzimy kilku miejscowych, czekających na chodniku z darami dla mnichów, a wokół plącze się już sporo turystów. Między nimi krążą handlarze, sprzedający ryż zawinięty w bananowe liście: „kup garść ryżu i nakarm mnicha” przyjmuje to z lekkim oburzeniem. A potem pojawiają się mnisi. Miejscowi pokazują skąd można robic zdjęcia a turyści i tak skaczą dookoła. Wygląda to żałośnie. Zastanawiam się czy tez chcę robić zdjęcia. Ich codzienny obowiązek stał się najzwyklejszą atrakcją turystyczną. Mam wrażenie, że z tradycji nic tu nie zostało i że oni chodzą po to, by robić im zdjęcia, by turyści tu przyjeżdżali, by mieszkańcy na nich zarabiali.


Wracamy na kawę do hotelu. Po śniadaniu wymeldowujemy się. Resztę dnia spędzamy nad Mekongiem. Już sama nazwa rzeki jest dla wielu niezwykle egzotyczna. Mekong jest najdłuższą rzeką na Półwyspie Indochińskim, czwartą w Azji i dziewiątą na świecie, której źródła znajdują się w górach Tangla na Wyżynie Tybetańskiej. Mekong przepływa przez wiele państw regionu w tym: Chiny, Laos, Kambodżę, Wietnam oraz częściowo wyznacza granicę Laosu z Tajlandią oraz Mianmą (Birmą). Podobno rzeka wygląda szczególnie dostojnie w sierpniu w szczycie pory deszczowej. Wahania poziomu wód w dolnym odcinku mogą wtedy wynosić nawet 12 metrów. Dolny bieg Mekongu stanowi najważniejszy szlak komunikacyjny w Indochinach, a statki morskie dopływają nawet do stolicy Kambodży - Phnom Penh.



Po południu wypogodziło się na tyle, że spacerujemy wśród wiosek po drugiej stronie rzeki Nam Khan. Takie wioski są największą atrakcją Laosu. W większości domy budowane są na palach, kryte strzechą i pozbawione elektryczności. W drodze do granicy, jadąc wieczorem po drodze pozbawionej asfaltu i widząc przebijające się przez plecione ściany domostw płomienie świec ma się wrażenie, że człowiek cofnął się w czasie o kilkaset lat. Zresztą droga ta dopiero jest w budowie, więc to chyba nowość, że w ogóle jeżdżą tu autobusy. Ten klasy VIP wygląda mi zupełnie na lokalny i jak lokalny często się psuje. Dużym przeżyciem jest przejazd przez górskie tereny północnego Laosu. Laos jest krajem bardzo biednym. Kilkanaście lat temu należał do grona najbiedniejszych państw świata. W kraju jest niewiele dróg asfaltowych, a przejazd nawet główną trasą kajuto koszmar. Zastanawiamy się jak to wygląda w porze deszczowej, ze względu na liczne osuwiska ziemi i nieraz trudne do przebycia bajora.


Pomimo tych wszystkich trudności Laos potrafi zauroczyć swą egzotyką, przyrodą, bajkowymi wioskami i zabytkami. Opuszczam ten kraj z uczuciem niedosytu, ale tęskni mi się już za Tajlandią. Nie zobaczyłam wszystkiego, co zaplanowałam, ale tłumaczę sobie, że pogoda nie sprzyjała, więc nie miałam na to wpływu. Nie zobaczyłam wodospadu Kuang Si, w którym chciałam się wykapać. Podobno jednak sam wodospad nie jest jakiś szczególny, ale kaskady w dalszej części rzeki bardzo ładnie się prezentują i są świetnym miejscem na piknik. Cóż, wodospad jak wodospad – widziałam inne. Jaskiń mi nie żal – nie jestem typem grotołaza. Ale żałuję, że nie odwiedziłam Centrum Ratunkowego Niedźwiedzi, znajdującego się w pobliżu wodospadu. Mieszka tam spora grupka czarnych niedźwiedzi azjatyckich, zwanych księżycowymi, odratowanych z przemytu i czarnego rynku. Niektóre z nich pozbawione są jednej z kończyn.
Niedźwiedzie, które zostały uwolnione z rąk oprawców, pozostają w Centrum do końca życia, bo same nie poradziłby sobie w środowisku naturalnym. Każdy niedźwiedź ma tu nadane imię, a na tablicach informacyjnych opisana jest historia każdego z nich oraz krótka charakterystyka.
Zawiedzona jestem trochę turystycznością Laosu. Wymarzyłam go sobie jako kraj zapomniany i nieodkryty – jak jest lansowany. Okazał się bardzo prosty do podróżowania, przepełniony turystami gotowymi zapłacić każdą cenę, więc drogim. Droższym niż Kambodża czy Tajlandia. Najbardziej podobało mi się na południu, szczególnie w Tadlo. Spotkałam się z opinią, że Laos jest nudny i można tu tylko imprezować. Zważywszy na ceny laolao – dobry pomysł. Ale lepiej wsiąść na skuter i ruszyć w wioski z dala od turystycznego zgiełku…
27 marca, niedziela

