skąd się wzięłam?

Moje zdjęcie
Jestem śliwką. Tworzono juz teorie, że śliwka była owocem grzechu pierworodnego, a nawet że jego przyczyną. Cóż... w dziecięcym wierszyku do fartuszka spadła gruszka, spadły grzecznie dwa jabłuszka a śliweczka... spaść nie chciała! Bo ja zawsze muszę po swojemu :D
Kiedyś przeczytałam, że każda podróż oznacza pewną filozofię życia, jest jakby soczewką, w której ogniskują się nasze marzenia, potrzeby, niepokoje. Co nas łączy, tych którzy wracamy do domu tylko po to, by przepakować plecak i wrócić na szlak, to fakt nieposiadania dostatecznej ilości pieniędzy, które umożliwiłyby realizację planów. Ostatecznie jednak nie ma to większego znaczenia, ponieważ prześladujący nas demon włóczęgi sprawia, że wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi i tak ruszamy w nieznane, nie dopuszczając przy tym myśli o niepowodzeniu swojej wyprawy. Instynkt wędrowania jest silniejszy od nas samych i choć skazujemy się na ryzyko utraty życia, walkę z samotnością, nierzadko zimno i głód, to robimy to... Człowiek nie jest w stanie żyć, gdy przeżywa coś takiego. Jedyne co nam pozostaje, to po prostu zapakować plecak i być gotowym do Drogi...


Prowadź nas drogą prostą Drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany, i nie tych, którzy błądzą.

Keep us on the right path. The path of those upon whom Thou hast bestowed favors. Not (the path) of those upon whom Thy wrath is brought down, nor of those who go astray.

اهْدِنَا الصِّرَاطَ الْمُسْتَقِيمَ صِرَاطَ الَّذِينَ أَنْعَمْتَ عَلَيْهِمْ غَيْرِ الْمَغْضُوبِ عَلَيْهِمْ وَلَا الضَّالِّينَ

czwartek, 28 kwietnia 2011

10 kwietnia, niedziela
Wstajemy przed świtem, żegnamy się z Sharon i jedziemy wypożyczyć motocykl. Wybieramy hondę 125. Wydaje się duża, ale gdy próbujemy przymocować chociaż jeden plecak, przekonujemy się, że widzimy to, co chcemy widzieć. Ostatecznie jedziemy z plecakami na sobie (Łukasz z przodu, ja z tyłu). Po chwili przekonujemy się, że nie działa licznik kilometrów i wskaźnik prędkości.

Plan dnia mamy bardzo napięty. Chcieliśmy być około 8:00 przy podziemnej rzece, ale okazało się, że drogi są bardzo kręte i delikatnie mówiąc w nie najlepszym stanie. Pokonanie 78 kilometrów zajmuje nam dwie i pół godziny. Na miejsce docieram obolała, zmęczona i zrezygnowana. Do El Nino na północy wyspy na pewno w ten sposób nie dojedziemy.

Czeka nas jednak miła niespodzianka. Przy kasie spotykamy polską rodzinę, podróżującą po świecie katamaranem od siedmiu lat. Obowiązki kapitana pełni 9-letni Noe, nawigatora 13-letnia Nel, a majtkiem jest Kazimierz – wystarczająco dorosły, by być także ojcem wspominanej wcześniej załogi. Wynajmujemy wspólnie łódź, a że okazują się świetnymi kompanami, spędzamy razem czas do popołudnia. O projekcie WYSPA SZCZĘŚLIWYCH DZIECI powinnam Wam nieco opowiedzieć sama, bo nie mają swojej strony internetowej ani bloga. A mieliby o czym opowiadać! Lekkość Z jaka opowiadają o swoich przygodach na różnych kontynentach zasługuje na uwiecznienie w książce lub filmie.

Pomyślcie tylko jak to jest, gdy uczycie niesamodzielnie, egzaminy zdajecie w czasie telekonferencji przez Internet (nota bene sami ten system wprowadzacie, żeby nie latać co roku do Polski), mamę widujecie co kilka lat a z przyjaciółkami macie kontakt przez Internet. Jak zawiniecie do dużego portu. Czasem zatrzymujecie się gdzieś na dłużej, np. na rok w Australii, żeby pochodzić do szkoły. Więc lepiej mówicie po angielsku, niż w rodzimym języku. I o wielu krajach wiecie naprawdę bardzo dużo, ale własny słabo pamiętacie. I w wieku kilkunastu lat jesteście chodząca biblioteczka podróżniczo-orzyrodniczo-geograficzno-wizową. I znacie się na mnóstwie rzeczy takich jak budowa i obsługa łodzi, pośrednictwo wizowe, budowa geologiczna różnych części ziemi itd. Więc myślicie i dyskutujecie jak dorośli, i maci konkretny plan na to, czym się będziecie zajmować w przyszłości. I dojrzali jesteście zupełnie inaczej niż wasi rówieśnicy, bo umiecie już współpracować z ekipą przebywającą przez długi czas na bardzo małej przestrzeni, być spolegliwymi i empatywnymi. Trudno mi wyobrazić sobie dorosłe życie, które przebije takie dzieciństwo.
Podziemna rzeka w Sabang zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Za radą Sharon byliśmy Tamm przed tłumami i to się opłaciło.
Sabang okazuje się niewielką turystyczną wioską pod palmami. Turyści wsiadają na bangki (te łódki na moich zdjęciach) i płyną jakieś 20 minut wzdłuż wybrzeża do ujścia rzeki. Bangki dopływają do idyllicznej plaży w zatoczce. Stąd chwila spaceru tu wysiadamy przez dżunglę. Kapitan łodzi odprowadza nas i pokazuje, że w okolicznych zaroślach zamieszkuje spora rodzina małp -werwetów.
Wreszcie ukazuje się wlot korytarza podziemnej rzeki. Tu dostajemy kaski, kamizelki ratunkowe i wsiadamy na wiosłową łódkę z przewodnikiem. Na łodzi jest reflektor, w świetle którego podziwiamy stalaktyty, stalagmity i inne atrakcje.

