skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

wtorek, 8 marca 2011

20 lutego, niedziela
Po Full Moonie nikt nie nurkuje. Nikt nie spaceruje. Nikt nie wstaje przed popołudniem. Jeśli ktoś musi wstać po coś do jedzenia lub picia – chodzenie sprawia mu trudność.
Staram się wpasować w ten klimat i przez cały dzień absolutnie NIC NIE ROBIĘ. Jest bosko! :D

poniedziałek, 7 marca 2011


19 lutego, sobota
W „ONE2DIVE” poznaję Agatę. Od razu banan na twarzy. Tak, to jest osoba, z która chce spędzać czas, od której chcę się uczyć. Pijemy kawkę, gawędzimy, śmiejemy się i naraz – ciach ciach ciach i mam dobrany sprzęt. Idziemy do basenu! Jeffrey pyta czy pasuje nam pokój i czy chcemy płynąć na nurkowanie na Kobę. Jakie nurkowanie? Ja dopiero zaczynam! Ale to nic nie szkodzi. Agata – postanawiam jej ufać bezapelacyjnie – twierdzi, że miejsce jest fajne, bezpieczne i dobre na początek. Skoro tak… to tak :D
Basen. Niełatwo tam dojść z tym całym sprzętem. W piance, jackecie z pełną butlą, inflatorem, kilkoma licznikami, aparatami oddechowymi, z maską i płetwami… Po prostu masakra. Dobrze, że to niedaleko.
W książce pisali, że pierwszego wejścia do wody, pierwszego oddechu pod wodą się nie zapomina. Prawda. Że to zmienia życia. Rzeczywiście, spod wody wszystko wygląda inaczej. Inaczej się świat odczuwa, innymi zmysłami go odbiera. Trzeba się na nowo uczyć oddychać, poruszać, patrzeć i słuchać. Już wiem, że mi się to podoba. Woda zawsze była moim żywiołem, ale pod wodę zaglądałam rzadko. Zawsze uwierała mnie maska, płetwy się zsuwały. Okazuje się, że wystarczy je tylko odpowiednio dopasować. Spokojnie oddychać i cieszyć się z tego podwodnego świata. Ponoć lubimy to, co nam dobrze wychodzi. No więc ja po godzinie w basenie jestem pewna że nurkowanie to aktywność właśnie dla mnie.


