skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

środa, 8 grudnia 2010




30 listopada, wtorek
Szukamy sobie atrakcji. Chciałam pojechać na rafting i lot samolotem wokół Everestu. Ale na obie te rzeczy zrobiło się zbyt późno – pogoda nie sprzyja. Jest już cholernie zimno. W nocy jest tak zimno, z e prosimy o dodatkowe koce do pokoju. Z jakimś chłopakiem z pokoju obok siedzę do późna na balkonie. Stwierdzamy, że tu nawet po zmroku jest cieplej niż w pokoju. Myślałam o skoku bungy, ale przeziębiłam się tak mocno, że ostatecznie Łukasz jedzie sam. Na Most Pokoju na granicy z Chinami.
Wieczorem kolejna megaekskluzywna restauracja koreańska, z wiklinowym zadaszeniem i stolikami do samodzielnego gotowania, z gorącymi ręczniczkami przed posiłkiem, w multum przystawek i czajniczkiem herbaty w cenie, z kelnerem nie tylko z doskonałym angielskim i nienagannymi manierami, ale znajomością kulinariów i uprzejmym dystansem do białasów. Jedzenie po prostu cudowne, pałeczki wygodne i sushi samo pakuje się do ust. A ceny. No cóż. Jakieś 30 zł za ponad godzinna ucztę z samodzielnie smażonym mięsem, przystawkami nie mieszczącymi się na stole (tofu po prostu uwielbiam w tym zestawieniu z marynowanym mięsem i kimhi zawiniętymi w liść sałaty!) i sushi przechodzącym mój najśmielsze oczekiwania. Jutro tu wrócimy :D



29 listopada, poniedziałek
O świcie opuszczamy hotel i jedziemy na dworzec autobusowy mamy bilet na najtańszą wersje autobusu turystycznego do Katmandu. Wszystkie startują o 7:00, więc mamy okazję przyjrzeć się różnym typom turystów. Wielu pozuje na backpekersów, ale większość z nich zdradza słabość do nieumiarkowanego wydawania sporawych sum na nieistotne szczegóły. Jeżeli kogoś poza nami oburzają wygórowane ceny, to możecie być pewni – Polacy! :D
Droga jak zawsze upływa sennie, męcząco. W kraju, gdzie autobusy rozwijają zawrotną średnią prędkość 25 km/godz (290 km jedziemy niemal 8 godzin, zaś do granicy 280 km pokonujemy w godzin 11!), przyznajemy się do tęsknoty za Indiami – tam pociągi jeżdżą z prędkością dźwięku, a czasem nawet bliską prędkości światła (bywa że i 40 km/godz).
W KTM lokujemy się w zacisznym hoteliku z wi-fi i gorącą woda non stop. Próbujemy shoppingować. Ale Łukasz już kupił co miał kupić i wysłał do Polski a ja stałam się zbyt wybredna. Tego dnia nic z tego. Wieczorem idziemy do baaardzo wykwintnej restauracji koreańskiej – w strojach trekkingowych! A co tam, w końcu to moja spóźniona impreza urodzinowa :D Ale sama knajpa – godna opowieści. Niskie stoliczki na podwyższeniu, pyszne jedzenie i nastrój – zgasło światło w całym mieście i siedzimy przy świecach.



28 listopada, niedziela
Łukasz odwiedza swojego lekarza. Dostaje znowu jakieś antybiotyki (co potwierdza, że nasza decyzja o zejściu z gór była słuszna). Ja urywam się na kobiece zakupy. Poszalałam w sklepach z kosmetykami, „troszkę” poszperałam w ciuszkach ale w Pokarze wybór niewielki. Postanawiam sobie odbić w stolicy.
Siedzę sobie w letniej sukience na trawce nad jeziorem i łapie sygnał z pobliskiej kafejki – wielokrotnie tam bywałam, więc laptop sam się loguje. Kradnę sygnał i przeżywam rozkosz rozmów z przyjaciółmi. W Polsce śniegi i wiatr. Mogę tylko przesłać nieco gorąca i wierzyć, że ciepłe myśli stopią zaspy. Po godzinie przychodzi Łukasz i robi mi żartobliwe wyrzuty, że nie zapłaciłam za neta. Ale gdy siada na ławeczce obok i słońce ogrzewa mu twarz, przestaje mieć pretensje…
Uparłam się na zwiedzanie, ale Łukasz nie ma ochoty na dalekie wycieczki. Jedziemy do podziemnego wodospadu. Okazuje się, że mój towarzysz podróży miał rację –nie było warto.