Luang Prabang to jednak nie tylko świątynie, ale też – a może przede wszystkim – natura. Zwiedzanie okolicznych wiosek, czy to spacerem, rowerem czy skuterem, to przyjemność sama w sobie. Dlatego zaplanowaliśmy na dzis wypożyczenie skutera i przejażdżkę po okolicy. Uznaliśmy, że włóczęga na własną rękę, to tak naprawdę najlepsza rzecz, jaką możemy sobie zafundować. Przygotowałam się sumiennie. Trasy podróży można podzielić na dwa rodzaje. Wszystko w zależności przez którą rzekę zdecydujemy się przedostać, bo Luang Prabang wciśnięte jest pomiędzy główną rzekę Laosu –Mekong, oraz Nam Khan, będącą jej bezpośrednim dopływem. Informacja turystyczna jest w weekendy nieczynna a nigdzie nie ma map, więc znalazłam materiały w Internecie, zapisałam je na karcie w telefonie i na lapku, część przerysowałam; wytyczyłam trasę. Znaleźliśmy motor, ale przy podpisywaniu umowy okazało się, że MUSIMY zostawić paszporty w zastaw. Zazwyczaj wystarcza jakiś dokument lub kaucja. Niestety, paszportów to my nikomu nie zostawimy. Moja wściekłość zdawała się nie mieć granic. Najgorsze dla mnie było to, że zrobiło się już za późno na wykupienie jakiejś wycieczki. Z drugiej strony pogoda się popsuła, więc pocieszałam się, że to lepiej, iż zostaliśmy w miasteczku.


Co tu robić w Luang Prabang? LP ma do zaoferowania atrakcje, takie jak pół- lub całodzienna jazda na słoniu, kąpiel ze słoniem, karmienie słonia, i ogólnie wszystko słoniopodobne, spływ kajakiem bądź trekking. Na to nie mieliśmy ochoty. Wszystko to już było.

Wybraliśmy się na zwiedzanie świątyń. Wdrapujemy się na wzgórze Phu Si, ale tutejsze waty ani widoki nie powalają nas na kolana. W przewodniku wyczytaliśmy, że najpiękniejszym watem w Luang Prabang jest Xieng Thong. Z podziwem wpatruję się w szklane, kolorowe mozaiki na ścianach świątyń, przyglądam się złotym figurkom Buddy. Miasto jest jednak smutne, spowite chmurami niczym kołderka otulone do spania.

Robimy sobie zatem rajd po agencjach turystycznych i dowiadujemy się o możliwości dotarcia do granicy z Tajlandią autobusem. Po analizie sytuacji te właśnie opcje wybieramy. Nie mamy ochoty ponownie spędzić wielu godzin na łodzi, gdy wokół deszcz i wiatr.

Postanawiamy zrealizować plan zrobienia czegoś bardzo miłego dla siebie. Oczywiście – tradycyjny masaż i łaźnia ziołowa. W wyborze miejsca zdaje się na Łukasza – to on jest specjalista w tej dziedzinie. I musze przyznać, że wybrał doskonale. Nie jakieś ekskluzywne miejsce, bez duszy i charakteru, ale właśnie cos bardzo lokalnego, choć polecanego w przewodnikach.