Gdy przychodzi Paweł i wyciąga nas z basenu na prawdziwe nurkowanie na Kobie – nie mam już wątpliwości. Z radością pakuję się do taksówki i jedziemy na północną plażę. Ja i Łukasz będziemy nurkować z Agatą. Jest jeszcze para Yessi i … - ich liderka będzie Tatiana. Po prostu nie mogę w to uwierzyć – jeszcze dziś rano nie wiedziałam jak założyć ekwipunek, a teraz jestem na plaży, wypakowuje butle z powietrzem i przygotowuję się do wejścia do prawdziwego morza. Jest piękna pogoda, słońce mocno przygrzewa. Z brzegu płyniemy kilkaset metrów plotkując jak to baby na wszelkie tematy. Przy rafie powtarzamy procedury i plan nurkowania. Wchodzimy pod wodę i… natychmiast się gubimy! Widoczność jest prawie zerowa. Mnóstwo planktonu, piasku wokół. Kolorowe płetwy Agaty znikają mi z oczu po kilku metrach. Łukasz czeka chwilę, rozglądając się a następnie pokazuje, że się wynurzamy. No tak, taka procedura. Szukaj przez minutę a następnie wypłyń. Ale, żeby tak od razu się zgubić? Po chwili na powierzchni wynurza się tez nasza liderka. A zaraz po niej ekipa Tatiany. Wszyscy jesteśmy zaskoczeni. Dziewczyny mówią, że wczoraj była tu doskonała widoczność. No trudno, zejdziemy pod wodę jeszcze raz. Ale teraz pilnujemy się bardziej. I rzeczywiście, powoli oswajam się z pływalnością, z podwodnym światem. Dostrzegam rybki, kawałki rafy, piasek. Za nurkowanie w trudnych warunkach powinni przyznawać jakieś specjalne uprawnienia czy coś, ale ja jestem zadowolona. Skoro czasem nurkowania są nieudane, to dobrze że pierwsze było w takich warunkach a mimo to udane. To zasługa mojej kochanej Agaty. Nie tylko sprawiła, że czułam się bezpiecznie, ale zadbała tez, bym dostrzegła coś z tej tajemnicy podwodnego świata.
Po trzydziestu paru minutach wychodzimy na brzeg. Jemy obiad i decydujemy się na następne nurkowanie. Zrobiło się trochę późno, bo Tajowie nie spieszą się z obsługa w restauracjach, więc słońce schodzi coraz niżej. O dziwo widoczność jest znacznie lepsza. Już swobodnie czuję się w wodzie. Wykonuję wszystkie ćwiczenia zaliczeniowe. Panuję nad swoim sprzętem. Ciekawe, ale wcale nie mam obaw przed zdjęciem maski czy inflatora pod wodą. Pływając wykonuje sobie te wszystkie ćwiczenia dla zabawy. Jedynie gdy jestem zbyt blisko lustra wody, wyrzuca mnie na powierzchnię. Ale ci doświadczeni pocieszają mnie, że tak jest na początku i musze się opływać. No więc cieszę się niesamowicie. A gdy wracamy na brzeg zachodzi słońce. I – uwierzcie mi – to jeden z najpiękniejszych zachodów słońca jakie widziałam. Taka dodatkowa nagroda – jak wisienka na torcie.
Wracamy o zmierzchu. Agata i Łukasz rozmawiają o sprawach dla mnie na razie nowych. Dowiaduję się więc cos niecoś o sprzęcie i rodzajach nurkowania:
snorkeling – oglądanie podwodnego świata podczas unoszenia się na wodzie, z wykorzystaniem sprzętu ABC. Bardzo popularne np. w Egipcie.
bezdechowe (freediving) – nurkowanie na wstrzymanym w płucach powietrzu (zatrzymany oddech)
płetwonurkowanie – rekreacyjne do głębokości 40 m, dostępne nawet dla dzieci już od 10-12 lat (na znacznie mniejsze głębokości i pod opieką instruktora) bez wyznaczonej górnej granicy wieku, określonej stanem zdrowia kandydata.
techniczne – dekompresyjne, trudne logistycznie, przekraczające limity rekreacyjne (zarówno głębokości lub czasu pobytu pod wodą), związane ze zmianami mieszanin oddechowych pod powierzchnią wody, wykonywane z użyciem bardziej skomplikowanych konfiguracji i większej ilości sprzętu, złożonym planowaniu, dla osób o bardzo dobrym stanie zdrowia.
wrakowe – wiążące się z penetracją wnętrza zatopionych wraków
nurkowanie jaskiniowe (podwodna penetracja zalanych korytarzy, sztolni, jaskiń) – nurkowanie bez możliwości wynurzenia się pionowo na powierzchnię, niekoniecznie głęboko, ale niekiedy daleko od wyjścia. Wymaga wielu umiejętności wykraczających poza nurkowanie rekreacyjne.
komercyjne (zawodowe, prace podwodne) – często saturowane, bardzo trudne nurkowania z użyciem skomplikowanego sprzętu nurkowego, daleko odbiegającego od stosowanego w przypadkach wymienionych powyżej, często z powietrzem lub innym gazem dostarczanym z powierzchni wody ze stacji obsługującej, nadzorujące i zabezpieczającej pracę nurka. Wymagania stawiane kandydatom są bardzo wysokie i dotyczą predyspozycji psychofizycznych i innych umiejętności wykorzystywanych do skomplikowanych prac w nieprzyjaznych, podwodnych warunkach. Do wykonywania takich prac są dopuszczane osoby posiadające ukończone specjalistyczne kursy i legitymujące się odpowiednimi dokumentami.
saturowane – w którym poziom gazu obojętnego wchłoniętego przez organizm nurka, a pochodzącego z mieszaniny oddechowej, osiąga największą możliwą dla danego ciśnienia zewnętrznego wartość.

Wracamy tak padnięci, że wcale nie mamy ochoty iść na Full Moon Party - imprezę odbywającą się w każdą pełnię księżyca, zlokalizowaną na najbardziej znanych na Phangan plażach Had Rin Nok oraz Had Rin Nai. Do ww. plaż dojeżdża się bardzo krętą i bardzo niebezpieczną drogą prowadzącą przez okoliczne wzniesienia. Standardowy środek przemieszczania się pomiędzy dowolnym miejscem na wyspie a ww. plażami to wszelkiego rodzaju pickupy (zadaszone lub nie, z miejscami siedzącymi lub bez). Wszelkimi środkami transportu ciągną nieprzeliczone tłumy. Już wierzę, że to nawet 10 000 ludzi. W różnym wieku. Poprzebierani, pomalowani… nawet po kilku dniach ta farba jeszcze się trzyma.