27 listopada, sobota
Z Birethani dochodzimy do drogi, gdzie łapiemy autobus do Pokhary. Już w tym busie spotykamy grupę Polaków. Potem w mieście mam wrażenie, że miasto zostało opanowane przez naszych rodaków. Można usłyszeć język polski na każdym kroku. No tak, koniec sezonu. Ludzi schodzą z gór. A kto kocha Himalaje tak jak Polacy. Wprawdzie narodowo jesteśmy mistrzami w zimowych wejściach, ale tu w Pokarze to przecież nie ten poziom. To koniec popularnych trekkingów.
Oczywiście stęskniliśmy się za dobra kuchnią. Nie możemy się zdecydować gdzie pójść w pierwszej kolejności. Po koreańskich i chińskich zaczynamy testowanie japońskich. Znowu pałeczki, dziwne zupki i przystawki. Przechodzę szkolenie na temat rodzajów i sposobów przyrządzania sushi.




26 listopada, piątek
Dzień schodzenia. Ta sama trasą, bo nic innego nie dało się tu wymyślić. Tak szybko jak to tylko możliwe. Do ciepłych miejsc z przyzwoitymi cenami posiłków. Po drodze czas na kilka sesji fotograficznych, gdy spotkamy ciekawych ludzi, urocze zwierzęta czy fotogeniczne krajobrazy. Zresztą popatrzcie sami.

wtorek, 7 grudnia 2010



25 listopada, czwartek
Więc czas na relaks. Skoro już jesteśmy przy gorących źródłach, to trzeba z nich skorzystać. Co do tego nie było żadnej dyskusji :D Zabraliśmy więc ręczniczki, rzeczy do prania i ruszyliśmy do rzeki – decyzję o tym, co dalej zostawiając na „po kąpieli”. Bo czy może istnieć coś lepszego niż gorące źródła na tej wysokości? Tak, gorące źródła jeszcze wyżej, ale to już inna kwestia. Gdy od kilku dni wędrujesz w tak wilgotnym klimacie, po tak wymagającym terenie, z tak ciężkim plecakiem – marzysz o gorącej kąpieli jak o niczym innym. Ale zazwyczaj gdy docierasz na nocleg jest już ciemno, zimno i nie masz sił na grzanie wody. A tu proszę – baseny w pięknym terenie (górska rzeka, zwaliska skalne, wiszące girlandy soczystej zieleni) z gorącą wodą parującą w tak niesamowicie widowiskowo, że nie sposób tego uchwycić na fotografii. Zapytacie; no dobrze, ale ile można siedzieć w wodzie? No więc nie wiedziałam, ale można do czasu, aż skóra zacznie zmieniać konsystencję. Zmieniały się kolejne ekipy z różnych krajów świata a my zmieniliśmy tylko basen na ten z cieplejsza wodą. Zresztą to też zrobiliśmy niechętnie, bo powietrze przecież mroźne. Wełniana czapka do stroju kąpielowego to doprawdy zabawne rozwiązanie, ale w tej sytuacji bardzo praktyczne. Ja wyszłam, żeby zrobić pranie (nazbierało się tego!) i fotki. Łukasza wyciągnęła z wody tylko konieczność odwiedzenia toalety. Domagał się, abym zaznaczyła na blogu (a teraz twierdzi, że wcale nie ;P), że pan pilnujący porządku i zbierający datki na utrzymanie basenów, wskazał mu główną ścieżkę i powiedział, że nadaje się na toaletę. Jak każde inne miejsce w tym kraju! Zapewne nikt nie zwróciłby zatem uwagi na mojego kolegę w potrzebie, ale on zachowując resztki polskiej dumy i hardu wspiął się po pionowej ścianie wśród pnączy i dziwnych roślin (pamiętajcie, że był boso i w kąpielówkach, no i w czapce), by znaleźć bardziej ustronne miejsce. Brawo! ;D
A decyzja, jaką podjęliśmy była jedyną możliwą – o powrocie w doliny. Czasem coś po prostu nie jest nam dane. Ale to nie znaczy, że nie doświadczamy czegoś równie wartościowego. Po prostu pójdziemy inną Drogą. Ja przeżyłam piękne, niezapomniane chwile, które na zawsze pozostaną w moim sercu. Nie mam poczucia porażki czy niepowodzenia. Przepełnia mnie radość, bo emocje i wrażenia, które w Rejonie Annapurny na mnie czekały, okazały się jednymi z najważniejszych w moim życiu.