Rzeka płynie około siedmiu kilometrów przez jaskinie, z czego dla turystów dostępnych jest około 1,5 km. Dopłaciliśmy kilka groszy przewoźnikowi i zabrał nas dalej, do miejsca dokąd daje się dopłynąć łodzią. Resztę można pokonać nurkując co jakiś czas, bo skały zagradzają drogę i jedyne co pozostaje to przepłynąć pod wodą. Czasem to metr, czasem więcej. Ale jak łatwo się domyślić, nie jest to wersja popularna. Ale ten odcinek, gdzie nie wpływają już łodzie z wycieczkami, oświetlony tylko nasza lampą, gdzie tylko nasze głosy odbijają się echem wśród skał… niezapomniane przeżycie! Wszystkie formacje skalne mają swoje nazwy, więc nasz przewodnik nie zostawia zbyt wiele miejsca naszej wyobraźni. Zabawnie dopytuje, czy będziemy sobie tłumaczyć z angielskiego (chyba ma na myśli dzieci) jego opowieści. Biedak nie wie, że te „dzieci” mówią po angielsku znacznie lepiej od niego.


Wracamy przez dżunglę. Bawimy się z małymi żółwiami morskimi. A potem niespodzianka: smoki z Komodo! Fascynowały mnie odkąd Lukasz pokazał mi swoje zdjęcia i filmiki z Indonezji. Bardzo chciałam płynąc specjalnie w okolice Komodo, żeby je fotografować. Chociaż wiem, że Indonezji nie będzie na to czasu… No więc ta niespodzianka – nawet nie pytałam skąd one się tam wzięły – rozwiązała sprawę.





Tylko Łukaszowi nieco utrudniła życie, bo uparłam się, że chcę mieć fotkę z Comodo dragons, i jeżeli potem stwierdzę, że zdjęcie mi się nie podoba, to będziemy musieli pojechać specjalnie na Flores.
Popołudnie i wieczór to mozolna przeprawa motorem do Port Barton. Do Port Barton dotarliśmy dopiero po 5 godzinach jazdy, choć to wcale nie jest daleko. Gdy pytałam o odległości, miałam wrażenie, że podają mi je w milach, tak strasznie ciągnęły się te wąski, kręte, o koszmarnej nawierzchni drogi. Cichy Barton, mający 4000 mieszkańców to raczej osada niż miasto. Tu można z ulga odetchnąć od hałasu wielkich metropolii... Nie jest to jednak miejsce dla tych, co lubią pobalować...

niedziela, 24 kwietnia 2011

9 kwietnia, sobota
Zakładam na siebie wszystkie swoje ubrania i jakoś przechodzę odprawę bez ważenia bagażu podręcznego. Uff!
W 1521 roku, portugalski odkrywca Ferdynand Magellan przybył na Filipiny i przyłączył je do Królestwa Hiszpanii. Kolonizacja wysp rozpoczęła się od momentu pojawienia się na nichMiguela Lópeza de Legazpi, który przybył na nie z Meksyku w 1565 roku. Założył wówczas pierwszą europejską osadę Cebu. W 1571 roku została założona Manila jako stolica Hiszpańskich Indii Wschodnich.
W 1898 roku na Filipinach wybuchło powstanie przeciwko Hiszpanom. W konflikcie uczestniczyły Stany Zjednoczone, w efekcie czego przejęły one kontrolę nad krajem. W roku1916 Filipiny uzyskały poszerzenie uprawnień, a w roku 1934 status niezależnej wspólnoty (Philippines Commonwealth).
W 1946 Filipiny uzyskały niepodległość. W 1965 prezydentem został Ferdinand Marcos. W1986 w kraju dokonał się pokojowy przewrót, w wyniku którego obalona została dyktatura Marcosa, a władzę objęła Corazon Aquino, zwyciężczyni wyborów prezydenckich. W latach 1992-1998 na stanowisku szefa państwa zasiadał Fidel Ramos. W 1998 odbyły się kolejne wybory prezydenckie, wygrane przez Josepa Estradę. W styczniu 2001 Estrada zostałpozbawiony urzędu po oskarżeniu go o malwersacje finansowe. Jego miejsce zajęła wiceprezydent Gloria Macapagal-Arroyo, która wygrała również wybory w 2004. W 2010 na stanowisku zastąpił ją Benigno Aquino III.


