skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

środa, 18 maja 2011

1 maja, niedziela
Oczywiście święto. Podobno wszyscy wyjechali. Jakoś nie widać tego w mieście. Jak mrowisko! Jestem zafascynowana ta mieszanka kulturową. Łukasz szaleje w sklepach komputerowych, których tutaj są dosłownie tysiące (jest nawet specjalny 7-piętrowy dom handlowy z podziemną restauracją i podobną ilością pięter parkingowych, o specjalizacji elektroniczno-komputerowej, gdzie główną atrakcją dzisiaj jest wydawanie i-padów nowym właścicielom) a ja zasiadam sobie w kątku z aparatem i obserwuję ludzi.
Malezja jest najmłodszym państwem Azji Południowo-Wschodniej, zamieszkanym przez wiele grup narodowościowych. Malajowie stanowią największą grupę etniczną w Malezji; są wyznawcami islamu. Żyją głównie w Malezji Zachodniej, gdzie trudnią się rolnictwem
Chińczycy, stanowiący prawie 1/3 ogółu mieszkańców Malezji, są główną grupą narodowościową Malezji Wschodniej. Wyznają oni taoizm i buddyzm. Hindusi żyją przede wszystkim w Malezji Zachodniej, są wyznawcami hinduizmu, islamu lub nauki sikhów, wielu z nich wyznaje także chrześcijaństwo. W Malezji Zachodniej, w obszarach górskich, żyje ludność tubylcza (z malajska Organ Asli).
W Malezji Wschodniej występuje ok. 25 grup mniejszości narodowych, które stanowią 50% jej mieszkańców. W Malezji obchodzi się wiele świąt i festiwali odzwierciedlających wielonarodowościową kulturę społeczeństwa; święta chińskie przeplatają się z hinduskimi i muzułmańskimi. Zatem dla fotografa – raj! W jednej kolejce po bilety stoją omotane w chusty muzułmanki, kolorowe hinduski i niemal nagie przy nich Chinki.
No a potem jeszcze jedzenie. Kuchnia malajska jest zbliżona do indonezyjskiej - bogata w przyprawy i mleko kokosowe. Większość potraw składa się z ryżu z warzywami z dodatkiem ryb, kurcząt i innych mięs (z wyjątkiem wieprzowiny). Najbardziej znanym daniem malajskim jest satay. Są to kawałki marynowanego mięsa wołowego lub drobiowego opiekane na węglu drzewnym i podawane w smacznym sosie z orzeszków ziemnych.


Popularnym daniem śniadaniowym jest nasi lemak - ryż z orzeszkami ziemnymi, kokosem i rybą, ikan billis, w sosie curry. Malezyjczycy jedzą także wiele dań z makaronu, popularnych w całej Azji, m.in. mee goreng (smażone kluski).


Gorący, wilgotny klimat Malezji sprzyja uprawie wielu egzotycznych owoców. Wcinamy tu banany, ananasy, orzechy kokosowe, arbuzy i pomarańcze. Są też owoce, których nazwy znajduję dopiero w Internecie:
Flaszowiec - tzw. jabłko cukrowe, żółto-zielony owoc o słodkim, delikatnym smaku cytryny.
Durian - duży, owalny, kolczasty owoc o wybornym smaku, lecz dla niektórych bardzo nieprzyjemnym zapachu (ja się powoli przyzwyczajam i przekonuję do niego). Uważany za afrodyzjak.
Nangka - owoc drzewa bochenkowego, podobny do owocu drzewa chlebowego, ma żółty, ciągnący się, słodki miąższ.
Gujawa - owoc o kształcie gruszki i wielkości kurzego jaja. Bardzo bogaty w witaminę C.

Mango - uchodzi za najcenniejszy owoc świata. Łukasz je uwielbia. Ma wiele odmian różniących się wielkością, barwą skórki i smakiem (od słodkiego po słodko-kwaśny). W Malezji służy jako dodatek do mięs i ryb.
Papaja - jedzona najczęściej na surowo na śniadanie, podawana z plasterkiem cytryny. Słodki, miękki miąższ jest bogaty w witaminy A i C.
Rambutan - pod czerwoną lub żółtą skórką pokrytą kolcami znajduje się słodki, biały miąższ.



Chłonę atmosferę tego miasta. Nie jest to miejsce, w którym chciałabym zamieszkać. Nie urzekło mnie jakoś szczególnie, ale jest bardzo ciekawe. Przypomina mi karuzelę – tak jest dynamiczne albo zabawkę z dzieciństwa, której nazwy zapomniałam – tuba z kolorowymi kryształkami w środku, zmieniająca obrazki przy każdym potrząśnięciu – tak szybko i zdecydowanie zmienia swój wizerunek przy każdym zwróceniu głowy w inną stronę. Zaskakujące jak różnorodne jest to miejsce! A jednocześnie jak harmonijne! W zgodzie, wzajemnej akceptacji i poszanowaniu żyje tu tyle kultur, religii, tradycji. Naprawdę Europejczycy powinni się wiele nauczyć.
30 kwietnia, sobota
No więc wczesnym rankiem, a w zasadzie to jeszcze ciemną nocą, jesteśmy w Kuala Lumpur. Po kawie z „Seven Eleven” i doczekaniu świtu jedziemy na dworzec autobusowy. Linię, która nas interesuje obsługują tylko dwie firmy, które niestety nie maja już biletów na nocny autobus. Nie zamierzamy marnować całego dnia na podróż, więc kupujemy bilety na dzień następny i udajemy się na poszukiwania hotelu. Nie takie były nasze plany, bo to drogie miasto
Mogliśmy skorzystać z CS, ale Łukasza kolega (host sprzed dwóch lat, z którym utrzymywał kontakt i który ciągle go zapraszał) akurat wyjechał na wakacje i mamy się spotkać przed naszym wylotem. Dlatego nie planowaliśmy postoju w KL i nie szukaliśmy noclegów. Teraz kierujemy się w stronę chińskiej dzielnicy. Ceny w odwiedzanych po drodze hotelach porażają. Na zmianę z tragicznymi warunkami (grzyb, wilgoć, brud, robaki). W końcu znajdujemy coś odpowiedniego i nawet łapiemy darmowe wi-fi z pobliskiego uniwersytetu. Tylko nie działają komunikatory, bo „ten Internet służy do nauki, nie do zabawy”.
Po regeneracji ruszamy na miasto. Kuala Lumpur (mal. błotnisty zbieg) to stolica Malezji i jej największe miasto, położone w środkowej części Półwyspu Malajskiego. Kuala Lumpur tworzy specjalny, wydzielony dystrykt Kuala Lumpur. Jest to enklawa na terenie stanu Selangor.
Gdy w roku 1857 radża Abdullah z rodziny władców królestwa Selangor otworzył dolinęKlang do zamieszkania, u zbiegu rzek Gombak i Kelang osiedliło się 87 chińskich pracowników pobliskich kopalni cyny. Mimo iż 69 z nich zmarło z powodu chorób i trudnych warunków, osada przetrwała. Wkrótce pojawili się handlarze, którzy wymieniali żywność i ubrania za cynę. Założono pierwsze sklepy i prowadzono cotygodniowe targi.
Wraz z rozwojem osady Brytyjczycy ustanowili stróżów, mających pilnować porządku. Pierwszym kapitanem był Hiu Siew. Osada szybko przerodziła się w główny ośrodek miejski Selangoru i jedno z ważniejszych miejsc wydobycia cyny w Malezji. Kolejny kapitan, Yap, zachęcał do osiedlania się na pobliskich terenach farmerów, aby zapewnić miastu stałe źródło żywności. W 1881 roku pożar poważnie zniszczył miasto. Podczas odbudowy używano głównie cegieł, aby uniknąć podobnego wypadku w przyszłości. Kapitan Yap założył także pierwsze w Malezji szkoły publiczne i schroniska dla bezdomnych. Niedługo po tym zezwolono na budowę pierwszych kasyn i barów, w których sprzedawano alkohol. W 1882 roku sir Frank Swettenham uczynił Kuala Lumpur siedzibą brytyjskich władz w Malezji.