sobota, 4 grudnia 2010


czy jesli wolę jeść paleczkami lub rękami niz sztućcami to znak ze za dugo przebywam na subkontynencie indyjskim?
restauracja japońska w Kathmandu
grudzien 2010

24 listopada, środa
Założyliśmy sobie, że dojdziemy tylko do gorących źródeł i tam się zrelaksujemy. Okazuje się jednak, że to nie takie „tylko”. Cóż, dla osób nie przywykłych do chodzenia po górach, do długodystansowego wysiłku bez możliwości regeneracji i uzupełnienia wszystkich składników, których ubywa z organizmu z każdą minutą wysiłku, nawet z dobrą kondycją i właściwą motywacją – Himalaje mogą stanowić problem. Niech nie zwiedzie was to, że spotkacie na szlaku emerytów i małe dzieci. Na Himalaje trzeba się przygotować.
Z tego dnia zapamiętam wiele pięknych miejsc, np. dżunglę z zajebiaszczo wielką paprocią rozmiarów sporego drzewa, las rododendronowy, widok na masyw Annapurny. I szlak zniszczony przez oberwanie skały – przeprawa nad przepaścią z wykorzystaniem dostępnych korzeni drzew, przejście przez nadgniły, nieużywany już mostek (szybko!) i niekończącą się wspinaczkę po kamiennych schodach. W sumie ciekawy dzień. Ale po przeanalizowaniu sytuacji stwierdziłam, że nie ma sensu iść dalej. Dla mojego towarzysza to żadna przyjemność – to męczarnia i walka o każdy krok.

