skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

sobota, 15 stycznia 2011





30 grudnia, czwartek
Tajlandia jest ogólnie krajem bardzo bezpiecznym dla turystów. Wielu przybyszów z Zachodu jest mile zaskoczonych tym, że Tajowie wydają się zawsze pogodni i uśmiechnięci, nie widać na ulicach objawów wandalizmu (ani np. wszechobecnego w naszym kraju grafitti) i trudno dostrzec kogokolwiek zachowującego się agresywnie lub głośno. Z jednej strony jest to prawda, i w Tajlandii rzeczywiście możemy czuć się o wiele bezpieczniej niż w wielu innych krajach, z drugiej jednak nie można zapominać o tym, że Tajlandia jest krajem trzeciego świata, w którym nie możemy liczyć na wiele rzeczy, do których się przyzwycziliśmy. W Tajlandii nie ma np. służb sprawdzających jakość i higienę posiłków przyżądzanych w przydrożnych ‘restauracyjkach’. Jeśli się po takim posiłku pochorujemy, to jesteśmy zdani na siebie. Wiele sprzętu używanego w Tajlandii do sportów wyczynowych (spływy pontonowe, wspinaczka skałkowa, itd.), a także w różnego rodzaju parkach rozrywki, nie jest standardu europejskiego. Najlepiej korzystać z usług sprawdzonych i poleconych organizatorów. Jeśli ma miejsce wypadek, to często zdani jesteśmy na siebie, bo w pobliżu nie ma lekarza, ani karetki, a właściciel firmy nagle znika, więc na odszkodowanie też nie ma co liczyć. W Tajlandii nie jest rozpowszechniony system ratowników na plażach. Są obecni w niektórych najbardziej turystycznych miejscach, ale w innych, sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje bezpieczeństwo w wodzie. W Tajlandii nie funkcjonuje darmowy system publicznych karetek pogotowia! Oznacza to, że nie ma numeru odpowiadającego polskiemu 999, na która można zadzwonić w przypadku problemów ze zdrowiem lub wypadku. Tajowie są ogólnie bardzo mało skłonni do otwartej agresji, i napady na turystów z bronią w ręku należą do rzadkości. Za to nie można tego powiedzieć o kradzieży kieszonkowej, albo zdarzających się w miejscowościach turystycznych próbach wyrywania torebek przez siedzącego na motocyklu złodzieja. Pieniądze, dokumenty i inne kosztowności lepiej zostawiać w hotelowym sejfie albo jak my nosic na pasie pod ubraniami. W przypadku, gdy znajdziemy się w sytuacji, w której obecny jest funkcjonariusz tajskiej policji lub np. oficer imigracyjny, należy koniecznie zachować spokój i nie próbować się awanturować lub lekceważyć jego autorytetu, nawet jeśli jesteśmy przekonani, że racja leży po naszej stronie. W Tajlandii nawet niżsi stopniem funkcjonariusze mają władzę bardzo dotkliwie uprzykrzyć nam pobyt, na przykład poprzez zabranie na posterunek policji lub nie uznanie wizy. Najlepiej spokojnie wyjaśniać sytuację, albo poczekać na przybycie funkcjonariusza, który rozumie angielski, lub poprosić kogoś o pomoc w tłumaczeniu. Często sprawę potrafi szybko rozwiązać (szczególnie w przypadku policji drogowej) kilka banknotów, ale nie należy być z tym zbyt ostentacyjnym.
Dziś źle się czuję, znacznie gorzej niż wczoraj. Mam mdłości, więc na przekór myśle o jedzeniu, które jest tu pyszne. Czy bezpiecznie jest jeść z przydrożnych straganów albo w małych ‘restauracyjkach’, których pełno na każdym chodniku? Na wielu obcokrajowców piorunujące wrażenie robią warunki higieniczne w jakich serwowane jest tam jedzenie. Czasem na forach ludzie narzekają, że owoce krojone i podawane są gołymi rękoma, naczynia myje się w ten samej misce cały dzień, a w kątach nierzadko biegają karaluchy lub nawet szczury. Ja się z tym nie zgadzam. Jest bardzo czysto, niemal sterylnie. Chociażby pan, który serwuje naleśniki z jajkiem i bananami w naszej dzielnicy ma swojwloasny sposób i osobna ściereczce do wycierania lewej reki, inna do prawęj i jeszcze inną do wycierania blatu i każdej z nich uzywa kilka razy w trakcie przygotowywania jednej porcji (co trwa jakies 4 minuty). Większość ludzi jest zaskoczona, że nie tylko nie ma żadnych kłopotów żoładkowych, ale do tego jedzenie wydaje się smakować lepiej w takich budkach niż w wielu droższych i bardziej sterylnych restauracjach. Jest to też świetna okazja, żeby uczestniczyć w życiu „prawdziwej Tajlandii”, a także zaoszczędzić parę bahtów. Ja wybieram boczne uliczki gdzie jadłospis i ceny są po tajsku a ludzie nie znają angielskiego. Jedzenie jest tak pyszne, ze mam ochote zjeść wszystko naraz, a mieszkanie w Chiang Mai przekonalo mnie, że nawet kilka tygodni to za mało, by spróbowac wszystkiego z jednej tylko ulicy!






W tajskiej kuchni mieszanie smaków, które dla nas europejczyków są czymś niemożliwym jest jak najbardziej normalne. Tajowie przyprawiając zupy mieszają chilli, cukier, maggi i wiele innych przypraw, których nazw nawet nie pamiętam. Ale o tym już nieco pisałam wczoraj. Tajowie trzymają widelec w lewej ręce, a łyżkę w prawej. Widelec służy wyłącznie do nakładania kęsów na łyżkę: jedzenie prosto z widelca uważane jest za prostackie. Noże nie są potrzebne, gdyż jedzenie – również mięso – jest pokrojone na kawałki. Tajskie potrawy z makaronem wywodzą się z chińskich tradycji kulinarnych i do ich jedzenia służą pałeczki oraz łyżka. Drugim wyjątkiem od ogólnie przyjętych zasad jest kleisty ryż (sticky rice w odróżnieniu od Jasmin, czego wczoraj uczyl nas Tommy), który je się palcami. Potrawy są podawane w kilku dużych miskach, a ryż dla każdego - w małych miseczkach. Zgodnie z tradycją najpierw podaje się ryż, a następnie łyżką nakłada się na niego potrawę ze wspólnych misek. Albo lepi się kulki i macza w tych sosach i róznych potrawach, bo jeśli nałożysz na takamiseczke ryż to znaczy,, że nie chcesz się tym dzielic z innymi, którzy siedza z Toba przy stole.

Gdy podajemy albo odbieramy talerz z jedzeniem, należy używać prawej ręki; lewa uważana jest za "nieczystą". Należy też uważać, żeby nie sięgać ponad czyjąś głową, bo jest to nieuprzejme. Najstarsza osoba przy stole zazwyczaj dostaje jedzenie jako pierwsza, a młodsi jej pomagają. Należy zaczekać, aż wszyscy dostaną jedzenie zanim zaczniemy jeść. Ryż jest uważany za najważniejszą część posiłku, pozostałe dania jako dodatki, dlatego nazywa się je kap kao - "do ryżu". Do picia najlepiej zamówić wodę. W Tajlandii zazwyczaj pije się po skończeniu posiłku, a nie w trakcie. Jeśli zjemy coś zbyt ostrego, to i tak dużo bardziej pomoże łyżka ryżu, niż napój. Aby wezwać w restauracji kelnera Tajowie używają słowa nong (młodszy brat/siostra) albo pii (starszy brat/siostra).

Jedzenie tajskie jest ostre. Papryka chili, przywieziona z Nowego Świata w XVI w. przez europejskich kupców, jest powszechnie używana do wielu potraw (zwłaszcza odmiana o małych, ostrych strąkach). Nie brakuje też potraw łagodnych. Oczywiście podstawą jest ryż. Drugim co do popularności dodatkiem jest makaron ryżowy, podawany zarówno do drugiego dania, jak i do zupy. Kuchnia tajska jest pożywna i bardzo apetyczna. Mięso smaży się krótko, a warzywa się gotuje.

Bardzo wiele jest też wpływów kuchni sąsiednich państw, na przykład przygotowywane zazwyczaj przez Birmańczykow na ulicznych wózkach słodkie naleśniki Roti.
Oto opis dan tajskich, jak znalazłam w necie. Próbuję się tego nauczyć :D

Kleik ryżowy (kao tom) (Ang: Khao Thom) to codzienne śniadanie. Podawany często z dodatkiem jajka ściętego w gorącej potrawie. Do tego najlepiej pasują papryczki chili w occie ryżowym.
Zupa makaronowa (kojtieł nam) (Ang: Kuay Tiew Naam) jest jedyną tajską potrawą, którą się je pałeczkami. Oprócz warzyw pływają w niej kulki mięsa. To moja ulubiona zupka i nie wyobrażam sibie jak mogłam jeść makaron widelcem!
Smażony ryż (kao pat) (Ang: Khao Phat) z jajkiem oraz kawałkami mięsa i warzyw to pyszny jednodaniowy posiłek jedzony o różnej porze dnia.
Pat tai (Ang: Phat Thai), makaron ryżowy przysmażony z krewetkami, warzywami, jajkiem i posypany orzeszkami ziemnymi. Uważany za narodową potrawę Tajlandii. To, które ugotowałam wczoraj smakowalo mi najbardziej, a jest to moje ulubione drugie danie.
Makaron pszeniczny z plastrami czerwonej wieprzowiny (bami heng mu deng) (Ang: Bhami Heng Moo Daeng) to typowe danie sprzedawane na straganach.
Tom jam (Ang: Tom Yum), popularna tajska zupa z krewetkami i pomidorami, przyprawiona kolendrą, palczatką (trawą) cytrynową i chili, gotowana i podawana w kociołku.
Mu sap baj krapao (Ang: Moo Saap Bai Krapaw), bardzo smaczna smażona wieprzowina przyprawiana bazylią, często podawana podczas wspólnego posiłku.
Penang (keng penang) to pikantne curry z kurczaka z dodatkiem krewetek, kolendry, czerwonych papryczek chili i niewielkiej ilości świeżej bazylii.
Zielone curry (Geng kie łan) (Ang: Geng Kiew Waan) to potrawa ze środkowej części kraju, z mięsem gotowane w mleczku kokosowym, co nadaje mu łagodny, słodkawy smak. Potrawę zaostrza zielone chili. Uczyliśmy się to gotować dwa dni temu.
Ryż gotowany na parze (kao suaj) (Ang: Khao Suay), podstawa wspólnych posiłków, podawany na stół w małych miseczkach jako pierwszy. Doskonale łagodzi ostry smak potraw. Tommy tłumaczył, że gotuje się go bez jakichkolwiek przypraw wiec wszystko inne musi być ostrzejsze. A te szybkowary do ryżu są genialne.
Kleisty ryż (kao niał) (Ang: Khao Niaw) gotowany i podawany w koszyczku z pokrywą, popularny na północy i na północnym wschodzie kraju. Je się go palcami; czasami lepi się z niego kulki i razem z innym składnikiem potrawy wkłada do ust.
Smażone płatki lilii (pat pak bung) (Ang: Phat Pak Bung) to jedna z prostych, łagodnych w smaku potraw, którą podaje się jako część głównego posiłku.
Sałatka z papai (som tam), bardzo popularna w całej Tajlandii. Przyrządza się ją z cienko pokrojonej papai i chili. Do tego najczęściej podaje się kawałki kurczaka. Pyszne, ale dośc ostre w smaku.
Sałatka z owoców morza (jam talej) (Ang: Yum Talay) na południu kraju podawana jako przekąska. Zgodnie z tajskim zwyczajem ciepłe, ugotowane owoce morza układa się na liściach sałaty.
Mango z kleistym ryżem (kao niał mamuang) (Ang: Khao Niaw Mamuang) i kremem kokosowym, jeden z popularniejszych deserów, przyrządzany wyłącznie z bardzo słodkich owoców.
Budyń kokosowy (sangkaja) (Ang: Sangkhaya) to deser z mleka kokosowego, jajek i cukru. Podawany z kleistym ryżem lub zapieczony w wydrążonej dyni. Pani na naszej ulicy ma takie.