Drewniany stary dom. Ciemne drewno robi zawsze wrażenie starości. Na przestrzeni przypominającej werandę lub niezabudowane piętro zasłony z grubego lny w kolorze piaskowym. Dyskretna, nastrojowa muzyka. Drewniane stoliki z takimi fotelami, herbatą zieloną i zapach ziół w powietrzu. Szafki na przechowanie ubrań i bagażu z ociosanego drewna. Czuję się zrelaksowana na sam widok. Przebieramy się w sarongi, dostajemy także małe ręczniczki na głowę i wchodzimy do sauny. Właściwie to powinnam napisać „do sauen”, bo są dwie – wielkości komórki, z zasłonami uszczelniającymi wejście, z mnóstwem pary o zapachu przeróżnych ziół, mroczne niczym pieczary, osobno dla kobiet a osobno dla mężczyzn. Przyszliśmy o dobrej porze, bo jesteśmy sami. Ale trochę tak nieswojo siedzieć samemu w mroku, w wysokiej temperaturze i jeszcze wyższej wilgotności. Po przerwie na lodowaty prysznic i gorącą herbatę pojawiają się jednak kolejne osoby i następną turę spędzam już w towarzystwie jakiejś Azjatki. W ciemnościach słyszę jak na ławeczce obok mnie dziewczyna sapie, mruczy i drapie się intensywnie. To taki rodzaj peelingu – skrobie się po całym ciele, wydając okropne odgłosy. W następnej przerwie Łukasz opowiada, że w części męskiej dzieje się to samo. Tymczasem ludzi przybywa. Widać, że sauna jest tu bardzo popularna wśród turystów z Tajlandii (można nawet płacić w tajskich batach). Trzecia runda odbywa się już w małym ścisku, ale co najważniejsze – w gwarze! Przyszło kilka dziewcząt, które gadają jak nakręcone, chodzą tam i z powrotem… na szczęście ja już wychodzę.

Teraz idziemy na masaż. Masaż laotańskijest znakomitym pomysłem na odpoczynek. Nie jest to masaż erotyczny (są rzecz jasna i takie miejsca, ale nie na widoku i nie oficjalnie, łatwo je zresztą poznać) – i każdy kto z takim zamiarem podejdzie do typowego domu świadczącego masażowe usługi, może się srodze rozczarować. Masaż to ok. godzinna, nieustająca maltretacja wszystkich mięśni ciała: wyginanie, wyciąganie, rwanie, bicie, walenie i tym podobne przyjemności. Czyli to, co w wersji podstawowej już znamy. Al. etym razem Łukasz zamówił masaż z olejkiem a ja ziołowy, tzn połączony z nacieraniem ziołami. Za pomoca czegoś przypominającego gąbkę, a będącego gałgankiem wypełnionym specjalna mieszanka ziół, maczanym co chwila w gorącej wodzie, cale ciao nacierane jest tą rozgrzewająca kompozycją (konieczna jest uprzednia sauna). Umysłem pojąć tego nie sposób, ale to naprawdę działa i człowiek czuje się po tym jak nowo narodzony. Powiem więcej, dopominałam się, żeby dziewczyna masowała mocniej, więc zmachała się i sapała jak lokomotywa. Natomiast ja po godzinie czułam się jak młody bóg.