Podczas II wojny światowej od 11 stycznia 1942 roku przez 44 miesiące okupowane przez Japończyków.
Gdy w 1957 roku Federacja Malajów ogłosiła niepodległość, miasto utrzymało status stolicy. Podobnie było w roku 1963, kiedy Federacja Malajów zmieniła nazwę na Federację Malezji. Na stadionie Mardeka (zwanym także Stadionem Niepodległości) pierwszy malezyjski premier, Tunku Abdul Rahman, ogłaszał przed tłumem niepodległość Malezji.
W 1974 roku miasto zostało wydzielone ze stanu Selangor i utworzyło odrębny dystrykt Kuala Lumpur.

Obecnie Kuala Lumpur to jedno z najszybciej rozwijających się miast Azji Południowo-Wschodniej, z przyrostem gospodarczym powyżej 10% w skali rocznej. Nad centralną dzielnicą miasta wznoszą się wysokie i nowoczesne wieżowce. Miasto boryka się jednak z poważnymi problemami komunikacyjnymi i mimo wybudowania kilku obwodnic ruch kołowy paraliżowany jest przez korki. System transportu publicznego również nie jest rozwinięty należycie do potrzeb miasta. Po mieście krążą niezliczone taksówki. Korki, szczególnie uciążliwe w godzinach szczytu, skutecznie blokują całe miasto. W ostatnim czasie wybudowano jednak cztery kolejki miejskie. Są to Putra LRT, Star LRT, Koleje Kuala Lumpur i KTM Komuter. Postanowiliśmy zatem korzystać – gdy tylko się da, a da się prawie zawsze – z metra (częściowo kolejki naziemnej). Działa bez zarzutu. Tyle tylko że niektóre linie (jednotonówka) są drogie (że nie wspomnę o dojeździe na lotnisko).

Miasto rozbudowywane jest bez ładu architektonicznego. Podziwiane z okien kolejki naziemnej robi wrażenie. Wygląda to… ciekawie. Obok centralnej dzielnicy miasta z autostradami i wieżowcami, znajdują się dzielnice zamieszkane przez Chińczyków z tradycyjnymi domami i wąskimi uliczkami.
Najbardziej znaną ulicą miasta jest Dataran Merdeka, przy której znajduje się gmach Sądu Najwyższego i odbywają się coroczne uroczystości z okazji dnia niepodległości Malezji, transmitowane przez telewizję na cały kraj. W 2003 roku święto niepodległości obchodzono również na ulicy Putrajaya.

Architektów zachęca się do łączenia tradycyjnych stylów azjatyckich i nowoczesności. W taki sposób powstały będące dumą Kuala Lumpur wieżowce: Dayabumi Building (pierwszy drapacz chmur w Malezji), Tabung Haji Building, Menara Telecom (powstały dzięki pracy lokalnego architekta Hijjasa Kasturi) i znane na całym świecie bliźniacze wieżowce Petronas Towers.


Chociaz przeanalizowaliśmy listę atrakcji tzn
• Petronas Towers to najbardziej znane budowle w mieście, jedne z najwyższych na świecie. Z najwyższych pięter rozlega się wspaniały widok na całe miasto.
• W Petronas Towers mieści się ponadto największy dom handlowy Malezji, Suria KLCC.
• Menara Kuala Lumpur to najwyższa wieża telekomunikacyjna w mieście, zbudowana w Bukit Nanas.
• Lake Gardens to 92 - hektarowe ogrody, znajdujące się w okolicy Malezyjskiego Parlamentu. Dzielą się na Motyli Park, Jeleni Park, Ogród Orchidei, Ogród Hibiskusa i największy w Południowo-Wschodniej Azji Park Ptaszarski.
• Stadium Merdeka to miejsce gdzie 31 sierpnia 1957 roku ogłoszono niepodległość Malezji.
• Dataran Merdeka to plac również związany z ogłoszeniem niepodległości kraju. Znajduje się tu siedziba Royal Selangor Club, a także budynek Sultan Abdul Samad Building.
• Stacja Kolejowa Kuala Lumpur została zbudowana w 1911 roku przez brytyjskich architektów. Obecnie nadal pełni swoją funkcję jako węzeł kolejowy.
• Muzeum Negara to główne muzeum w Malezji.
• Masjid Negara to meczet, zbudowany w 1965 roku w postmodernistycznym stylu.
• Tugu Negara to pomnik upamiętniający zabitych Malezyjczyków podczas japońskiej okupacji czy protestach antybrytyjskich.
• Największe chińskie sklepy znajdują się w tutejszym chinatown, czyli przy ulicy Petaling.
• Największe chińskie festiwale odbywają się w okolicach świątyni Thean Hou, na Wzgórzu Robson.
• Lokalne potrawy są sprzedawane po okazyjnych cenach przy ulicy Jalan Alor.
• W mieście znajduje się tor Formuły 1 na którym w każdym sezonie odbywa się wyścig o Grand Prix Malezji F1.
przeznaczyliśmy ten dzień na spacer po centrach handlowych i zachwycanie się nowoczesnością oraz malajską kuchnią.