piątek, 14 stycznia 2011




29 grudnia, środa
Dziś jedziemy na zajęcia w szkole gotowania. Lukasz znalazł The Chiang Mai Tai Farm Cooking School w necie już dawno (WWW.thaifarmcooking.com), porównal z innymi ofertami i już dawno cieszyliśmy się na naukę gotowania. Oczywiście wystarczylo zadzwonić, podać adres i następnego dnia po nas przyjechali. Szefem naszego kursu okazał się Tommy (na fotce w kapeluszu słomkowym) nie tylko znakomicie mówiący po angielsku, ale do tego rewelacyjnie w tym jezyku żartujący, kiedy trzeba krytyczny a gdy wypada – troskliwy. Niesamowite poczucie humoru i niewiarygodna kompetencja. Najpierw asystentka (rewelacyjny błyszczyk! Dała mi namiary gdzie, za ile i jaki kupić :D) poprosila nas o wybór menu. Gotuje się pięć dań – każde wybiera się spośród trzech propozycji (są obrazki w necie więc nie ma obaw). Pojechaliśmy na lokalny market, gdzie przeszliśmy szkolenie na temat rodzajów ryżu (ile tego jest! I na jak różne sposoby się go przygotowuje!), przypraw (kolorowy zawrot głowy!), sosów (tu zaczęło mi brakować słówek) uzywanych w kuchni tajskiej i jeszcze kilku drobiazgów. Notowaliśmy pilnie, ale było tego za dużo. Wtedy Tommy powiedział, że to wszystko jest w książce kucharskiej, która dostaniemy po kursie i żebyśmy się odprężyli i dobrze bawili. Tak zrobiliśmy.
Na bazarze ujrzeliśmy kilka zaskakujących stoisk. Najbardziej zdumiała mnie maszyna do wyrabiania curry oraz wielkie akwaria z rybami. Przygotowuje się je tu na wszelkie sposoby. W ogóle odnosze wrażenie, że wszędzie są tu stoiska z jedzeniem. Doszliśmy do wniosku, ż eoni nie tyją, bo klimat jest gorący i mają inną przemianę materii. Poza tym większość jest grillowania lub gotowana, nie spotkałam tłustych potraw.
Pojechaliśmy na farmę. Farma jest organiczna, czyli wszystko jest zdrowe i pięknie wyglada. Dostaliśmy czerwone fartuszki „dla wygody” i słomkowe kapelusze „just for fun” :D Udaliśmy się na zwiedzanie ogrodu. Powiem tylko, że widok niektórych warzyw i przypraw mnie baaardzo zaskoczyl a informacje o tym czego się NIGDY nie je, nie gotuje i nie łamie a nawet czego się nigdy nie dotyka palcami – zdziwiły mnie na tyle, że upewniałam się czy dobrze zrozumiałam.
Potem wybraliśmy sobie stanowiska pracy, niezmiernie mila i sprawna obsługa przygotowała nam zestawy naczyń, warzyw i co tam tylko potrzebne i przez następne godziny zgłębialiśmy tajniki tajskiej kuchni. Czasem tłukliśmy kamiennymi młynkami robiąc nieziemski hałas, czasem coś rozrywaliśmy a czasem kroiliśmy, gotowaliśmy i smażyli – niezmiennie dobrze się bawiąc. I nie mialo znaczenia, że moje curry nie było czerwone, tylko brązowe a z założenia pikantne potrawy „po mojemu” miały delikatny ale i różnorodny smak. Wprawdzie gdy zasiadłam do jedzenia przez chwile przygladałam się temu i zastanawiałam, czy to aby na pewno bezpieczne, ale gdy spróbowałam – byłam mile zaskoczona. Częstowaliśmy się nawzajem swoimi potrawami niezmiernie się dziwiąc, że te same nierzadk potrawy smakuja zupełnie inaczej z różnych talerzy.
Czego się nauczyłam? Wiele. Na przykład nie szukam już soli pieprzu na stoliku w knajpce, ale leje i sypie do zupy wszystko po kolei: chilli, sos rybny, sos sojowy, papryczki w occie, cukier, jakieś suche dodatki – nie pytając o ich nazwę. Smak ma być różnorodny: słodko-kwaśno-pikantno-jakiśtam. Co jeszcze? Nie staram się zjeść wszystkiego co znajde w talerzu, bo niektórych rzeczy się nie je – miały nadac smak, jak trawa cytrynowa, limonka, bazylia. Nie biore też papryczek do rąk – Tommy powtarzał, żeby nie dotykać, „bo nie chcemy chilli w toalecie”. Nie wszyscy zrozumieli ten żart, a wystarczyla chwila nieuwagi i miałam chilli… w oku! Wybiegłam z sali jak oparzona i rzuciłam się do kranu z wodą. Asystentka natychmiast znalazła się przy mnie z papierowymi recznikami i zapytała cicho: „chilli?” No to potem już uważałam, koncentrowałam się maksymalnie – musiałam mieć bardzo głupią minę, bo Tommy zagladał mi w oczy i z uśmiechem powtarzał: „Nie spinaj się tak, po prostu się tym ciesz”. Bo niewiecie jeszcze co jest najważniejszym składnikiem tajskiej kuchni według Tommieego: UŚMIECH. Pilnował nas, abyśmy się uśmiechali miażdżąc roślinki albo wrzucając je na rozpalony tłuszcz oraz za każdym razem po wykonaniu jakiejś czynności.
Po ugotowaniu wszystkiego, co było w planie (jakieś pięć godzin w kuchni – zażartowałam że czuje się jak w domu; caly dzień przy garach, ale facet z Majorki podsumował, że to typowy żart o miesiącu miodowym; własnie ciągle nas tu pytają czy to nasz miesiąc miodowy. Ponoć Tajlandia jest popularnym miejscem na podróż poślubną, a że nie wypada tu okazywac sobie uczuć w miejscu publicznym, to co chwila zarzucają nas takimi hasłami).


28 grudnia, wtorek
Wczorajsza droga na dworzec autobusowy była istnym koszmarem. Najpierw w ciemnościach nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego przystanku autobusowego – jednokierunkowe uliczki to istny labirynt i trudno się w tym polapać a poza dzielnicą turystyczną niełatwo znaleźć kogoś rozmawiającego po angielsku. Potem okazało się się, ż enei ma rozkładu jazdy i czekaliśmy na nasz autobus niemajac pewności czy się doczekamy. Wybraliśmy autobus, bo choć wszystkie taksówki w Bangkoku mają liczniki i nie zdaża się w Tajlandii znane z innych krajów przestawianie taksometru, aby szybciej nabijał opłatę to opłaty za wjazd na autostradę (czasem również przy jechaniu z jednej części Bangkoku do drugiej) zazwyczaj płaci bezpośrednio pasażer przy budce wjazdowej, ale jeśli nie, to taksówkarz doliczy te opłaty do sumy z licznika. Niestety, często zdaża się, że taksówkarz widzący obcokrajowca, co prawda włączy z uśmiechem licznik, ale pojedzie nie najkrótszą trasą, co oznacza dłuższą jazdę i wyższą cenę. Praktycznie nie sposób się przed tym uchronić, jeśli nie znamy planu miasta, ani języka. Na domiar złego korki w Bangkoku bywają wyjątkowo ciężkie, i czasem możemy siedzieć w stojącej w korku taksówce długi czas. W takich przypadkach najlepszym rozwiązaniem może być zapłacenie ile pokazuje taksometr, wysiąście i pójście na piechotę do najbliższej stacji metra lub kolejki BTS, gdyz płaci się także za czas w sytuacji gdy taksówka jedzie wolno lub stoi w korku. Jeśli korek jest bardzo duży, albo pada ulewny deszcz, może być bardzo trudno znaleźć jakąkolwiek taksówkę, która będzie nas chciała zabrać. Często też po usłyszeniu dokąd chcemy jechać, taksówkarz pokiwa precząco głową i nie będzie chciał tam jechać. Powodów może być wiele: za daleko, za blisko, niedługo kończy się zmiana tego kierowcy, korki, itp. Trzeba się z tym pogodzić, i spróbować złapać następną taksówkę. Pomyśleliśmy zatem o przejechaniu tuktukiem.
Z kierowcami tuk-tuków należy się umówić co do ceny przed wyjazdem. Jeżeli kierowca oferuje bardzo niską cenę (np. 10 lub 20B) najprawdopodobniej oznacza to, że zawiezie Cię do drogiego sklepu z jedwabiem albo kamieniami szlachetnymi za co otrzyma odpowiednią prowizję (już o tym pisalam). Przy targowaniu się o przejazd tuk-tukiem należy pamiętać o dwóch rzeczach: cena zależy nie tylko od dystansu, ale także od korków, pory dnia i postrzeganej zamożności pasażera (obcokrajowcy oczywiście uważani są za bogatych), po drugie – cena tuk-tuka powinna być zbliżona do ceny za taksówkę na tym samym odcinku, czyli mniej niż 100B za centrum Bangkoku, najwyżej 150B za długi kurs np. z centrum na przedmieścia. Jednak przy naszej ulicy wszystkie tuktuki nastawione były na oskubanie białasów i nie udalo nam się osiagnć przyzwoitej ceny. Dlatego wybraliśmy autobus. Klimatyzowany na tak długą (ok. 90 minut) trase jest najlepszy a płaci się w zalezności od trasy – to i tak grosze w porównaniu z cenami transportu publicznego w Polsce. Jednak już przed samym dworcem autobusowym utknęliśmy w koszmarnym korku. Nie sposób wysiąść i w ciemnościach odnaleźć właściwy kierunek, nikt nas nie rozumie. Dopiero gdy pokazaliśmy pasażerom bilety z wypisana godzina odjazdu, bileterka wzięła mój telefon, zadzwoniła do kas i ktoś nam wyjaśnił, że pojedziemy późniejszym VIPbusem. Na dworzec dotralismy jednak „na styk” to znaczy autobus własnie powinien odjeżdżać. Potrzebowaliśmy przewodnika, by dotrzec do nadzorcy, który skierował nas do odpowiedniej kasy (jest ich kilkadziesiąt na dwóch piętrach) skąddziewczyna zadzwoniła do naszego autobusu i z uśmiechem skierowała na właściwy peron (tłumacząc kierunek, bo peronów naliczyliśmy 86). Kolejny szok, że nikt nie biegnie (poza nami), nie popycha ludzi i nie pokrzykuje. Wszyscy spokojnie kierują się na perony. Obsługa naszego autobusu wita nas z uśmiechem, usadza na miejscach i informuje, że tak toaleta jest do naszej dyspozycji! Tego już dawno nie doświadczyłam. Gdy wchodzę do środka szczęka mi opada. Bo miejsca dla pasażerów (pierwsze piętro, bo parter jest dla obsługi) to istny luksus – jeszcze takim autobusem nie jechałam: fotele rozkładają się do pozycji niemal leżącej, mają regulowane podnóżki, każdy otrzymuje poduszkę i kocyk oraz wodę mineralną i jakieś cistka. Oczywiście leci film, oczywiście po tajsku. Ale gdy wchodzę do toalety… jest muszla jak się spodziewałam, wiadro z wodą i miseczka do polewania. Wszystko obite blachą. Robi wrażenie.
W nocy można by się wyspać – przebiegle wybrałam miejsca na samym przodzie, więc mamy do dyspozycji cały podest nad kierowcą – ale gdy w końcu zasypiam, zatrzymujemy się na posiłek. A gdy o szóstej rano wysiadamy w Chiang Mai (Chiang Mai (taj. เชียงใหม่ - dosłownie "nowe miasto" ) — miasto w północnej Tajlandii, nad rzeką Ping (dopływ Menamu), ośrodek administracyjny prowincji Chiang Mai. Około 250 tys. Mieszkańców) wita nas chłód i ciemność. Miało być zimno, ale czy musi aż tak?