Wieczorny Luang Prabang rozświetlony jest kolorowymi światłami i neonami licznych restauracji i pubów. Wszędzie tłumy turystów. Główna ulica zamienia się w „night market”, czyli nocny targ. Można tu kupić wszystko: torby, torebki, torebeczki, maskotki, jedwabne szale, t-shirty, obrazki, pościel, obrusy.... to sprzedaje się tu pod hasłem „rękodzieło”. Jednak powtarzalność tych wyrobów „rękodzielniczych”, wydaje mi się wątpliwa. To chyba jak z naszymi „bieszczadzkimi” rzeźbami na Solinie – wyrób made in China. Rzadko spotyka się tu panie, które cos plotą czy wyszywają. Zazwyczaj tylko siedzą i zagadują turystów.
Najciekawsze, jak zawsze, są boczne uliczki, gdzie stoją stragany z jedzeniem. Grillowane kurczaki, ryby, mięsa gotowane w rozmaitych sosach, duszone warzywa, pierożki, a wszystko pachnie tak aromatycznie… Oczywiście jemy wszystko, co wygląda interesująco, czyli np. skórę świni na słodko w sezamie. Jednak największym hitem okazują się sajgonki. Ja lubię te smażone, a Łukasz świeże. śmiejemy się jak to możliwe, że jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy, że sajgonki występują w różnych postaciach. No i niezastąpione, wszechobecne bagietki Można powiedzieć, że francuscy kolonizatorzy w tym przypadku zrobili kawał dobrej roboty i to co Laos może im zawdzięczać to właśnie kuchnia.
26 marca, sobota
Jako się rzekło, jesteśmy w Luang Prabang - średniej wielkości mieście, dawnej stolicy Laosu. Dziś jest prawdopodobnie najpiękniejszym miastem tego kraju oraz jedną z jego największych atrakcji turystycznych.
Chociaż planowo autobus miał dojechać o 4:00, jesteśmy na miejscu po 6tej rano. Spodziewałam się tego po relacjach jak wygląda droga. Wiec jesteśmy zadowoleni., jest już jasno, łatwiej wytargować tuktuka do centrum i można już szukać noclegu (nie płacąc za te noc, która właśnie się kończy, a przecież to jeden z powodów wybierania przejazdów nocnych – zaoszczędzić na noclegach).


Za dnia możemy bliżej przyjrzeć się miastu, które otoczone jest zielonymi wzgórzami. Od wczesnego rana, oczekując na przygotowanie pokoju i szukając czegoś na wczesne śniadanie, włóczymy się po małych uliczkach, przy których można podziwiać kamienice i wille pochodzące z czasów francuskiego kolonializmu. Małe kolorowe budynki, niektóre nadgryzione przez ząb czasu, niektóre zupełnie odremontowane, tworzą niepowtarzalną atmosferę miasteczka. W większości kamienic w samym centrum miasta urządzone są hoteliki, restauracje, kawiarnie lub sklepiki z pamiątkami. Wielu turystów podąża przez miasto szlakiem wyznaczonym przez przewodnik turystyczny, ale my chodzimy własnymi ścieżkami. Mamy poczucie odkrywania czegoś tylko dla siebie. Tak trafiamy na mnichów pracujących przy czyszczeniu i restauracji jednej ze świątyń.

Spacer po centrum Luang Prabang to prawdziwa przyjemność, zwłaszcza, że miasto jest wolne od spalin samochodowych. Ze względu na swój status światowego dziedzictwa, można się tu poruszać jedynie rowerem lub motorem. Samochody osobowe są tu rzadkością. Za to skuterów oczywiście nie brakuje. I, jak w każdym turystycznym mieście, wszędzie masa tuk-tuków.



Popołudniu dopada mnie zmęczenie. Klimatyzacja chyba tym razem wygrała, więc ukrywam się przed światem w pokoiku z wifi i wściekła na pochmurny dzień, który jeszcze pogarsza mój nastrój, serfuję po necie i przygotowuję się na poważnie do zwiedzania miasta i jego okolic.

Jest tu ciekawe Ko Kham (Muzem Pałacu Królewskiego) przedstawiające historię miasta, XVI wieczne świątynie Wat Xieng Thong i Wat Wisunarat, sporo młodsze Wat Mai Suwannaphumaham i Wat Xieng Muan, legendarna Wat That Luang, której podwaliny stworzyli indyjscy misjonarze króla Aśoki w III wieku przed Chrystusem. Ilość świątyń buddyjskich, które można odwiedzić w samym Luang Prabang oscyluje wokół dwudziestu. Jest jednak jedna, która góruje nad całym miastem. Położona w najwyższej górze w samym centrum, Phu Si, podobno warta pokonania kilkuset schodów. Panoramę najlepiej oglądać w czysty, niezamglony dzień, a my trafiamy na chmury, a nawet lekką mżawkę.