18 lutego, piątek
Wyspa pełna turystów. Większość z nich zjechała tu na Full Moon Party. Większość jest młoda lub bardzo młoda. Ale są tez ludzie w wieku określonym przeze mnie jako „drugi wiek hipisowski”. Śmiejemy się, że przy wejściu na plażę zainstalowano specjalny czujnik i bez tatuaży nie wpuszczają. Rzeczywiście, nie spotkałam nikogo bez tatuażu. Wybór jest między wiele a więcej. Do tego kolczyki gdzie się da, dredy, topless… do wyboru, do koloru! Plaży tez zresztą wielki wybór. I kawiarenek z cudownymi owocami morza. Trochę zresztą z tymi owocami morza przesadzamy (już nam nawet układy trawienne szwankują), ale przecież nie odmówimy sobie krewetek czy langust na wyspie! No więc lecą na okrągło pad thai’e z seefoodem, zupy z seefoodem, sałatki z seefoodem, seefoody w cieście itd. Wszystko pyszniutkie, świeżutkie…
Spędzamy czas odwiedzając kolejne plaże, ale nigdzie nie możemy znaleźć noclegu. Wtedy dzwoni Pawel – szef polskiej szkoly nurkowej na Koh Phangan – z wiadomością, że ma dla nas alternatywę. Jego współpracownik wynajął pokój, ale ostatnio ciągłe imprezuje i Itak sypia w bazie, więc nam odstąpi swój pokój. Przerywam więc czytanie podręcznika do nurkowania i wracamy na południe wyspy. Akurat zabrakło prądu i całe Koh Phangan pogrążone jest w ciemnościach. Śmiejemy się, że gromadzą prąd na jutrzejszą imprezę.
Na rano umawiam się na rozpoczęcie szkolenia. Na razie jeszcze bez szaleństwa, spokojnie zasypiam.


niedziela, 6 marca 2011


17 lutego, czwartek
Promem docieramy na wyspę w południe. Żar leje się z nieba. Zdzwaniamy się z polska baza nurkową, gdzie docieramy po obiedzie. Wykupuję kurs nurkowania, ale nigdzie nie możemy znaleźć noclegu. Jest tuż przed Full Moonem, wszyscy rozkładają ręce. Jedziemy więc na północ. Tan znajdujemy luksusowy bungalow na jedną noc. Cóż, będzie bardzo elegancko. Drogo na wyspach być musi – z tą myślą pogodziliśmy się już dawno. Ale tutaj nawet plaże zamiatają, więc niech im będzie!
Nastrój cudowny…

16 lutego, środa
Dziś leniwie pasiemy się na Internecie a o 18:00 mamy autobus łączony z promem na Koh Pha Ngan, która jest średniej wielkości wyspą, niezwykle popularną wśród budżetowych turystów. Jest na niej kilkanaście świetnych plaż, kilka wiosek, dużo palm, plantacje kokosowe, dżungla, wodospady i kilka popularnych świątyń buddyjskich. Wyspa jest szczególnie popularna wśród młodych i raczej budżetowych turystów, prawie nie ma tu drogich i luksusowych resortów, za to jest mnóstwo niedrogich bungalowów do wynajęcia.
Wyspa ma opinię bardzo rozrywkowej, na kilku plażach imprezy odbywają się codziennie, szczególnie w Haad Rin, które jest najbardziej skomercjalizowanym miejscem z setkami bungalowów, hotelików, knajp, barów i dyskotek oraz tłumami młodych ludzi. Można jednak znaleźć plaże ciche i spokojne, z tanimi domkami i sielską atmosferą.
Na Koh Pha Ngan działa wiele centrów nurkowych, można tu zrobić kursy na różnym stopniu zaawansowania, albo po prostu cieszyć się niezłymi warunkami do nurkowania. Pod tym względem lepsza konkurencja jest jednak sąsiedniej wyspie Koh Tao. Jest tam ponad 60 szkół. Ale tu jest jedna z dwóch polskich. Druga jest na Phuket, ale to raczej poza naszym zasięgiem cenowym.
Warunki do snorkelingu są niezłe już przy samym brzegu, ale agencje organizują wyprawy łodzią do najlepszych miejsc w okolicy. Ciekawe są też wyprawy "objazdowe" po najciekawszych plażach na wyspie.