W mieście funkcjonuje system ciekawych, kolektywnych taksówek. Są koloru czerwonego, z przodu jest szoferka na dwie osoby a z tyłu dwie ławeczki na jakieś 10 osób. Zatrzymuje się taka taksówkę, podaje kierowcy adres i on się zgadza lub nie (o powodach pisałam wcześniej). Jeśli ma już jakichs pasażerów to najpierw podwozi ich, więc czasem jedzie się dookoła. W środku są przyciski na dzwoneczek – natychmiast się zatrzymuje. Przejazd, niezależnie od odległości, powinien kosztowac 2 zl od osoby, ale czasem (turystów) naciągają na wyższe ceny np. w nocy, w święta itp. Taką taksówką (na dworcu autobusowym wynajęcie jej w zwyczajnej cenie przez białych turystow, którzy dopiero co przyjechali i widać, że są zmęczeni i dźwigają wielkie plecaki jest niemożliwością, krzyczą od dziesięciokrotności ceny w zwyż, ale ostatecznie stawiamy na swoim) jedziemy do campu Muai Tai, gdzie Łukasz będzie trenowal przez miesiąc. Znajduje sobie mieszkanko, poznaje kadrę i zawodników. W okolicy jest kilka ciekawych miejsc, więc postanawiam zostać tu na kilka dni.
Dzień przenaczylam na odpoczynek i zapoznanie z okolicą. Na jutro umówiliśmy się na zajęcia w tajskiej szkole gotowania.

czwartek, 13 stycznia 2011




27 grudnia, poniedziałek
Wczoraj uwierzyłam, że rzeczywiście trafiliśmy na jakis wyjatkowy dzień i korzystamy z promocji. Łukasz był sceptykiem, ale odwiedziliśmy tylko jeden sklep, kierowca tuktuka był cudowny i z wielką wdzięcznością przyjął napiwek. Upierałam się, że to co nam mówią może być prawdą. Ale gdy dziś znowu spotkaliśmy się z podobnymi tekstami, nabrałam podejrzeń. Przypomniałam sobie jak ochoczo wszyscy spotykani Tajowie opowiadają o sklepach i warsztatach szyjących garnitury i sukienki na zamówienie. Dziś znowu, gdy pytaliśmy o autobus, znalazł soie uczynny pan, który poinformowal, że pałac Królewski w związku z uroczystościami jest czynny od 14tej, więc lepiej, żebyśmy wzięli tuktuka za 2 zl i zwiedzali zgodnie z jego propozycją. Zaznaczył nam trzy miejsca, zlapal tuktuka i dogadał się z kierowcą. Na mapie zapisal tez do którego sklepu warto pojechać. Ale gdy w pierwszej świątyni spotkaliśmy pana, który na widok naszej mapy wykrzyknął „Ale macie szczęście, to najlepszy sklep w calej Tajlandii” zorientowałam się, że to po prostu znakomicie przeprowadzony szwindel. Nas to kosztuje jednak tylko 10 minut w sklepie sponsora a wszyscy są tak uprzejmi, prowadzą, pokazują, tłumaczą… nie mam nic przeciwko temu. Nie są nachalni jak w Indiach, nie naciągają na dodatkowa kasę a my zwiedzamy tak jak planowaliśmy. Więc wszyscy są zadowoleni.
Dziś zwiedzanie zaczynamy od Wat Benchamabophit (na zdjęciu stoję przed wejściem). Uroczo, spokojnie, piękne ogrody wokół.
To wyjątkowa świątynia położona przy Thanon Si Ayutthaya, w pobliżu Pałacu Chitralada, wzniesiona z białego marmuru i mogąca poszczycić się wspaniałą kolekcją posągów Buddy. Jest to jedna z najpiękniejszych świątyń Bangkoku, znajdujących się poza Miastem Królewskim (Rattanakosin).
Wat Benchamabophit znajduje się w malowniczej, pełnej zieleni dzielnicy Dusit (mniej więcej na północny-wschód od Rattanakosin), tuż za zespołem pałacowym Chitralada, w którym mieszkają król i królowa Tajlandii.
Ta wyjątkowa świątynia znana jest pod trzema różnymi nazwami:
Wat Benchamabophit Dusitvanaram (wersja oficjalna)
„Marmurowa Świątynia” (odnosząca się do materiału, z którego wzniesiono budowlę)
„Świątynia Piątego Króla” (związana z fundatorem budowli – Ramą V)
Budowę świątyni rozpoczęto na rozkaz króla Chulalongkorna (Ramy V) w 1899 roku, a zaprojektował ją przyrodni brat króla – książę Naris. W świątyni znajduje się posąg Buddy (Phra Buddhajinaraja), pod którym pochowano prochy założyciela świątyni.
Całość budowli wykonana jest z białego włoskiego marmuru Carrara.
Zwiedzając świątynię zaobserwować można wyjątkową grę elementów stylistyki europejskiej z orientalną. Liczne szczegóły zdobnicze, jak chociażby jak witraże czy przyozdobione złotem krużganki, do złudzenia przypominają te znane z europejskich kościołów. Witraże przedstawiają jednak sceny z azjatyckiej mitologii, krużganki zaś mieszczą wykonane z brązu posągi Buddy.
Główny bot jest doskonałym przykładem nowoczesnej tajskiej architektury. Na dziedzińcu za kaplicą znajdują się 53 posągi Buddy (33 oryginały i 20 kopii), reprezentujące słynne wizerunki i style z całej Tajlandii, jak i z innych buddyjskich krajów.
Przy wyjściu na dziedziniec świątynny rośnie drzewo. To legendarne, liczące niemal sto lat, bodhi – gatunek drzewa pod którym Budda dostąpił oświecenia.
Wat Benchamabophit jest interesujący także pod tym względem, iż uważa się go za ostatnią monumentalną świątynię wzniesioną w Bangkoku. Warto więc połączyć jej zwiedzanie z wcześniejszymi odwiedzinami w Wat Pho – najstarszej świątyni miasta, aby móc zaobserwować zmiany w architekturze świątynnej wyznawców buddyzmu, nastałe na przestrzeni stuleci.
Potem kierowca wiezie nas do nastepnej świątyni. Ale po drodze odwiedzamy sklep – ten sam! Nie dziwi się zupełnie, zachowuje spokój i wiezie nas z uśmiechem na ustach do nastepnego. Krótka wizyta, dziękujemy i po sprawie.
Mijamy wielka huśtawkę. Wielka Huśtawka to obiekt religijny używany niegdyś w ceremoniach Bramińskich, a dzisiaj jedna z atrakcji turystycznych Bangkoku. Znajduje się przed wejściem do świątyni Wat Sutat. Wybudowano ją w roku 1784 na rozkaz króla Ramy I. Używano ją do jednej z dwunastu najważniejszych ceremonii religijnych odbywających się co roku. Mnisi huśtali się na niej jako część ceremonii przypominającej hinduską wersję stworzenia świata. Czytałam, że czterech mężczyzn stojąc lub siedząc probowało złapać ustami wiszace jabłko, ale często spadali. Wypadkow było tak wiele, że ze względów bezpieczeństwa zaprzestano tej praktyki w roku 1935.
Wysiadamy z tuktuka i umawiamy się gdzi ebedzie na nas czekal. Idziemy do Wat Suthat. Wat Suthat Thepphawararam ( tajski : วัด สุ ทัศน เทพ ว รา ราม, tajski wymowy: [su.t wat ʰ na t ʰ ê ː p.p ʰ a.wáʔra ː ra m ː] ) to królewska świątynia pierwszej klasie, jednym z sześciu świątyń w Tajlandii. Budowa została zapoczątkowana przez Jego Królewską Wysokość Rama I w 1807 roku (BE 2350). Dalsza budowa i dekoracje zostały przeprowadzone przez króla Rama II , którzy przyczynili rzeźbić drewniane drzwi, ale w świątyni nie została ukończona aż do panowania królaRama III w roku 1847 (BE2390). Świątynia ta zawiera Buddy obraz Phra Sri Siakjamuni lub "Sisakayamunee", który przeniósł się z prowincji Sukhothai . Na dolnym tarasie podstawy, znajduje się 28 chińskich pagód co oznacza 28 Buddów urodzony na tej ziemi. Wat Phra Suthat zawiera także Buddy Trilokachet w Ubosot (Zwykła Hall) i Phra Buddha Setthamuni w Sali Kan Parien (sala konferencyjna)
W 2005 r. świątynię przekazano UNESCO z uwagi na wartość dla światowego dziedzictwa UNESCO .
O dziwo po wyjsciu ze świątyni nie znajdujemy naszego tuktuka. Nie zapłaciliśmy mu, wiec ile on musi zarabiać na dowożeniu turystów do sklepów?! Idziemy na obiad a potem spacerujemy do Pałacu Królewskiego, który (ojej! Cóż za niespodzianka! ;/) własnie zamykają, bo czynny jest jednak normalnie do 15tej. Idziemy zatem na nogach do słynnego Wat Po. Wat Po (Świątynia Leżącego Buddy) znajduje się niedaleko kompleksu Wielkiego Pałacu oraz Świątynia Szmaragdowego Buddy. Jest to największa świątynia Bangkoku i jest słynna z 46-metrowego posągu leżącego Buddy, który znajduje się wewnątrz. Stopy posągu mają po 3 metry wysokości i są pięknie udekorowane masą perłową.
Oprócz tego, w Wat Po znajduje się najbardziej poważana w Tajlandii szkoła Tajskiego Masażu.
Ja jednak najbardziej zapamiętam, że to plątanina maleńkich światyń, których nie mam siły zwiedzać. Bardzo źle się poczułam. Na kompleks pałacowy nie miałabym sił.
Wracamy do hotelu po plecaki i jedziemy na dworzec autobusowy. Masakrycznie się wleczemy, bo Bangkok jest dziś wyjątkowo zakorkowany.