sobota, 14 maja 2011

29 kwietnia, piątek

Ostatni dzień w Singapurze spędzamy w… centrum handlowym! Miała być znowu wyspa rozrywki Sentosa, ale trafiamy n film 3d – Thor (poniżej naszych oczekiwań), promocje i-Pada i inne shoppingowe szaleństwa. Wieczór tradycyjnie spędziliśmy w towarzystwie naszej gospodyni Ruth. Fantastyczna kobieta, której baterie chyba nigdy się nie wyczerpują. W pośpiechu ogarnęliśmy nasze rzeczy i pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Okazało się jednak, że bilet kupowany przez Internet to nie tylko w przypadku linii lotniczych nie zawsze najlepsze rozwiązanie. Ten kupowaliśmy na lotnisku w Manilii i chyba to przyniosło nam pecha. Firma nie przysłała potwierdzenia. A bilety znaleźliśmy przez wyszukiwarkę, więc trudno ją namierzyć po czasie. Wszystkie maja takie same lub podobne autobusy. Mieliśmy plan chodzić od firmy do firmy (mieliśmy nadzieję, że prawidłowo wytypowaliśmy dwie) z prośbą o sprawdzenie naszej rezerwacji. W pierwszej przez nas obstawianej naszej rezerwacji nie znaleziono. Ale pani poprosiła o pokazanie dowodu wpłaty. Gdy odpalaliśmy kompa, by to zrobić okazało się, że nadal mają miejsca we wcześniejszym autobusie. Wsadzili do niego już kilka osób, które zgodziły się jechać wcześniej a teraz przyszła kolej na nas. Wytłumaczyliśmy, że w zasadzie to nie mamy biletu. Ale to nie był problem. Lepiej zabrać ludzi, których bilety nie są pewne niż przewozić powietrze. Taką logikę to ja rozumiem i podziwiam. Szkoda, że u nas nie ma takich autobusów. I takich biur obsługi.

To tyle na temat jak wyjechałam Singapuru. A o samym Singapurze? Państwo idealne, doprowadzone do perfekcji. Fantastycznie je odwiedzić – o ile masz bogatego wujka. Dobrze poczuć się bezpiecznie (tu nawet nie widać policji na ulicach, bo nie ma takiej potrzeby; pojawiają się za to co tydzień w telewizji, by opowiadać o swoich sukcesach, dzięki czemu społeczeństwo wierzy w ich skuteczność) i czysto (sterylnie tu niczym w szpitalu). Jest tu na co wydawać pieniądze, ale Łukasz musiał zmodyfikować swoje ulubione zajęcie, czyli shopping tworząc wersję „window shopping”, czyli oglądanie wystaw sklepowych. Ludzie także są sterylni, hiperpoprawni i znakomicie znający swoje miejsce. Nieważne czy jesteś kaleką, indyjskim robotnikiem niewykwalifikowanym, studentem czy wykształconym krawaciarzem – masz tu swoje miejsce. Każdy wie co ma robić i chyba nawet znajduje w tym szczęście. Rząd profesjonalistów dba, by specjalne regulacje prawne wspierały zacieśnianie więzi międzyludzkich, by rodziny miały czas dla siebie a samochody nie zanieczyszczały powietrza. Technologia jest superprzyjazna człowiekowi. W metrze i na przystankach autobusowych są specjalne ściany ze szkła chroniące przed wpadnięciem pod nadjeżdżający pojazd a grzeczne kolejki oczekują nawet na taksówki. Instrukcje są znakomicie przygotowane, widoczne i czytelne a każdy rozumie i uznaje ich zasadność. Wszyscy używają i-phonów, więc ciągle powstają nowe darmowe aplikacje, które mają im pomóc np. korzystać z komunikacji publicznej, sprawdzać pogodę itp. Wszyscy mają też karty magnetyczne, które działają jak bilety miesięczne. Wchodzi się przednim wejściem, kasuje kartę nie wyciągając z torebki, wychodzi tylnim - tak samo. Jeśli zapomnisz skasować – płacisz za cała trasę – czyli drogo. Skutecznie zniechęca do oszukiwania. Zresztą tutaj chyba nikomu by to nie przyszło do głowy.
Słowem… kraj, w którym ideał sięgnął szczytów. Wszystko jest tu dla człowieka. A jednak żyć tu nie sposób. Bo jak tu żyć bez wątpliwości i pytań egzystencjalnych?
28 kwietnia, czwartek


Po dwunastu godzinach „odpoczynku” na lotnisku mamy następny lot. Dostajemy miejsca w pierwszym rzędzie i mamy okazję obserwować przygotowania w kabinie pilotów. Już nie ma konkursów (urządzanych w Cebu Pacific: kto pierwszy pokaże kartę pokładową, a kto ma coś przeciwsłonecznego?) ale stewardesy są bardzo miłe. Jednak jakoś źle się czuję. Myślę, że to zmęczenie, okrywam się i układam do snu.
Ale o dziwo nie mogę zasnąć. Jest mi zimno. Czuję dziwne podenerwowanie, aż w końcu odczuwam ból w klatce piersiowej. Sytuacja robi się na tyle poważna, że Łukasz wzywa stewardessy. Dziewczyny bardzo się przejmują moim stanem (to byłby problem jakby im ktoś zmarł na pokładzie!), ale nie maja pojęcia co zrobić. Nie mają żadnych lekarstw, nie maja przeszkolenia medycznego. Dostaję więc kubek gorącej wody.
A one zaczynają studiować grubaśna książkę z instrukcjami. Zapewne pierwszy raz cos takiego im się przytrafia. W końcu znajdują lekarza, który mnie bada (ciśnienie, tętno), który stwierdza, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nota bene, pierwszy raz w życiu mruknęłam cos do gościa, który szarpał mój fotel – siedział za mną. I jak myślicie? On okazał się lekarzem!!!

Skoro wszystko ze mną w porządku, postanawiam wytrwać do lądowania. Dziewczyny chciały mi załatwić wózek na lotnisku i przewiezienie do lekarza, ale nie znają chyba miejscowych zwyczajów i jakoś nic im z tego nie wyszło. Punkt medyczny był kilka terminali dalej, a ja poczułam się lepiej. Na tyle, że postanowiliśmy zrealizować dzisiejszy plan zwiedzania.



Z dzikich zwierzą do kolekcji brakowało mi krokodyli. A w Singapurze jest krokodyl farma. Nie było łatwo ja znaleźć, okazała się bardzo mało singapurska, ale nauczyłam się czegoś o tych zwierzakach. I zrobiłam kilka fotek

poniedziałek, 9 maja 2011

Tak więc nadszedł czas, by opuścić ultrakatolickie Filipiny. Jak je zapamiętam?
Cóż, to najdalej położona destylacja w czasie mojej podróży – i warto było tu przyjechać. Gdy przygotowując się do przyjazdy tutaj analizowałam miedzy innymi oferty biur podróży nie mogłam pojąc skąd biorą się te horrendalne ceny. Teraz wiem. Sądziłam, że samodzielnie zrobię to co najmniej dziesięć razy taniej. Nie udało się, bo kilka rzeczy mnie jednak zaskoczyło – szczególnie ceny noclegów (przy czym można znaleźć także tanie miejscówki, jednak zazwyczaj dość obrzydliwe).
Wydałam więcej, niż planowałam, ale nadal nie jest to więcej niż 25% ceny wycieczki z biura podróży.
Zobaczyłam za to to, co chciałam zobaczyć. Zostałam dłużej tam, gdzie mi się podobało. I robiłam to, co chciałam – nurkowałam.

