skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

czwartek, 1 września 2011

Wtorek, 31 maja
Dziś przypada dzień odbioru naszych wiz chińskich, ale już kilka dni temu zorientowaliśmy się, iż nie potrafimy jeszcze zdobyć się na opuszczenie HK. Dlatego znalazłam przesympatyczna parę, z którą umówiliśmy się na kolejne dwie noce w tym mieście. Dziś ostatni dzień u Talii. Z tej okazji Łukasz przygotowuje rano jajecznicę. Pyszna! Po tylu miesiącach swojsko smakująca jajecznica jawi się w zupełnie nowej odsłonie. Przy zmywaniu naczyń okazało się jednak, ze stopił naszej gospodyni łopatkę do przewracania potraw na patelni. I co tu teraz zrobić? Z mojego punktu widzenia: mamy pomysł na prezent dla naszej hostki – nowy zestaw. Tylko trzeba znaleźć podobne! Łatwo powiedzieć.
Jedziemy do centrum handlowego M1, gdzie znajduje się jeden z dwóch w HK najprawdziwszych i-maxów. Dojazd autobusem (lub darmowymi autobusami ze stacji metra, ale tego dowiemy się następnym razem), dwie wieże, superszybkie windy na wybrane pietra, schody ruchome na pięć pięter za jednym razem, sztuczne lodowisko na siódmym, kino na dziesiątym i dwupoziomowa IKEA. Tam odnajdujemy szpachelkę jakiej szukamy. Veni, vidi, vici! Kupujemy cały zestaw.
W IKEA jest też oczywiście restauracja. A w niej – KAWA!!! najprawdziwsza, świeżo mielona i bez ograniczeń. To pierwsze miejsce w Hong Kongu, gdzie najadamy się do syta bez wyrzutów sumienia, że wydajemy fortunę. Obiecujemy sobie jeszcze tu wrócić.
A teraz do kina! Obawialiśmy się kłopotów z biletem kupowanym on-line. Nic z tych rzeczy. Pani odbiera kartę kredytową, która dokonano płatności, przeciąga przez czytnik i od razu drukuje bilety. Jakie to może być proste!
Wchodzimy do przyciemnionej sali. Prawie pełna – to tuż po premierze „Piratów z Karaibów”. Ja oczywiście nadal nie mam pojęcia o co w tej serii chodzi (no tak się złożyło, że nie obejrzałam i już, no!), ale słyszę, że się szybko zorientuję. Jasne! Otulam się wszystkim co znalazłam w plecaku, bo klimatyzacja ustawiona jest oczywiście na „mniej niż zero”. Z głośników rozlega się informacja po kantońsku, mandaryńsku i nareszcie po angielsku: ostrzegają, że jeśli komuś zrobi się niedobrze, to należy odwrócić wzrok, oddychać, wezwać obsługę. Czyżby miało być aż tak realistycznie? Nie dowierzam. A jednak! Film chyba wszyscy już oglądali, powiem więc tylko, ze scena ze szpadą przebijającą drzwi wypadła fantastycznie. Pojawiała się zresztą już w zwiastunach, które widzieliśmy w kinach 3D. Scen wyprodukowanych jednak specjalnie na potrzeby i-maxa było niewiele, więc nie mogliśmy docenić jego możliwości w pełni. Uznaliśmy, że trzeba znaleźć film, pomyślany i wyprodukowany jako 3D, nawet jeśli będzie to bajka. Wybór padł na Transformersów 3. Ale to już następnym razem.
Po południu zabieramy nasza gospodynię na obiad. Na szczęście wybiera miejsce z przystępnymi cenami i niesamowitym wietnamskim menu. Jedząc sałatkę z meduz zastanawiamy się czy to te z Parku Oceanicznego. Różności i dziwności było zresztą tego dnia sporo.Dziś ostatnia noc u Talii, potem przenosimy się na odległa część wyspową. Dlatego wieczorem jedziemy do turystycznej części nabrzeża, by podziwiać przepięknie oświetlone budynki. To, że można miasto przystroić światłami w taki sposób, nie przyszło mi wcześniej do głowy. Szkoda tu słów. Chciałabym jedynie mieć więcej umiejętności, by zdjęcia mogły oddać ten szyk w najlepszym nowoczesnym wydaniu. Bo na miasto składają się tu oświetlone budynki, statki, monumenty, fontanny, rzeźby, deptaki, tłumy turystów. Ach, jak dobrze byłoby tu zostać na trochę dłużej. Naprawdę nie na bardzo długo, tylko na jakiś rok lub dwa...

środa, 31 sierpnia 2011


Poniedziałek, 30 maja

Dzisiaj jeszcze nie mamy i-phona, ale dojazd do Centrala jest dziecinnie prosty. Autobus nr 5 jedzie pół godziny. Potem 3 minuty promem i spotkamy się z Karem i jej synem Gabrysiem. Tyle plan. Ale plany maja to do siebie, że często coś je krzyżuje. Tym razem korek uliczny. Słyszę, że trzeba było jechać metrem. Jasne! Jakby w okolicy było metro! Wleczemy się niemiłosiernie, kierowca cos mówi (oczywiście, że po chińsku) i prawie wszyscy wysiadają. „!#!!@$!%!!!!” Znamy trasę na tyle, by nie opuszczać autobusu – za daleko. Wysyłamy smsa do Karren, że się spóźnimy. Gdy docieramy na miejsce i nieskładnie próbujemy tłumaczyć, że traffic i pytać czy tu tak zawsze, nasza przyjaciółka z uśmiechem tłumaczy, że to z powodu wypadku ciężarówki, o którym mówią we wszystkich mediach. A więc o to chodzi!
Wsiadamy do specjalnego autobusu, jadącego do Ocean Park. Jest dwupoziomowy, elegancki, klimatyzowany, bardzo drogi i ma system obserwacji górnego pietra za pomocą systemu lusterek. A nie jakieś kamery jak u nas!
Po jakiejś godzinie jesteśmy na miejscu. Piękna pogoda to sprawa oczywista w taki dzień. Przybytek ten został otwarty w 1977 roku i jest jedną z większych atrakcji całego Hongkongu, położoną na południowym wybrzeżu wyspy Hongkong na powierzchni 870 tysięcy metrów. Jest tu tak wiele rzeczy do obejrzenia, że niemal nie sposób zdążyć ze wszystkim. Ale nasza dzisiejsza przewodniczka okiem znawcy ogarnia tłumy, stwierdza, że dziś „niewiele tu ludzi” (o matko! To jak jest w weekend?!?!?!), łapie ulotkę po chińsku i zanim my namierzymy wersje angielską ona już wskazuję, że za pół godziny jest karmienie pand. Cudownie! I o to dziś chodzi! Nie pojedziemy do Seczuanu, a ja bardzo, baaardzooo chcę zobaczyć pandy. Biegniemy. To znaczy w tempie Gabrysia, bo po drodze jest mnóstwo atrakcji: budki z jedzeniem, słodkościami, piciem, fontanny,automaty do gry...

Zapytacie dlaczego musimy się spieszyć. Bo to nie jest park w stylu chorzowskim! Ocean Park jest podzielony na trzy obszary połączone ze sobą kolejką linową i najdłuższymi na świecie schodami ruchomymi: Nizinę, Przylądek i Tai Shue Wan. Korzystając z map wędrujemy do domu pand a potem na wybieg. Są piękne! Słodziaki!!! Wyglądają tak niewinnie. Gdybym nie wiedziała jakie są groźne, to chciałabym się przytulić. Ochoczo zajadają młode pędy, baraszkują. Trochę szkoda, ze są za szybami. Chyba przyzwyczaiłam się już do tego dreszczyku emocji, gdy obcuje z dzikimi zwierzętami. Jestem też nieco zaskoczona tym, że są takie niemrawe. Na filmach zawsze baraszkują, biegają i wszędzie ich pełno. A tu? Najchętniej śpią. Wszystkie. A jest ich naprawdę wiele. Wyglądają wówczas jak wielkie pluszowe maskotki.

Są tez pandy rude czy czerwone (może ktoś stworzy aplikację na i-phona ze słownikiem polsko-angielskim fauny i flory?), które wyglądem przypominają piękne lisy. Ale gdy szczerzą ząbki albo mrużą oczęta robią się naprawdę groźne. W porze karmienia biegają po drewnianych pomostach i znikają w skalnych jaskiniach. Przepięknie przygotowano ich wybiegi.