piątek, 7 stycznia 2011




26 grudnia, Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia, niedziela
Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia to tradycyjnie czas odwiedzania rodziny. My postanowiliśmy tego dnia zwiedzać świątynie. Buddyjskie, ale zawsze to świątynie, a szczegółów się w tym roku nie czepiamy.
Część dnia spędzamyv na Kao San. Ulica Kao San to kawałek Bangkoku, w którym Tajowie czują się jak turyści. Wiele lat temu, kiedy Tajlandia i Azja Południowo-Wschodnia nie były miejscami odwiedzanymi przez rzesze turystów z całego świata, to właśnie tutaj otwarto pierwsze hoteliki (pensjonaty lub guesthouse) dla odważnych młodych ludzi, którzy zapragnęli na własną rękę zobaczyć ten kawałek świata i przeżyć przygodę swojego życia. Wiele się od tego czasu zmieniło, ale Kao San nadal jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Bangkoku. Obecnie nie jest to już nawet tylko jedna ulica, ale wręcz mini-dzielnica wypełniona tanimi guesthousami, restauracjami z zachodnim jedzeniem i straganami, na których można kupić wszystko czego może zapragnąć podróżujący niezależnie młody człowiek. Jest tu też wiele barów, kilka dyskotek, a także setki miniaturowych agencji podróży, gdzie można kupić tanie bilety do najpopularniejszych miejsc Tajlandii: Cziang Maj, Ko Pangan, Puket... Wyruszają też stąd autobusy do innych krajów regionu, takich jak Kambodża czy Laos. Kao San to fascynująca symbioza między młodymi ludźmi wszystkich chyba narodowości na świecie i Tajów, którzy robią co mogą, żeby skorzystać z okazji i zarobić. Obnosni sprzedawcy pamiątek, drobni rzemieślnicy, sklepikarze i kramikarze, naganiacze – dziś przeszli samych siebie. Dziewczęta skapo odziane w stroje będące namiastką mikołajowych, migoczące czapeczki i inne gadżety pod tytułem Merry Christmas… istne szaleństwo!
Gdy wreszcie wyrwaliśmy się do najbliższej świątyni, okazało się, że natknęliśmy się na ekipę telewizyjną. Zrezygnowani wyszliśmy na zewnątrz i wówczas spotkaliśmy przesympatycznego człowieka, podającego się za pracownika policji turystycznej, który opowiedział nam, iż właśnie wczoraj tę światynię odwiedził król (zrozumieliśmy nareszcie skąd w okolicy tyle ołtarzy królewskich w ostatnich dniach) w związku z czym dziś są darmowe wejścia do kilku światyń a tuktuki z flagą Tajlandii i buddyjską (powiedział, że królewską) wożą turystów za 2 zl. Naszkicował nam swoją propozycję trasy zwiedzania, zapewnił kilka razy, że jesteśmy szczęściarzami, bo to tylko dzisiaj i oczywiście natychmiast znalazł się taki tuktuk - zaczęliśmy naszą wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do świątyni, w której znajdował się Czarny Budda. Tam kolejny przesympatyczny pan opowiedział nam dlaczego Budda jest czarny (taki jest oryginalnie, a ludzie jako wota składają „blaszki” złota, którymi stopniowo jest oklejany), jak składać pokłony i dlaczego. Pogawędził z nami, zapytał skadjesteśmy, dokąd pojedziemy i podejrzanie długo opowiadał o rządowym sklepie szyjącym garnitury, który powinien (zreszta to tez mieliśmy już zapisane na mapie) koniecznie znaleźć się na naszej trasie. Sklep potraktowaliśmy z przymrużeniem oka (po Indiach wizyty w sklepach sponsorów nie robią na nas zupełnie żadnego wrażenia), zajechaliśmy do informacji turystycznej (nareszcie miła i kompetentna obsługa, kilka naprawde przydatnych informacji a nie tylko próba sprzedaży biletów) i pojechaliśmy do Złotego Buddy. Olbrzymia postać ze złota wielkości świątyni oraz spokój panujący dookoła zrobiły na nas wielkie wrażenie. Slońce chyliło się już ku zachodowi, więc pognaliśmy do
Wat Saket. Wat Saket Ratcha Wora Maha Wihan ( tajski : วัด สระ เกศ ราชวรมหาวิหาร, zwykle krótko Wat Saket) jest buddyjską świątynią ( Wat ) w Pom Sattru Prap Phai dzielnicy Bangkoku.
Świątynia pochodzi z epoki Ayutthaya, kiedy to został powołany Wat Sakae. Król Rama I odnowił świątynię i zmienił jej nazwę na Wat Saket.
Phu Khao Thong (Zlota Góra, ภูเขาทอง) jest na stromym wzgórzu wewnątrz związku Saket Wat. Jest to najwyższy punkt Bangkoku, sztuczne wzgórze budowane przez trzch królów.
W okresie panowania króla Ramy III (1787 - 1851), wydano na budowę Chedi ogromne pieniądze. Jednak duże Chedi upadł podczas procesu budowlanego, ponieważ miękka gleba się osunęla. Powstały wzgórek błota i cegły został na około pół wieku i zarastał. Od tej pory wyglądało to jak naturaln mała góra, wiec otrzymał nazwę "Phu Khao" (ภูเขา).
Wreszcie za panowania króla Ramy IV , na wzgórzu został zbudowany mały Chedi. Ten mniejszy został ukończony za panowania króla Ramy V (1853 - 1910), kiedy to relikwie Buddy z Indii umieszczono w Chedi. W 1940 zostały zbudowane otaczające betonowe ściany, aby zapobiec osuwaniu się wzgórza na skutek erozji.
Każdego roku w listopadzie w Wat Saket odbywa się festiwal, z piękną procesją przy świecach.
Phu Khao Thong stała się popularną atrakcją turystyczną w Bangkoku, ale reszta obszaru Wat Saket jest znacznie mniej odwiedzana. Bardzo chciałam zobaczyć zachód słońca właśnie z tego miejsca i chociaz tabliczka informowała, że już nieczynne – weszliśmy do środka. Było warto. Z góry roztacza się piekny widok na Bangkok. Nowoczesne biurowce oplatają stare zabytkowe budynki tonace w zieleni. Po prostu pieknie.


25 grudnia, Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia
W noc wigilijną nie było pasterki a zwierzęta nie mówiły ludzkim głosem. A to wokół rozbrzmiewał jezyk, którego pojąć na razie nie sposób. Ponad 95% populacji Tajlandii posługuje się językiem tajskim. W tajskim występuje pięć tonów: niski, średni, wysoki, rosnący i opadający. Powoduje to, że słowo, które napisalibyśmy tak samo w alfabecie łacińskim może znaczyć pięć różnych rzeczy w zależności od intonacji. Jest to bardzo trudne dla osób, które spotykają się z tym po raz pierwszy Niezależnie od tego co chcemy powiedzieć po tajsku, mężczyźni powinni kończyć każde zdanie „krap”, a kobiety „ka”. Zaraz po przyjeździe mowa tajska wydaje się ciągiem niezrozumiałych dźwięków, ale „krap” i „ka” można usłyszeć dość łatwo na końcu większości zdań.

Nie mamy choinki, więc postanowiliśmy się wybrac na zakupy. Bangkok może się poszczycić centrami handlowymi, jakich może mu jedynie pozazdrościć wiele innych stolic. W samym centrum (Siam Square) znajdziemy największe, najbardziej imponujące i najdroższe, a im dalej od centrum, tym bardziej stają się lokalne, tajskie i tańsze. My chcemy odwiedzić oba rodzaje, żeby samemu doświadczyć kontrastu między starym i nowym, między przeszłością i przyszłością Bangkoku.

Zaraz przy stacji BTS Siam znajdziemy Siam Paragon – najbardziej chyba okazałe ze wszystkich centrum handlowe. Znajdziemy w nim sklepy wszystkich najbardziej ekskluzywnych marek, a także kino, kręgle i piękne akwarium Siam Ocean World. Obok niego stoją dwa starsze centra Siam Centre oraz Siam Discovery Centre. Oba nieco straciły po otwarciu Siam Paragon, ale za to możemy tam znaleźć tańsze sklepy oraz ubrania mniej znanych, ale za to bardziej oryginalnych marek.Niedaleko od Siam, bo przy stacji BTS National Stadium, znajdziemy jedno z ulubionych miejsc turystów przyjeżdżających do Bangkoku – centrum handlowe MBK. Tutaj już poczujemy się dużo bardziej jak na tajskim targowisku, tyle że pod dachem i z klimatyzacją. MBK pełne jest małych sklepików sprzedających pamiątki, rękodzieło, ubrania, telefony komórkowe i elektronikę, i wszystko inne, o czym można zamarzyć. Ceny podlegają negocjacjom. Nieco dalej od centrum znajdują się wielki Central World oraz Central Chitlom, które charakterem zbliżone są do Siam Paragon. Oprócz nich po całym Bangkoku rozrzuconych jest wiele centrów sieci Central, The Mall, Imperial World, i innych.

My postanowiliśmy dzisiaj odwiedzić jedno z targowisk. Największym i najbardziej znanym jest Targ Weekendowy Czatuczak, o którym więcej przeczytać można na osobnej stronie - http://www.chatuchak.org/. Oprócz niego, świetnym miejscem do kupowania pamiątek i tajskiego rękodzieła jest Nocny Targ Suan-Lum znajdujący się przy stacji metra Lumpini. Drugi najbardziej znany nocny targ jest w „czerwonej” dzielnicy Pat Pong. Stragany ustawione są w tej samej ulicy co bary A-go-go, a odwiedzających zagadują naganiacze namawiający do zobaczenia Ping-Pong Show. Ceny są tam też dużo wyższe, bo odwiedza go wielu turystów, których łatwo naciągnąć.


Targ Weekendowy Czatuczak,jest jednym z największych na świecie rynków, w weekend obejmuje obszar 70 rai (27 ha) w sumie podzielony na 27 sekcji, zawiera ponad 15.000 stoisk sprzedaży towarów z każdej części Tajlandii. Ponad 200.000 odwiedzających każdego dnia (sob-nd). Można znaleźć tutaj prawie wszystko i liczyć na negocjacje cen lokalnych (a nie cena turystycznych), większość dostawców faktycznie pochodzi z lokalnych fabryk, jak antyczne rzeźby w drewnie, rękodzieło gliny, pamiątki z każdej części Tajlandii, amulety buddyjskie, drewniane meble ręcznie zdobione, kwiaty, rośliny, wyroby ceramiczne, chińskie towary, elementy wystroju wnetrz i ogrodów: rośliny, kamienie, jedwab, psy iinne zwierzeta, itp.
Nas spacer po targowisku trwał wiele godzin. Zakupów znaczniejszych nie poczyniliśmy. Poza jedzeniem. Jedliśmy i piliśmy niemal non stop. Ale jedzenie to osobna opowieść o Tajlandii. Tajowie lubią jeść i robią to wszędzie i kilka razy dziennie. Ulice pełne są zapachów, Tajlandia wręcz pachnie jedzeniem, a popularnym powiedzeniem na powitanie jest czasem zamiast „jak się masz?” to „czy już jadłeś?”. Kuchnia jaką tutaj możecie wypróbować jest uznawana za jedną z najlepszych na świecie. Cechuje ją prostota przyrządzenia, doskonałe sosy smakowe, ostre przyprawy i zalety zdrowotne. Większość dań opiera się na głównych składnikach, czyli ryżu, lub makaronie sojowym lub ryżowym. Główną przyprawą jest chilli, które jest dużo pikantniejsze niż w Europie. Najprawdziwszą kuchnie można wypróbować w ulicznych barach, trzeba jednak wiedzieć gdzie usiąść i skorzystać z oferty, ponadto bardzo rzadko można coś wybrać z menu w języku angielskim.