Czy mi się podobało? Do zwiedzania nie znalazłam tu zbyt wiele. Klasyczne zabytki to w Polsce, nie tutaj. Kościoły – jak najbardziej. Ale bynajmniej nie mam na myśli architektury (bywa ciekawa, w dwóch stylach: a’la hal sportowych i pozostałości kolonialnych pod postacią bazylik obronnych). Bardziej urzeka atmosfera. Dokładne informacje co wypada założyć, a co nie. Modlitwy niczym tajemne zaklęcia. Wiara tak powszechna, że niemal obowiązkowa. Kierowca tuk tuka ma na swoim wozie wypisane modlitwy, kierowca autobusu po zapaleniu silnika zmawia jeszcze modlitwę przed wyruszeniem, na promie modlitwa jest odtwarzana przed filmem itd.
Kościoły przypominają nieco bazary a sprzedawczynie świec ofiarnych tańczą w czasie modlitw i wyglądają przy tym jak przedstawicielki zagubionych plemion buszmeńskich odziane w europejskie stroje.

Nie smakowała mi tutejsza kuchnia. Po raz pierwszy w Azji chodziłam, może nie głodna, ale nie dojedzona. Jakieś to wszystko było nie takie, nie azjatyckie. Najlepsze były hamburgery. I kurczaki. Filipiny nie mogą istnieć bez kurczaka!
Filipińczycy są w przedziwny sposób uporządkowani. Jak alejka z szewcami, to sami szewce. Jak warsztaty samochodowe, to nic innego w okolicy. A jak kanały w telewizji to po kolei: sporty od golfa po piłkę nożną, jak przyrodnicze to potem naukowe i dokumentalne… Są Filipińczycy znakomitymi przewodnikami podwodnymi. Ale nie są właścicielami szkół nurkowania. Nie maja na to środków finansowych. Maja przepiękne plaże i cudowne morze, ale na plażach leżą biali turyści a zasoby morskie wykorzystują zagraniczne kompanie handlowe. Są bardzo otwarci i przyjacielscy – w wioskach i mają okropnych naciągaczy w miastach i na trasach turystycznych.


27 kwietnia, środa

Zwiedzanie Cebu, miasta do którego 7 kwietnia 1521 roku podczas swej podróży dookoła świata przypłynął Ferdynand Magellan. Wizyta w Basilica Minore del Santo Nino, kościele szczycącym się cudowną figurką Dzieciątka Jezus, w forcie San Pedro z połowy XVI w., w rotundzie z Krzyżem Magellana i w świątyni taoistycznej, będącej centrum życia duchowego licznie od wieków reprezentowanej tu mniejszości chińskiej. Cebu to miasto na Filipinach na wschodnim wybrzeżu wyspy Cebu. Po południu przejazd lokalną komunikacją na lotnisko i przelot do Clark. Nocne koczowanie na lotnisku, nadspodziewanie przyjemnie.
26 kwietnia, wtorek
Nadszedł czas pożegnania z rajską wyspą. Dziś jedziemy do Cebu City. Rano się zabieramy na ląd. Łódź zakotwiczona jest kilkadziesiąt metrów od brzegu – podwożą nas małymi łódkami. Przewoźnik chce 20 peso, ale gdy odmawiamy, wcale się nie upiera. Dziwne. A więc to nie jest jednak opłata obowiązkowa. Na dużej łodzi, która określano na 26 osób a w tę stronę wypakowano ludźmi dosłownie po brzegi, teraz płynie zaledwie kilka osób. I nikt nie krzyczy, że to „special trip”.
Znowu sa problemy z uruchomieniem silnika, znowu buja i przypieka słońce. Po drugiej stronie znowu podpływa mała łódka. Ale już wiemy. Już nikt się nie rusza. Po kilku minutach facet odpływa a my powoli, mozolnie – bo rzeczywiście bardzo płytko – przybijamy NIEMAL do brzegu. Trzeba przejść po innej łodzi i po trapie. Ale zabawa!

Natychmiast mamy busa do stolicy wyspy. I fajne siedzenia z przodu. I pogoda jest piękna. Nawet trochę za bardzo, bo nie ma szyb i gdy słońce świeci z mojej strony, spala mnie na raczka.

Jedziemy przez wyspę. Piękną wyspę.
Cebu to wyspa w środkowej części Filipin pomiędzy cieśninami Cebu i Tañon; otoczona 167 mniejszymi wysepkami.
Długość 217 km, szerokość do 32 km; powierzchnia 4422 km², 3 miliony mieszkańców (najgęściej zaludniona wyspa Filipin).
Powierzchnia górzysta, z kilkoma szczytami ponad 700 m n.p.m. (najwyższy 1073 m n.p.m.), na wybrzeżu wąskie, żyzne niziny z uprawą kukurydzy, tytoniu, trzciny cukrowej, bawełny, palmy kokosowej.
Wydobycie węgla brunatnego i rud miedzi, złota i srebra; przemysł włókienniczy, spożywczy (rafinacja cukru), rybołówstwo.

Po południu jesteśmy w Cebu City i od razu przypominam sobie, że bardzo nie lubie tego miejsca. Zwiedzać będę jutro…
25 kwietnia, poniedziałek

Miały być Święta Wielkanocne w megakatolickim kraju z procesjami i krzyżowaniami a jest… nurkowanie z rekinami. Cóż, w drodze trzeba być elastycznym.
25 kwietnia, poniedziałek

Miały być Święta Wielkanocne w megakatolickim kraju z procesjami i krzyżowaniami a jest… nurkowanie z rekinami. Cóż, w drodze trzeba być elastycznym.

O piatej nad ranem ponownie płyniemy na Monad Shoah. Dziś mamy dobrą widoczność. Na dzień dobry spotykamy sporo ryb rafowych: pacific sailfin tang, dużo moorish idol, spotfin gaby, lawicę common humbug, kolejną western clownfish, ogromnego tall-fin batfish, pacifiv lionfish (juz sama znajduję!). Kiedy przepływamy wzdłuż „brzegu” czyli granicy poza którym rozpościera się ciemność głębin, wypływa z nich wielki tresher shark. Płynie prosto na nas. Zastygam – tak mi się wydaje – bez ruchu. Wtedy ten olbrzym nas zauważa i zawraca. To była magiczna chwila. Przewodnik z przodu a my oko w oko z rekinem.

Tylko jakoś wcale nie czułam niebezpieczeństwa. Bo nie było niebezpiecznie. Tak sadzę. Niektóre gatunki rekinów nazywane są ludojadami. Należy do nich między innymi żarłacz biały. Te duże drapieżniki są jednak stosunkowo nieliczne. Dlatego liczba napaści rekinów na ludzi w ciągu jednego roku nie przekracza setki. Żarłacze białe są jedynymi rekinami, które polują na ssaki morskie, takie jak foki i delfiny. Z tego powodu mogą mieć skłonności do atakowania kąpiących się ludzi, tym bardziej, że polują głównie w pobliżu brzegów morza.