Ciekawy pytaniem jest ile wysp składa się na Filipiny.Ponoc ponad 7 tysiecy.najwazniejsze Największe wyspy to:
Luzon - 104 tys. km²
Mindanao - 94,6 tys. km²
Samar - 13,1 tys. km²
Negros - 12,7 tys. km²
Palawan - 11,7 tys. km²
Panay - 11,5 tys. km²
Mindoro - 9,7 tys. km²
Leyte - 7,2 tys. km²
Cebu - 4,4 tys. km²
Bohol - 3,8 tys. km²
Masbate - 3,3 tys. km²

Po 9tej jesteśmy na Palawanie, w Puerto Princessa. Od razu przekonujemy się, że z tym angielskim to nie taka oczywista oczywistość. Obowiązują języki: filipiński (oficjalny, oparty na tagalog), angielski (oficjalny), hiszpański oraz 87 języków i dialektów używanych lokalnie. Hiszpańskiemu zawdzięczam, że ciągle czuję się, jakby obok mnie ktoś rozmawiał po polsku. Ta sama melodia języka! Podobna wymowa.
W PP znajduję IT, mapkę, lokalne jedzenie, publiczną plażę. To znaczy plaża jest prywatna, ale właściciel wpuszcza ludzi za drobną opłatą. Później Sharon (nasza filipińska hościna) opowiada, że to jedyne takie miejsce w okolicy i mieszkańcy miasta musza jeździć wiele kilometrów, by znaleźć plaże i móc pływać w morzu. Trudno to sobie wyobrazić. Lądowanie na tej wyspie było jednym z najwspanialszych doznań w moim zyciu. O ile lądując na Clarku mijaliśmy wulkan, to tutaj myślałam, że lecimy wodolotem! Nie sposób opisać majstersztyku z jakim pilot kluczył, obniżał lot, zmieniał kierunek, a wszystko kilka metrów nad wodą. A przejrzystość wody robiła takie wrażenie!!!

Plaża jest ciekawa, z małymi niby domkami, częściowo w wodzie. Kolor wody zupełnie niesamowity, ludzi prawie nie ma. Cisza, spokój. Już wiem, że jestem w raju. I mogę odespać ostatnie zarwane noce.
Niestety, jest zbyt pięknie, bym mogła spać. Znaczy Łukaszowi się udaje. Szczęściarz. Ja pływam, fotografuję, rozmawiam. Po kilku godzinach mam gotowy plan wynajęcia skutera. Chytry plan, zważywszy, że opanowałam zaledwie podstawy prowadzenia laotańskiego skutera z automatyczną skrzynią biegów.
Popołudniu kręcimy się trochę po mieście. Na bazarze znajduje cudowne lokalne mrożone napoje ze słodkościami w postaci żelków. Korzystamy z neta. Namierzamy rekomendowana szkołę nurkową, która znajduje się na peryferiach i okazuje się być prywatnym domem z gburowatym właścicielem. Natomiast rekomendowana na forach wypożyczalnia motorów to strzał w dziesiątkę. Umawiamy się na następny dzień.

Wieczór spędzamy z Sharon. Przyjechała tu z manili, jest fizjoterapeutką. Najsympatyczniejsza Filipinka, jaka spotkałam! Pokazuje nam okolicę. Uczy nas nieco o lokalnym jedzeniu. Robią tu grilla dosłownie ze wszystkiego. Okazuje się, że moim ulubionym będą grillowanie jelita! Są tez oczywiście różne narządy na patyczkach, maczane w przedziwnych sosikach. Można zjeść tego całą kopę!