W miejscach turystycznych można spotkać nazwy potraw wraz ze składem w języku angielskim. W centrach handlowych istnieje duży wybór restauracji serwujących kuchnie całego świata, od włoskiej pizzy i spagetti po amerykańskie steki, czy japońskie sushi prosto z taśmy. W największych kurortach wiele restauracji jest prowadzonych prywatnie przez rodowitych mieszkańców różnych narodowości, dzięki czemu można posmakować wszystkiego co lubi podniebienie.
Zaletą w Tajlandii jest fakt możliwości zjedzenia czegoś niemal na każdym kroku, od pokrojonych owoców egzotycznych, przez grilowane szaszłyki, kurczaki i owoce morza po gotowane zupy. Wszystkie te specjały są przygotowywane na specjalnie rozstawianych wózkach wzdłuż chodników. Jednak o jedzeniu opowiem więcej innym razem.

Teraz chciałam napisać o kilku sytuacjach, które nas zaskoczyły. Spotkaliśmy kilka niesamowitych osób np. z wystrojonymi pieskami; kilka ekscentrycznych stoisk np. z lampkami w kształcie ludzkich czaszek – wykonanymi z plastyku. W pewnym momencie byliśmy świadkami sceny gdy wszyscy stanęli na baczność. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że codziennie o 8 rano i 6 po południu odtwarzany jest hymn narodowy – o hymnie to też osobna opowieść… A potem się ściemniło i rozłożyli się wsprzdawcy z matami, z wieszakami na kókach. W czasie targowani jakiejś koszulki zwinęli się i schowali. Wszyscy. Po chwili przeszło kilkunastu uśmiechniętych policjantów w asyście samochodu na sygnale. Zapytałam czy nie wolno im tu handlować – pani potwierdziła. Upewniłam się, czy zaraz znowu zaraz się rozłożą – przytaknęła. Powiedziałam, że w moim kraju jest tak samo – i obie zaczęłyśmy się śmiać. Tylko tutaj policja wykonuje swoje zadania z uśmiechem, jest uprzejma i nie czepia się, gdy sprzedawcy usuwają się im z drogi. I wszyscy są zadowoleni.
Zrobilo się późno. Postanowiliśmy skorzystać, że jesteśmy w północnej części miasta i kupić bilety do Chiang Mai (na dworcu północnym, bo w informacji turystycznej, oczywiście rządowej, wydały nam się podejrzanie drogie). Z mapy wynikało, że wystarczy przejść przez park. Spacerowaliśmy sobie zatem po parku, potem maszerowaliśmy w kierunku północnym podziwiając trawniki, skwerki, polowe silownie i próbując dopytac się o drogę. Jednak wszyscy machali w kierunku przeciwnym powtarzając „bus”, „tuktuk” albo „taxi”. W końcu mili policjanci wskazali nam właściwą drogę, która tonęla w ciemnościach. Gdy tak staliśmy na skrzyżowaniu zastanawiając się w którą mańkę uderzyć, podjechał policjant na elektrycznym skuterku patrolowym. Naśladując tajskie dźwięki wymieniliśmy nazwę dworca a on zamachał, żebyśmy wsiadali.Wprawdzie widziała już i trzy, i cztery osoby na motorze, ale nigdy na takim maleństwie. Jakoś jednak się umościliśmy i w ciszy, przz ciemność pognaliśmy w kierunku dworca. Widok nas absolutnie zamurował. Dworzec autobusowy w Bangkoku wygląda jak spodek kosmiczny. Wokół mrowią się tysiące ludzi, przysiadają przy straganach z jedzeniem, przy świątyniach – a wszędzie cicho, czysto i przyjemnie. A bilety rzeczywiście kupiliśmy dużo taniej – po 518 batów, a nie po 900.

niedziela, 2 stycznia 2011



24 grudnia, piątek
Wigilia. Dzień ten chciałam i planowałam spędzić w sposób tradycyjny. Jednak okazało się, że przygotowanie tradycyjnych potraw tutaj jest – dla turysty przynajmniej – niemożliwe. Przy odrobinie dobrej woli i odpowiedniej interpretacji można by jednak uznać ten dzień za tradycyjny.
Rano postanowiliśmy zrobić coś z naszymi wizami – pojechaliśmy do Urzędu Imigracyjnego. Na ich stronie internetowej była opisana możliwość zmiany wizy na podwójnego wjazdu. Na miejscu okazało się, że zajmują się tylko imigracją zarobkową. Potrzebny nam urząd znajduje się gdzieś zupełnie indziej. Przypomniało mi się co czytałam o tajskich urzędach. Ponoć dziesięć lat temu burmistrz Bangkoku wystosował list do swoich urzędników, w którym rzucił klątwę na tych, którzy biorą łapówki. Ciekawa forma walki z korupcją. Uznaliśmy, że jeżdżenie taksówkami po mieście i opłaty za wizę za drogo nas wyjdą. Po prostu zmienimy plany, zostaniemy tu dłużej a potem będziemy korzystali z możliwości wyrobienia bezpłatnych wiz na 15 dni na każdej granicy przy wjeździe do Tajlandii.
Poszliśmy na śniadanie. Wzdłuż całej ulicy rozstawione były stragany z lokalnym jedzeniem. Ale dziś obowiązuje post, więc wybraliśmy owoce. Owoce morza. Za talerz wszelkiego rodzaju krewetek, ośmiorniczek itd. z makaronem smażonym (nazywa się to PAD THAI i nauczę się to przyrządzać!) zapłaciliśmy po 4,50 zł. Niesamowite! Tutaj owoce morza kosztują tyle co zwykle mięsko czy warzywka takie jak kapusta, marchewka… Dla mnie raj! Owoce morza i zwyczajne owoce jemy przez cały dzień – z grilla, w sosie, smażone, na surowo – smaki się mieszają w specyficzny azjatycki sposób. Niestety od kilku dni źle się czuję. Może to te lody, albo indyjskie leki…
Zobaczyliśmy szpital i postanowiłam się przebadać. Jednak gdy weszłam do środka zatkało mnie. Takiej sterylnej czystości, ekskluzywu i elegancji jeszcze w szpitalu –nawet na żadnym filmie – nie widziałam. Kafejki, obsługa wzywająca po nazwisku po odbiór leków a następnie pomagająca tym starszym i zmęczonym, fotele z białej skóry dla oczekujących, toalety z kwiatami, Klimą, świeczkami zapachowymi… No tak, wizyty okazały się drogawe. Od razu lepiej się poczułam hehe. Ale Łukasz kilka razy powtarzał, że w takim szpitalu to chciałby pracować.
Wyłowiłam anglikański kościół. Atmosfera w środku jak u nas w czasie przygotowań do pasterki. Tylko kościół ma wiatraki, wystrój bardzo nowoczesny a starsze panie z chórku są skąpo odziane. A skwerku przed kościołem szkółka niedzielna. Maluchy przygotowują szopkę. Po angielsku życzą mi merry christmas and happy new year, żeby Bóg mnie błogosławił itd… Urocze spotkanie :D
Wigilię spędzamy w japońskiej restauracji – tradycyjnie 12 postnych dań – surowe ryby. Zarezerwowaliśmy stolik dwa dni wcześniej. Miejsce jest oblegane. Nie tylko znakomita obsługa (wszystko podają niemalże natychmiast), doskonałe jedzenie ale też oferta, z jaką się jeszcze nie spotkałam: bufet za 45 zł. To znaczy, że przez dwie godziny można jeść ile wlezie za te cenę (nie jest wliczony alkohol i desery), ale jeśli coś zostanie, to trzeba za to dodatkowo zapłacić. Tak się składa, ze oboje uwielbiamy kuchnie japońską, więc uwierzcie mi – jeszcze po żadnej wigilii nie byłam tak objedzona jak w tym roku.
A co do choinki i prezentów… cóż choinkę zamieniliśmy na największy bazar Tajlandii następnego dnia, uznając że w ten sposób więcej się zmieści. A w wigilię dostałam chińskie pałeczki zakończone maleńkimi łyżka i widelcem. Prezent tyle tradycyjny, co cała wigilia 

sobota, 1 stycznia 2011


23 grudnia, czwartek
Spacer wśród kramów z jedzeniem, ubraniami i pamiątkami ujawnia urok tego miejsca – dosłownie na każdym z nich cos mi się podoba, coś chce kupić. Prześliczne lampiony, ciasteczka z wodorostów, chińskie pałeczki do jedzenia w kształcie łyżki i widelca, zupa rybna, kawa mrożona, śmieszne koszulki… i tak bez końca. Niestety jest duszno, gwarno a mieszanie wszelkiego typu jedzenia to nie najlepszy pomysł. Dostaje jakichś skurczów żołądka, znowu mam mdłości i wracam odpocząć do hotelu. Czytam sobie o Bangkoku.
Do 1764 dzisiejsza metropolia była niewielką wioską zwaną Bang Makok (Wieś Drzewek Oliwnych). Po zniszczeniu przez wojska birmańskie w tymże roku dawnej stolicy Syjamu(obecnej Tajlandii), Ajutthaji, zbudowano tu obóz warowny. Podczas swojej koronacji w 1782 Rama I nadał swej stolicy nazwę składającą się z 43 sylab. Przez następne lata dodano do tej nazwy jeszcze 21 sylab. Nazwa ta obecnie znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa jako najdłuższa nazwa geograficzna na świecie.
Bangkok cechuje chaotyczna zabudowa. Licznymi arteriami komunikacyjnymi są kanały (przy czym większość nowoczesnych dróg powstała przez zasypanie wybranych kanałów). Pełnią one również funkcję pewnego rodzaju miejsca zamieszkania- wielu mieszkańców Bangkoku mieszka na stałe w łodziach. Centrum miasta stanowi ekskluzywna dzielnica handlowa, a w części południowej przeważają rezydencje mieszkalne. W aglomeracji Bangkoku znajduje się bardzo dużo terenów zielonych zaprojektowanych jako zielone strefy. W centrum miasta na powierzchni 50 km² znajduje się park. Rzeczywiście gdy jeździmy po mieście widzimy sporo terenów zielonych a jeden z takich parków zostanie nam na długo w pamięci – ale o tym za dwa dni.
Wśród jedzenia na Khan San najciekawsze wydały nam się robaki. Czyściutkie, smakowicie doprawione wyglądały na pyszniutkie. Przyznaję, że bolący brzuch sprawił, iż sięgnęłam po niego dopiero po kilku dniach, ale rzeczywiście smakują nieźle – jak na robaki. Świerszcze nie mają za wiele mięska, ale już pędraki i temu podobne mają sporo białka i innych składników odżywczych.
Zaskakuje mnie jak dziwnych ludzi spotykamy na ulicach. Już przywykłam nieco do azjatyckich rysów i rozpoznaję różne pochodzenie mieszkańców Bangkoku.
Według danych z 2005 w mieście mieszka 5 658 953 ludzi, jednak dane te nie obejmują gości i turystów oraz wielu nielegalnych imigrantów. Skład etniczny miasta to 250 000 Chińczyków, 35 000 Sikhów, z których 80% ma tajlandzkie obywatelstwo, 30 000 Japończyków, 6000Amerykanów, 45 000 Europejczyków, 15 000 Tajwańczyków, 20 000 obywateli Południowej Korei, 6000 Nigeryjczyków, 8000 obywateli krajów arabskich, 20 000 Malezyjczyków, 4000 Singapurczyków. W mieście jest również około 400 000 — 600 000 nielegalnych imigrantów z takich krajów jak Kolumbii, Rosji, Pakistanu, Nigerii, Indii, Chin.
Główną religią w mieście jest buddyzm, wyznaje go 92% populacji, 6% to muzułmanie, 1%chrześcijanie, trzystu żydów, 0,6% to wyznawcy religii sith. W mieście znajduje się ponad 400 świątyń buddyjskich, 55 meczetów, 10 kościołów.
Następną rzeczą, która mnie zastanowiła było spostrzeżenie, że na ulicach nie widziałam starych aut. Wszystkie piękne, nowe, błyszczące. Znalazłam informację, że w mieście jest zarejestrowane 5,5 mln samochodów, przez co miasto jest ciągle zakorkowane, co stanowi duży problem. W ciągu ostatnich lat zainwestowane ogromne środki w rozbudowę infrastruktury, nowe drogi ekspresowe, wiadukty, tunele i metro, co zmniejszyło zakorkowanie, ale nie w godzinach szczytu. Inwestycje nie osiągnęły skutku, ponieważ w Bangkoku panuje ogromny popyt na samochody. Liczba poruszających się po mieście samochodów powoduje duże zanieczyszczenie powietrza. Aby przeciwdziałać zanieczyszczeniom, stworzono sieć parków miejskich, także w jego centrum. Kolejnym problemem miasta jest nielegalny handel płytami CD i DVD. Mimo że prawo zabrania rozprowadzania pirackich kopii, to w Bangkoku kwitnie nielegalny handel szczególnie na bazarze Pantip Plaza.
Duży problem to także reputacja "miasta seksu" oraz drobna przestępczość. Mimo że prostytucja jest oficjalnie nielegalna, to na ulicach Bangkoku można spotkać nocą niezliczoną liczbę prostytutek (prawdopodobnie nawet kilkanaście tysięcy kobiet zajmuje się tym procederem). Niezliczoną ilość razy byliśmy zapraszani do skorzystania z ich usług. Słyszałam, że najfajniejsze jest to, że nawet prostytutki witają się i żegnają tradycyjnie po tajsku, czyli składając ręce jak my do modlitwy i kłaniając się. Tak też dziękują informując, że skończyły. Nie sprawdzałam.
Zawyżanie cen usług oraz kradzieże kieszonkowe są częstym zjawiskiem, stąd w Bangkoku istnieje specjalna policja zajmująca się przestępstwami popełnionymi na turystach. W poważniejszych sprawach przekazuje sprawę normalnej policji.