2
Pozostaje poczytać o historii tego miasta i uzupełniać bloga z drinkiem na bazie laolao w dłoni. W hotelu gorące napoje także są w cenie, co okazuje się istotne przy tej pogodzie. Napoje rozgrzewające można natomiast kupić bardzo tanio na markecie. A zatem historia… Od 1893 roku Laos był kolonią francuską. W czasie drugiej wojny światowej kraj był okupowany przez wojska japońskie i tajskie. Po zakończeniu wojny był w dalszym ciągu pod kontrolą Francji. W 1949 roku utworzone zostało królestwo Laosu, które weszło w skład Unii Francuskiej. Uzyskanie niepodległości w 1953 roku niewiele zmieniło. W tym samym roku komunistyczne oddziały partyzanckie (armia narodowa Pathet Lao) opanowały północny Laos. Długie lata konfrontacji zbrojnej doprowadziły do zwycięstwa komunistów. W 1975r. król abdykował i utworzona została Laotańska Republika Ludowo-Demokratyczna, związana politycznie i gospodarczo z Wietnamem i ZSRR. Zaraz po rewolucji 1975r. król wraz z rodziną udali się do północnego Laosu i słuch po nich zaginął. Obecnie Laos zdecydowanie odchodzi od ustroju komunistycznego na rzecz gospodarki rynkowej. Przykład dla krajów regionu z pewnością dały szybko rozwijające się Chiny - kraj komunistyczny z nazwy, a kapitalistyczny od środka.

Luang Prabang to historyczna stolica Laosu przeżywająca okres świetności w XIV wieku. Wtedy to właśnie do miasta dotarł podarunek Khmerskiego króla - 83 centymetrowa złota statuetka Buddy, zwana Phra Bang. Od nazwy tej właśnie statuetki - najbardziej czczonego posążku Buddy w Laosie - wzięło swą nazwę całe miasto. Luang Prabang otaczają malownicze góry a nad miastem dominuje wzgórze Phousi, z którego roztacza się piękny widok na dawną stolicę i dolinę Mekongu. Bardzo mnie ubawiło w czasie porannego spaceru, gdy zobaczyłam restauracyjke o tej nazwie, bo jakoś nie uwierzyłam, że chodzi o małego zwierzaczka i podtekst wydał mi się nawet zbyt oczywisty (miasteczko słynie z dostępności prostytucji i miękkich narkotyków). Dopiero popołudniu natknęłam się na nazwę wzgórza i uznałam zasadność nazywania tak restauracji i hoteli. Wzgórze Phousi położone jest na południowym krańcu półwyspu, utworzonego przez rzeki Mekong i Nam Khan. Większość historycznych świątyń znajduje się właśnie na tym półwyspie. W 1995 roku całe miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury - UNESCO. W mieście zobaczyć można liczne zabytkowe świątynie buddyjskie oraz francuską kolonialną architekturę. Interesujące są również okolice miasta. Większość turystów przebywających w Luang Prabang udaje się również do grot Pak Ou położonych 25 km od miasta nad brzegiem Mekongu. We wnętrzu jaskiń obejrzeć można liczną kolekcję figurek Buddy. Jak opowiadali- jaskinia jak jaskinia. Wydaje mi się jednak, że nie te jaskinie robią na turystach wrażenie, ale przede wszystkim trzygodzinny rejs łodzią po Mekongu. Ja jednak przyjrzałam się rzece (cieszyliśmy się na dwudniowy rejs Mekongiem do granicy z Tajlandią), jeszcze raz obejrzałam zdjęcia z rejsów i nabrałam wątpliwości czy to rzeczywiście takie atrakcyjne. Trzeba będzie się nad tym jeszcze zastanowić. Ale jak Katie Scarlett O'Hara-Hamilton-Kennedy-Butler – „pomyślę o tym jutro”.
25 marca, piątek
Dzień spędzamy w stolicy. Ale nie na zwiedzaniu tylko na pasieniu się. Jak już pisałam Vientiane, jak na stolice, jest bardzo spokojne, bez zgiełku i hałasu typowego dla dużych miast. Kilka ciekawych zabytków, które już obejrzeliśmy i urokliwy brzeg Mekongu. Mieliśmy jechać oglądać Buddów, ale po nocnym przejeździe nie mieliśmy już na to ochoty. Można było zatem wziąć dzienny autobus na północ, ale po tym co się naczytałam o trasie uznałam, że łatwiej będzie ją znieść w nocy, bo może uda się nawet kimnąć. Dzień przeznaczyliśmy zatem na szwendanie się po bazarach typu wszelakiego, domach handlowych i wylegiwaniu się w cieniu przyświątynnych drzew. No i na konsumpcję nieskończonej ilości bagietek z tuńczykiem, serem, warzywami i sosami będącymi najwyższej klasy specjalnością lokalną.