15 lutego, wtorek
Tak, czuję się w Tajlandii jak w domu. Wszystko jest już znane i przyjazne.
Dziś głównym zadaniem dnia jest złożenie wniosku wizowego w ambasadzie wietnamskiej. Tłuczemy się autobusami na drugi koniec miasta, łazimy po krętych uliczkach, by po powrocie na Khan San Road odkryć, że w licznych agencjach jest… taniej! Nie wiem jak to możliwe i jaki to ma sens, ale z pośrednictwem biura jest taniej i szybciej niż osobiście w ambasadzie.
W Bangkoku najbardziej lubię to, że wystarczy wejść w jakąś uliczkę, skręcić za jakimś zaułkiem – i już zatapiasz się w tej niepowtarzalnej atmosferze… Mnóstwo tu kramików z jedzeniem wszelkiej maści, z ubraniami od rękawków imitujących tatuaże po piżamy i suknie balowe, pięknych rzeczy, które chciałoby się kupić razem z takim kramem, zapakować i wysłać paczką do Polski. A obok tej wioskowo – azjatyckie atmosfery straganików, bazarów i ulicznych jadłodajni panosza się wielkie centra handlowe. Też mają swoje plusy: klimatyzacja, pozwalająca się schłodzić w tej piekielnej temperaturze, zazwyczaj darmowe toalety i wi-fi oraz zimna woda do picia. Są tam centra gier, które wyzwalają w nas chęć rywalizacji i śmiejemy się z siebie nawzajem jak to zawzięcie walczymy o krążek na namagnesowanym pulpicie. Czasem oglądamy różne pierdółki na stoiskach i nie możemy się nadziwić ludzkiej pomysłowości. Szkatułki w kształcie zęba, jakieś dziwne stojaczki, zawieszki mnóstwo tego!
Zresztą obchodzenie stoisk zawsze zaczyna się od działu elektronicznego. Można się pobawić najnowszymi laptopami, szczególnie Mac’ami, i-Podami, zasiąść przed wielkim telewizorem i pooglądać filmy. Ja najbardziej lubię bajki animowane, ale Łukasz zaraz ciągnie mnie do projekcji 3D, więc zakładamy okulary i dajemy się ponieść emocjom.
Wydarzeniem tego dnia pozostanie jednak, zapamiętana na długo, wizyta u stomatologa. Przed nurkowaniem chciałam sprawdzić stan moich zębów, nie kontrolowanych od wyjazdu, więc szukałam punktu, w którym wykonują zdjęcia panoramiczne. W dzielnicy ambasad natknęłam się na małą, przesympatyczną klinikę, w której w cenie zdjęcia dostałam tez wizytę u dentysty, by mi stan moich zębów opisał. Daję słowo: cos takiego spotkało mnie pierwszy raz. Najpierw przecudowna pani poprosiła mnie o wypełnienie ankiety: kiedy ostatnio była u stomatologa, czy mnie coś boli, czy mam alergię itp. Potem zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie (o matko! Jak tu sterylnie i profesjonalnie!!!) lekarz zaczął od przedstawienia mi się (sic!), potem porozmawiał ze mną, by upewnić się na czym mi zależy, obejrzał moje zdjęcia, zwrócił uwagą, co może stanowić problem w przyszłości i skierował na prześwietlenie. Wtedy dwie filigranowe pielęgniarki założyły mi specjalny fartuch ochronny (gdy jedna niechcący pacnęła mnie nim lekko po twarzy, druga ja wyzywała i chciała spoliczkować, ale natychmiast zaczęły mnie bardzo przepraszać – a ja zaskoczona uśmiechnęłam się bezradnie, bo u nas służba zdrowia aż tak się nie przejmuje pacjentami), upewniły się, iż nie mam biżuterii i wprowadziły mnie do specjalnej komory. Szok! Nie wiedziałam jak mam zagryzać, kiedy mogę się ruszać – wszystko mi pokazały i włączyły urządzenie. Różne powłoki zaczęły się kręcić i ustawiać wokół mnie a spiker mówił po angielsku „a teraz się przygotowujemy do…”, „a teraz jesteśmy gotowi”, „a teraz się nie ruszaj”. Rewelacja! A ja tak tkwię w środku z szerokim uśmiechem i nagle pik! Po zdjęciu. Wracam do gabinetu, lekarz podświetla zdjęcie na specjalnym uchwycie przy fotelu dentystycznym i opowiada. Mam bzika na punkcie moich zębów, ale przyznaje on sprawili ogromną radość. Na początek docenił moją kolekcje plomb, licówek i wkrętów… To dobra robota mojego ukochanego stomatologa z Przemyśla – a na zdjęciu wyglądam jak Robocop! Tutejszy omawia ze mną każdy ząb, odpowiada na wszystkie pytania, zapewnia, ze w nurkowaniu nic mi nie przeszkodzi. Potem zalecenia zapisuje na specjalnej karcie i jeszcze raz upewnia się, że pamiętam czym powinnam się zająć w najbliższej przyszłości (gdy będę miała czas).
Przy okazji odbierania wiz do Wietnamu z tej samej usługi skorzystał Łukasz. Różnica polegała tylko na tym, że do założenia mu fartuszka ochronnego dziewczyny musiały użyć stołeczka. I tym razem to ja w poczekalni na miękkim fotelu piłam kawę i oglądałam projekcje możliwych zabiegów i operacji. Potrafią tu czynić cuda!

sobota, 5 marca 2011


14 lutego, poniedziałek
Rankiem lecimy do Bangkoku. Jak dobrze! Auta znowu jeżdżą normalnie, czyli po lewej stronie i nie mamy kłopotów na skrzyżowaniach. Potrawy na przydrożnych stoiskach są znane i lubiane. Ludzie w większości komunikują się po angielsku. Wszystko jest znakomicie przemyślane i zorganizowane. Komunikacja publiczna działa bez zarzutu. I wszędzie są wiatraki albo air conditionery. Ceny są zasadniczo uczciwe a jest tak bezpiecznie, że czasem wręcz zapominamy chronić swoje bagaże. A w naszym ukochanym KC guest housie witają nas z uśmiechem i zmrożoną wodą! I mają dla nas pokój. I działa wi-fi! I za rogiem jest seven-eleven. I czegóż chcieć więcej?