23 listopada, wtorek
Budzi nas odgłos deszczu. Jaka porażka! Smutne oczy, nosy na kwintę. Tyle czekania i co? Łukasz kupił sobie cały ekwipunek na ten trekking w Katmandu. Ja po Manaslu mam może mniejsze ciśnienie, ale być w górach („już był w ogródku, już witał się z kózką…”) i nic nie zobaczyć?!
Przeczekujemy jednak ulewę i ruszamy. Po deszczu pojawia się słoneczko i jakoś odzyskujemy wiarę. Maszerujemy sobie, z początku dziarsko, potem coraz wolniej. No chyba jednak za wcześnie ruszyliśmy w góry. Osłabienie chorobą daje o sobie znać bardzo szybko. Do zmroku udaje nam się przejść 4-godzinną trasę.
Spotkani na trasie Polacy polecili nam kilka ciekawych miejsc, więc schodzimy z głównego szlaku unikając tłumów i wędrujemy sobie boczną ścieżką do Bee Hives. Po drodze typowe himalajskie krajobrazy dolinne.
22 listopada, poniedziałek
Nareszcie ruszamy w góry. Ogarniecie się po tylu dniach choroby nie jest proste, ale końcu przemierzamy miasto w kierunku dworca autobusowego. Komunikacja publiczna to ciekawe zagadnienie, także w Nepalu. W autobusie miejskim kobiety w tradycyjnych strojach siedzą obok tych w dżinsach, jakiemuś panu spod siedzenia ucieka kura (związane łapki, ale tak żywotna, że rozdarła reklamówkę, w którą była zapakowana i sobie skacze w kierunku wyjścia), którą stojąca obok pani w zwiewnych materiałach niewzruszenie łapie i oddaje właścicielowi. A to wszystko w centrum wielkiego miasta. Wielkiego właściwie chyba dlatego, że nie ma tu bloków i wszyscy mieszkają w domkach – zatem powierzchnia miasta jest duża. Czasem nawet są asfaltowe drogi. Czasem w mieście jest światło. A czasem, gdy świeci słońce, jest ciepła woda (powtarzam, jeśli się nagrzała w beczkach na dachu). Wtedy jest też oświetlenie solarne, więc cos się jednak w pokoju świeci i nie trzeba używać świec i latarek. BDW do kąpieli często grzejemy wodę grzałką i polewamy się z butelek po wodzie mineralnej. Jeśli jest prąd. Wtedy możemy tez zrobić sobie herbatkę, musli czy ugotować jajka.
No, ale dobrze – jedziemy do Natapuli. Gość w kasie poinformował nas że autobus wyjeżdża o 14:30 i jedzie półtorej godziny (42 kilometry). Może i prawda. Nasz wyjechał o 14:30, przejechał 200 metrów, odczekał 45 minut (tu wsiadła większość pasażerów oraz tłum obnośnych sprzedawców) a potem jechał kolejne dwie godziny z ogonkiem. Pomocnik kierowcy kazał nam wysiąść w jakimś… miejscu nie oznaczonym na mapie. Dobrze, że miałam opis trasy z przewodnika. Miedzy budkami z jedzeniem wchodzimy na ścieżkę do Birethani – wioski, w której mamy dziś spać. Nie nazwalałbym tego (z wyglądu) głównym szlakiem trekkingowym Nepalu, ale mogę się mylić.
W Birethani znajdujemy nocleg typu komórka. Przez szpary podglądają nas dzieci gospodarza, on w ślimaczym tempie realizuje horrendalnie drogie zamówienie agdy gaśnie we wsi światło – przynosi nam lampę naftową. Zabawne, ale gdy próbuje mi tłumaczyć jak ją obsługiwać, dziękuję mówiąc, że mam taką w pokoju – odwracam się i widzę głupią minę Łukasza. Okazuje się, że on nigdy w życiu z lampy naftowej nie korzystał i potrzebuje instrukcji. No tak, młode pokolenie (przypominam sobie, że mój kolega jest jednak sporo młodszy i grzałką w moim bagażu też był zdziwiony).
Korzystamy z naładowanych baterii w naszych laptopach i oglądamy sobie film. Taki trudny, ambitny. Paradoksalna sytuacja - w tej dziurze oglądać europejskie kino.
21 listopada, niedziela
Sytuacja powoli wraca do normy. Stołujemy się już niemal normalnie – tzn. w lokalnych barach. Znaleźliśmy taka knajpkę, gdzie jacyś Polacy po kilku dniach imprezowania zostawili flagę sponsora polskiej reprezentacji. Nam też to miejsce bardzo przypadło do gustu i wracamy tu często, nawet kilka razy dziennie. Omar jest mistrzem świata. Jego zupy to czysta poezja, dania jak w najlepszej knajpce a ceny groszowe. Łukasz chce nawet, żeby Omar go uczył, zdradził swoje sekrety.
Wieczorami zazwyczaj jakieś restauracje z jedzeniem azjatyckim. Chyba zaczynam rozpoznawać alfabety. Mam już ulubione smaki i dania 
20 listopada, sobota
Łukasz choruje. Krzątam się, a gdy twierdzi, że czuje się lepiej – oddycham z ulgą. Kontrolne badanie – jeszcze trochę musi odpocząć, ale rzeczywiście jest lepiej. No to świętujemy. Zostaję zaproszona na elegancką kolację – najstarsza restauracja chińska w Pokarze. Zestaw na dwie osoby (45 zł – sprawdziłam następnym razem) ledwie udało się zmieścić na stoliku. W moich siedmiu żołądkach mieści się tylko dlatego, że bardzo się zawzięłam, aby te pyszności się nie zmarnowały. Powoli uczę się tych dziwnych nazw i co mi smakuje a co nie. No i oczywiście coraz sprawniej posługuje się pałeczkami – jeśli potrawa jest prosta, to nawet nie zdąży wystygnąć! Ha, to już jest coś hihi. No ale gdy są metalowe albo kanciaste to nie jest tak łatwo. Zauważam już różnice między restauracjami (na przykład w nowszej wersji tej chińskiej jedzenie nie jest tak dobre a atmosfera nie tak klimatyczna). Bardzo lubię te niskie stoliczki i siedzenia na podwyższeniu, przed którym zdejmuje się i zostawia obuwie. Także dlatego, że w moich skarpetkach nie ma dziur, a niestety nie wszyscy mogą to o swoich powiedzieć.
18 listopada, czwartek
Łukasz choruje. Ja krzątam się wokół.