Gabrysia fascynują wodne żółwie. Pozują tak profesjonalnie, że ze zdjęć jestem zadowolona tak bardzo iż w myślach porównuje je do oglądanych ostatnio w nurkowym wydawnictwie National Geograpfic.
Przewędrowaliśmy już spory kawałek, więc idziemy usiąść i obejrzeć show. W Polsce nigdy nie kusiły mnie pokazy. Ale w Azji to coś zupełnie innego. Tutaj pokazy są profesjonalne! Kolorowo wymalowani i przystrojeni akrobaci fruwają w powietrzu wzbudzając zachwyty i piski dzieciarni. Myślałam, że będę się nudzić, bo przecież ja to już jestem dorosła. Ale gdzie tam! Spust migawki pstryka jak szalony i z bólem serca odrywam ręce, by bić brawo artystom. Lukasz nie odkłada aparatu. Cwaniak! Ma za to lepsze portrety :)

A teraz akwarium. Pierwsze z wielu. Bo to przecież Ocean Park. Są więc przepiękne koralowce we wszystkich kolorach, są rafowe ryby od chetoników, przez bajkowe Nemo, po cheliny napoleońskie, płaszczki i rekiny w tylu rodzajach, że nie widziałam tylu naraz w żadnej książce. Obok krewetki, langusty, kraby (Jaka mnogość! Ile rozmiarów!) a potem podwodny korytarz, czyli taka taśma ruchoma jak na lotniskach a wokół i nade mną setki ryb z morz ciepłych. Oceanarium z Lizbony wydało mi się teraz jakimś ubogim kuzynem z bocznej, mezaliansowej linii dumnej rodziny akwariów świata. Oczywiście poza możliwością dotykania niektórych zwierząt (po uprzednim umyciu rąk) na mnie największe wrażenie zrobiła możliwość robienia zdjęć (bez flesza). Powetowałam sobie brak osłony do zdjęć podwodnych z nawiązką. Zauroczonemu Gabrysiowi, któremu buzia nie zamykała się z podziwu, opowiadałam, że jeśli zrealizuje swoje marzenie i zacznie nurkować to ma szanse spotykać te wszystkie zwierzęta pod wodą. Natychmiast zaczął przeliczać ile lat musi jeszcze poczekać i powziął plan poznania nazw wszystkich tych rybek.
Mogłabym spędzić w tej części cały dzień, ale Karen już pokrzykiwała, że nie zdążymy zająć dobrych miejsc na pokazie egzotycznych ptaków. Oczywiście mały amfiteatr był już wypełniony ludźmi, ale mnie udało się przycupnąć przy uroczej parze, która chętnie przytuliła się do siebie a my zajęliśmy miejsca w cieniu. To bardzo ważne, bo żar leje się z nieba. Przyznaję, że na tym pokazie zasiadłam, by nieco odsapnąć. Ale po chwili przypomniałam sobie co pisał nieśmiertelny Kapuściński w „Podróżach z Herodotem” (że nie potrafiąc nazwać tego co wokół ciebie, postrzegasz świat znacznie ubożej) i zaczęłam żałować, ze nie mam przygotowania ornitologicznego. Narracja odbywała się po mandaryńsku i kantońsku, chwilami okraszana jedynie angielskimi komentarzami, a najwidoczniej show został pomyślany jako zabawny spektakl, w którym główną rolę odgrywały ptaki. Wabione przysmakami ukrytymi w róznych miejscach wylatywały z rozmaitych tuneli, wychodni, przelatywały nad publicznością, spacerowały po scenie... a to wszystko, by zniechęcić drwala do ścięcia starego drzewa. Znakomita lekcja ekologii. Zdaje się. Bo domyślam się na podstawie tego, co widziałam. To znaczy widziałam kilkadziesiąt ptaków tak pięknych i tak fantastycznie się prezentujących, że widownia na zmianę zamierała z wrażenia lub wydawała wspólny okrzyk zachwytu. A latały tak blisko, że portretowanie ich było możliwe bez specjalnego obiektywu. W rzędzie przede mną chłopak nagrywał cały pokaz używając najnowszego gadżetu w tej części świata – i-pada dwójki. Katem oka zaobserwowałam, że Łukasz większość pokazu oglądał z tego taczpada właśnie :) mrucząc jakie to użyteczne i ma szybki procesor, czy coś tam, bo nadąża za ptakami a obraz się nie rozmazuje. Cóż, każdy ogląda ptaki tak, jak lubi.
Następny jest pokaz igraszek foczych. Nigdy nie sądziłam, że można to zrobić oryginalnie i naprawdę zabawnie. Poza opowieściami o życiu fok, ich upodobaniach i temu podobnych standardach, wyjaśniono jak odbywa się ich tresowanie. Spośród chętnej dzieciarni wybrano małego chłopca. Gdy znalazł się na scenie, prowadzący zapytał czy chce cukierka. Oczywiście, po sprawdzeniu czy mama pozwala, wziął i rozkwitł taką radością, aż widownia się wzruszyła. Następnego? Już był odważniejszy, ale prowadzący zrobił unik i trzeba było sięgnąć dalej. Więcej? Mały oszalał z radości. Tylko teraz już zrobił kółeczko wokół pana w białych kaloszach. Ale cukierka zdobył. Po kilku następnych, goniąc za cukierkami, wykonywał już całkiem skomplikowane sztuczki. I co? Tak szczęśliwego dzieciaka dawno nie widziałam. Tak rozbawionej widowni także. I tak przekonanej, że fokom nie dzieje się tu żadna krzywda.
No dobrze, ale nadszedł czas na coś bardziej ekstremalnego. W końcu, przynajmniej ja, po to tu przyjechaliśmy. Sporo czasu spędziliśmy w kolejce do kolejki – gondolowej. Ale było warto. Widoki zapierały dech w piersiach. Karen zapierały w sensie dosłownym. Gdy ja miotałam się po przeszklonej kabinie by zrobić zdjęcia w każdą stronę, ona kurczowo trzymała syna. Jak, żyjąc w mieście drapaczy chmur, można mieć taki lęk wysokości?! A HK z niemalże lotu ptaka wygląda nieziemsko. Żaglówki i łodzie motorowe na nieskazitelnej tafli wody, domki i wieżowce tonące w bezkresnej zieleni, wzgórza opadające do wody raz to tą łagodna zielonością, to znów stromymi klifami. Po prostu bajka! No i jeszcze widok na Ocean Park z góry. To pozwoliło umiejscowić wszystkie atrakcje. I zdecydować o kolejności. Oczywiście, że rollercoastery!!!
Starając się nie zgubić naszych przyjaciół biegniemy do extreem area. Ale jakoś po drodze wyrasta tabliczka wskazująca akwarium meduz. No tak, z tego słynie park, bo znajduje się tu ponad 1000 różnych meduz! To, co przeżyłam w zaciemnionym pomieszczeniu wielkości hali sportowej nie da się opisać słowami. Tysiące meduz mieniące się różowo, zielono, niebiesko, pomarańczowo, fioletowo i w odcieniu sepii. Każda inna. Każda niczym stworzenie z innej planety. Nie tylko piękne, ale też znakomicie wyeksponowane. Odpowiednio posegregowane w akwariach różnych kształtów, podświetlone i otoczone lustrami. Przyznaję, że w zapatrzeniu zdarzało mi się wejść w takie lustro! Można tu przeżyć prawdziwe podwodne przygody. Park jest mocno zaangażowany w program ochrony przyrody azjatyckiej. Podejmuje wysiłki w celu uratowania zagrożonych gatunków: delfinów, rekinów, motyli, pand czy różnych gatunków ptaków.
Znowu chcę biec na rollercoastery, ale Karen przekonuje nas, że trzeba zając dobre miejsce na pokaz delfinów i fok. Ma rację. Wiele osób przychodzi do parku specjalnie na ten show. Amfiteatr jest ogromny! Udaje nam się jeszcze znaleźć miejsca niemal na środku, obok tarasowej windy, którą niektóre zwierzęta (np. lwy morskie) podnoszone są wyżej. Dokładnie na naszą wysokość w odległości dwóch metrów. Jakie to szczęście, że przyszliśmy tu z Karen i jej synem. Ponadto z naszych miejsc roztacza cie cudowny widok na tę część parku rozrywki, do której obiecujemy sobie dotrzeć zaraz po pokazie. Przyglądamy się podekscytowani wszystkim tym wielgachnym, osławionym machinom i dopytujemy czego zechcą spróbować nasi towarzysze. Oni... nie są tak zachwyceni perspektywą wirowania na wysokościach jak my. Cóż, odkładamy dyskusję na później, po pojawiają się aktorzy. Nurkowie-instruktorzy ze swoimi podopiecznymi dokonują cudów tańca synchronicznego, urządzają zabawne scenki z wrzucaniem przestraszonych widzów do wody (sądzę, że ustawione, bo zbyt teatralnie odegrane, jednakowoż znakomite), zagrzewają publiczność do zabawy.
Nareszcie strefa rozrywki ekstremalnej. Pierwsza jest właściwie karuzela z samolocikami wirującymi w różnych kierunkach. Nudzę się straszliwie, ale nie mówię nic, gdy nasi towarzysze wyznają po lądowaniu, że dla nich to aż zanadto. Idziemy na rollercoaster, który okazuje się jednak znacznie mniejszy od podziwianego z góry. Tamten jeszcze nie jest gotowy. Ten... cóż, do singapurskich mu daleko. No to wieże. Są takie niby windy na różnej wysokości wieżach – nazywane orłami. Sadowimy się w kubełkowych siedzeniach i jeździmy w górę i w dół. Coraz wyżej i coraz niżej, i coraz szybciej. Widoki z góry zapierają dech w piersiach – szkoda, że nie da się tu przemycić aparatu fotograficznego, bo to nawet kilkadziesiąt pięter. Sama jazda okazuje się jednak nie tak emocjonująca, jak się spodziewałam. Choć sporo osób wycofuje się w ostatniej chwili. W sumie fajna zabawa. Ale nasi towarzysze wydają się być znudzeni czekaniem na nas, więc idziemy na wypatrzoną wcześniej wieżę z zabudowaną platformą obrotową wznoszącą się tak, że podziwiamy przepiękny zachód słońca.
Odwiedzamy jeszcze Pacific Pier, gdzie w skalistych zatokach pływają stworzenia fokowate a wokół rozłożyło się centrum edukacyjne. Są mikroskopy, mapy poglądowe, plansze i ekspozycje. Gabryś opowiada, iż był tu na warsztatach w znakomicie wyposażonych salach.
Powoli zapada zmrok,więc kierujemy się do kolejki podziemnej. Wracać będziemy formą mniej obleganą, gdyż zależy nam na czasie. Pociąg przejeżdżający pod górą stylizowany jest na coś w stylu dzikiego zachodu, tyle że przez 7 minut towarzyszą nam projekcje z życia podwodnego a następnie ciekawych zjawisk z całej planety. Bardzo oryginalny pomysł.