13 lutego, niedziela
Wstaliśmy grubo przed świtem, by zobaczyć jak wioska rybacka budzi się do życia. Przyznaję, że to jedna z tych chwil, gdy docenia się towarzystwo w czasie podróży. Wprawdzie trudno takiego towarzysza dobudzić rano, ale za to spacerując w jego towarzystwie czuję się bezpieczna. Dzięki temu mogę zobaczyć rzeczy, miejsca i wydarzenia, których nie zobaczyłabym podróżując sama. Tak jak wioska czy targ rybny o świcie.


Tyle tam owoców, ryb i innych stworów morskich! Była nawet tanaka – zmielony proszek z kory specjalnego drzewa służący tutaj do ochrony przed słońcem.
O 10:00 czekamy grzecznie na autobus, który ma nas zawieźć do stolicy. Przyjeżdża spóźniony trzy kwadranse. Okazuje się zresztą, że to nie ten. Bo nasz był pełny i już pojechał. No a ten ma popsutą klimatyzację (przy naszych siedzeniach oczywiście nie ma okien, więc jesteśmy skazani na uprzejmość współpasażerów). Autobus wlecze się niemiłosiernie, zatrzymuje się na postoje w drogiej restauracji i jakimś sklepie ze słodyczami, na który najwyraźniej wszyscy czekali, bo jest mocno reklamowany w okolicy. Do Yangonu dojeżdżamy o zmroku. Jeszcze spacerujemy po mieście, jemy kolację i niemałym wysiłkiem drukujemy bilet lotniczy w kawiarence internetowej. Samolot mamy wcześnie rano, więc na wszelki wypadek jedziemy na lotnisko już wieczorem w celu przeczekania w Sali odpraw. Jednak ku naszemu największemu zdziwieniu jedyne lotnisko międzynarodowe w tym kraju jest zamykane na noc! No więc CO MY MAMY ZROBIĆ?! Przemiła obsługa informuje nas, że tutaj nie możemy zostać (a próbowaliśmy rozłożyć się pokotem pod bramą) a 100 metrów dalej jest hotel. Niestety cena wynosi 30 dolarów! Za kilka godzin? Odpowiedź jest szokująca: cena zawiera śniadanie i… transfer na lotnisko!
Wracamy na lotnisko, ale tam definitywnie nie chcą nas przenocować. Łukasz podejrzewa, że za włóczenie się po okolicy mogą nas aresztować (pamiętam informację z któregoś z portali, że w okolicy znajduje się więzienie i turystom nie wolno się tak po prostu włóczyć samopas). Ostatecznie wleczemy się ciemnymi ulicami nocą w poszukiwaniu taniego hotelu. Udaje nam się jednak trafić tylko do równie drogiego jak ten poprzedni. Tu jednak, dzięki zdolnościom negocjacyjnym naszej dwójki, nocujemy za 10 dolarów. Menadżerka chyba na dugo zapamięta parę biedaków z Europy (bo nie sadzę, by pamiętała gdzie dokładnie leży kraj o egzotycznej nazwie Polska).




12 lutego, sobota
Chauna Beach to cudowne miejsce na czilaut. Można skoncentrować się na nicnierobieniu i słodkim nieróbstwie. Za namową naszego boya jedziemy (we trojkę na jednym skuterze częściowo nieutwardzonymi drogami i stromymi stokami)na oddalona o kilka kilometrów plażę. Jeszcze piękniejsza plaża, jeszcze mniej ludzi, jeszcze lepsze zdjęcia… Po odpoczynku do granic znudzenia spokojny powrót brzegiem w promieniach zachodzącego słońca. Mówią, że dla takich chwil warto żyć. Ja myślę, że warto podróżować. Ponosić drobne (i większe) niewygody, zwalczać przeciwności losu. I niech tam sobie złośliwcy siedzą w swoich ciasnych skorupkach i sączą jad. Niech żyją czyimś życiem, bo w ich własnym nic ciekawego się nie dzieje. Ja mam odwagę realizować swoje marzenia. W moim życiu dzieje się wiele, więc dla tych zgorzkniałych tez wrażeń wystarczy. Ale przede wszystkim piszę, by moi przyjaciele i rodzina się o mnie nie martwili, by wiedzieli co i jak robię. Cieszą mnie ich wyrazy wsparcia, opinie i historie o tym, jak moje opowieści zachęciły ich do realizowania swoich marzeń. Coraz częściej dostaję też listy od osób, których nie znam osobiście, a które czytają mojego bloga i twierdzą, że dzięki niemu znajdują w sobie siły, których istnienia się nie spodziewały. Zaskakuje mnie to, ale nie dziwi. Wszyscy mamy lepsze i gorsze chwile, wszyscy potrzebujemy podnoszenia nas na duchu. Ale zawsze musimy pamiętać, że czynienie swojego życia pięknym i szczęśliwym nie wymaga wielu pieniędzy czy „pleców”, a odwagi, pozytywnego myślenia i determinacji. Czasem nieco wsparcia i odrobiny szczęśliwych zbiegów okoliczności. Czy to zbyt wiele? Moja historia pokazuje, że to możliwe. A zatem chyba warto próbować. Powodzenia!