17 listopada, środa
Łukasz choruje. Pełna gama testów wyklucza wszystkie inne choroby, jakie Łukasz i jego lekarz mogli sobie tylko wymyślić. Więc leczenie tyfusu tymi samymi lekami, tylko dłużej (do dziesięciu dni). Na szczęście gorączka ma spaść za dwa – trzy dni. Nie mamy termometru – w całej dzielnicy nie można go kupić, ale obstawiam jakieś 42 – 43 stopnie Celsjusza. Cudowne leki najnowszej generacji (doktor powtarzał, że nie są dobre, tylko najlepsze) nie chcą zadziałać. Najlepiej sprawdzają się zimne okłady (a jakże – moim ręcznikiem z microfibry, bo jego jest tak nowoczesny, że się nie nadaje; mój po kilku dniach moczenia non stop zaś nadaje się tylko do wymiany – na taki super nowoczesny oczywiście :P).
16 listopada, wtorek
Łukasz jest chory. Leki nie pomagają, więc wieczorem idziemy znowu do lekarza. Pobiera krew do testów – wyniki rano. Podejrzewa tyfus. Przy okazji: nasze szczepionki psu na budę! Cholerstwo kurewsko drogie, a nikt nie zająknął się na temat pięciu odmian duru brzusznego w samej Azji.
15 listopada, poniedziałek
Dosyć tego! Tu potrzeba lekarza. Menager hotelu zawozi nas swoim autem do prywatnej kliniki, gdzie przemiły doktor (nawet Łukasz przyznaje, że gość zna się na rzeczy) po długim badaniu pociesza go, że to niegroźna infekcja, wymagająca jednak antybiotyków i diety. Opieka medyczna kosztuje 100 dolarów amerykańskich, ale w cenie jest tyle wizyt ile będzie trzeba, leki i wizyty domowe, jeśli zajdzie taka konieczność. Doktor podkreśla, że wyleczenie Łukasza to sprawa honoru i prosi o kontakt, jeśli jego stan się nie poprawi.
No to próbujemy biletami. Poniedziałkowy poranek w Europie. Zazwyczaj w pracy. I tam właśnie zastaje moja Sister. W ciągu pół godziny Irinka (pozdrawiamy Mołdawię serdecznie, ze szczególnym uszanowaniem dla miasta stołecznego Kiszyniowa i jego instytucji, które pozwalają pracownikom wyższego pionu na surfowanie po necie w godzinach pracy!) kupuje nam bilety i przesyła meilem wersję w PDF-ie. Szczególny respekt za wypełnienie kilku stron formularzy w ciągu wymaganych 9 minut. Przy okazji na skype mamy okazje posłuchać jak Irinka mnie dopytuje o różne dane po polsku, czyta ankietę po angielsku, swoim podwładnym odpowiada po rumuńsku a na jakiś służbowy telefon po rosyjsku. Dopiero po sfinalizowaniu transakcji przyznaje, że jest spóźniona na jakieś bardzo ważne spotkanie, gdzie wszyscy już na nią czekają. KOCHAM CIĘ SISTER!
Z ważnych, aczkolwiek mało fabularnych, wydarzeń tego dnia to w pokoju hotelowym organizujemy mały szpitalik a ja uczę się roli pielęgniarki. Ciekawe, rozwijające doświadczenie – to dobra wersja i jej się będziemy trzymać :D
A, jeszcze przechodzę krotki kurs gotowania w knajpie koreańskiej (ale innej). Mięsko do samodzielnego smażenia, cały stół przystawek, zupki, herbatka – jakieś 30 zeta.
14 listopada, niedziela
Rano wcale nie chce być lepiej. Trzeba zaczekać jeszcze trochę i zobaczyć co z tego będzie. Trawimy dzień na bezowocnych poszukiwaniach osoby, która pomoże nam kupić bilety, na obserwowaniu dolegliwości Łukasza i walce z nimi.
13 listopada, sobota
No więc postanawiamy ruszyć się w końcu z Pokhary. To ma być lekki trekking, w typie „tee house”, czyli właściwie bez sprzętu. Łukasz nawet kupił nowy plecak, żeby zapakować się do małego. Ja siepoddaję.Za bardzo lubię mieć wszystko przy sobie, żeby zrezygnować z mojego 75-litrowego (plus 10 w kominie) Tytana. Będę spotykać ludzi z maleńkimi plecaczkami (nawet 20-litrowymi) i nie mogę pojąc z czego oni zrezygnowali. Ja odpowiadam, że mój jest taki duży, bo wzięłam za dużo kosmetyków.
Po drodze jeszcze jakieś drobne zakupy, obiadek i kafejka internetowa, bo chcemy kupić bilety na samolot. Po godzinnej walce Łukasz stwierdza, że z jakiegoś powodu nie może tego zrobić. Domyślam się, że - podobnie jak na Sri Lance z India Express - w Nepalu zablokowano płatności kartami kredytowymi. Ale żeby wiadomość o tym umieścić na witrynie internetowej – gdzie tam! Odwiedzamy zatem agencje turystyczne. Proponują nam bilety na te samą trasę w cenie co najmniej dwa razy wyższej. Gdy pytamy o Air Azję następuje konsternacja, telefon do Katmandu i odpowiedź, że tej linii w Nepalu nikt nie obsługuje. A więc tutaj nie da się ich kupić. A więc szukamy kogoś, komu można zaufać i poprosić o pomoc, kogoś kto zna perfekcyjnie angielski i ma kartę kredytową oraz mieszka w kraju z którego można zapłacić za te bilety. Jak łatwo się domyślić, lista takich osób nie jest długa, zaś dostępność tych osób on – line redukuje ją do jednej pozycji. Ale to już jutro. Trzeba zaczekać w Pokarze do następnego dnia, bo po powrocie z gór może być już za późno na kupno ticketów w dobrej cenie (ok. 90 dolców z Kalkuty do Bangkoku). Znajdujemy blisko czysty gest house i negocjujemy ostro cenę. Chcemy zostać tu do świtu i wcześnie rano, po załatwieniu sprawy z biletami, ruszyć w góry. Jednak w nocy Łukasz gorączkuje i w ogóle źle się czuje. Chciałby, żeby to była malaria albo jakaś inna choroba tropikalna (bo jak twierdzi, będzie to dobrze wyglądało na blogu), ja zaś przekonuję go, że mężczyźni czasem (rzadko ale jednak) zapadają na choroby typu grypa czy przeziębienie. O tym Łukasz nie chce jednak nawet słyszeć.