22 grudnia, środa
Bangkok (tajski: Krung Thep กรุงเทพฯ ?/i lub Krung Thep Mahanakhon กรุงเทพมหานคร ?/i) – stolica i największe miasto Tajlandii, położone w południowej części kraju nad rzeką Menam (ok. 40 km od jej ujścia do Zatoki Tajlandzkiej). Zajmuje obszar 1531 km². Jest 22 miastem co do liczby ludności na świecie.
Bangkok jest jednym z najszybciej rosnących i najbardziej dynamicznie rozwijających się pod względem ekonomicznym miast w południowo-wschodniej Azji. Od zakończenia II wojny światowej liczba jego mieszkańców wzrosła dziesięciokrotnie. Obecnie zespół miejski zamieszkuje ok. 10 mln mieszkańców.
Według Światowej Organizacji Meteorologicznej Bangkok jest najgorętszym miastem świata. Jest on również jednym z najbardziej popularnych miast odwiedzanym przez turystów. W 2007 Bangkok gościł letnią uniwersjadę.

Nie miałam jednak sił, by cieszyć się tym miastem. Postanowiliśmy zmienić hotel na cos tańszego i przenieść się do dzielnicy turystycznej. Ciekawe, że w Bangkoku przejazd taksówką (oczywiście pod warunkiem włączonego taksometra, co ponoć nie jest oczywiste, gdy wożą turystów, ale my nie mieliśmy kłopotów tego typu) jest o połowę tańszy niż tuktukiem. Co więcej, kierowcy tuktuków, nie chcą wozić z punktu do punktu, ale organizować całodzienne wycieczki dla turystów. Jest jeszcze wersja z odwiedzaniem sklepów, ale o tym później.
Ja zostałam pilnować plecaków a Łukasz obszedł cała dzielnicę i znalazł pokoik na 5 dni. Ledwie wdrapaliśmy się na czwarte piętro. Temperatura i wilgotność powietrza nas wykończyły. Po Indiach, które teraz wydały nam się chłodne, musimy się zregenerować do walki z klimatem :D jakkolwiek to brzmi dla spragnionych słońca – taki upał może dobić. Dlatego wiatrak w pokoju pracuje non stop a ja mam siłę jedynie na czytanie przewodnika. Znalazłam nawet coś interesującego. Pełna nazwa Bangkoku w języku tajskim brzmi: กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์, czyli Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, co w prostym tłumaczeniu oznacza:
Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu.
Dopiero po zmroku wychodzę na ulicę. Zycie toczy się tu przez okrągła dobę. Do pierwszej nad ranem w barze naszego hotelu odbywają się koncerty na żywo, do czwartej słychać głośna muzykę z okolicznych klubów. Turyści ze wszystkich stron świata, od rodzin z dziećmi po… bardzo zniszczonych ludzi. Kręcą się naganiacze oferujący usługi wszelkiej maści, obnośni i uliczni sprzedawcy dosłownie wszystkiego. Tak, zdecydowanie tutaj moja sukienka pasuje 

środa, 29 grudnia 2010



21 grudnia, wtorek
Wstaliśmy przed 12.00 (w Polsce 7.00), bo musieliśmy odespać wcześniejsze noce. W dzień Bangkok wydaje się hałaśliwym, zatłoczonym, ale jak dla mnie bardzo przyjemnym miastem.
Świętowanie, jeszcze w Kalkucie, naszych dobrych wyników testów na pasożyty – przy lodach okazało się nienajlepszym rozwiązaniem. Nie odchodzimy więc zbyt daleko od hotelu i naszej wypasionej łazienki. Niesamowite jakie tu wszystko czyściutkie, jakie dopieszczone. Hotelik (pokój za 50 zł na dwoje) jest tak urokliwy, że choć leży 50 metrów od głównej ulicy bardziej przypomina chatki na Bahama niż gest house. Są urocze pokoiki z balkonami i łazienkami - tak czyste, że można jeść z podłogi. Jest wi-fi non stop, tarasiki i dachy zaaranżowane na przesympatyczne miejsca ze stolikami i mnóstwem zieleni, stawik ze złotymi rybkami i jeszcze wiele elementów, wprowadzających niepowtarzalny nastrój. Jedyny minus to mnóstwo komarów, ale to nie strefa malaryczna, więc da się wytrzymać.
Dzień spędzamy na niespiesznych spacerach, poznawaniu okolicy i miejscowych potraw. Nie sposób się im oprzeć. Mam ochotę kupić coś do jedzenia na każdym mijanym stoisku.
Przy okazji cieszy mnie, że wzorem widywanych dziewcząt, mogę założyć krótka sukienkę. Jednak spacerując miedzy chińskimi sklepikami dostrzegam dziwne spojrzenia mężczyzn. Pytam Łukasza co jest nie tak i nie uzyskuje odpowiedzi. W pewnym momencie starsza chińska pani na mój widok wydaje okrzyk, który w zapisie fonetycznym wygląda mniej więcej tak: „UUUUAAAAAOOOOUUUU!” co zupełnie nie oddaje napięcia emocjonalnego, które okrzyk wyraził. Chyba jednak ta dzielnica nie jest gotowa na moją piękną, nową, pierwszy raz założoną sukienkę. Prędko wracam do hotelu się przebrać.

poniedziałek, 27 grudnia 2010


20 grudnia, poniedziałek.
O ósmej rano bierzemy hotelową taksę i jedziemy na lotnisko. Hotelowa jest najtańsza. Zaskakujące odkrycie.
Lotnisko międzynarodowe w Kalkucie wygląda jak dworzec kolejowy, a właściwie to nawet bardziej przypomina jakiś kurnik. Wiele złego o nim słyszałam. Ale opieszałość pracowników, brud, hordy komarów, powszechna dezinformacja i opóźnienia przebijają wszystko, co do tej pory widziałam.
Na lotnisku poznajemy chłopaków Niemiec. Jeden z nich mówi po polsku. Bardziej po śląsku niż po polsku, ze śmiesznym akcentem, ale się dogadujemy i to sprawnie. Przedstawia nam ich plan podróży dookoła świata. Wszystko fajnie, tylko nie w tak szalonym tempie! To nie dla mnie…

c.d.
Lądujemy w Tajlandii. Żałuję, że zaspałam i nie wyciągnęłam aparatu fotograficznego. Ale na pewno nadrobię to przy następnej wizycie. Lotnisko w Bangkoku robi na mnie niesamowite wrażenie. Tak nowoczesnej i przestronnej konstrukcji ze szkła, aluminium i zieleni jeszcze nigdzie nie widziałam. Słyszałam, że to tygrys Azji, że goni Singapur, ale nie miałam pojęcia, że tak to wygląda. Zachwycałam się lotniskiem! Zachwycałam się halami odpraw, organizacją, pięknymi dziewczynami z obsługi naziemnej (których zrozumieć początkowo nie mogłam, chociaż wydawało mi się, iż możliwe jest, że mówią po angielsku albo czymś do tego języka zbliżonym - z czasem tajski akcent okaże się nie lada wyzwaniem, ale możliwym do pojęcia, bo gdy masz orientację w temacie, wyłapujesz poszczególne słowa i domyślasz się reszty).
Na lotnisku próbowaliśmy rozwiązać sprawę naszych wiz, ale okazało się, że każdy ma inną wersję. Ostatecznie wjechaliśmy na naszych pojedynczych wizach 60 dniowych. Odebraliśmy bagaże i tak nam się spodobało, że gotowi byliśmy zostać na lotnisku na noc – właśnie się ściemniło. Zdobyłam mapki lotniska, miasta i informacje jak dotrzeć do centrum. Zawsze jest kilka możliwości, choć zdarza się, że wmawiają ci iż tylko taksówka można dojechać (polecam stronę WWW I hale taxi). Wybraliśmy wybudowany zaledwie kilka lat temu skytrain. Ponoć początkowi mieszkańcy podchodzili do niego z rezerwą, ale ostatecznie przekonali się do tej luksusowej formy podróżowania po mieście i pomogło to rozładować korki w straszliwie zatłoczonym Bangkoku. Sterylnie czysty pociąg typu metro, z peronami o zabudowanych torowiskach i drzwiach otwierających się automatycznie do poszczególnych wagonów, z uprzejmą anglojęzyczną obsługą i pięknymi eleganckimi pasażerami to coś, czego się tutaj nie spodziewałam. Z zachwytem przyglądałam się światu za oknem – jak z gier komputerowych albo filmów typu „Pięty element”. Brakuje tylko ruchu na kilku poziomach. Ale są drapacze chmur i szerokie ulice, wszystko fantastycznie podświetlone. My mkniemy sobie z zawrotna prędkością a uprzejmy kobiecy głos informuje gdzie jesteśmy. Nie słychać żadnego hałasu.
Jedziemy sobie do chińskiej dzielnicy, by na razie uniknąć tłumu turystów. Znajdujemy hotelik (z trudem dogadujemy się z chińskimi Tajami!). Przed wejściem do hotelu leży kilkanaście par sandałów/klapek/butów, które muszą zdejmować goście. Później okazuje się, że buty ściąga się także przed wszystkimi świątyniami oraz większością sklepów. Wyjątkiem są restauracje oraz duża sieć mini-marketów 7-eleven (w rodzaju Żabki). Tych marketów jest tyle (na niemal każdym rogu ulicy), że służą za punkty orientacyjne przy wskazywaniu drogi.