sobota, 23 kwietnia 2011

8 kwietnia, piątek
Musimy wyjechać. Mamy lot na wymarzone Filipiny. Ale w Singapurze pozostaje tyle do zobaczenia i do zrobienia! Zostawiamy u Ruth cześć bagażu i jedziemy na lotnisko. Droga do metra okazała się całkiem prosta ale to takie miłe, że tak bardzo się o nas troszczą! Niemiłosiernie zaspani docieramy na terminal budżetowy i… myślimy, ze cos nam się pomyliło. Budżetowy terminal ma mnóstwo restauracyjek, wygodne sofy dla oczkujących i gratisowe podłączenia do Internetu.
Lot jak to lot, nie dostarcza mi już wielu emocji. Odprawa w Singapurze okazuje się bardziej dokładna, niż jakakolwiek inna do tej pory. Po tylu miesiącach (niemal dziesięciu) pierwszy raz mam kłopoty, bo na skanerze znaleźli moje składane nożyczki w kosmetyczce – a tyle co wymieniłam je na nowe, ostrzejsze! Inna sprawa, że Łukasz ma normalne nożyczki do obcinania paznokci, i tych nie zauważają.
Po południu lądujemy w Clark na Filipinach. Wybraliśmy lot tutaj, bo jest znacznie tańszy niż do Manili. Odprawa paszportowa uświadamia nam, ze moglibyśmy zostać tu jeden dzień dłużej, bo tak naprawdę nie liczą 21 dni tylko 21 dób od przybycia. Co innego jednak przyciąga nasza uwagę. Zabudowania lotniska to po prostu stodoła!!! I to jest lotnisko międzynarodowe?! Aż trudno uwierzyć. Wprawdzie jest informacja turystyczna, ale ogranicza się do ulotek o okolicznych, nieziemsko drogich hotelach – potem przekonamy się, że wszystkie hotele na filipinach są straszliwie drogie; wprawdzie jest bankomat, ale wypłacić można maksymalnie 600 zł i pobiera za każdym razem 13 zł prowizji – potem przekonamy się, że dotyczy to wszystkich bankomatów na Filipinach. Lotnisko okazuje się być zamykane w nocy po ostatniej odprawie około 1:00. My mamy odprawę o 5tej rano, wiec nie mamy pomysłu jak tu zanocujemy. Zresztą poczekalnia i tak jest na zewnątrz i wygląda jak przystanek autobusowy. Najwyżej rozwiesimy nasze hamaki 
Natychmiast wsiadamy do autobusu, mającego być transferem na lotnisko w manili, skąd mamy następny lot. Przejazd nie jest nawet bardzo drogi (jak wszystko tutaj z wyjątkiem noclegów), ale trwa niemiłosiernie długo, szczególnie przez miasto.
Stolica (ludność 1,7 mln w 2001 r.; z przyległymi miastami – tzw. Metro Manila – ok. 14,1 mln) robi na nas jak najgorsze wrażenie. Wiemy, że nie jest zbyt bezpieczna, ale gdy po jakimś czasie nawet miejscowi to potwierdzają, włos się jeży na grzbiecie. Wygląda jak miasto ze starych filmów gangsterskich albo o gangach miejskich. Wszystko jest brudne, niemiłosiernie zakurzone. Zakorkowane do granic wyobraźni. Po zmroku widzimy przez okna autobusu wielu policjantów. Nie robi to dobrego wrażenia.
Niestety autobus wcale nie jedzie na terminal. Trzeba się przesiąść i jedyne co tam jeździ to taksówka. Kupujemy więc uliczne jedzenie – od wczoraj prawie nic nie jedliśmy. Miejscowi są uprzejmi ale sarkastycznie żartują „Po co tu przyjechaliście, następnym razem jedźcie do Meksyku”. Dziwne obyczaje. Nie czujemy się zbyt pewnie, więc nie bierzemy tradycyjnego tuktuka, tutaj nazywanego trycyklem, lecz konwencjonalna taksówkę. I dobrze. Jedziemy z kwadrans ciemnymi uliczkami, jakąś autostrada czy czymś takim, ludzie za oknem wyciągają ręce po jałmużnę…
Za to widok terminala (nawet tego krajowego!) zdecydowanie poprawia nam humory. Jest bardzo elegancko, przestronnie, czysto. W biurze AirPhilExpress bezskutecznie próbujemy załatwić nasz problem z biletami (kupiliśmy bilety z manili do Puerto Princessa, ale po tygodniu nadal nie było potwierdzenia ani nie zaksięgowano przelewu, więc po 10 dniach kupiliśmy jeszcze raz i wtedy ściągnęło mi kasę z konta za pierwszy lot. Nadal nie dostałam potwierdzenia rezerwacji, za to komplet dokumentów przyszedł bardzo szybko. Niestety kompania nie odpowiada na maile. Tutaj także kazano nam pisać maila. Następne bilety kupiliśmy więc u konkurencji – w Cebu Pacific.
Noc spędziliśmy na lotnisku, jedząc tanie filipińskie zupki chińskie z lotniskowego marketu, jakieś zestawy podgrzewane w mikrofali i pijąc mnóstwo kawy. Bardzo fajne, przyjazne lotnisko. Wprawdzie nie działa mi darmowe wi-fi, ale jest bardzo przyjaźnie, czysto i wygodnie. Jedyne co mnie martwi, to jak mój bagaż przejdzie odprawę. Wykupiliśmy tylko podręczny (7 kg) a waga wskazuje 11 kg. Do tego mój nowy plecak, kupiony w Tajlandii na promocji firmowy plecak z odpinanym malutkim, okazuje się być jakiś ogromny i przyciąga uwagę, zarówno podróżnych, jak obsługi.

środa, 20 kwietnia 2011

8 kwietnia, piątek
Musimy wyjechać. Mamy lot na wymarzone Filipiny. Ale w Singapurze pozostaje tyle do zobaczenia i do zrobienia! Zostawiamy u Ruth cześć bagażu i jedziemy na lotnisko. Droga do metra okazała się całkiem prosta ale to takie miłe, że tak bardzo się o nas troszczą! Niemiłosiernie zaspani docieramy na terminal budżetowy i… myślimy, ze cos nam się pomyliło. Budżetowy terminal ma mnóstwo restauracyjek, wygodne sofy dla oczkujących i gratisowe podłączenia do Internetu.

7 kwietnia, czwartek
Bardzo staraliśmy się nie zaspać tym razem, ale gdy obudziłam się koło dziewiątej, zrozumiałam, że znowu nic z tego nie wyszło. Cudowna, ciepła i uśmiechnięta mama Ruth pocieszyła mnie, że to dlatego, iż w okolicy jest tak cicho, że dobrze się tu odpoczywa. Poczułam się rozgrzeszona i z solenną obietnicą w duchu, iż dziś wrócimy wcześniej, by spędzić wieczór z naszą hościną, ruszyliśmy do Ford Center. Nie wiem jak Was, ale mnie plakat zachęcający do donoszenia na siebie nawzajem nadal bawił i przerażał jednocześnie.
Tak, jak w całej południowo – wschodniej Azji, tutaj także jedną z najważniejszych spraw jest jedzenie. Często można tu usłyszeć na powitanie, podobnie jak np. w Malezji czy w Chinach, zamiast „jak się masz?”, pytanie „czy już jadłeś?”. Singapurczycy często spotykają się przy jedzeniu, wtedy też omawiają ważne sprawy, dużo rozmawiają o jedzeniu, przy czym bardzo ważne dla nich jest to co i z kim jedzą, a miejsc do biesiadowania mają pod dostatkiem – można wybierać spośród wielu wspaniałych dań kuchni chińskiej, tajskiej, malajskiej, indyjskiej oraz przeróżnych restauracji zachodnich.