Do placu centralnego pod fontannę docieramy w sam raz by ulokować się wygodnie do wieczornego show, wieńczącego dzień w parku rozrywki. Wydawać by się mogło, że za dużo tych pokazów jak na jeden dzień, ale to co nas czeka o 20tej jest czymś zupełnie wyjątkowym. Ogromna sadzawka (wielkości może pełnowymiarowego boiska piłkarskiego) staje się areną spektaklu pod hasłem światło i dźwięk. Ale nie takiego w znanym nam wydaniu. Najpierw speaker w kilku językach zapowiada, że może być mokro i groźnie. Pojawiają się bajeczne fontanny, podświetlane różnokolorowo, tańczące do rytmu muzyki. Pięknie! Ale to dopiero początek. Na ścianach wody zaczynają się pojawiać kształty kreowana z wykorzystaniem laserów. Wygląda jakby woda ożyla i stała się profesjonalnymi tancerzami znakomicie zsynchronizowanymi do genialnej choreografii. Gdy przypominam sobie, by zamknąć usta, które rozwarłam w niemym zachwycie, woda wybucha żywym ogniem! W jednych miejscach woda po prostu płonie, w innych wybuchają fajerwerki. Wydaje się, że dwa żywioły walczą ze sobą. Ognisty smok i wodna przestrzeń.
A potem na fontannianych taflach wody ożywają projekcje tematyczne: są szalejące kolorowe smoki, wyłaniające się z tęczowych kręgów; są wizualizacje pełni księżyca i gwieździstego nieba; chmur, kuli ziemskiej (daję sowo jakość jak na google earth!) a na koniec ogromne kuliste akwarium z pływającymi wkoło rekinami, mantami i żółwiami!
Często mam pewność, że przeżyłam bardzo wyjątkowy dzień. Czasem zaś świadomość, że to, co mnie spotkało jest tak wyjątkowe, iż nie ma szans powtórzyć się w przyszłości. Bywa, iż zależy to od magii chwili, czyjejś bądź mojej własnej wrażliwości na otoczenie czy preferencji estetycznych. Dziś jednak mam pewność, że wrażenia dnia mnie... po prostu nieodwołalnie odmieniły. Po czymś takim nie można pozostać tą samą osobą. W najlepszym tego słowa znaczeniu. I jeśli niektórzy mówią „zobaczyć i umrzeć” to ja wiem, że czuję zupełnie odwrotnie: „Żyję, by doświadczać wzruszeń takich jak dziś; by konfirmować zachwyt nad tym najpiękniejszym ze światów; by – póki sił i zdrowia starczy – dążyć do poznania świata we wszystkich jego barwach, smakach, zapachach. Bo wszystkie są tak zachwycające, iż przegapienie któregokolwiek z nich, byłoby dla mnie niepowetowaną stratą”.

wtorek, 30 sierpnia 2011

29 maja, niedziela
Na pobyt w Hong Kongu zaplanowaliśmy tylko tyle czasu, ile będzie trzeba, by uzyskać wizy do Chin. Nie żeby nie było tu co robić – wręcz przeciwnie! Po prostu uznaliśmy, że nie będzie nas na to miasto stać. Dlatego miało być szybko i intensywnie. Ale jak już wiele osób pisało: w byciu w HK najlepsze jest samo bycie w HK! Gdy zaś budzisz się w apartamentowcu na 42. piętrze, z wielką ścianą ze szkła, za która roztacza się cudny widok na Kowloon, to nawet nie chce ci się wychodzić spod pościeli. Zwłaszcza jeśli masz dzień kobiecej słabości. Tylko siedzieć pod kołderką z kubkiem kawy (prawdziwa kawa!) i delektować się widokami po horyzont. No, można jeszcze chwycić aparat fotograficzny i co najwyżej wydreptać te dwa kroki prosto z łóżeczka na balkon unoszący się majestatycznie nad pieknym basenem, a właściwie także nad portem, chińskimi uliczkami, parkami i calym tym mrowiskiem. Mój kolega ochoczo wyciąga laptopa i nie zamierza się nigdzie ruszać skoro wlaśnie dostał hasło dostępowe do szybkiegoo neta. No tak, takie uzależnienia w trakciwe podróżowania mogą oznaczac po prostu brak podróżowania hihihi.
Ostatecznie po zregenerowaniu się „za wszystkie czasy”, z mapą HK i listą miejsc obowiązkowych do zobaczenia dzisiaj (na której sprytnie umieściłam także centra komputerowe), udaje mi się przekonac Łukasza do wypełznięcia „na miasto” przed powrotem gospodyni. Już wczoraj było mi wstyd, że tacy leniwi z nas podróznicy. Dziś nie zamierzam czerwienić się ponownie!!!
Talia wyrysowała nam plan okolicy ze wszystkimi przystankami i kierunkami odjazdów, ale jak to Kanadyjka, nie była w tym dzialaniu zbyt szczegółowa, więc dotarcie do dzielnic targowo-turystycznych było kolejnym wyzwaniem tego dnia (bo pierwszym było wyjście z domu :D).
Cierpliwie pokazuje koledze wszystkie markety, które należy odwiedzić, ale on rozglada się tylko za centrami komputerowymi. Przyznaję, iż nauczyłam się już trochę jak postępować w takich sytuacjach, więc „Przecież tak lubisz oglądać zwierzątka, pamiętasz jak fajnie było na targu zoologicznym w Bangkoku? Tu jest ponoć znacznie lepszy ze złotymi rybkami” i idziemy (tam setki rybek w foliowych woreczkach, ogromne akwaria ze stworzeniami, których istnienia się dotą nie domyślałam i wiele, wiele okazji do szerokiego rozdziawiania buzi). „A po drodze do... jest akurat cośtamcośtam” więc napotykamy niezliczoną ilość food street ze stinky tofu – miejscową specjalnością na czele oraz jedynym w tym mieście tanim produktem spożywczym – moim ukochanym durianem). Tyle, że tego dnia czuję się kompletnie nie na siłach, nawet myślę o powrocie do domu, na co z kolei nie zgadza się mój towarzysz. No bo komu by o tych wszystkich elektronicznych gadżetach opowiadał?! Przecież nie Chińczykom – dla nich to żadna nowość. Wlokę się w końcu za nim bez przytomności miejsca w którym jestem, odznaczając tylko w pamięć nazwy z mapy. A że kolega orientację w terenie... ponoć ma (hm...) to trafiamy do fantastycznego domu handlowego z częściami komputerowymi w cenach, które nawet ja natychmiast rozpoznaję jako megaatrakcyjne. Tu spędzamy czas do zapadnięcia zmroku. Miejsce ma tylko jeden mankament – nie jest znane i popularne (stąd niskie ceny), więc nigdy więcej Łukaszowi nie udało się tam trafić.

Przekonuję się, niejako organoleptycznie, że Hong Kong stanowi niepowtarzalna mieszankę kulturowo-etniczną z zupełnie niemożliwą do podrobienia atmosferą. Zaczynam rozumieć co mieli na myśli, ci którzy mówili, że to miasto nigdy nie śpi, że jest jak narkotyk, że jest kwintesencją Azji. Życie toczy się tu na kilku poziomach ulic i wielu wielu poziomach sklepów (licząc w górę i w dół). Nie sposób na pierwszy rzut oka rozpoznać kto z przechodniów jest turystów, kto bywalcem a kto stałym mieszkańcem tego miasta. Życie tętni niczym pulsujące wszędzie neony, pędzi w tempie podziemnej kolejki (w której wszędzie jest wi-fi!!!), huczy kanonadą dźwięków wszelakiej maści i napastuje zapachami. Wiedzeni jednym z takich zapachów trafiamy na targ rybny. Strzał w dziesiątkę! Taki targ był dla mnie głównym powodem przyjazdu do HK. Obejrzałam kiedyś program o giełdzie rybnej w HK i koniecznie chciałam doświadczyć tego... no właśnie czego? brodzenia w kałużach wody wśród stanowisk z rybami i wszelakimi żyjącymi pod wodą stworzeniami oferowanymi tu na sprzedaż w kawałkach i całości, żywe, świeże, pachnące (pojęcie „pachnące” oczywiście tylko pod warunkiem, że ktoś lubi ten rodzaj zapachu). No więc większości z tych stworzeń, piętrzących się na stoach, nie potrafię nazwać do dziś, choć wszystkie (na mój gust) wyglądały smakowicie, tylko nie miałam pojęcia jak się to przygotowuje. Na pewno wiem jednak, że sprzedawane ryby mogą być we wszystkich kolorach tęczy, że kalmary występują w rozmiarze sporego tuńczyka, krewetki w wielkości mojej piąstki a flądrę można kupić (nie hurtowo, ot, tak po prostu jak u nas na targu warzywnym w każdej dzielnicy) tak świeżą, że żywą, zaś za żabą to czasem trzeba sobie nawet pobiegać. Ta którą dostałam do pogłaskania też wyrywała się na wolność i okoliczni sprzedawcy mieli spory ubaw z moich prób okiełznania jej wysiłków. Wokół sprzedaje się zresztą przeróżne zwierzaki: kaczki, białe i czarne kurczaki (słyną z wyglądu kota persa i delikatnego mięsa), szaszłyki „zczegosięda” itd. itd.
My udajemy się jednak do dzielnic domów handlowych i straganów pamiątkarskich. Zapadł zmrok i miasto nabrało tego szczególnego uroku tysięcy neonów w krzaczastych napisach. Mam wrażenie, że ludność całego kontynentu znalazła się tu na shoppingu a stojący przed sklepami naganiacze krzyczą wniebogłosy „come my friend!!!” i kup telefon/laptopa/aparat/kamerę/ perfumę... Odnoszę wrażenie, że zwariuję od tego jazgotu. Wracamy więc do domu.