wtorek, 30 listopada 2010

12 listopada, piątek
Na mój widok wszyscy pytają co mi się stało, wiec jem najchętniej w koreańskiej knajpce, gdzie kobieta już nie pyta dlaczego chce słomkę do milk tee. Powoli dochodzę do siebie. Na tyle, by zalogować w kafejce i porozmawiać z rodziną. Najlepiej będzie wyjść w góry. Tam wszystko się ułoży…
11 listopada, czwartek
Przegapiłam tę datę. Flagi nie wywiesiłam. Że był Dzień niepodległości skojarzyłam kilka dni później. Udało mi się za to dotrzeć do Urzędu Imigracyjnego i przedłużyć wizę. Na więcej aktywności nie mam sił. Jestem chora.
10 listopada, środa
Nie chcę się budzić. Jestem zmęczona. I obolała. Gdybym nie wiedziała, że ból zębów to tylko złudzenie od tego czegoś na mojej twarzy, to bym je sobie sama powyrywała. Przedłużenie wizy – nie ma szans. Zasypiam próbując wstać z łóżka. Wieczorem udaje mi się dojść do najbliższej restauracji – koreańskiej vis a vis bramy hotelu. Jem hot pota i wracam spać.
9 listopada, wtorek
Nie śpię. Nie wiem co robić. Nie ogarniam. Wiec robię, to co miałam zaplanowane – o świcie jadę do Pokhary. Czuję się fatalnie. Także fizycznie – na twarzy mam ogromne i cholernie bolące „zimno” (dziewczyny mówiły, że to „febra”). Proszę Łukasza, by mnie odebrał z dworca, bo nie czuję się w stanie gdziekolwiek trafić. Popołudnie przesypiam. Dopiero wieczorem daję się wyciągnąć do najbliższej restauracji, ale nie jestem w stanie nic przełknąć. Jestem zmęczona.