Piątek, 11 lutego
Jest rajsko. Cisza, spokój, przesympatyczni ludzie, fantastyczne okoliczności przyrody. Wstaję w ciemnościach, by obejrzeć wschód słońca. Słońce nie wstaje na plaży, ale nad lasem, w którym skrywa się wioska. Obserwuję ludzi spieszących we mgle do pracy i obiecuje sobie następnego dnia urządzić spacer wśród ich domów z aparatem.
Postanawiamy poeksplorować nieco okolicę. Odwiedzamy lokalny market, kilka sklepików, restauracyjek.
Ponownie próbujemy betelu, ale teraz kozacko życzymy sobie mocniejszy tytoń – taki ze skorpionem na opakowaniu. Żucie tego przez minutę barwi mi ślinę na czerwono, ale to nic. Ważniejsze jak wpływa na organizm. Gwałtownie zaczyna mi się kręcić w głowie, mam nudności i mocno bije mi serce. Robię się czerwona na całym ciele. Trochę wystraszyłam otoczenie, ale po kilku minutach sytuacja wraca do normy. Cóż, najwyraźniej to nie dla mnie. Łukasz proponuje, żebym spróbowała jeszcze raz, a on nakręci filmik. Dziękuje bardzo: NEVER AGAIN!
Będziemy zwiedzać. Mamy do wyboru dwie wyspy: rybaków i opisywana w LP White Sand. Nasz boy hotelowy stwierdził, że bardziej nam się spodoba wioska rybacka na wyspie, bo jest tam cicho, spokojnie i bardzo klimatycznie (tzn chciał to powiedzieć, ale znajomość angielskiego mu na to nie pozwalała). Miał rację. Spędziliśmy kilka godzin na wysepce, oddalonej od Chauna Beach zaledwie kilkaset metrów. Za równowartość dolara pan przewiózł nas na wyspę a potem wypatrzył nas, gdy pojawiliśmy się na plaży i natychmiast po nas przypłynął. Dostał typowo lokalny napiwek – porcje betelu, która nam została. Nie spotkaliśmy żadnych turystów (nawet lokalnych), chociaż obecność kramów z kokosami, suszonymi rybami i pamiątkami z muszelek wskazywała, że czasem się tam pojawiają. Stupa ukryta w skałach, mały mnich obserwujący przez lunetę bielejącą White Sand, umorusane dzieciaki na dzikiej plaży, dziewczyny zbierające kamienie i noszące je na głowach, rybacy reperujący sieci, wielkie kraby kryjące się w dziurach w ziemi i czarne świnie biegające samopas. Spacer po rybackiej wiosce kryjącej się przed żarem słonecznym w cieniu palm rzeczywiście wywarł na mnie niezapomniane wrażenie. Boy hotelowy miał rację. Postanowiłam korzystać z jego rad.