Łatwo powiedzieć. Autobusy kursują różnymi trasami, mają przystanki w różnych miejscach w zależności od kierunku a nikt nie mówi po angielsku. Przecież to już Chiny. A może i nie. Nie mam co do tego pewności. Wiem jednak, że powrót był skomplikowanym przedsięwzięciem logistycznym. Opierał się na dojechaniu do stacji metra położonej najbliżej celu (jakieś kilkanaście kilometrów od domy Talii), upartym powtarzaniu nazwy „Sky Tower” aż ktoś wskazał nam postój busików, znalezieniu kierowcy który miał dwa miejsca siedzące (tu nie można stać) i powiedział coS na kształt „yes my friend”, szalonym półgodzinnym pędzie nocą przez miasto (licznik wskazywał prędkość która nie spadała poniżej 50 km/godz i wysiadce GDZIEŚ. Ktoś wskazał nam kierunek i wydawało mi się, że teraz będzie już zupełnie łatwo, bo przecież te wieżowce są tak charakterystyczne... Takich pięknych drapaczy chmur o oryginalnych kształtach są w tym mieście są w tym mieście setki, jeśli nie tysiące. W końcu włączył się wewnętrzny gps z hasłem DO DOMU!!! i nie słuchając narzekań Łukasza, że to na pewno nie w tę stronę, pomaszerowaliśmy przez parki, uliczki, jakieś zakamarki. Zupełnie nie wiem skąd wiedziałam, że idę we właściwym kierunku (instynkt wyćwiczony w górach i lasach?), ale mój kolega jeszcze pod głównym wejściem nadal marudził, że jest noc i nie wiemy gdzie jesteśmy. Cóż, naprawdę nie jest trudno pobłądzić w HK. A właściwie to cudem jest znaleźć drogę poza głównymi trasami turystycznymi. Tego wieczora podjęłam więc decyzję: trzeba kupić i-phona4 i zainstalować aplikację „komunikacja miejska w Hong Kongu”. Te z wyznaczaniem tras przejazdu, zdjęciami przystanków z wnętrza autobusu i kompilowaniem różnych środków transportu publicznego. Na taksówki to nas jednak tu nie stać. I-phon zwróci się po kilku przejazdach.


Ale decydujemy się na film w prawdziwym i-maxie. Nie byłam jeszcze nigdy. Więc kupujemy on-line bilety na seans „Piratów z Karaibów” pojutrze. Nie oglądałam poprzednich części, ale ktoś mi obiecał je streścić. Zgadnijcie, czy zdążył.
I tak minęły moje imieniny. Liczyłam na jakieś świętowanie, ale wiecie jak to jest – jak sobie nie zorganizujesz imprezy, to jej nie masz. A na organizowanie czegokolwiek to ja dziś nie miałam sił. Musi mi wystarczyć wspomnienie urodzin na wysokości 4 tys mnpm.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Kochani!
Nabrałam już byłam przekonania, że pisanie bloga to skrajny ekshibicjonizm, że to prostytucja nieomal. Ale Wy nie pozwoliliście mi tak mniemać zbyt długo. Domagacie się mojej obecności i aktywności.
A więc żyję i z Azji wróciłam. Ale nie z Drogi. Przecież jestem współczesnym nomadem, który miejsca sobie znaleźć nie potrafi, więc zawsze szuka.
Na tej mojej Drodze bywało różnie. Także w ojczystym kraju. Przyszło mi zmierzyć się problemami przez małe i wielkie P, ale obiecuję solennie, że za kilka dni znajdziecie na blogu kolejne wpisy i zdjęcia. Muszę jeszcze tylko stoczyć jedną walkę, Wiem, że wygram, jednak w polskich szpitalach nie ma dostępu do neta, więc pozostaje Wam i mnie uzbroić się w cierpliwość.
Do zobaczenia wkrótce!
Mac

niedziela, 19 czerwca 2011

28 maja, sobota
Dziś zegnamy się z Karen i Gabrysiem. Spędzamy ślamazarnie czas do drugiego śnaidania i umawiamy się na poniedziałek do Parku Oceanicznego. Urządzają imprezę i nie chcemy dziś przeszkadzać. Umówiliśmy się z nimi na 3 dni i zawczasu znaleźliśmy kolejnego hosta. Pół dnia zajmuje nam przeniesienie się na wyspę Kowloon. To serce miasta.
Nasza hostką jest Talia – kanadyjska nauczycielka angielskiego w prywatnej szkole kościelnej w Hong Kongu. Jej mieszkanie znajduje się w przepięknym apartamentowcu, na 42 piętrze z cudownym widokiem na miasto. Instrukcja dojazdu i wejścia do budynku zajmuje cała stronę A4. Najzabawniejszy jest fragment mówiący o rozmowie ze strażniczką sektora.

Ona zadzwoni do mnie i będzie mówiła po chińsku (bo nie zna angielskiego) a ja będę próbowała jej odpowiadać po chińsku. Rzeczywiście. Na szczęście Natalia akurat wraca z zakupów, więc po spisaniu wszystkich naszych danych zostajemy wpuszczeni. W mieszkaniu czeka na nas poczęstunek, rozpiska autobusów, klucze (mieszkanie było otwarte), karta magnetyczna a po minucie zjawia się Karen. Rysuje nam mapę i biegnie do znajomych na basen – na trzecim piętrze.
Wieczór spędzamy w dzielnicy turystycznej Kowloon na targu nocnym. Ile tam pamiątek, naciągaczy i wszelkiego rodzaju atrakcji!

sobota, 18 czerwca 2011

27 maja, piątek
Piątek, tygodnia koniec i początek… Chciałam pojechać dziś do parku rozrywki, ale doszliśmy do wniosku, że w piątek może być tam już takie mrowie ludzi, ze lepiej chyba zaczekać do poniedziałku.
Zatem zaczęliśmy dziś od największej atrakcji naszej wyspy – Wielkiego Buddy.


The Ngong Ping Plateau features the Po Lin Monastery and its vegetarian restaurant, as well as the 85-foot (26 m)-high bronze Tian Tan Buddha (or "Giant Buddha") statue, once the world's largest seated outdoor bronze Buddha statue. Walkers can ascend from Tung Chung to the monastery in two hours. Visitors can also take a 25 minute ride on a Ngong Ping 360 from Tung Chung to the Ngong Ping Plateau. Ngong Ping 360 is a tourism experience which combines a 5.7 km cable car journey with a cultural themed village and easy access to the Tian Tan Buddha Statue.
Najpierw przejazd przez wyspę, zieloną i czystą.
Over 50% of Lantau consists of national parks, including a large number of well-marked trails. The best known of these is the 70 kilometre, 12 section Lantau Trail. The national parks feature campsites and youth hostels. Lantau's best-known and longest beach is Cheung Sha and its most famous hike is to Sunset Peak, the third highest elevation in Hong Kong.


Bardzo podoba mi się jak organizowany został transport publiczny. Przystanki autobusowe są przejrzyste, wszystko jest opisane tak, że nie sposób się zgubić. Pasażerowie czekają grzecznie w kolejce, nikt się nie przepycha a autobusy zawsze podjeżdżają punktualnie. W autobusie zazwyczaj wyświetla się nazwa kolejnego przystanku - po chińsku i po angielsku, na zmianę. Obowiązuje zakaz rozmawiania z kierowcą. Wszyscy mają miejsca siedzące. Autobusy zazwyczaj są dwukondygnacyjne (jak w Londynie), kierowca ma peryskop do obserwowania sytuacji na górze. W różnych miejscach umieszczone są płaskie monitory, na których wyświetlane są reklamy. Wsiada się przednimi drzwiami przy kierowcy, gdzie jest czytnik kart octopus. Dorośli i dzieci mają różne karty, wydające rożne dźwięki. Jest tez specjalny dźwięk, sygnalizujący, że kredyt n akarcie się kończy i należy ja doładować. Te karty to znakomita rzecz, można nimi płacić także za drobne zakupy w sklepach itp. Wszyscy je maja i nie potrzebują chodzić z portfelem czy karta kredytową Na tej ostatniej można zresztą ustawić specjalna usługę: gdy pieniądze na octoopusie się kończą przesyłana jest wiadomość do Twojego banku i automatycznie uruchamiany jest przelew na określona w zleceniu sumę a ty dostajesz powiadomienie smsem.