Przyznaję jednak, ż rekiny są fascynujące. Niektóre zjadają swoich braci i siostry jeszcze w łonie matki. Podobno nie są inteligentne i ciężko się uczą, ale to marne pocieszenie. Podobnie jak to że reagują w sposób prosty na impulsy. Cóż, Matka natura hojnie je wyposażyła.
Rekiny posiadają do 3 tyś. zębów ułożonych w licznych rzędach (od 6 do 20). Tylko dwa pierwsze rzędy odgrywają rolę w pobieraniu pokarmu, pozostałe to zęby zapasowe, które zastąpią zużyte lub zniszczone. Rekiny mogą wymieniać swoje zęby co pięć dni, dzięki temu są one zawsze ostre. Szczęka rekina jest 300 razy silniejsza niż szczęka człowieka i działa z silą 3 ton na centymetr kwadratowy. Na pysku rekina znajdują się najbardziej czułe elektroreceptory w całym świecie zwierząt.
Drapieżne rekiny mają dobry wzrok, ale jego znaczenie nie jest tak istotne jak rola węchu. Otwory nosowe są używane tylko do wąchania, a nie do oddychania, a smak wody również pomaga rekinowi orientować się w położeniu zdobyczy. Rekiny są szczególnie wrażliwe na zapach i smak krwi. Mogą wykryć jej obecność w roztworze wodnym, w którym krew będzie stanowiła jedną milionową część. Oznacza to mniej więcej jedną kroplę krwi na sto piętnaście litrów wody.

Na koniec moich rozważań filipińskich o rekinach, muszę podkreślić, że te, które spotkałam wokół Malapascua nie były niebezpieczne (tzn nie tak bardzo jak większość ludzi uważa). Wyróżniamy ponad 350 (klasyfikacje są bardzo różne, zależą nawet od języka i ciągle się zmieniają) różnych gatunków rekinów.
Bo sprawa z rekinami wygląda tak, że to one powinny się nas bać bardziej, niż my się ich boimy. Przede wszystkim świadczy o tym statystyka - rekiny na całym świecie zabijają rocznie mniej niż dwudziestu ludzi, podczas gdy my mordujemy je masowo - to hekatomba przekraczająca sto milionów sztuk rocznie... Poza tym, spośród ponad czterystu gatunków rekinów zamieszkujących wody naszej planety, tylko kilka jest potencjalnie groźnych dla człowieka - potencjalnie, to znaczy, że nie jesteśmy dla nich w ogóle źródłem pożywienia, nie reagują one agresywnie na każdego człowieka, którego zobaczą nieporadnie pluskającego się w wodzie. Żeby zostać zranionym czy "zjedzonym" przez rekina, trzeba go albo sprowokować, albo mieć prawdziwego pecha, trafiając na bardzo głodnego osobnika, należącego do jednego z nielicznych "niebezpiecznych" gatunków. Są wśród nich drapieżniki oraz takie, które żywią się planktonem jak wieloryby. Najmniejsze gatunki osiągają ledwie 40 centymetrów, z kolei inne nawet do kilkunastu metrów długości.

Są obecne w wierzeniach licznych wyspiarskich ludów, często przedstawiane jako bogowie - strażnicy oceanów. W swoim środowisku są na samym szczycie łańcucha pokarmowego. Mają tylko jednego wroga, którego powinny się obawiać - człowieka. Na skutek masowych odłowów rekinów, ich populacja bardzo się skurczyła, a wiele spośród ich gatunków znajduje się obecnie pod ochroną. Dlatego podpisałam petycję w sprawie ochrony rekinów, którą znalazłam na wyspie. Człowiek rzeczywiście może być dla nich zagrożeniem. Wygląda trochę na to, że świat stanął na głowie. Tak jak wtedy, gdy dołączamy na chwilę do grupy kilkunastu nurków klęczących na piasku w oczekiwaniu, że z głębin wyłoni się rekin. Jak w teatrze. Spóźniłeś się – zajmij miejsce w drugim rzędzie! Czyżby dive masterzy pływali za sceną i naganiali rekiny?! Nota bene, gdy na Gato chciałam odpłynąć, by zrobić miejsce następnej grupie (każdy chce zobaczyć rekiny rafowe – są piękne i leniwe – nie atakują), kilku nurków niemal mnie staranowało! Dobrze przynajmniej, ż epod woda nie można krzyczeć, bo te grupy z Chin i Japonii są straaaasznie głośne. Nawet jeśli nurkują trzy razy dziennie, to na łodzi robią tyle hałasu, że nie sposób odseparować się od tego jazgotu.


Malapascua cieszy się zasłużoną sławą raju. Dziś jest cicho, spokojnie. Lokalni turyści wyjechali już do domów, bo tu święta kończą się w niedzielę. Poniedziałek to już zwyczajny dzień pracy. Wyspa natychmiast zmienia się nie do poznania. Tylko wyrostki gromadzą się w cieniu palmy na plaży z… lornetką! No tak, jakaś lala opala się toples 

Dzień kończy się wypadem o zachodzie słońca na rybie schadzki, a może nawet seks grupowy. Bajecznie ubarwione mandarin fish nie fascynują mnie jednak aż tak bardzo jak japońskich turystów z lampami, fleszami i wielkimi aparatami fotograficznymi. Mnie fascynuje morskie życie nocne. Umawiamy się z właścicielem szkoły i zgadza się, byśmy wypłynęli później, około17:40. Przez chwilę podglądamy bezczelnie rybki ale zaraz włączamy latarki i przez ponad godzinę krążymy po płyciźnie. Podobno w dzień nie ma tu nic ciekawego, a nocą – Az trudno uwierzyć w to bogactwo! Dziesiątki krabów różnej barwy i wielkości, koniki morskie w niemożliwych dla mnie do zapamiętania rodzajach, lizardfish, dwa white-banded pipefish (bardzo je lubię!), dwa white pipefish, liczne scorpionfishe (od tych oczywiście trzymamy się z daleka, bo są jadowite bardziej ode mnie), różne lionfishe, groupery, jeżowce i na koniec ośmiornica!

Wychodząc z wody na łódkę w całkowitych ciemnościach, w czarnych skafandrach (mam już swoją piękna czarną maskę!) czujemy się jak komando foki! Tak profesjonalnie wyglądamy hihihihi

niedziela, 8 maja 2011

24 kwietnia, niedziela

Zakosztowałam w nurkowiskach na Filipinach i… wpadłam jak śliwka w kompot! Już nie chę się stąd nigdzie ruszać. Tak bardzo mi się tutaj spodobało, że chcę jeszcze! Jak dziecko ciesze się z białych, pocztówkowych plaż, z turkusowej wody o temperaturze zbliżonej do rozpalonego powietrza, ze słońca, które natychmiast pięknie opala (a nieuważnych po chwili spala na heban z domieszką koloru malin). Ciesza mnie wizyty w restauracyjce starszego pana, który ma pyszne jedzonko i co dzień serwuje cos nowego. I zawsze uczciwie informuje co jest świeże, co mi posmakuje i rzetelnie podlicza rachunki. Pierwszego dnia po opłaceniu rachunku dałam mu jeszcze 1 grosza z Polski. Powiedziałam, że to na dobra wróżbę dla jego biznesu, ale tez znak, że tu wrócę. Dziś znalazłam jego zdjęcie w przewodniku po nurkowiskach Filipin. Powiedziałam, że jest sławny a on roześmiał się i opowiedział jak to kiedyś sprzedawał pamiątki na plaży. Robił z drewna rekiny treshery. Cieszą mnie dzieciaki mijające mnie z okrzykiem „hello” co kilka chwil. I wszechobecne karaoke rozbrzmiewające niemal przez cała dobę. Nawet videoke (taka wersja karaoke z monitorem) mnie cieszy – ze nie musze próbować swoich sil w tej aktywności. Mnie wystarcza nurkowanie.