niedziela, 28 listopada 2010




7 listopada, niedziela
Ostatni dzień schodzenia. Żal, że to już koniec. Wściekłość, że nadal nie ma zasięgu GSM (a miał być dwa dni temu). Poszukiwanie samotności, bo wokół za dużo ludzi. Spotkanie naszej nepalskiej znajomej sprzed przełęczy. Wieczorem zakupy warzyw i pożywny posiłek, którym wzbudzamy zazdrość sąsiadów.

sobota, 27 listopada 2010




6 listopada, sobota
Kontynuujemy schodzenie. Plecak już lekki. W pierwszej wiosce napotykamy wiele ciekawych scenek, więc pstrykam fotki bez opamiętania. Są umorusane brzdące mozolnie rozbijające orzechy kamieniami, są pijani od rana panowie, grający w para (rodzaj gry hazardowej), którym kobiety donoszą ara (rodzaj lokalnego alkoholu domowego wyrobu), są wreszcie kobiety przesiewające zboże na dachu (najlepsze miejsce do suszenia). No i jest mała świątynia, z młynkami modlitewnymi i tajemniczym mrokiem wewnątrz. Niestety pojawiają się tez symptomy cywilizacji. Przeraża mnie widok małych dzieci, mierzących do siebie z plastikowych karabinków. Rozumiem, że turyści rozdają baloniki czy długopisy, nawet że ciasteczka i czekoladki, ale to już przesada. Spotkam jeszcze kilka takich miejsc i zawsze widok berbeci bawiących się bronią wywoła we mnie ciarki.
Idziemy wyrwa skalną. Szykują tu miejsce na drogę dla jeepów. Karkołomne zadanie. W kraju, gdzie brak dobrej drogi dojazdowej do stolicy, postanowiono wybudować drogę w góry! Żeby dowozić turystów jak najdalej. W południe, w Jagat, docieramy do głównego szlaku trekkingowego w Dolinie Marsjandi, wiodącego wokół Annapurny. Natychmiast pojawiają się tłumy turystów, a wraz z nimi coca- cola, wypasione restauracje i wyśrubowane ceny. Obowiązują wspólne cenniki dla całego regionu, wiec niezależnie czy ekskluzywna restauracja, czy waląca się chatynka z przysypiającą gospodynią – ceny daleko poza moim budżetem. Przysłowiowe staja się gotowane jajka, za które facet krzyknął 200 rupii nepalskich (9 zł) od sztuki. Coraz rzadziej można spotkać kobiety mielące ziarno w tradycyjny sposób czy dziewczęta w tradycyjnych strojach. Ich miejsce zajmują dżinsy, butelki sprite’a i morze anten satelitarnych. Tylko ściemniacze tacy jak nasza Wszystkowiedząca Wiedźma Ple-Ple („sławny poznański podróżnik” – Krzysztof Kryza) potrafi opowiedzieć o tym przed kamerą jako o miejscu dzikim i niedostępnym. Przerażające, że tacy ludzie wracają i opowiadają swoje bzdury na spotkaniach, budując w odbiorcach przekonanie, że miejsca te są egzotyczne, zakazane i… im niedostępne. Zamiast zachęcać do podróży, do otwarcia się na inne kultury – zniechęcają. Nie uważam, by przerost ambicji własnych czy potrzeba zbudowania własnej legendy, były tu jakimkolwiek wytłumaczeniem. „Podróżników” tego pokroju uważam po prostu za groźnych, ale tez godnych jedynie pogardy. Gdy w mijanej wiosce napotykamy festiwal z autentycznie bawiącymi się ludźmi, Krzychu mija ich bez zatrzymywania. Ja zostaje godzinę, by nacieszyć się rozmowami ze świętującymi ludźmi, posłuchać o ich problemach i cieszyć się ich radościami.

Nocujemy w Tal, gdzie mamy okazje nie tylko przyjrzeć się młodzieży w trzecim, najważniejszym dniu festiwalu, ale bawi cię razem z nimi. Nagonienie, jakiego używają czy muzyka, którą grają u nas nie znalazła by zrozumienia, ale tutaj są lokalnymi gwiazdami. Tłumy (kilkunastu nastolatków) szaleją. Odrobina alkoholu wystarcza, by przenieść imprezę na wyższy poziom :D Co chwila rozstawiają się przed następnym domostwem oświetlonym świecami i grają znowu te same utwory, A wszyscy bawią się znakomicie.