Oczywiście można zapłacić za przejazd gotówką, ale zdarza się to rzadko, bo wszyscy mają octopusy. Trzema mieć drobne i zajmuje to chwilę. Czasem kierowcy nie wiedzą ile należy zapłacić – ale to raczej w Singapurze, gdzie płaci się od przystanków. Tutaj jet jedna suma na trasę, albo kwota jest określona w zależności od miejsca wsiadania, czyli ile jeszcze zostało do końca trasy. Nasz kierowca nie tylko zna swoją trasę ale do tego bardzo szybko wsiada grupa dorosłych z gromadką dzieci a on natychmiast wylicza sumę).
Big Budda okazuje się bardzo turystycznym miejscem, z mnóstwem straganów, sklepów z pamiątkami, tłumami przybyszy z całego świata. Figura Buddy dominuje nad otoczeniem, ale nam najbardziej podoba się lokalna świątynia. Panuje tu specyficzny nastrój, modlitewno – cywilizacyjny.

Ten ogromny pomnik na wyspie Lantau ma aż 34 metry wysokości, a jego budowa trwała 10 lat! Waży ponad 250 ton a prowadzi do niego 286 schodków. Pomnik poraża swoim majestatem, co było głównym założeniem jego twórców. Klasztor jest położony na wysokości 520 metrów, na wyżynie Ngong Ping. Jest tu wiele innych ciekawych pomników do zobaczenia, a dla głodnych mnisi mogą przygotować wegetariański posiłek. Wyżyna ma do zaoferowania znacznie więcej w ramach projektu Ngong Ping 360. Od kwietnia tego roku jest to np. Kryształowa Kabina: kolejka linowa z przezroczystym, szklanym podłożem. Projekt pozwala poznać multimedialną historię Siddhartha Gautama, jego drogi do oświecenia i zostania Buddą, odwiedzić herbaciany dom i wziąć udział w ceremonii picia herbaty, a także wiele innych ciekawostek. W pobliżu znajduje się też hongkoński Disneyland. Jest to jednak atrakcja dla dzieciaków, my już mamy bilety do Ocean Park!



Po kilku godzinach wracamy autobusem na przystań Mui Wo. Akurat mamy minutę, żeby się przesiąść na prom.
Tourists can get to Lantau using ferry services provided by New World First Ferry. This ferry service is available between Mui Wo and Central with a transportation time of about 30 to 50 minutes, depending on the vessel. A 24-hour ferry service operated by HKR International Limited connects Pier 3 in Central to Discovery Bay with a transportation time of 25 minutes.
Popołudnie spędzamy zwiedzając wyspę Hong Kong. Szwędamy się podzielnicach turystyczno – shoppingowych. Zaglądamy do ekskluzywnych sklepów z wyrobami zk ości słoniowej- pani obszernie opowiada mi o tych wyrobach. Cóż, gdybym miała akurat kilka milionów dolarów, to chętnie bym sobie coś takiego sprawiła do domu. Odwiedzamy także świątynie. Są tam przepowiadacie przyszłości, niektórzy nawet angielskojęzyczni! Niestety nie wolno robić zdjęć.


Wieczorem zapraszamy Karen i Gabrysia na kolację. Restauracja na wybrzeżu jest znakomita, jedzenie przepyszne i bardzo świeże. Atmosfera nam pasuje. Tylko przy płaceniu Karen nas uprzedziła i wyszło na to, że to ona nas zaprosiła. To bardzo miłe z jej strony, bo jedzenie w HK jest przeraźliwie drogie i generalnie nie chodzimy tu przejedzeni, rozważając każdy zakup.
Wracamy razem na rowerach do domu. Bo zapomniałam zapisać, że Karen pożyczyła nam swoje rowery (ma cztery). Na tej wyspie wszyscy korzystają z rowerów! Z domu Karen na przystań jedzie się 10 minut rowerem. Nie widuje się w tej części wyspy ludzi chodzących na nogach. Wszyscy, dzieci, dorośli w garniturach, sportowcy – wszyscy jeżdżą na rowerach. Przy przystani są ich zaparkowane setki, jak nie tysiące. Robi to na mnie wielkie wrażenie, Są takie normalne, ale są trzykołowe z siedziskiem dla dzieci. Na źle zaparkowanych (np. w przejściu) naklejane są prośby o właściwe zachowanie!

piątek, 17 czerwca 2011

26 maja, czwartek
Myślałam, że będziemy odsypiać do południa, ale wstałam jeszcze przed Gabrysiem, który szedł do szkoły. Karen ma elastyczne godziny pracy, więc leniwie jemy śniadanie i gawędzimy o tym i owym. Pijemy kawę i jemy grzanki. Zapomniałam już jak smakuje chleb! Karen bawi nasza radość z jedzenia pieczywa z dżemem czy miodem.
Mamy dziś trochę czasu by przyjrzeć się mieszkaniu naszej hostki. Jest malutkie i bardzo słodkie. Wręcz przesłodzone. To niesłychane, ze dojrzała kobieta gustuje w laleczkach, pluszakach, różowych ozdobach. Ma swój własny styl i jest w tym rozkoszna. Podziwiamy jej kolekcje opakowań z zapałek (sama nie pali, ale zbiera pudełeczka z różnych hoteli, w których nocuje w czasie licznych podróży służbowych), pałeczek do drinków (jw. tylko, że dotyczy restauracji i barów) oraz mini flaszeczek z alkoholami. Opowiada nam zabawne historyjki związane z przewożeniem alkoholi do Hong Kongu, gdzie obowiązują zasady niemal rodem z czasów amerykańskiej prohibicji.

W zakresie zwiedzania to dzisiaj najważniejszym punktem jest wizyta w chińskiej ambasadzie. Zdobycie wizy chińskiej w Polsce jest bardzo trudne i kosztowne, trzeba okazać bilety (nie rezerwację, ale prawdziwy bilet lotniczy wylotowy z Chin – my mamy bilety z Hong Kongu bo te są o wiele tańsze, więc już chociażby z tego powodu wizy w Polsce byśmy nie dostali), rezerwację hoteli (czyli trzeba dokładnie zaplanować trasę i zapłacić za rezerwacje) no i uiścić opłatę. W Hong Kongu jeszcze do niedawna wiza dla Polaków była bezpłatna (płaciło się tylko za tryb ekspresowy), ale przepisy właśnie się znowu zmieniły i zapłaciliśmy po jakieś 75 zł. To jednak niewiele, bo wypełnianie formularzy i oczekiwanie w kolejce trwało jakieś 15 minut! Są tu przygotowane miejsca do pisania, długopisy a nawet spis chińskich miast (w formularzu należy wpisać co zamierza się odwiedzić).
W Hong Kongu łatwo tez dostać wizę do Rosji (nie wymagają ubezpieczenia w rosyjskiej firmie ubezpieczeniowej na horrendalna sumę, co wymusza konsul w Polsce – oficjalnie jest to nieobowiązkowe), ale ja już w Rosji byłam i na kilka dni jechac mi się nie chce, bo to za droga zabawa. Łukasz wymarzył sobie kolej transsyberyjską, ale na razie muszą mu wystarczyć moje opowieści i projekt przejazdu plackartnym przez Ukrainę.
Dziś po raz pierwszy znaleźliśmy się na Centralu i Hong Kong nas zachwycił. Nie mogliśmy się napatrzeć na te alejki dla pieszych na wysokości pierwszego pietra, dzięki którym można spacerować po centrum bez konieczności denerwowania się na skrzyżowaniach, schodzenia i wchodzenia po schodach. Wszędzie jest przestronnie, jasno, czysto. Wymyślono i zastosowano tu rozwiązania, które nawet nie przyszły mi do głowy. Dopiero po kilku godzinach doszłam do wniosku, ż jednak jest jeszcze szansa rozwoju dla HK. Otóż mogą jeszcze zmodernizować te alejki i zainstalować ruchome platformy dla pieszych. Uff! Jak dobrze, ze znajdzie się tu jeszcze cos do zrobienia :D Generalnie jednak moje wrażenie jest takie, że jest to miasto dla ludzi. A nie ludzie dla miasta.