19 grudnia, niedziela
Raniutko mamy oddać materiał do testów – a tu nic! Jeszcze kawa (jednak dobrze mieć ze sobą menażkę i grzałkę). Dopiero teraz się udaje :D biegniemy z pojemniczkami do laboratorium. Dopiero teraz mamy tak naprawdę czas na poznanie miasta.
Kalkuta (hindi कोलकाता, trl. Kolkātā, trb. Kolkata; bengali: কলকাতা, trl. Kolkatā, trb. Kolkata ang. Kolkata; do 2001 hindi कलकत्ता, trl. Kalkattā, trb. Kalkatta; ang. Calcutta - stare nazwy wciąż w powszechnym użyciu) – miasto w północno-wschodnich Indiach, w delcie Gangesu. 4 638 350 mieszkańców (2006); region metropolitalny 15,6 mln mieszkańców (2006). Stolica stanu Bengal Zachodni, wielki węzeł komunikacyjny i port morsko-rzeczny, wielki ośrodek przemysłowy, handlowy, naukowy i kulturalny w regionie. Liczne zabytki architektury pałacowej i świątynie hinduskie. Czwarte co do wielkości miasto kraju.
Kalkuta została założona w 24 sierpnia 1690 roku, kiedy Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska weszła w posiadanie trzech wiosek, w tym Kalikaty, od której nazwy wywodziła się pierwotna nazwa. W 1698 roku ukończono budowę fortu Williams. W 1756, w czasie wojny siedmioletniej miał miejsce incydent w Czarnej Jamie. Wobec zignorowania żądania miejscowego władcy, który nie chciał rozbudowy fortu, wtrącono ponad 140 brytyjskich żołnierzy i cywilów do lochu o powierzchni 20 metrów kwadratowych. Następnego ranka dożyło tylko 23 więźniów.
W 1772 roku Kalkuta została stolicą Indii Brytyjskich. Była nią aż do 1912 roku, kiedy miasto utraciło stołeczność na rzecz New Delhi. W tym czasie osuszono okoliczne bagna i rozbudowano miasto.
W czasie II wojny światowej miasto zostało dwukrotnie zbombardowane przez Japończyków. W 1943 z powodu przekazywania żywności wojskom alianckim doszło do niedoborów wapnia. Spowodowało to głód, w wyniku którego zmarło ponad 5 mln ludzi. W 1946 roku doszło do zamieszek w wyniku których śmierć poniosło 2 tys. ludzi. Po podziale Indii Brytyjskich doszło do masowej migracji: Hindusi uciekali z ówczesnego Pakistanu Wschodniego (obecnego Bangladeszu) do Indii, natomiast muzułmanie migrowali w przeciwną stronę.
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych strajki, przerwy w dostawach energii elektrycznej i działalność maoistowskich bojowników spowodowały stagnację ekonomiczną miasta. W połowie lat dziewięćdziesiątych nastąpiła powolna poprawa sytuacji gospodarczej po wprowadzeniu przez rząd Indii reform gospodarczych. Od początku XXI wieku, dzięki sektorowi IT, gospodarka szybko się rozwija.
Kalkuta utrzymuje partnerskie więzi z następującymi miastami:
• Karaczi, Pakistan
• Kunming, Chiny
• Long Beach, Kalifornia, Stany Zjednoczone
• Neapol, Włochy
• Odessa, Ukraina
Kalkuta występuje w literaturze
• "Miasto radości" Dominique Lapierre
• "Ucieczka do Indii" Krzysztof Mroziewicz 2004 (rozdz. "Miasto prawd ostatecznych")
• "Na drogach Indii" Jerzy Putrament 1967 (rozdział "Kalkuta")
• "Księga zdziwień" Kazimierz Dziewanowski 1972 (rozdział "Zdumienie i groza: Złoty Bengal - śmierć w promieniach słońca")
• "Indie na co dzień" - z notatnika religioznawcy. Tadeusz Margul 1970 (rozdz. Dwie kalkuckie wizyty", "Durga Pudża w Kalkucie", "Parę migawek kalkuckich", "Strajk generalny w Kalkucie")
• "Wiza do Indii" Jan Zakrzewski 1989 (rozdz. "Kalkuta")
• "Róża wiatrów" Artur Lundkvist 1969 (z rozdz. "Płonące Indie" s. 47-55)
• "Aż do najdalszych granic" Wojciech Giełżyński 1972 (z rozdz. "Indie, Indie, otchłań świata" - "Samo dno" 1966)
• "Kraj świętych krów i biednych ludzi" Wojciech Giełżyński 1977 (rozdz. "O samym dnie i szczypcie nadziei")
• "Życie po hindusku" Janina Rubach _ Kuczewska 1971 (Str. 120)
• "Pariasi" Pascal Bruckner PIW 1996 (tłum z fr. 1985 r) - str. 475- 509 (rozdz.Nieuleczalni", "Sterty szkieletów" i "Ludzki pył")
oraz filmie:
• Parineeta' * Yuva * Calcutta Mail * The Namesake * Hey Ram * 15 Park Avenue * Howrath Bridge 1958 * Born Into Brothels:Calcutta's Red Light Kids (dokument) * Miasto Radości (City of Joy) * Calcutta (reż Luis Malle)

Po południu odbieramy wyniki badań. Trochę nam tam muszą potłumaczyć, ale wszystko jest ok. Z tej radości idziemy na deser lodowy (długo go będziemy pamiętać, bo chyba on nam zaszkodził!). W aptece specjalnie dla mnie sprowadzają tabletki. Przychodzimy po nie tuz przed zamknięciem i na zapleczu czekamy na kuriera. Niesamowicie mili ludzie. I to ci sami, których kilka godzin wcześniej widzieliśmy „w akcji”. Jakiś niezadowolony klient wywołał awanturę. Wszyscy strasznie na siebie krzyczeli (jak pisze że strasznie, to znaczy, że u nas się aż tak nie krzyczy) a „nasz” ekspedient już zdejmował fartuch i wywoływał gościa na bójkę na zewnątrz. Szedł jak byk. Az miło popatrzeć. A chwilę później obsługują nas uprzejmie w kasie jakby nigdy nic.
18 grudnia, sobota
Dzień zaczynamy od zmiany hotelu. Znajdujemy w zaułku czyściutki gest housik z przemoła obsługą za niewielkie pieniądze. 10 dolców za pokój wysokiej klasy – tego się w Indiach nie spodziewałam. A już na pewno nie w Kalkucie!
Zaplanowaliśmy sobie na Kalkutę tak dużo czasu, by załatwić dwie rzeczy: zrobić testy i wysłać paczkę. Okazuje się, że nie wzięliśmy pod uwagę, że jest weekend i poczty są nieczynne. Więc paczka poleci z Tajlandii. Ale tuż rarogiem jest prywatny szpital, czynny codziennie. Umawiamy się na wizytę - po 12 zł od osoby. Lekarz, którego pierwsze litery imion dają ATM czyli bankomat :D, bada nas (mnie mija już infekcja, ale mam biegunki, mdłości i zawroty głowy; Łukaszowi ta sama infekcja górnych dróg oddechowych zajęła płuca) sprawdza i opisuje wszystko dokładnie. Zleca nam badania, o które prosimy. Testy na pasożyty (w tym amebę) kosztują ok. dwóch dolarów. Te na malarię, tyfus itp. są o wiele droższe a doktor uważa je za niepotrzebne, bo nie gorączkuję. Kupujemy pojemniczki na materiał do badań i tu zaczynają się schody. Oboje mamy kłopot z „long toilet”. Szukamy więc czegoś, co nas „przegoni”. Najlepsze do tego wydaja się lokalne jogurty. Objadamy się więc takimi specjałami.
Spacerujemy po mieście, robimy zakupy. W Tajlandii będzie drożej, więc uzupełniamy apteczki i kosmetyczki. Żarcie uliczne jest tu zupełnie inne. Tyle nowych potraw i deserów do spróbowania!

17 grudnia, piątek
W czwartek o 16tej szukaliśmy na peronie bodajże 27 naszego wagonu – w pociągu długim chyba na kilometr. Miałam okazję zobaczyć kolejki ludzi grzecznie czekających na otwarcie wagonów. Okazało się, ż pociąg przyjechał spóźniony i wsiadamy do przeraźliwie brudnego składu. Na szczęście mamy górne koja, wiec nie toniemy w stertach śmieci, które kleją się na podłodze i piętrzą w stosy. Nasze miejsca udaje się jako tako ogarnąć. Rodzinka z dołu nieco wyśmiewa nasze zachowanie, gdy standardowo przypinamy plecaki łańcuchami pod dolnym łóżkiem. Może i ludzie wokół wyglądają na sympatycznych ale w Indiach niczego to już nie zmienia. Ostrożność podróżnicza oznacza ograniczone zaufanie do otoczenia zawsze i wszędzie. Za wiele osób opowiedziało nam swoje historie – jak to zostali oskubani. Najczęściej przez swoją głupotę. Tak jak ci Niemcy, których poznałam w drodze do Pokhary a potem w Katmandu opowiadali Łukaszowie, że wysiedli na chwilę z autobusu (publicznego), by kupić herbatę a po powrocie nie znaleźli plecaka – z paszportami, i-podem, laptopem, przewodnikiem i innymi drobiazgami. Skomentowali to stwierdzeniem, że duuużo ich to teraz kosztuje. Szkoda, że tak niefortunnie zaczęła się ich podróż, ale przecież sami są sobie winni. Mnie by do głowy nie przyszło, by pozostawić paszport bez opieki. Paszport i karty kredytowe oraz grubszą gotówkę mam przy sobie zawsze – w czasie snu (w hotelu zdejmuję pas, ale zawsze kładę go pod poduszkę), w toalecie (w miastach takich jak Delhi dokumenty i pieniądze zabierasz ze sobą idąc pod prysznic, bo singli obrabiają nawet gdy ci są w łazience).
Pociąg rusza z dwugodzinnym opóźnieniem, co nikogo bynajmniej nie dziwi, ani nie denerwuje. Nas tez nie – ledwie ten fakt zauważam. Czas opuścić Indie, skoro aż tak tu wsiąkliśmy. Nareszcie mamy przy sobie wszystkie nasze ciepłe ubranka, więc tej nocy w końcu nie marzniemy. Co chwilę tez dokupujemy sobie gorące herbatki albo coś do przegryzienia. Śpimy, gadamy, obserwujemy ludzi – i tak mija nam ponad doba podróży. O Kalkuty przyjeżdżamy z opóźnieniem, około 20tej, więc już po zamknięciu przeprawy promowej. Po opowieściach Łukasza z poprzedniej jego bytności w Kalkucie (o przeładowanych nieziemsko promach i zatonięciu jednego z nich tuz po jego wyjeździe) jakoś nie bardzo miałam ochotę na te atrakcję, więc z chęcią wsiadam do taksówki. A taksówki w Kalkucie są świetne – wszystkie żółte starym stylu. Jak z filmów. Mnóstwo miejsca w bagażniku na plecaki, w miarę uczciwi kierowcy. Są też riksze chodzone, ale – jak już wspominałam – to nie dla mnie.
Jedziemy na ulice turystyczną. Kalkuta przez okno taksy wygląda tak, jak ją sobie wyobrażałam. Jak Indie w soczewce. Ciemno, brudno, śmierdząco i przeraźliwie biednie. Gdy wysiadamy w ciemność kieruje się w stronę wskazaną przez mojego towarzysza. „Drogą czy chodnikiem?”- pytam. „Ulicą. Będzie bezpieczniej.” Rzeczywiście, w mroku dostrzegam bezdomnych, psy, odpadki… Nie wygląda to jak w filmach, gdzie nawet żebracy są sterylnie czyści i sympatyczni.
Z trudem znajdujemy jakiś hotelik w przyzwoitej cenie. Okazuje się jednak, że jest awaria i ciepła wodę przynoszą nam w wiadrze. Okno pokoju, pozbawione szyb, wychodzi na korytarz. Z ulicy dochodzą hałasy (m. in. naprawiają ten cholerny wodociąg) wiec nie wysypiamy się tej nocy –oględnie rzecz ujmując.