Czwartek, 10 lutego
Popołudnie środowe opisze tutaj, bo należy tematycznie do dni następnego. Otóż po południu przepłynęliśmy jezioro i spieszyliśmy się na autobus do stolicy. Trzeba było do niego dojechać 14 mil. Najlepszą forma transportu są motory, ale nie wolno tu wozić turystów prywatnym transportem, więc musieliśmy wyjść poza miasto (za punkt kontrolny). Po drodze obejrzeliśmy jeszcze bazar z typowo lokalnymi toaletami (a jednak nawet po tylu miesiącach można zostać zaskoczonym!).
Motory to temat na osobną historię. Cena nie podlegała dyskusji, bo ustalał ją nasz przewodnik (przecież oni po angielsku to tylko kilka słów). Ale chłopaki zachowywali się jakby to był spisek o najwyższej klauzuli tajemnicy. Brali go pod rękę, odchodzili na bok i zachowywali się jak w filmach gangsterskich. Wyglądało to trochę podejrzanie, ale z perspektywy czasu wydaje mi się dość zabawne. Zwłaszcza, gdy wiem, co nastąpiło potem. Bo potem kategorii „zabawne” przyznać już nie sposób. Mieliśmy mało czasu, więc zarzuciłam kask na kapelusz i ruszyliśmy. Zanim się obejrzałam, chłopaków nie było widać. Mój kierowca jechał dość „ostrożnie” tzn tylko trochę bałam się, że spadnę na wertepach. Nawet nie za bardzo wyprzedzał, więc tych ciężarówek z naprzeciwka idących na czołowe zderzenie było niewiele. Za to nieznośnie stukał jego pasek od niezapiętego kasku a mnie drętwiały nogi w niewygodnej pozycji. I nigdzie nie widziałam moich towarzyszy. Musieli jechać bardzo szybko. Gdy w końcu do nich dołączyliśmy zobaczyłam obłęd w oczach Łukasza. Jego driver do rozsądnych nie należał, więc niebezpiecznych wjazdów z pobocza na asfalt i mijanek z ciężarówkami było znacznie więcej. Pomyślałam, że może miałam niewyraźną minę i mój kierowca, zobaczywszy ją w lusterku, jechał powoli. A może z natury był spokojniejszy. Tego się już nie dowiem.
Pognaliśmy na dworzec, gdzie nasz przewodnik wytłumaczył nam który przystanek jest nasz i pożegnał się, by wskazać drogę jeszcze jakimś turystom a następnie pojechać do Kalew, gdzie został w przechowaniu nasz zbędny na trasie bagaż. Człowiek orkiestra.
Autobus podstawiony tutaj okazał się całkiem przyjazny, z miła obsługą. Czternaście godzin do stolicy może nie minęło jak z bicza strzelił, ale szczególnie uciążliwe tez nie było. Do Yangonu dotarliśmy około 5 nad ranem. Niestety autobusy na plażę, żeby nieco turystom utrudnić życie, z zupełnie innego 'dworca' (Dagon Ayer High Way Station). Lonely Planet podaje, że jedyny autobus bezpośredni odjeżdża o 7:00,na polskim blogu znalazłam informację, że o 6:00. nie po raz pierwszy, i nie ostatni, LP się grubo mylił. Niestety znalezienie taksówki za przyzwoitą cenę zajmuje dużo czasu. A potem okazuje się, że jedzie z nami jeszcze mnich, którego trzeba odstawić do ekskluzywnej, strzeżonej dzielnicy (reklamowanej na bilbordach w całym mieście). Co prawda fajnie pokręcić się taksą po takim miejscu, ale na dworzec przyjeżdżamy o 6:20. Rzeczywiście LP kłamie z tymi godzinami, a także z cenami. Nie mogliśmy wręcz uwierzyć w ceny jakie nam podano. Czy przed kolejnymi wydaniami książki ktoś w ogóle weryfikuje te informacje?!


Nie ma bezpośredniego autobusu, ale możemy jechać z przesiadką. No więc wsiadamy do dość wygodnego autobusu, który o 8:15 jedzie do Pathein. Mamy komfortowe miejsca na samym przedzie i obserwujemy jak wsiadają kolejni pasażerowie. Dostają od konduktora małe plastykowe krzesełka i znajdują sobie miejsce w przejściu. Po godzinie autobus jest pełen (w cywilizowanym znaczeniu tego słowa) a mali Birmańczycy na małych krzesełkach wyglądają dość komicznie.
Do Pathein dojeżdżamy ze sporym opóźnieniem. Przez przypadek dowiadujemy się, że następny autobus odjeżdża z innego dworca. Już mieliśmy się zdenerwować, gdy uświadomiłam sobie, że jeden z chłopaków mówi chyba po angielsku. Zagadnięty, bardzo chętnie pomógł, wskazując nam bezpłatną taksówkę kolektywną, kursującą do centrum. Dotarliśmy zatem na lokalny dworzec wystarczająco wcześnie, by kupić następne bilety (nie ma miejsc siedzących, ale raczej nie mamy wyboru, bo miasteczko nie oferuje zbyt wielu atrakcji, a my po dobie w autobusach bardo już chcemy na plażę!) i poobserwować życie na dworco-bazarze. Siedzimy sobie przy autobusie i dziwimy się, że nie widać żadnych nerwowych przygotowań. Czyżby miało być jakoś inaczej niż w całej Azji? Bez walki o miejsca w środku? Bez upychania towaru? Ależ skąd! Po prostu jest to wpisane w czas przejazdu i zaczyna się dopiero o oznaczonej godzinie odjazdu. Nie zostajemy wpuszczeni do środka (no ładnie, czyli dostaniemy najgorsze miejscówki…), więc obserwujemy proces wrzucania (dosłownie! Jest tu nawet specjalny chłopak odpowiedzialny za podrzucanie tobołków wystarczająco wysoko) bagaży na dach.
Zostajemy usadzenie na komfortowym silniku z przodu autobusu. Wiele osób nam zazdrości – widzę po ich oczach. Mielibyśmy nawet ładny widok, gdyby przez przednia szybę było cokolwiek widać. Kierowca jednak jakoś daje radę, więc przez następnych kilka godzin bez przeszkód, wolno, górzystą, wąską drogą docieramy na miejsce. Żaden z zapowiadanych czasów podróży nie sprawdził się (w końcu to Birma), ale po dobie w autobusach docieramy do Zatoki Bengalskiej.
Na plaży moc atrakcji ;) - można wypożyczyć rowery, popływać w wielkiej dętce, wypić sok ze świeżego kokosa, zapatrzyć się na latawce, posmakować grillowanej krewetki lub ryby (serwowane nabite na patyk), zakupić „obraz” z owocami morza (zupełnie niesamowite). My owoce morza wybieramy na kolację. W pobliżu hotelu upatrujemy sobie knajpkę, w której jedzenie jest wyśmienite i tanie na tyle, że stać nas, by z każdym dniem zamawiać coraz bardziej wyrafinowane dania. Na początek krewetki, potem ostrygi, langusty, kraby, grillowany tuńczyk i coś, czego polskiej nazwy nie znam. Wszystko tak pyszne! Żałuję, że nie zdążyliśmy spróbować homara i ślimaka morskiego.