Karen mieszka na wyspie Lantau (to ta najbardziej na zachód, na której znajduje się tez lotnisko, tylko z drugiej strony, przy przystani promowej), dlatego postanowiliśmy pozwiedzać dziś te część Hong Kongu. Największa atrakcją (w ścisłej czołówce atrakcji Hong Kongu) jest Big Budda, ale my nie mieliśmy dziś ochoty na towarzystwo tłumów turystów, dlatego pojechaliśmy po południu do Wioski Rybackiej. Tai O znajduje się na zachodnim brzegu i jedzie się tam autobusem około godziny. To urokliwe miejsce, ze starymi domami na palach i atmosferą zapyziałego miasteczka. Aż trudno uwierzyć, że to wciąż Hong Kong. Tym bardziej, że jedzie się tam przez lasy, wzgórza… tylko raz pojawia się cywilizacyjna hybryda – więzienie. Doczytałam, że na wyspie znajduje się sześć więzień.
Tai O jest bardzo popularnym miejscem wycieczek, rusza się stąd na trekkingi. Dlatego w weekendy bilety są o 70% droższe. Miasteczko ma długą historię. Nearby archaeological sites date back to the Stone Age, but permanent, and verifiable, human settlement here is only three centuries old. Stories that would be impossible to substantiate have Tai O as the base of many smuggling and piracy operations, the inlets of the river providing excellent protection from the weather and a hiding place. In early 16th century, Tai O was once occupied shortly by Portuguese during Battle of Tãmão. At nearbyFan Lau, a fort was built in 1729 to protect shipping on the Pearl River. Smuggling of guns, tobacco, drugs and people remains a documented illegal activity both into and out ofmainland China.
When the British came to Hong Kong, Tai O was known as a Tanka village. During and after the Chinese Civil War, Tai O became a primary entrypoint for illegal immigration for those escaping from the People's Republic of China. Some of these immigrants, mostly Han Chinese, stayed in Tai O, and Tai O attracted people from other Hong Kong ethnic groups, including Hoklo (Hokkien) and Hakka.
Tai O has a history of salt production. In 1940, it was recorded that the Tai Po salt marsheswere covering 70 acres (280,000 m2) and that the production has amounted to 25,000 piculs(1,512 metric tons) in 1938.[1]
Currently the fishing lifestyle is dying out. While many residents continue to fish, it barely provides a subsistence income. There is a public school on the island and most young people move away when they come of age. In 2000 a large fire broke out destroying many residences. The village is now mostly squatters huts and dilapidated stilt houses.

Dopiero po wizycie w Tai O znalazłam informację, że miejsce to jest nazywane „Wenecją Hong Kongu”. Zaskoczyło mnie to, że sprzedaje się tam wiele tradycyjnych wyrobów, np. suszone ryby, pasty z nich itp. No i pływa się by podpatrywać białe delfiny! The traditional salted fish and shrimp paste and storefronts at Tai O. For a small fee, some residents will take tourists out on their boats along the river and for short jaunts into the sea. Many tourists come to Tai O specifically to take these trips to see Chinese white dolphins. It is also a good place to see the sunset.
25 maja, środa
Przed świtem jesteśmy w Medan. Nareszcie! Nie wiem czy w te stronę zakrętów jest więcej, czy ja się czymś zatrułam, ale po podróży ledwie żyję. Z radością odbieramy smsa od Yumas, żebyśmy przyjechali jak najszybciej i położyli się na trochę spać przed lotem. Nawet szarpnęliśmy się na becaka, zamiast szukać busa. Okazało się jednak, że kierowca nie ma wydać, więc po chwili zastanowienia zapłaciłam mu dolarem amerykańskim. Jednym dolarem. Był zadowolony.
Yumas jedzie zawieść Chipę do szkoły a my korzystamy z okazji, by się zdrzemnąć. Oj, bardzo nam tego było trzeba! Potem mamy akurat tyle czasu, żeby zjeść razem pyszne śniadanie (bardziej przypomina to obiad, bo Yumas martwi się, z czeka nas daleka droga i musimy być najedzeni), porozmawiać o indonezyjskiej kuchni, zapakować się i pożegnać. To ostatnie trwa trochę, bo wymieniamy się upominkami a każdy trzeba pooglądać i się nim nacieszyć.


Sala odlotów medańskiego lotniska okazuje się całkiem przyzwoita; mają eleganckie toalety (wprawdzie z olbrzymimi karaluchami, ale zdążyłam już przywyknąć), kilka siedzeń a nawet wi-fi. Czas do odprawy wykorzystujemy surfując po necie i nadrabiając towarzyskie zaległości.
Lot do Hong Kongu jest straszliwie długi, odwykłam już od takich przelotów. Kilka razy wpadamy w turbulencje, ale widoki są przepiękne. Za naszymi plecami siedzi matka z dzieckiem, które nieustannie kopie w nasze siedzenia. Pytam więc stewardesy czy możemy się przesiąść, bo w rzędzie przed nami nikt nie siedzi. OK. To akurat rząd przy wyjściu ewakuacyjnym na skrzydło, więc jest więcej miejsca. Po kilkunastu minutach przychodzi jednak inna stewardesa i prosi, żebyśmy wrócili na swoje miejsca, bo pan siedzący równolegle z nami skarży się, że zapłacił więcej za dodatkową przestrzeń. A więc tutaj też są zawistni i złośliwi… Tłumaczę jednak o co chodzi i stewardesa uśmiecha się słodko.
Oczywiście, zostańmy sobie tutaj.
W Hong Kongu lądujemy strasznie zmęczeni i głodni. Lotnisko jest znakomicie urządzone i zorganizowane, ale ceny niestety nie pozwalają się nam cieszyć lokalnym jedzeniem. Kupujemy natomiast miejscową kartę sim i kontaktujemy się z nasza hostką Karen. Potem kupujemy kartę OCTOPUS na komunikacje publiczną i ruszamy w drogę do Karen i Gabriela. Dotarcie do jej domu zajmuje nam kilka godzin, bo potrzebujemy czasu by oswoić się z tutejszymi regułami. Kolejne godziny spędzamy na sympatycznych rozmowach i planowaniu kolejnych dni.
24 maja, wtorek
Na 6:30 zamówilismy samochód, który podwozi nas na prom.

Zatrzymujemy się w Iboh po dodatkowych turystów, co daje mi możliwość zrobienia pięknych zdjęć wschodu słońca.
W taksówce rozmawiam z chłopakiem z Niemiec. Studiuje cos tam związanego z Azją Południowo – Wschodnią i jego specjalizacja sa Filipiny oraz Indonezja. Spedza tu co najmniej polowe roku. Przyjechał tu na konferencję, która dziś zaczyna się w Banda Aceh. Opowiada mi trochę ciekawostek o zyciu tutaj.

Prom. My wybieramy ten wolny, czyli tani, bo i tak musimy czekac do 16 na autobus a jakoś nie mamy dzis ochoty na zwiedzanie. Wybór okazal się strzałem w dziesiątkę. Na górnympokładzie robimy za lokalną atrakcję turystyczną. Kilkadziesiąt osób fotografuje się z nami, rozmawia. Dyskutujemy z biegaczem o fotografii, z ortodoksyjnym muzułmaninem o religiach świata (o zgrozo! Uświadamia mi różnice między protestantyzmem a katolicyzmem l jakich nie miałam pojęcia; natomiast o prawosławiu właściwie wie tylko, że istnieje). Żegnamy się zachęcając go do korzystania z internetu, gdzie może znaleźć różne opinie. Pyta jak odnaleźć te prawdziwe. Zdziwieni patrzymy na niego (poczułam się jak w szkole) i z uśmiechem mówimy, że przecież ma własny rozum. Rozpromienia się na te słowa i przyznaje, że no tak, rzeczywiście.
Spokojnie spacerujemy po Banda Aceh. Zupełnie wyjątkowe miejsce. W Boże Narodzenie 2004 r. tsunami zniszczyło region Banda Aceh, zabijając 168 tysięcy ludzi. Ale hekatomba, przeżywana do dziś, okazała się też początkiem czegoś nowego: po niej rząd Indonezji usiadł do rozmów z separatystami.
Miasto jest nowe, odbudowane – choć jeszcze gdzieniegdzie wyburza się ruiny lub stawia nowe budynki na zaoranych pozostałościach. Wygląda to zupełnie niesamowicie i na mnie robi wielkie wrażenie.

Można wynająć taksówkę (becaka), by obwiózł po miejscach pamięci związanych z 26 grudnia 2004 r. Najpierw zobaczylimy w centrum miasta, które wtedy zostało zmiecione dosłownie w całości. Miasta, którego szczątki zaorano i w zasadzie budowano je od nowa. Wokół trawnika na boisku piłkarskim, co parę metrów stoi obelisk w postaci ściętej łódki z flagą kraju, który po tragedii okazał Aceh pomoc. Na jednej z łódek widnieje flaga polska - bliźniaczo podobna do indonezyjskiej, tylko odwrócona (pamiętam jaka zaskoczona była Yumas, gdy jej to pokazałam). A pod nią napis po polsku: „Dziękuję, pokój”.
Na skraju boiska, pośród kilkudziesięciu tablic z liczbami odzwierciedlającymi katastrofę, jest i taka z napisem: „167 tysięcy zabitych i zaginionych”. To ogromna strata dla narodu – bo za taki uważają się Acehańczycy – który liczy zaledwie cztery miliony ludzi. Prawie w każdej rodzinie ktoś kogoś stracił. Turyści na wyspie opowiadają sobie historie zasłyszane od miejscowych i włos się jeży na głowie.
Jest też dom, na którego dachu do dziś stoi wbity kuter rybacki. Wtedy uratował 59 ludzi. Pozostawiono go, aby nie zapomnieć. W centrum Banda znajduje się też bardzo sławny wielki statek handlowy, który fala zniosła kilometr od portu. Przygnębiające wrażenie.