Wczoraj po przygodzie z latarką byłam wściekła, że nie z mojej winy miałam tyle kłopotów pod wodą. Ale po dobrej kolacji nerwy mi minęły i przyznałam się sama przed sobą, że po prostu chcę tu zostać na dłużej. I że chcę wrócić w te same miejsca. Nurkowisk jest mnóstwo, ale przyjrzałam się dokładnie opisom i uznałam ze te cztery pozwalają się cieszyć każdym zejściem pod wodę. Niezależnie od widoczności, warunków. Po prostu tyle się tam dzieje, że na wiele wizyt wrażeń wystarczy. Dlatego dziś znowu płynę na Gato, tyle że już z tą szkołą co wczoraj – Seaquest Dive Center i tym samym przewodnikiem – Jojo.

W południe dopływamy na Gato Island. Miejsce słynie z obfitości drobnego i rzadkiego stworzenia i z pewnością nikt nie opuści go zawiedziony. Schodzimy po linie na 20 metrów. Jest mi ciepło, ale są tacy, którzy narzekają pomimo długich skafandrów. Oglądamy bardzo bogate makro: dużo fluorescencyjnych ślimaków, pająków itp. Łukasz jest na razie duzoo lepszy w wyszukiwaniu ciekawych stworzeń – znalazł lionfish. Podziwiamy też Mimic filefish i Granular starfish. Wypływamy zachwyceni! Po jedzonku (przygotowaliśmy sobie ryż i tuńczyka z puszki) czuje się tak zmęczona że zasypiam w skafandrze.


Po przepisowej przerwie schodzimy znowu pod wodę. Towarzysząca nam parka z Niderlandów nie może uwierzyć, że to już. Przyjechali na kilka dni i nurkują trzy razy dziennie. Dziś rano widzieli rekina tresera. Zaspali na nasze spotkanie. Teraz nie maja sil, by się zebrać. Cóż, żeby nurkować po trzy razy dziennie przez kilka dni z rzędu trzeba mieć naprawdę znakomita kondycję i chyba doświadczenie. W długiej podróży o kondycję trudno, więc ja się na to na razie nie piszę. Współczuje im, bo z tego trzeciego dla nich nurkowania ewidentnie nie czerpią już przyjemności. A szkoda! Nurkujemy w prądzie wokół wyspy (takie piękne słońce kilkanaście metrów wyżej atu w głębinach szaleje burza!). Wpływamy do jaskiń, rozpadlin i małego tunelu. Niesamowite wrażenie: gdy oczy przyzwyczajają się do ciemności i dostrzegasz, że walcząc z prądem „stoisz” w miejscu a wokół ciebie to samo robią ławice rybek w różnych kolorach. Dostrzegamy trzy rodzaje rekinów: white tip, potem dwa, co do których nie jestem pewna ich przynależności gatunkowej oraz małego Coral catsharka. Zreszta wszystkie ryby są piękne. Spotykamy blue – barred parrotfish, lyretail hogfish oraz Tigertail seahorse (koniki morskie!) i blond – drop squirrefish.

Muszę jeszcze dodać, że piękne są rafy na Gato. Rafy koralowe to jedna z trzech rzeczy dla których każdy powinien spróbować swoich sił w nurkowaniu. Oprócz raf koralowych jeszcze są ryby i wraki. Więc te trzecie kręcą mnie chyba najbardziej, drugie o tyle, o ile mają duże rozmiary, ciekawe kolory i nietypowe zachowania (np. atakują nurków). W stosunku do raf mam wyrzuty sumienia, bo nie zwracam na nie wystarczającej uwagi. No to sobie czytam o rafach. I już wiem, że rafy koralowe to formacje podwodne, który nigdy nie zostały nazwane cudem świata. A właśnie na takie miano zasługują. Szkielety koralowców charakteryzują się bardzo fantazyjnymi kształtami i dużą twardością, dzięki czemu po obumarciu stają się rewelacyjnym fundamentem dla nowych kolonii. Polipy koralowców, wyrastające z ich szkieletów, tworzą przeogromne bogactwo form i kolorów, co sprawia, że rafy koralowe wyglądają jak rajskie ogrody o bajkowej wręcz scenerii. Rafy koralowe występują w morzach i oceanach całej strefy międzyzwrotnikowej i wszędzie wzbudzają zachwyt i podziw płetwonurków, jednakże trzy z nich cieszą się szczególną estymą i sławą – Wielka Rafa Barierowa u wschodnich wybrzeży Australii, rafa u wybrzeży Kenii w Afryce wschodniej i wreszcie rafy Morza Czerwonego.
Gato Island pozostanie w mojej pamięci jako nurkowisko wyjątkowe. To chyba najbardziej kolorowe i najbardziej koralowe miejsce w okolicy. Bardzo duży wybór mikro i makro świata jest sensownym uzupełnieniem poszukiwania rekinów.

sobota, 7 maja 2011

23 kwietnia, sobota
I znowu wstajemy przed świtem. W szkole którą znaleźliśmy wczoraj (równowaga miedzy dobrej jakości sprzętem i wysokim poziomem bezpieczeństwa a tym, na co nam pozwalają) wypływają „na rekiny” jeszcze wcześniej, więc jesteśmy tam o 4:45, pijemy kawę i robimy briefing. Wczoraj nauczyłam się sygnału „rekin” i mam nadzieję go dziś wykorzystać. Mamy 50-60% szans na spotkanie. Płyniemy podekscytowani świetną superszybką łódką, która wyprzedzamy wielkie łodzie nurkowych wszystkich innych szkół.


Monad Shoah to specyficzne nurkowisko, bo przypomina zatopioną wyspę. Duży płaski teren położony jest 20-25 m poniżej tafli morza. Piszę teren ponieważ praktycznie nie ma tu korali, nie ma także ryb rafowych. Czasem coc przepływa, ale stosunkowo niewiele tego. Wielka pustynia otoczona jest wodą o głębokości dochodzącej do 280m. Stamtąd właśnie wypływają rekiny thresher. Treshery pojawiają się tu na koszulkach pamiątkowych, jako pamiątki – wszędzie. Miejsce Monad Shoah uczyniło Malapascua sławnym na cały świat, bo ponoć treshery można spotkać tylko tutaj. My niestety dzisiaj nie mamy szczęścia. Ale i tak jestem bardzo zadowolona. Przepiękny wschód słońca na morzu, pierwsze w życiu nurkowanie z takim zejściem pod wodę. Bezkresny błękit! Lina jest jedynym odnośnikiem. Znakomite miejsce do wyważenia się i poćwiczenia pływalności!