Jeździmy komunikacja publiczną. Wszystko tu jest tak łatwe i świetnie opisane/zilustrowane. Na schodach tak zwykłych jak i ruchomych można zauważyć szczegółowe instrukcje dotyczące ich bezpiecznego użycia. Strzałki na peronach kolejki MRT instruują podróżnych, gdzie mają stać w oczekiwaniu na pociąg, by umożliwić innym pasażerom jego spokojne (i bezpieczne!) opuszczenie. Miły, kobiecy głos z megafonu informuje o tym po której stronie ruchomych schodów należy stać, o nadjeżdżającym pociągu i o tym, że wysiadający pasażerowie mają pierwszeństwo. Instrukcje są przejrzyste, znakomicie umieszczone. Nie sposób ich nie zauważyć. Wszystko zorganizowane po prostu perfekcyjnie. Większość mieszkańców wyspy pokłada spore zaufanie w swoim rządzie i jest dumna ze swojego państwa, nazywając siebie samych Singapurczykami (niezbyt lubią mylenie ich z Chińczykami z Chin). Mimo, że zdają oni sobie sprawę z tego, że nie mają właściwie żadnego wpływu na decyzje podejmowane przez rząd, a także z tego, a media są tu kontrolowane i cenzurowane, w większości opowiadają się przeciwko jakimkolwiek próbom zmiany dotychczasowego porządku. Wierzą oni, że próby buntu mogą doprowadzić do chaosu i anarchii, co wydaje im się rzeczą najgorszą.

Dziś czas na znaną na całym świecie singapurską rozrywkę na wysokim poziomie. Po godzinnej jexdzie klimatyzowanym autobusem, wysiadamy w największym centrum handlowym w jakim bylam. Na godzine utykamy w sklepie National Geografic. Nic nie kupuję, bo ceny mnie powalają, ale fotografuję i oglądam ile się da. No a potem na wyspę rozrywki – Sentosa! O wyspie napiszę krótko, bo maja swoją stronę internetowa i tam wszystko jest. Na wyspę wiedzie przepiękna promenada, dlugości około kilometra z pasami transmisyjnymi jak na lotniskach (wówczas wstęp wynosi 1 dolara singapurskiego). Można też wjechać specjalna kolejką (5 dol). Jest to wyspa, na której można zrealizować chyba wszystkie dziecięce marzenia korzystając z rollcosterów, kin z filmami 4d, parkami przypominającymi oceanaria, insektaria itp. Po przeanalizowaniu naszych oczekiwań z pomocą przesympatycznej dziewczyny w centrum obsługi klienta, wybieramy wejście do UNIVERSAL STUDIO. Akurat jest promocja na płatności kartą MasterCard, do tego taniej bo zwykły dzień tygodnia a ludzi mało.
No więc inwestujemy po 100 zeta od osoby za dzień szaleństw. Uwierzcie, warto!

Najważniejsze to właśnie otworzyli dwa rollecostery, które uruchomiono dopiero teraz, choć park rozrywki działa od roku. Nawiązują do jakiegoś filmu s-f więc jeden jest „ludzki” i siedzi się normalnie a obok jest drugi „potworowy” i się wisi. Ten jest „even better”. Po zejściu z takiego „statku powietrznego” ludzie mają problemy z chodzeniem. Ale my szybko się przyzwyczajamy. Więcej, Łukasz nie mieści się w rozmiarze azjatyckim i musi siedzieć w środku lub z przodu – te wersje wybieramy i opieczętowani specjalnymi znacznikami jeździmy na pierwszej „kanapie”. Wrażenia nieporównywalnie większe! Przyspieszenia wgniatają w fotel, zjazdy w dół, szczególnie do tunelu z parą wodną, wirowanie nad miastem głowa w dół… szczególnie podoba mi się, gdy zapada zmierzch i miasto migocze tysiącami świateł.


Są jeszcze inne rollecostery – tematycznie w każdym z filmów: w Far Far Away lata się na smoczych (trochę dziecięce, ale tez fajne), w świecie starożytnego Egiptu („Uciekająca mumia”) jeździ się w ciemnościach, rozbłyskują projekcje monstrum lub przemawia szaleniec z filmu, potem wbijasz się w ścianę, cofasz się i spadasz w przepaść i tak w kółko. Mnóstwo fajnego wrzasku. Za to w „Jurasic Park” pływa się łodzią ratunkową i tez starszą dinozaury, specjalne platformy podnoszą w górę i rzucają z kilku metrów na tafle wody. Oczywiście wychodzimy kompletnie przemoczeni, bo pożałowaliśmy na płaszcze przeciwdeszczowe.


Wszystkie rzeczy należy zostawić w szyfrowanych na datę urodzin i ulubiony kolor szafkach (raz zdarzyło się że ktoś podał taki sam układ co Łukasz!) na pół godziny bezpłatnie, więc po każdym zjeździe przychodzimy zmienić szafkę. Plecaki mamy wypchane jedzeniem, bo zgodnie z tym, co mówiła Ruth wszystko tu jest masakrycznie drogie. Tylko woda do picia jest gratis w takich kranikach jak na amerykańskich filmach, więc co chwila napełniamy butelkę, bo straaaasznie tu gorąco!