środa, 15 czerwca 2011

23 maja, poniedziałek
Kolejny cudowny dzień na długiej plaży. Mógłby być pięknie leniwy, ale szkoda nam na to czasu. Miałam w planie wynudzić się na hamaku, poczytać książki, uzupełnić bloga. Na nic z tych rzeczy nie znalazłam czasu. Jest tu tyle do zobaczenia!
Woda przy plaży jest krystalicznie czysta, a morskie stwory podpływają całkiem blisko. Wczoraj na naszych oczach, kilka metrów od brzegu wielka ryba upolowała langustę. W lazurowym błękicie została plama krwi. Z lekka przerażające, ale uspokoiło mnie powszechne tu przekonanie, że nie ma tu gatunków niebezpiecznych dla człowieka. Nawet trigerfishe ponoć są tu spokojne i nie atakują. Oczywiście trzeba uważać na skorpiofishe czy moreny (a tu jest mnóstwo takich ślicznych, malutkich, żółciutkich!). Ale największym niebezpieczeństwem są silne prądy. Jak mówię silne, to mam na myśli coś, o istnieniu czego jeszcze niedawno nie miałam pojęcia. Paul opowiadał, że rok temu nurkował z grupą Japończyków i wielki głaz dosłownie „przeleciał” miedzy ich głowami. Uczymy się zatem obserwować wodę z łódki, dostrzegać miejsca, gdzie prądy się łączą a gdzie ścierają. Ostrożnie wybieramy miejsce zejścia, dokładnie omawiamy plan nurkowania i sytuacje awaryjne. Dostajemy dokładne instrukcje jak schodzić, jak oddychać, co zrobić jeśli prąd się gwałtownie zmieni (zauważymy to bacznie obserwując pewien gatunek ryb).


Tego dnia schodzimy pod wodę dwa razy (będąc pod wielkim wrażeniem tego, co zobaczyliśmy przeliczyliśmy pieniądze, postanowiliśmy ograniczyć inne wydatki i wykupiliśmy dodatkowo nurkowanie popołudniowe). Przy naszym pierwszym nurkowaniu widoczność jest rzędu 40 metrów! Można dostać zawrotów głowy. Ogromna przestrzeń, ławice ryb liczące po kilkaset np. ogromnych tuńczyków. Można się znaleźć bezpośrednio nad nimi albo obok. Dziesiątki różnych gatunków w zasięgu wzroku, Az nie wiadomo na co patrzeć. Kark mnie boli od kręcenia głową. Za drugim razem widoczność jest nieco gorsza, ale nadal jest to kilkanaście metrów.

To prawda, że nurkowania tutaj zaskakują zarówno dobrą widocznością jak też ponadprzeciętnym wyborem życia. Nie znam słów na określenie wszystkich tych gatunków, niestety. To prawda, co pisał Kapuściński, że nieznajomość słów na nazwanie świata wokół nas, zuboża nasze jego postrzeganie. Dlatego zazwyczaj studiuje książki z podwodną fauną. Tutaj niestety nie znalazłam na to czasu.
Wieczorem jedziemy na najbardziej na północ wysunięty punkt Indonezji. Znajduje się raptem kilometr od naszej bazy. Są ławeczki, tablice informacyjne i piękne widoki. Chłopaki z bazy mówią, że to znakomite miejsce na zachód słońca. Ale my musimy oddać motor. Jedziemy do wsi na pyszna kolację i Internet. A potem trzykilometrowy spacer nocą na nasza plażę. Taksówka kosztuje majątek.

wtorek, 14 czerwca 2011

22 maja, niedziela

Fantastycznie jest obudzić się na tej rajskiej, niemal dzikiej plaży. Zjeść śniadanie w lokalnej restauracyjce pokazując pani na palcach czego się chce. I zalec na chwilę hamaku rozwieszonym na plaży z widokiem na rajskie błękity morza z dzikimi wysepkami na horyzoncie.
No i teraz mam problem. Nie wiem co napisać o nurkowaniu. Bo już kilka razy pisałam, że dane nurkowanie było najlepsze. Ale to wszystko było przed Pulau Weh. Nie wiedziałam wtedy o czym mówię. To miejsce bije wszelkie poprzednie na głowę. Jeśli wyobraźnia ludzka pozwala na wyobrażenie sobie czegoś takiego… to słów i tak mi brak! To miejsce, dla którego warto przemierzyć pół świata.
No wiec o dziewiątej płyniemy na nasze pierwsze nurkowanie. Kilka osób obsługi (łowią ryby gdy jesteśmy pod wodą) a z nurków tylko my i Azhar z Kuala Lumpur. Ma 58 lat a wygląda na 38. Nurkuje od kilkunastu lat, ma ogromne doświadczenie i niepohamowaną pasję – obecnie nurkuje, by fotografować. Nie przejmuje się czasami, zużyciem tlenu, sylwetką. Po prostu jak szalony pływa za rybami, a im większe, tym lepiej. Dla nas tez dobrze, bo fotografuje i nagrywa także nas. A po południu długo pokazuje nam swoje zdjęcia, opowiada o swojej pasji. Wymieniamy się doświadczeniami z nurkowań z różnych miejsc świata (tzn Azhar ma doświadczenie, nurkował np. na Antarktyce) i zgadzamy się co do tego, że to miejsce jest najlepsze. Jest też przyzwoite, jeśli chodzi o ceny. Przyznajemy, że taka np. Tajlandia, jest zdecydowanie powyżej cen (jeśli chodzi o stosunek ceny do tego, co oferuje).
Organizowane są dwa - trzy nurkowania dziennie, plus nocne jeśli jest dostateczna ilość chętnych. Po każdym nurkowaniu mała łódź - wraca na wyspę i po przerwie wypływa na kolejne. Daje to okazję odświeżenia się, zjedzenia, drzemki lub plażowania. Warunki na łodzi są prymitywne, dostępna jest woda pitna, nie ma zadaszenia ani toalety, ale dzięki powrotom na ląd między nurkowaniami nie stanowi to większego problemu o ile zabezpieczamy się przez słońcem.


To prawda, że nurkowania tutaj zaskakują zarówno dobrą widocznością jak też ponadprzeciętnym wyborem życia. Nie znam słów na określenie wszystkich tych gatunków, niestety. To prawda, co pisał Kapuściński, że nieznajomość słów na nazwanie świata wokół nas, zuboża nasze jego postrzeganie. Dlatego zazwyczaj studiuje książki z podwodną fauną. Tutaj niestety nie znalazłam na to czasu.
Wieczorem jedziemy na najbardziej na północ wysunięty punkt Indonezji. Znajduje się raptem kilometr od naszej bazy. Są ławeczki, tablice informacyjne i piękne widoki. Chłopaki z bazy mówią, że to znakomite miejsce na zachód słońca. Ale my musimy oddać motor. Jedziemy do wsi na pyszna kolację i Internet. A potem trzykilometrowy spacer nocą na nasza plażę. Taksówka kosztuje majątek.
21 maja, sobota
Dojeżdżam w kocu do Banda Aceh. Śpieszę się na nurkowanie na Pulau Weh – jak mawiają ludzie z Malezji i Indonezji – najlepszego miejsca nurkowego na świecie. Nawet sporo Polaków tak twierdzi.

Droga na wyspę (Weh) Pulau zasadniczo zajmuje ludziom niewiele czasu, bo przylatują tu samolotem, czyli 45' taksówką z lotniska położonego niecałe 30km nieopodal Banda Aceh, a dalej szybkim promem (45') lub wolnym (1,5h). Tez pewnie bymy tak zrobili, ale Banda Aceh to jedyne międzynarodowe lotnisko w Indonezji, na którym nie wydaja wiz on arriwal.

Dlatego polecieliśmy do Medan i tłukliśmy się 13 godzin nocnym autobusem. Są samoloty, ale akurat nie był o promocji. Na dworcu autobusowym kupiliśmy bilety powrotne i pojechaliśmy prosto na przystań promową. Akurat załapaliśmy się na szybki (czyli drogi, aleprzez najbliższe godziny jedyny) prom – sympatycznie,, szybko, turystycznie (mam na myśli turystów lokalnych). Prom dopływa do portu Balohan, a nurkowania odbywają się z północnej strony wyspy, zwykle z rejonu Gapang i Iboh. Przejazd taksówką lub busem stromymi krętymi drogami zajmuje niecałą godzinę i kosztuje do 10$ od osoby. Nie było autobusu (kosztuje 50 tys) a na cenę za taksówkę nie chcieliśmy się zgodzić. Postanowiliśmy zatem pójść na nogach. Przez góry. Przez dżunglę. Wściekły kierowca becaka jeździł za nami aż do Sabang i zagadywal wszystkich napotkanych ludzi. Domyślam się, iż starał się ich do nas zniechęcić, gdyż po jego interwencji nie chciano jamniczego sprzedać w restauracyjce itp. Na szczęście złapaliśmy stopa (na pace małej ciężarówki) i w deszczu dotarliśmy do sabang.
Dziwny klimat. Z nieba leja się strugi deszczu a słońce świeci w najlepsze. Jest bardzo parno i duszno.
W Sabang nie wypożyczają motorów, więc wynajęliśmy sympatycznego chłopaka aby zawiózł nas do Iboh. To centrum turystyczne w tym regionie. Ceny z transport na wyspie sa straszliwe, wiec wypożyczenie motoru było jedyną opcją. Wynegocjowaliśmy cenę na kilka dni i ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. Postanowiliśmy zacząć od szkoły nurkowej i do niej dostosować nocleg. Centrum wybrane na podstawie witryny internetowej okazało się porażką. Sprzęt wprawdzie mieli świetny, ale zainteresowani byli tylko sprzedaniem nam drogich nieziemsko kwater a o miejscach nurkowych nie mieli zamiaru opowiadać – możemy sobie przeczytać z kserówki, jeśli chcemy.