16 grudnia, czwartek
Nocnym pociągiem przyjechaliśmy do Delhi. Początkowo planowaliśmy dokończyc zwiedzanie, ale po tych kilku intensywnych dniach w Radżasthanie nie mieliśmy już ochoty na zabytki. Zaczęliśmy więc jeszcze ciemną nocą od odnalezienia poczekalni. Tam stwierdziliśmy, że znakomicie już zaaklimatyzowaliśmy do Indii. Zresztą dzień wcześniej Łukasz poganiał mnie „no chodź już do waiting roomu bo nam wszystkie gniazdka zajmą”. Walka o możliwość doładowania baterii (szczególnie w laptopach) stała się stałym i zwyczajnym elementem dnia codziennego.
Czas, który mieliśmy do wykorzystania w Delhi przeznaczyliśmy na szwędanie się po mieście, szczególnie bazarach. Nawet w wielkim mieście bywa klimatycznie, niczym na wioskowym targu.
A sama stolica… znakomicie opisana jest na wikipedii:
Delhi (hindi: दिल्ली, trb.: Dilli, trl.: Dillī; pendżabski: ਦਿੱਲੀ; urdu: دہلی; ang. Delhi) – miasto i dawna stolica Indii położona w północnych Indiach nad rzeką Jamuną; zamieszkuje ją 11,2 mln mieszkańców (2006), a aglomerację miejską 17,8 mln mieszkańców (2006). Miasto położone jest na wysokości 216 m n.p.m., a jego powierzchnia to 1483 km². Zagęszczenie ludności wynosi 23 tys. os./km². To drugie co do wielkości (po Bombaju) miasto Indii, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie, z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Miasto przoduje w rozwoju technologii informacyjnej i telekomunikacyjnej (drugie w Indiach po Bangalore).
Delhi jest stolicą jednostki administracyjnej o tej samej nazwie mającej status Narodowego Terytorium Stołecznego Delhi (zajmuje większość jego obszaru). Na obszarze narodowego terytorium stołecznego Delhi znajduje się stolica Indii – Nowe Delhi. Władze terytorium zabiegają o przekształcenie go w stan.
Przeciętna temperatura w roku wynosi 25 stopni Celsjusza, roczna ilość opadów średnio 808 mm. Najcieplejszym miesiącem jest czerwiec (śr. 33,4 °C), najchłodniejszym styczeń (śr. 14,2 °C). Najwięcej opadów (śr. 255 mm) przypada na sierpień, a najmniej (śr. 7 mm) na listopad.
O Delhi mówi się, że jest miejscem, w którym przez tysiąclecia nabudowano na sobie i obok siebie siedem miast Delhi. Niedawne badania archeologiczne potwierdziły, że u źródeł powstania Delhi leży założenie w 1200 p.n.e. pierwszego z tych miast o nazwie Indraprastha. Było ono stolicą państwa Pandawów. Fakty te opiewa starożytny indyjski epos Mahabharata. W czasach Imperium Maurjów Delhi leżało na szlaku ważnych dróg ze wschodu na zachód. Początki obecnego Delhi wiążą się z założeniem przez klan Radźputów Tomara w 736 roku n.e. miasta Lal Kot. Radźpucki klan Ćauhan rządzący miastem Adźmer zdobył ówczesne Delhi i zmienił nazwę miasta na Qila Rai Pithora.
W 1192 roku ostatni władca indyjski, książę Radźputów Prithwiradź Ćauhan (1162-1192) zginął po zajęciu Delhi przez Mohammad Ghoriego. Dla miasta zaczął się czas panowania muzułmanów. Po śmierci Mohammada Ghoriego władzę objął jego generał i niewolnik zapoczątkowując tzw. dynastię niewolniczą. Z tego czasu pochodzi zbudowana w 1199 roku najwyższa na świecie wieża minaretu Kutb Minar. Panowanie muzułmańskie trwało aż czasu zdominowania Indii przez Brytyjczyków. Powołany w 1206 roku Sułtanat Delhijski przetrwał aż do najazdu Mongołów w 1526 roku. Delhi była wówczas stolicą sułtanatu rządzącego prawie całymi Indiami, największym centrum sufizmu (mistyczna tradycja islamu). W tym czasie nastąpiła budowa fortów, które są częścią siedmiu miast Delhi.
Kwitnący okres przypadł na czas panowania Muhammada Tughlaka z dynastii Tughlaków (1320-1355), do momentu, gdy Timur z hordami mongolskimi spustoszył miasto zabijając 100 tysięcy jego mieszkańców i osadzając na tronie muzułmańską dynastię Sajjidów (1414-1451).
Islam królował w Delhi także, gdy w 1556 roku po wygranej bitwie armii Babura miastem, a z czasem i Indiami zaczęli rządzić Wielcy Mogołowie. Z tego czasu pochodzą takie zabytki Delhi jak Czerwony Fort i największy meczet w Indiach, Dżami Masdżid. Najsławniejsi z Wielkich Mogołów to Akbar (1542-1605), budowniczy nowej stolicy Fatehpur Sikri i Dżahan zwany też Szahdżahanem (1592-1666), który kazał dla swojej żony zbudować grobowiec Tadź Mahal. On też jest twórcą "siódmego miasta Delhi" nazwanego na jego cześć Shahdżahanabad. Powszechnie znane jest ono jednak pod nazwą Starego Delhi.
W lutym 1739 roku Delhi zostało splądrowane przez wojska szacha Iranu Nadir Szaha (1688-1747). Najeźdźcy wywieźli ze sobą sławny Pawi Tron Wielkich Mogołów, z którego władcy Persji, a potem Iranu rządzili do końca. Ostatni siedział na nim Mohammad Reza Pahlavi (1919-1980). W połowie XVII wieku w mieście za zgodą Mogołów rozpoczęła działalność handlową Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska. W wojnach Wielkich Mogołów z południem Indii Brytyjczycy stawali po ich stronie. W tym czasie Delhi uniknęło najazdów. Tylko raz w 1752 było splądrowane podczas najazdu afgańskiego króla Ahmeda Szaha Durrani (1724-1773).
30 grudnia 1803 Delhi zostało zdobyte przez wojska brytyjskie. Zarządca brytyjski pozwolił Wielkim Mogołom zachować tytuły i własność prywatną. W 1857 podczas powstania Sipajów powstańcy wraz z armią bengalską zaatakowali Brytyjczyków i dokonali wśród nich rzezi. Cztery miesiące potem Brytyjczycy odbili miasto, ale zdecydowali się przenieść stolicę do Kalkuty. Delhi stało się wówczas czasowo częścią prowincji Pendżab. Dopiero w 1911 roku król Wielkiej Brytanii Jerzy V ponownie przeniósł stolicę do Delhi, aby powstrzymać zabiegi muzułmanów o autonomię.W tym też roku burząc częściowo Stare Delhi Brytyjczycy rozpoczęli na brzegu Jamuny budować Nowe Delhi. Zaprojektowali je brytyjscy architekci - Edwin Lutyens (1869-1944) i Herbert Baker (1862-1946). W 1931 roku uznano je za stolicę Indii brytyjskich, a w 1947 niepodległych Indii.
Podczas podziału Indii Brytyjskich na Pakistan i Indie w 1947 roku ze strachu przed pogromem ze strony muzułmanów tysiące wyznawców hinduizmu i sikhizmu wywędrowało z Zachodniego Pendżabu i Sindhu do Delhi. Nadal liczba ludzi zjeżdżających z całego kraju do Delhi jest wyższa niż wskaźnik urodzin w mieście. Zamach na premiera Indii Indirę Gandhi dokonany przez jej ochroniarzy ludzi sikhijskiego pochodzenia przyczynił się w 1984 roku do rzezi wśród wyznawców tej religii. Zginęło 2700 osób. Współcześnie miasto boryka się z problemami typowymi dla wielkich aglomeracji trzeciego świata, takimi jak przeludnienie, niskie standardy sanitarne i duże kontrasty w poziomie życia mieszkańców.
Przegląd wzrostu ludności Delhi na przestrzeni dziejów: do roku 1865 mamy do czynienia z oszacowaniami, potem z pomiarem ludności, aż po eksplozję demograficzną.
rok mieszkańcy
1820 100.000
1865 152.400
1871 154.400
1881 173.400
1891 192.600
1901 214.115
1911 237.944
1921 304.420
1931 447.442
rok mieszkańcy
1941 521.800
1 marca 1951 914.800
1 marca 1961 2.061.800
1 kwietnia 1971 3.694.500
1 marca 1981 4.865.100
1 marca 1991 7.206.704
1 marca 2001 9.817.439
1 stycznia 2005 10.928.270

sobota, 25 grudnia 2010

15 grudnia, środa
Jodhpur był ostatnim miastem na naszej radżastanskiej trasie. Jodhpur jest dużym, dość interesującym miastem leżącym na granicy pustyni Thar. Wszystkie budynki w starszej części miasta pomalowane są na kolor niebieski, co dało miastu charakterystyczny przydomek. Najważniejszą budowlą miasta jest stojący na wzgórzu imponujący Mehrangarh Fort. Wieczorem rozciąga się z niego fantastyczny widok na miasto.
Twierdza Mehrangarh, jeden z największych fortów w Indiach położony na wzgórzu nad miastem Dżodhpur. Założony w 1459 przez Rao Dźodha Singha, wodza klanu Rathore. Po wybudowaniu fortu przeniósł stolicę swego królestwa do Dźodhpur założonego poniżej nowo wybudowanej twierdzy. Twierdza była rozbudowana przez jego następców, szczególnie intensywnie od połowy XVII do połowy XIX wieku. Aktualnie apartamenty królewskie stanowią muzeum.
Budowę fortu rozpoczęto w 1459 r, w 1707 - maharadża Adźit Singh buduje Pałac Zwycięstwa (Fateh Mahal). W 1974 roku władze Indii otwierają Muzeum Twierdzy Mehrangarh. Muzeum jest znakomicie zorganizowane, obsługa świetnie mówi po angielsku, przysługują audioguidy w kilku językach, wszędzie są mapki, plansze i uprzejmi pracownicy. Jest nawet specjalna sala odpoczynku dla obcokrajowców z wygodnymi kanapami, błyszczącą czystością toaletą i najlepszym widokiem na miasto.
Po południu zwiedzaliśmy jeszcze jakąś świątynię, która sama w sobie okazała się jak wiele innych. Ale obok była szkoła – te dzieciaki na fotce powyżej to właśnie indyjska szkoła. Na moich oczach nauczycielka (starsza pani w sari) podeszła do ucznia, który zdaje się nie wykonywał ćwiczenia, i wymierzyła mu kilka razów bambusową pałka po plecach. Aż jęknęło. Nikt nie zareagował a dziecko zdusiło okrzyk bólu. Chciałam cos zrobić, ale zrozumiałam, że to nie mój świat, nie moja szkoła i nie moje zasady tu obowiązują. Okropne uczucie, gdy widzi się coś takiego i jest się bezradnym.
W Jodhpur odwiedziliśmy jeszcze niesamowicie kolorowy bazar. Zresztą zobaczcie sami.