Jest oczywiście studio z efektami specjalnymi Stevena Spielberga, które bawi i straszy; jest pokaz tańczących i śpiewających rocka potworów; jest kino z filmem 4d – specjalny odcinek Smreka, w którym lord Furklad jest duchem i porywa Fionę, by uśmiercić ja w wielkim wodospadzie a bohaterów ściga Smok z kamienia ziejący prawdziwym ogniem. Fotele podskakują, buchają parą a specjalne okulary oczywiście pozwalają latać razem z Osłem. Z Osłem mam zdjęcie 

Niestety przegapiliśmy pokaz „Podwodnego świata”, gdzie można dotykać morskich zwierząt. No i „Madagaskar” jest jeszcze w budowie. Ale wkrótce otwarcie, więc może następnym razem.


Wychodzimy o zmroku. Widoki zapierają dech w piersiach. To, co było piękne i eleganckie za dnia, teraz jest rozświetlone znakomicie skomponowanymi światłami. Cudownie.

Wieczór spędzamy z Ruth i jej rodziną. Jest już późno, gdy Łukasz wspomina, ż enei udalo nam się zakosztować zupy, będącej lokalna specjalnością (z kośćmi, z których wyjada się szpik). Ruth natychmiast zabiera nas na spacer i długo w noc włóczymy się po lokalnych knajpkach, alejkach i parkach. A potem oglądamy razem BBC, bo na necie (Ruth ma wi-fi) zobaczyliśmy nowe doniesienia z Japonii i cala rodzina poruszona zasiadła w salonie przed wielkim telewizorem. Zasypiając przyjmujemy propozycje mamy Ruth. Rano możemy pospać kwadrans dłużej, bo zawiezie nas na najbliższą stacje metra (wszyscy obawiają się, że moglibyśmy się zgubić, bo droga jest ponoć źle oznaczona).

niedziela, 17 kwietnia 2011

6 kwietnia, środa
Rano zaczynamy od wizyty w pobliskim FOOD CENTER. Wielka hala z mnóstwem punktów gastronomicznych. Z trudem wyszukujemy cos przypominającego potrawy znane nam z innych krajów azjatyckich. Wszystko tu wygląda inaczej. Jest sterylnie czysto. Plakaty zachęcają klientów do telefonowania lub esemensowania pod specjalny numer telefonu jeśli restaurator włoży palec do zupy lub popełni jakieś inne wykroczenie przeciwko higienie. Rozkładamy mapę, którą wzięłam z lotniska i planujemy pierwsze przejazdy. Na mapie oczywiście singapurski Lew. Wizerunek posągu Merlion jest znanym symbolem Singapuru, używanym do 1997 jako logo przez singapurską izbę turystyki.

Państwo Singapur położone jest na wyspie Singapur o powierzchni 572 km² wraz z grupą otaczających ją wysepek. Powierzchnia lądowa Singapuru ulega stałemu wzrostowi na skutek prac prowadzonych nad pozyskaniem lądu od morza. Są one również źródłem zatargu z sąsiednią Malezją. Z Półwyspem Malajskim wyspa Singapur połączona jest za pomocą nasypu (The Causeway) w północnej części wyspy oraz mostem Tuas Second Link w jej zachodniej części. Najważniejsze z pozostałych 54 wysp to: Jurong Island, Pulau Tekong, Pulau Ubin i Sentosa.

Dziś planujemy zwiedzać wyspę główną. Zaczynamy od Chinatown. Nasza gospodynie jest Chinką z pochodzenia (jej rodzice między sobą rozmawiają po mandaryńsku, z nią zresztą raczej też a z nami po angielsku, choć widać, że to język wyuczony; Ruth jest dwujęzyczna). Łukasz był już w Singapurze dwa lata temu i te dzielnice zna najlepiej. Więc jedziemy.

Po wyjściu z metra niemal mdleję. Nie mogę złapać oddechu. Do tej pory niemal cały czas przebywamy w pomieszczeniach z klimatyzacją (mamy klimę w pokoju, jest w autobusach – ustawiona na mrożenie, jest w metrze a nawet na otwartych przestrzeniach jest nadmuchiwane zimne powietrze). Gdy wychodzimy na ulicę (w dochodzi południe, bo srodze zaspaliśmy) uderza w nas fala rozpalonego powietrza. Wchodzimy wiec do centrum handlowego by przygotować się na starcie z żarem powietrza i… trafiamy w objęcia utalentowanych chińskich handlarzy. Z trudem udaje mi się nie kupić zestawu obiektywów i filtrów w pierwszym stoisku! Są naprawdę świetni!!! I znakomicie znają się na swojej pracy. Przedzieram się między fascynującymi stoiskami, powtarzając sobie w duchu, że „nie chcę nic kupić” tak skutecznie, ze w końcu nie kupuje nawet tego co naprawdę mi się podoba…

Wpadamy na stoisko „wszystko z duriana”. Obiecywaliśmy sobie już dawno durianowi ucztę w Singapurze, więc decydujemy się na początek na naleśniki z duriana. Naleśniki są na gorąco a pasta z duriana zmrożona niczym lody. Moje zmysły szaleją! Nie sposób opisać tych doznań smakowych. Jest to wrażenie w najwyższym stopniu DZIWNE.