Gdy wracamy na wyspę, budzi się ona dopiero do życia. Leniwie spędzamy niemal cały dzień, odsypiając, kryjąc się w cieniu na plaży… Regenerujemy się, bo wieczorem umówieni jesteśmy na kolejne nurkowanie. To także przebój tej wyspy. Nurkowanie na Lighthaouse o zachodzie słońca, żeby podglądać rybki mandarynki (Synchiropus splendidus.). Synchiropus splendidus – potoczna nazwa: Mandaryn wspaniały, może być hodowana w akwarium. Jej wielkość do 10cm. Jest bardzo miła rybką – spokojna ryba przebywająca głównie wśród skał; agresja występuje między dwoma samcami tego samego gatunku (dlatego w akwarium należy trzymać pojedyncze osobniki lub parę). Występuje dyformizm płciowy: samce mają wydłużony pierwszy promień płetwy grzbietowej. Wielkość sprzedawanych osobników to ok. 4-6cm. A cena: 60.00zł To prawie tyle ile nurkowanie, a ja sobie oglądam ich na pęczki!To jedna z najbardziej kolorowych ryb morskich; jaskrawe wzory są rodzajem kamuflażu w równie barwnym środowisku raf. Słynna jest jednak nie tylko z względu na swoje ubarwienie, ale także dlatego, że o zachodzie słońca uprawia seks bez opamiętania! Jak to określił właściciel jednej ze szkół „Aż trudno uwierzyć ile razy dziennie facet może”. Chyba z 20 minut oglądamy jak zbliżają się do siebie, kopulują, po kilku sekundach odskakują od siebie, opadają na dno i zabawa zaczyna się od nowa. Towarzyszy im najczęściej błysk fleszy. My znaleźliśmy się przy japońskiej wycieczce. Jakieś 7 osób leżących na dnie, wszyscy z wielkimi aparatami fotograficznymi lub kamerami, bezwzględnie podpatrujący i uwieczniający każdy moment zycia seksualnego tym małych rybek.


Następne pół godziny spędzamy pod wodą na głębokości do 9 metrów ciemnościach. To już nurkowanie nocne. Mamy latarki, ale moja się psuje, co mnie doprowadza do wściekłości. Jednak i tak uważam swoje pierwsze nurkowanie nocne za bardzo ciekawe i udane. Czegoś takiego, to znaczy takiej różnorodności życia podwodnego, się nie spodziewałam. Mnóstwo koników morskich w różnych kolorach i rozmiarach, różne lizardfish, dwa white-banded pipefish,kilka lionfishy oraz debil scorpionfish. Oczywiście tłumy bluelined grouper, western i estern clownfish oraz maleństwa, których jeszcze nie rozpoznaję.

Bardzo udany dzień.
22 kwietnia, piątek

Główną gałęzią „przemysłu” na Malapascua jest nurkowanie, wyłączając powszechne hodowle kogutów (siedzą sobie poprzywiązywane do słupków na całej wyspie). Wszyscy chyba żyją tu z dostarczania nurkom czego tylko im potrzeba – noclegu, jedzenia, pamiątek, rozrywki itp Przybywający na wyspę nurkują, nurkowali, albo nurkować będą. Nieliczni, nie zaliczający się do żadnej z tych kategorii musza się niemal tłumaczyć z braku udziału w zbiorowym szaleństwie.


Organizowane są trzy nurkowania dziennie, plus nocne jeśli jest dostateczna ilość chętnych. Po każdym nurkowaniu łódź - banka wraca na wyspę i po przerwie wypływa na kolejne. Daje to okazję odświeżenia się, zjedzenia, drzemki lub plażowania. Warunki na łodzi są prymitywne, serwowana jest woda, kawa i herbata, ale dzięki powrotom na ląd między nurkowaniami nie stanowi to problemu. Największa szansa oglądania rekinów Thresher jest o świcie, tak więc wypłynięcie na pierwsze nurkowanie - o 5:00 rano. Kolejne nurkowania odbywają się ok dziesiątej i czternastej. Na nurkowiska oddalone mniej więcej o godzinę płynięcia, wypływa sie na tzw daytrip rozumiany tutaj jako dwa nurkowania bez powrotu na ląd. W takim wypadku należy zatroszczyć się o zabranie lunchu, łatwo dostępnego w wersji „na wynos" w dowolnej z knajpek na wyspie.

Wyspa słynie głównie z obecności tresher shark. To dla nich, przed świtem, wleczemy się do Ewolution, z którymi umówiliśmy się na nurkowanie. Niestety nikogo nie ma! Rozczarowani zostawiamy im wiadomość, że o nas zapomnieli i szukamy innej szkoły. Bez problemu umawiamy się na nurkowania na Gato Island około 13tej. Płyniemy z Exotic Divie Resort. Łukasz sobie ich upodobał, bo… maja fajne koszulki. Niestety nie w moim rozmiarze.
Naszym przewodnikiem będzie Paul. Niesamowity miejscowy dive master.

Wyspa Gato położona jest ok godziny płynięcia od Malapacua. Podoba mi się skakanie do wody z łodzi tego typu. Granitowa skała o pionowych ścianach porośnięta jest roślinnością tropikalną. Na wyspie jest ciekawa pieczara na powierzchni wody, w której warto kończyć nurkowanie. Właściwie są trzy jaskinie, tym razem wpływamy tylko do najmniejszej. Zasiedlona przez jaskółki, pokryta naciekami grota jest po prostu ładna. Przez wyspę przechodzi tunel - jaskinia, aczkolwiek nie mam kwalifikacji do przepłynięcia nim. Wiele interesujących stworzeń znajdowałam w głębszych partiach nurkowiska pomiędzy porozrzucanymi skałami. Za pierwszym nurkowaniem Paul pokazywał nam podwodne pająki i, co najważniejsze, rekiny rafowe. Leżały na piasku między skałami. Obserwowałam przez kilka minut dwa white tip smark. Paul okazał się przewodnikiem z ogromnym doświadczeniem i szczęściem. Byłam zachwycona. Chwilami jednak pojawiał się silny prąd, szczególnie wznoszący.

Po 40 minutach nurkujemy po raz drugi. Nurkowanie jest płytsze. Francuska z Hong Kongu ma problem z zanurzeniem, ale w końcu schodzimy pod wodę. Bardzo ciekawe Zycie rafowe: małe i duże pająki (jeszcze ich nie rozpoznaję), kraby (małe i jeden naprawdę olbrzymi), ślimaki, cutlefish (jak to jest po polsku?). Potem rekiny: w szczelinach znajdujemy dwa rodzaje rekinów, ale małe i nieruchliwe. Natomiast na końcu widzimy jeszcze raz white tip sharki. Robią wrażenie. Maja po 3-4 metry. Są takie zwinne i dostojne jednocześnie!