piątek, 4 marca 2011













9 lutego, środa
Wstajemy ciemną nocą. Rozgrzewamy się przy ognisku a potem, jeszcze w ciemnościach wcinamy śniadanko. Pyszne, gorące, lokalne, pożywne. Za oknem wstaje dzień. Słońce nieśmiało wylania się zza gór, ludzie śpieszą w pola. Jest jeszcze tak zimno, że chłód przenika do szpiku kości, a ludzie odziani tylko w koszule i sarongi. My tez ruszamy. Jeszcze wśród mgieł, które maluję krajobrazy na niesamowite, niepowtarzalne sposoby. Idziemy szybko, pospiesznie fotografując dzieci, idące do szkoły, te które dziś zostają w domu, by pracować oraz te, które przejeżdżają na motorach, wzbijając tumany kurzu na tutejszych „drogach”. Przy małym mostku spotykamy kobiety, które tłumaczą naszemu przewodnikowi, gdzie w okolicy rosną najlepsze liście na betel. Jesteśmy zadowoleni z siebie, bo już wiemy co to takiego. Ale chłopak opowiada nam nowe rzeczy i teraz nabieramy do betelu należnego mu szacunku. Obiecujemy sobie spróbować go ponownie przy najbliższej okazji.
Napotykamy kilka węży i chociaż na jednego niemal nadepnęłam, to zawsze przed nami uciekają. A są olbrzymie. Nawet przewodnik jest zadowolony, ze wypatrzyliśmy takie okazy.

Czasem zatrzymywaliśmy się, bo ktoś czegoś potrzebował – np. nasz przewodnik podarował mijanej dziewczynie pomadkę ochronną – albo chciał zobaczyć siebie na zdjęciu. Oczywiście plemiona górskie nadal nie przywykły do aparatów, szczególnie z wyświetlaczami i bardzo ich cieszy możliwość zatrzymania obrazu. Zresztą w domu, gdzie jedliśmy posiłek od kilku dni zaledwie był prąd, więc wieś odkrywała właśnie filmy i muzykę na DVD. Cała Birma uczy się dopiero czym jest video, DVD itp. Muzyka zachodnia funkcjonuje tu pod postacią lokalnych przeróbek (co normalne w Azji), dziwnie współegzystujących obok siebie przebojów od lat 70-tych poczynając a na współczesnych kończąc. W „teledyskach” lub po prostu nagraniach z koncertów piosenkarze zabawnie podrygują lun w wersji fabularyzowanej biegają za dziewczyną lub płaczą po jej odejściu. Wszyscy tu nucą lub śpiewają przeboje, w telewizji, w nagraniach odtwarzanych w barach czy autobusach dominuje karaoke.
W południe dochodzimy do Jeziora Inle. Dawno, dawno temu (czyli jakieś 5-6 lat) jezioro Inle słynęło z malowniczego targu na wodzie, który odbywał się co pięć dni. Wciąż jest on reklamowany jako jeden z największych i najbardziej autentycznych w Azji. Tymczasem tego targu już nie ma. Nadmiar turystów wyparł łodzie z pomidorami i plackami. Na lądzie proporcje podobne. Mimo wszystko jednak malownicza okolica oraz piękne jezioro warte są zobaczenia – zwłaszcza podczas kilkugodzinnej wyprawy łodzią. My mieliśmy czas jedynie na motorową łódź – półtorej godziny. Ale i tak warto!
Jezioro Inle należy do największych atrakcji Myanmar. Jest malowniczo położone, ma 22 kilometry długości, 11 kilometrów w najszerszym miejscu, jest bardzo płytkie i ze wszystkich stron otoczone jest górami. Nad jeziorem oraz wśród licznych okolicznych kanałów znajduje się kilka czarujących wiosek z małymi drewnianymi świątyniami i kolorowymi targami. Najciekawsze są wioski wybudowane dosłownie nad taflą jeziora, domy stojące na palach, szkoły, świątynie, sklepy, wszystko metr nad wodą. A przed domami zamiast rowerów stoją zaparkowane łodzie. Nawet ogrody i pola uprawne można w ten sposób zorganizować.
Jezioro Inle to jedna z największych atrakcji Birmy a jednocześnie dom dla około 70 tysięcy ludzi. Większość z nich należy do ludu Intha, który według podań, przybył nad wody jeziora już w XIV wieku z południowej części kraju. Dziś Intha zamieszkują położone nad jeziorem wioski na palach i trudnią się najczęściej rybactwem.