Dwa dni w drodze nie były jednak stracone! W Pakse zafundowałam sobie wizytę u fryzjera a w Vientiene u kosmetyczki. I od razu poczułam się taka zadbana :D



Wieczorem byłam już tak zmęczona, że najbardziej hardkorowa droga nie była w stanie powstrzymać mnie przed zaśnięciem. Łukasz miał z tym trochę kłopotu, ale kiedy natknął się w bagażu na butelkę z drinkiem, bez zastanowienia wypił moje zdrowie i zapadł się w objęcie Morfeusza równie skutecznie co i ja. Postanowiliśmy zawierzyć kunsztowi kierowcy („ach ci azjatyccy kierowcy! To wybitni specjaliści! Mają swoją własną filozofią jazdy, która okazuje się tak bardzo skuteczna!”) i nie obserwować drogi.
Autobus mknie wąską drogą, która w pewnym momencie przestaje w ogóle przypominać drogę, tyle w niej dziur. Skręcamy w lewo, jedziemy w górę, teraz ostro w prawo i jeszcze bardziej ostro w lewo i w dół, a potem znów w górę i w prawo, w lewo i w prawo i w dół i w lewo i w górę i… jeszcze raz to samo! Podobno w dzień widoki za oknem co jakiś czas zapierają dech w piersiach, a jednocześnie bezlitosne serpentyny ściskają żołądek i nie pozwalają nacieszyć się górskim pejzażem. Cóż, dobrze, że jedziemy w ciemnościach. Tego co widzę w światłach mijanych samochodów i oświetleniu domostw i tak mi wystarczy. Kiedy docieramy do Luang Prabang jesteśmy zmęczeni jeszcze bardziej niż wczoraj.

niedziela, 3 kwietnia 2011

24 marca, czwartek
Ale jestem wyloozowana! Aż zapomniałam napisać o kąpieli w wodospadach. No bo okolica słynie nie tylko z tych wielkich wodospadów, ale także wielu wielu mniejszych. Do jednego z nich – o zachodzie słońca – przedzieraliśmy się ścieżką wśród kawiorów i krzaków. A w innym – w naszej wsi – kąpaliśmy się.
Na półki skalne tworzące wielkie terasy niełatwo dotrzeć. Trzeba zaplanować trasę wśród rozlewiska i miejsc o dużej głębokości lub mocnym nurcie – do wyboru. Ale jak się już na miejscu to można się położyć na płaszczyźnie przez która przepływa woda o głębokości 2-5 cm, albo wejść do jednej z wielu jam, takich jakby wanien kąpielowych, albo stanąć pod wodospadem i skorzystać z naturalnego pasażera, albo wreszcie z miejscowymi dzieciakami pozjeżdżać pod wodospadami jak na ślizgawce. Zresztą każdy może wymyślić coś innego…

Płaskowyż Bolaven to siatka pól ryżowych, gęste lasy i klimatyczne wioski. Tadlo przyciąga turystów atmosferą oraz 10-metrowym wodospadem.

Następne zdjęcia to wschody i zachody słońca, wyznaczające rytm życia tutaj, fotografowane z naszej werandy. 




A dzisiaj jedziemy do Pakse. Samo Pakse nie jest miejscem nadzwyczajnym. Ot takie miasto na brzegu Mekongu – bez rewelacji. W każdym razie bankomat znaleźliśmy, nawet kilka, choć LP podaje ze w mieście jest tylko jeden. Na celowniku północ. Wieczorem jedziemy do Vientiene, lecz nasz autobus okazuje się nie tak luksusowy jak ostatni. Szczerze mówiąc okazuje się tragiczny i do stolicy dojedziemy straszliwie umęczeni. Ale szkoda na to słów.