Chodzimy uliczkami Chinatown, wchodzimy do świątyni. Niesamowita! Z zewnątrz wygląda zwyczajnie, ale w środku błyszczy zlotem i drogimi kamieniami. Jest kilkupiętrowa, a na kolejnych piętrach przeplatają się muzea, sklepy, restauracje, ogrody-tarasy widokowe i sanktuarium z zębem Buddy. Przy stoliczku siedzi mnich w atmosferze tradycji – i pod blatem stolika esemesuje z ultranowoczesnej komórki!

Ruszamy na spacer ulicami miasta. W zabudowie Singapuru przeważają wysokie wieżowce. Sercem miasta jest stara dzielnica kolonialna. Znajdują się tu gmachy rządowe, kościoły, hotele, kluby sportowe, luksusowe domy mieszkalne oraz nowoczesne drapacze chmur. Do zabytków z czasów kolonialnych należy odlana z brązu statua Tomasa Stamforda Rafflesa, neogotycka katedra św. Andrzeja i budynek ratusza. W mieście istnieje wiele świątyń buddyjskich, taoistycznych, hinduistycznych i meczetów. Interesujące zbiory sztuki azjatyckiej i europejskiej można zobaczyć w kilku muzeach (Narodowym, Sztuki i Azjatyckim).

Pomimo gęstej i systematycznie rozrastającej się zabudowy w Singapurze można znaleźć urocze miejsca do wypoczynku. Na wspaniały park rozrywki zamieniono jedną z wysp – wyspę Sentosa. Zbudowano na niej oceanarium, w którym można m.in. odbyć spacer przeszklonym korytarzem umieszczonym pod jednym z głównych akwariów. Na wyspie istnieje także wodny park rozrywki, ogród botaniczny oraz muzeum motyli, w którym można obejrzeć około 60 gatunków żywych okazów. Na wschodnim wybrzeżu głównej wyspy znajduje się także krokodylarium, w którym żyje ponad 1800 krokodyli pochodzących z Azji, Afryki i Stanów Zjednoczonych.
Popołudnie spędzamy w Muzeum Sztuki Azjatyckiej. Jest to miejsce tak wyjątkowe, że należy mu się osobny artykuł. 13 ekspozycji z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć techniki, dotykowymi wyświetlaczami, idealnym oświetleniem, kącikami zabaw dla dzieci (w których znakomicie się bawimy). Po kilku godzinach musimy wyjść, bo zamykają.
Wieczorem spacerujemy po nabrzeżu. Jest cudownie oświetlone, zorganizowane jak wielki park rozrywki. Eleganckie restauracje są dla nas za drogie, więc oglądamy tylko wystawy najdroższych sklepów świata na najdroższej chyba ulicy świata Orchad Road. Wielkie zielone drzewa a w ich koronach śpiewają ptaki!!!
Na kolacje jedziemy do dzielnicy indyjskiej. Dzielnica Małe Indie ulokowała się wokół Serangoon Rd, na północ od kolonialnej dzielnicy. Unoszący się w powietrzu zapach przypraw stanowi jej nieodłączną część, podobnie jak muzyka filmowa z Bollywood i malownicze boczne uliczki. Turystów straszy się brudem i chaosem tu panującymi, ale i tak jest o niebo czyściej, niż w prawdziwych Indiach.


Little India Arcade z licznymi ciekawymi sklepami stoi naprzeciwko gwarnego targu Tekka Centre. Świątynia Sri Veeramakaliamman (141 Serangoon Rd, poświęcona bogini Kali, jest jedną z najpopularniejszych wśród Tamilów. W buddyjskim sanktuarium Sakaya Muni Buddha Gaya, zwanym Świątynią Tysiąca Świateł, znajduje się 15-metrowy posąg siedzącego Buddy. Podobno w zapuszczonych alejkach za Desker Rd mieszczą się niesławne domy publiczne, ale tam się o nocy nie zapuszczamy. Wystarcza mi indyjska kawa z mlekiem. Niestety wszystko tu smakuje inaczej… Może jest za czysto?
c.d.
Popołudniu mamy lot do Singapuru. To miasto-państwo położone na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego, liczy zaledwie 639 km2 powierzchni (w tym ziemi ornej 2%), ma około 3,2 mln mieszkańców, jest zlokalizowany na granicy Oceanów Spokojnego i Indyjskiego, w miejscu gdzie przecinają się główne drogi morskie łączące Indie, południowo-wschodnią Azję i Daleki Wschód. Nazwa Singapur pochodzi od dwóch sanskryckich słów: singa (lew) i pura (miasto), stąd niekiedy stosowana nazwa Miasto Lwa.

Przeczytałam, że kraj tej jest urzeczywistnieniem myśli wielkiego chińskiego filozofa Konfucjusza o państwie idealnym. Oczywiście pamiętam, ze Platon ledwie zdążył uciec, gdy jego idee państwa wcielono w życie a co wyszło z pomysłów Marksa i Engelsa także wszyscy wiemy. Nie mam więc zaufania do idei państwa idealnego. Tym bardziej interesująco będzie przekonać się o tym na własne oczy.
Singapur to państwo nowoczesne, troszczące się o obywateli, pełne rygoru i dyscypliny, ze sprawnie działającą i nieskorumpowaną administracją. Gdy po dwóch dniach zaskoczona zapytam nasza hościnę Ruth dlaczego nigdzie nie widać policji zaskoczona odpowie: „Po co? Przecież jest bezpiecznie!” I rzeczywiście. Jest bardzo bezpiecznie, sterylnie czysto i niesamowicie nowocześnie. A przy okazji kosmicznie drogo.