Pojeździliśmy, pooglądaliśmy i jakoś nie wyglądało to wszystko zachęcająco. I nagle zobaczyłam skryty za krzakami drogowskaz z logiem nurkowym. Napisali, że jest szkoła 1,5 km dalej. Pojechaliśmy. Long beach była 3 km dalej, ale warto było! Miejsce dla lokalnych, ale menager i szef nurkowań nieźle mówili po angielsku. Ten ostatni nie jest nawet dive masterem, ale ma ponad 3 tysiące nurkowań i doświadczenie, które poraża, a osobowość, która ujmuje. Nie było dyskusji 0 nurkujemy z nimi!
Chcieliśmy zostać koniecznie na tej plaży, bo nas oczarowała od pierwszej chwili. Niestety ich ceny noclegów, w przeciwieństwie do nurków, były za wysokie. Ale nie mogłam odjechac stamtąd. Postanowiłam przejść się po plazy i z głupia frant zapytałam napotkana panią o noclegi. Okazało się, z ewlasne znajduje się między jej bungalowami. Ma dwa a w jednym mieszka Angielka, która zna doskonale indonezyjski i pomogła nam ustalić warunki. Po prostu cudownie!
Gdy już myślałam, z lepiej być nie może, z wody wyszedł spieczony na raczka chłopak i okazało się, ż eto Lotar! Nasz niemiecki kolega z Bukittingi. Angielka z domku obok przywiozła go tu na stopa!
Lotar pokazał nam swoją miejscówkę w Oboh (jedziemy na naszym motorze w trójke i gdy kłaniamy się Umbreli, który wypożyczył nam motor, ten nie może przestać się na nas gapić) z doskonałą kuchnią Mamy (Mamma Mia), gdzie przychodzić będziemy co wieczór na cudowne szejki z awokado, przepyszne kolacje i darmowe wifi.

wtorek, 7 czerwca 2011

20 maja, piątek


Trzeba myśleć o powrocie do domu. Znaleźliśmy bilety do Europy, ale zakup przez Internet to transakcja ryzykowna. Prosimy więc Yumas o podpowiedź gdzie można to zrobić bezpiecznie. Po rozważeniu kilku opcji najrozsądniejsze wydaje się skorzystanie z sieci bezprzewodowej w bibliotece medanskiego uniwersytetu.
Po przejechaniu miasta trycyklem (becakiem) w dzikim tłumie pojazdów wszelkiej maści i krótkim zwiedzaniu meczetu – muzeum, gdzie licealistki fotografowały się z nami a nie z zabytkiem zaś obsługa zasypiała z nudów, spotkaliśmy się zatem z Yumas pod uniwersytetem i razem poszliśmy do biblioteki.
Niesamowite uczucie. Tak poważnie, dostojnie, muzułmańsko. A tu wchodzi dwójka bacpakerów i zasiada wśród opatulonych w chusty studentek. Dziesiątki oczu skierowały się w nasza stronę, zaglądały nam przez ramie sprawdzając jakie strony otworzymy. Nie zaskoczyliśmy jednak nikogo. Tak jak wszyscy wokół nas, zaczęliśmy od odpalenia facebooka :D Wi-fi było jednak przeraźliwie wolne. Zbyt wiele osób w jednym miejscu, żądnych sieci, filmów, materiałów edukacyjnych… czegóż innego mogliśmy się spodziewać w Indonezji!
A zatem biletów nie udało nam się zakupić. Ale w zamian udzieliliśmy wywiadu. Otóż podeszła do nas młoda elegancka pani i zapytała, z pomocą bibliotekarki, mówiącej nieco po angielsku, czy zechcemy z nią porozmawiać. Okazała się być dziennikarką. Domyślam się, że lokalną, najprawdopodobniej uniwersytecką. Ale fotoreportera miała bardzo profesjonalnego. Padły pytania o to co tu robimy oraz oczywiście kim i skąd jesteśmy. Ulotki promocyjne z Przemyśla i Wrocławia zrobiły furorę.
A potem postanowiłyśmy się z panią bibliotekarką wymienić kontaktami. Łukasz pisał swojego maila na kartce a ja w tym czasie otworzyłam wyszukiwarkę na facebooku i poprosiłam panią o wpisanie swoich danych. Ucieszyła się gdy zobaczyła swoje zdjęcie na moim laptopie a ja kliknęłam co trzeba i kiedy po sekundzie poprosiła o mój adres zapytałam zdziwiona po co, skoro ma mnie już na fb. Popatrzyła na mnie, zastanowiła się a potem tak zabawnie zamrugała oczkami i rozkoszny uśmiech wypełzł na jej jeszcze zaskoczona twarz. „Tak jest szybciej i prościej”- podsumowałam. „Tak jest szybciej i prościej”- potwierdziła nasza nowa znajoma.



Popołudnie spędziliśmy szukając kawiarenki internetowej w Medan. Jest to możliwe. Ale podłączenie własnego laptopa to już wyzwanie. Podłączenie go w sposób pozwalający na skorzystanie z Internetu – to okazało się niemożliwe. Po kilku godzinach błąkania się po mieście wróciliśmy skruszeni do Yumas.
Yumas potrafi pomóc we wszystkim. Wskazała nam firmę przewozową w okolicy (po indonezyjsku „Tęcza”), gdzie kupiliśmy bilety do Palau Weh zacznie taniej, niż oferują turystom na dworcach autobusowych. Po pysznej kolacji z Yumas i Chipą pojechaliśmy tam lokalnym busikiem, z którego rozbrzmiewała (oj, jak rozbrzmiewała!) lokalna muzyka. Autobus długodystansowy zreszta także okazał się do lokalny. Wygodny, i owszem. Ale w przejściu na plastykowych krzesełkach zasiedli dodatkowi pasażerowie a przy toalecie z tyłu autobusu znajdowała się „smoking area”, w której panowie się nie mieścili, więc palili gdzie im było wygodnie.

Drogi w niezłym stanie, kierowcy znakomici. Ale zakrętów tyle, że 350 km jedzie się 13 godzin! Nawet przepiękne widoki i mili współtowarzysze podróży nie sprawią, że choroba lokomocyjna na tej trasie nie wystąpi. Na szczęcie większość drogi przespałam.
19 maja, czwartek

Płyniemy do Parapat, gdzie natychmiast, z przystani, łapiemy autobus publiczny do Medan. Jeszcze na promie jakaś para pyta czy nie pojedziemy z nimi taksówką. Nie mogą się nadziwić, że chcemy wracać komunikacją publiczną. My to lubimy! Jest masakrycznie ciasno, autobus nie zatrzymuje się na postoje, wszyscy pala strasznie śmierdzące papierosy, zakręty dają się we znaki, ale i tak mamy frajdę.


Droga prowadzi przez tereny rolnicze. Gdzieniegdzie na polach spotykamy dostojne grobowce, przypominające świątynie. Stawiano je na własnej ziemi zgodnie z wolą zmarłych.
Tutaj także mijamy wioski Bataków. Wioski te składają się z kilku, kilkunastu zabudowań, są to domy na palach z dachem kształtem przypominającym łódź.
Ciekawostki, które wyszperaam w Internecie, uruchamiają wyobraźnię…

Jest sześć klanów Batak, kiedyś walczyły ze sobą, teraz żyją w harmonii. Każde plemię miało swojego króla (do czasów dojścia do władzy Sukarno). U Simalungun, ostatni król panował do 1947 roku. Najdłużej panował król przed przedostatni bo około 35 lat. Miał 24 zony i 88 dzieci. Żony miały wspólną sypialnię, król swój pokój. Sypialni nie należy kojarzyć z dzisiejszymi sypialniami, spało się na twardej macie, potrzeby fizjologiczne w nocy załatwiało się w sypialni przez otwory w podłodze. Na dole mieszkały zwierzęta, np. świnie, które oczyszczały teren. Żona, z którą chciał spędzić noc otrzymywała zielony listek pod poduszce. Żonami opiekował się wykastrowany ochroniarz. Król miał potężny posłuch wśród poddanych. Żonę wybierał poprzez wskazanie palcem.


Po południu dojeżdżamy do Medan. Zastanawialiśmy się nad wzięciem od razu nocnego autobusu na północ bo Banda Ach. Ale to chyba by było zbyt męczące. Umawiamy się więc z Yumas i jej synem Chipą. Spędzamy razem popołudnie i wieczór. Toczymy niekończące się rozmowy o religii, kulturze i zwyczajach w naszych krajach. Porównujemy jedzenie i bez końca wypytujemy co i jak się tutaj przyrządza do jedzenia.