W ostatniej fazie nurkowania trafiamy na niesamowicie silny prąd, częściowo płyniemy pod prąd. Łukaszowi zaciął się wskaźnik powietrza i choć pokazuje mu że ma jeszcze 30 barów, faktycznie jest bez. Oddycha na moim octopusie. Wtedy podpływa Paul i oddaje mu swoje powietrze. Sytuacja ma miejsce w czasie przystanku bezpieczeństwa, ale dodatkowo ktoś wyrwał mi mój automat, więc wydarzyło się wiele rzeczy jednocześnie. Po tej przygodzie kupujemy „gruszki” czyli specjalne uchwyty na octopusy. Często będziemy z nich korzystać.
21 kwietnia, czwartek

Procesji jest tak wiele, że wydaje mi się, że to już co najmniej Wielki Piątek. Tutaj świętuje się inaczej. Od kilku dni mają wolne, wyjeżdżają na wakacje, które kończą w niedzielę. Od poniedziałku będzie cisza i spokój. Ale na razie wokół tłumy turystów miejscowych.

Zaczyna się akcja z przeprawianiem. Na brzegu kupujemy bilety w spcjalnej budce i pakują nas do małej łódeczki. Zaraz, co to?! Tym mamy plynąć?! Ależ nie, pan mowi, żeby mu dać 20 peso. Absolutnie! Kupiliśmy bilety i nie będziemy niczego dopłacać. Więc wracamy na brzeg. A tu od razu ktoś nam tłumaczy, ze inaczej się nie da, że rafa koralowa, że niski stan wody i duże lodzie do brzegu nie dopływają. Obserwuję chwile miejscowych i wszyscy do tych łódeczek wsiadają i płacą. Zwątpiłam więc w końcu i wsiadamy do następnej łódeczki. Przynajmniej ta nie jest mała jak łupina orzecha. Ale okazuje się, że nie ma silnika. Facet wiosłuje, fale prawie wdzierają się do środka, widoczność w wodzie taka, że widać dno, ale to chyba z kilka metrów. Próbuje nie myśleć o tym co będzie, jeśli nas przewróci. Chcę już na dużą łódź! Po kwadransie dopływamy. Ludzie z tobołami przesiadają się na środku morza! Nie wygląda to zbyt stabilnie, ale innego wyjścia nie mamy. Pakujemy się na ten przeładowany „prom”, zajmujemy miejsca w pełnym słońcu (jest 9:00, żar leje się z nieba) a kapitan najwyraźniej nie zamierza ruszać. Ciągle dowożą nowych turystów. Gdy już nie da się nic upchać, próbują odpalić silnik. Nie jest to takie proste, ale po pewnym czasie się udaje. Choć co jakiś czas dławi się, gaśnie. Wtedy żartuję sobie że powinna paść komenda: wszyscy za burtę i pchamy. Łukasz mnie ucisza a wówczas siedzący obok Chińczyk tłumaczy, że Filipinki żartowały w ten sam sposób. Na szczęście dopływamy jednak do brzegu wyspy. Miało to trwać pół godziny, trwało półtorej. Ale nareszcie jesteśmy. Malapascua Island. Paradise…

Malapascua znajduje się około 8 mil od północnego krańca wyspy Cebu na Filipinach. Malapascua można przetłumaczyć jako "niefortunne Boże Narodzenie”, jest również nazywana "małym Boracay", a zwłaszcza jej plaże są uważane za najpiękniejsze na świecie. Malapascua jest również uważana za jedno z najlepszych miejsc nurkowych na Filipinach.

Wyspa wita piękną plażą, z białym miękkim piaskiem. Plaża porośnięta jest pięknymi pochylonymi palmami, tworzącymi znakomite tło do zdjęć. Na dwukilometrowej długości wyspie nie ma ruchu kołowego, poza szaleńcami na motorach. Widziałam na jednym sześć osób (troje dorosłych i troje wyrostków, a motor był zupełnie normalnych rozmiarów). Wieczorami kilkanaście barów położonych wprost na plaży zaludnia się i zaczyna się imprezowanie. Nurkowiska położone są wprost u wybrzeży wyspy, a kilka jest oddalonych o około godzinę płynięcia.
Ten dzień przeznaczyliśmy na ulokowanie się (z powodu albo pod pretekstem świąt ceny w niektórych miejscach podniesiono o 100%, najechały na wyspę tłumy ale po godzinie mieliśmy bungalow dla siebie za rozsądną cenę) i znalezienie szkoły nurkowej. Jest ich mnóstwo, ale nie wszystkie zgodziły się nas zabrać tam gdzie chcieliśmy popłynąć, bo nie mamy wystarczających kwalifikacji. Chcieliśmy nagiąć przepisy tylko odrobinę i okazało się, że w kilku miejscach nie jest to problemem. Umówiliśmy się zatem na nurkowanie o świcie.
20 kwietnia, środa
Dzień przeznaczony na przemieszczanie się po wyspach. Rano płyniemy promem na Cebu. Znowu odprawa jak na lotnisku,, prześwietlanie bagażu i podróżnych, oczekiwanie na specjalnej eleganckiej sali z naklejkami zachęcającymi do rozbrojenia się, opłaty za korzystanie z terminala, stewardessy z uśmiechem wskazujące miejsce na pokładzie.

Na Cebu wszyscy próbują nas przekonać, że na północ wyspy się nie dostaniemy, bo Filipińczycy świętują Wielki Tydzień i autobusy są przepełnione. Tak powtarza w kółko taksówkarz wiozący nas na dworzec autobusowy, to samo mówiła już nawet pani na lotnisku w ubiegłym tygodniu!

Okazuje się jednak, że na dworcu (po kontroli przeprowadzonej jak na lotnisku, z użyciem psów) autobusowym orientujemy się całkiem łatwo, a zresztą wszyscy wiedza dokąd mogą chcieć jechać biali turyści, zatem natychmiast znajdujemy się w autobusie d Maya, skąd odpływają łodzie na Malalpascua. BDW: bilet autobusowy to 163 peso, na ódx kolejnych 80 (próbują zedrzeć jeszcze 20 za podwiezienie do dużej lodzi, bo ponoć jest niski stan wody!).
Taksówka do promów kosztuje z Cebu kilka tysięcy (z lotniska 3 000 peso, z przystani promowej 2 500; przeprawa specjalna (na zamówienie) 1 000 peso od osoby. Transfer organizowany przez resorty na wyspie (bus plus łódź) to koszt rzędu 7 000 peso.

Przez kilka godzin podziwiamy piękne widoki przez okna autobusu. Niestety nie ma wielu chętnych na przeprawę, więc znajdujemy nocleg i zostajemy w miasteczku. Jest klimatycznie. To Wielki Tydzień, więc trwają procesje, w których uczestniczą chyba wszyscy mieszkańcy.