Przy punkcie odprawie celnej czytam napis (spodziewałam się czegoś takiego po przeczytaniu relacji, więc byłam bardzo ciekawa czy to prawda) w języku angielskim: „zakaz wwożenia gumy do żucia” Jest to przepis jak najbardziej aktualny, wynikający z zakazu żucia gumy w tym państwie. Przepisy regulują tu każdą najdrobniejszą aktywność. Już na lotnisku spotykam się z ich pełnym wachlarzem. Zgodnie z singapurskimi przepisami celnymi całkowitym zakazem wwozu objęte są:
– alkohole i papierosy oznaczone Singapore duty not paid;
– papierosy oznaczone symbolem „E” na opakowaniach;
– guma do żucia (z wyjątkiem gumy do żucia do celów leczniczych);
– tytoń do żucia;
– zapalniczki w kształcie pistoletów;
– kontrolowane leki i środki psychotropowe;
– zagrożone gatunki zwierząt i produkty z nich;
– sztuczne ognie, petardy i inne fajerwerki;
– obsceniczne artykuły, publikacje, nagrania wideo i software;
– reprodukcje/kopie publikacji objętych prawami autorskimi;
– materiały o charakterze buntowniczym i wywrotowym.

Po wyjściu na ulicę, w metrze, w autobusie, na przystanku, w toalecie, itd – po prostu wszędzie różnorakie znaki zakazu lub instrukcje postępowania np. zalecenia dotyczące mycia rąk w dziewięciu etapach. I chociaż po przylocie do tego państwa byłam straszliwie głodna i to, chociaż zrobiliśmy zakupy w lotniskowym markecie, to baliśmy się jeść w miejscach publicznych. A więc w autobusie czy na przystanku. Uważałam, żeby nie upuścić czegoś, bo karzą za śmiecenie; żeby przechodzić w miejscach dozwolonych; żeby wsiadać i wysiadać z autobusu zgodnie z instrukcją…

Wieczorem docieramy do naszej hościny z CS Ruth, która opowiada nam do późna o swoim mieście i pomaga zaplanować następny dzień. Z głowy zapisuje nam na karteczkach numery autobusów i stacje przesiadkowe, cytuje statystyki i żartuje na każdy temat. Niesamowita kobieta!
5 kwietnia, wtorek


Niemal nie spałam tej nocy z powodu komarów. Zastosowaliśmy kremy przeciwko owadom latającym z DETem, elektrycznego „zabójcę” i spiralę zapachową (taki lokalny wymysł, niesamowicie skuteczny, nawet na otwartej przestrzeni). Niestety nic nie pomagało. Najpierw budziłam się z bólu (jakoś wyjątkowo złośliwe te komary się zrobiły), a potem (czyli od pierwszej w nocy) już wcale spać nie mogłam. Plus taki, że w końcu zrezygnowałam ze spania i uzupełniłam nieco pamiętnik (i bloga).

Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie świątyń. Chiang Mai to miasto trzystu świątyń, a my pomimo, ze tu mieszkaliśmy nie zwiedzaliśmy ich jakoś specjalnie. Uparłam się, że bez zobaczenia przynajmniej dwóch z tych trzech najważniejszych nie wyjadę. Zjedliśmy więc zupkę tom yam z owocami morza na ostro z ryżem i zaczęliśmy zwiedzanie.


Chiang Mai jest ważnym centrum kulturalnym i religijnym, słynie z przyjemnej atmosfery i pięknej scenerii. Miasto obfituje w świątynie, muzea, bazary, knajpki, restauracje i wiele innych atrakcji. Jedną z największych atrakcji Chiang Mai są liczne świątynie, jest ich ponad 300, a wiele zasługuje na miano najpiękniejszych w kraju, szczególnie Wat Phra Singh, Wat Phrathat Doi Suthep, czy Wat Chedi Luang.
Wat Phra Singh wzniesiony został w 1345 roku przez króla Pha Yoo, dla uczczenia jego ojca – Khama Fu.
Bezcennym skarbem świątyni są manuskrypty zapisane na liściach palmowych oraz teksty i scenki rodzajowe pokrywające jej ściany. Na malowidłach są uwiecznione sceny z życia codziennego XIV-wiecznych Tajów, ich dawne obyczaje i stroje. W świątyni tej przechowywane są także niezwykle cenne wizerunki Oświeconego np. Phra Phutthasihing Buddha z XIV w.


Wat Chiang Man to najstarsza ze wszystkich świątyń miasta, wzniesiona w 1296 r.Na mnie nie zrobiła absolutnie żadnego wrażenia. Stoi w miejscu, gdzie niegdyś mieszkał król Mengrai (założyciel miasta), zanim jeszcze powstało miasto. Lokalnym skarbem przechowywanym w tej świątyni są figurki Buddy, kamienna – Phra Sila Khao i wykonana z kryształu – Phra Setangamani (podobno posiada ona moc wywoływania deszczu). Ten kompleks świątynny słynie ze swej doskonale zachowanej chedi, wzniesionej na czworokątnej podstawie, dźwiganej przez 17 stiukowych słoni.


Świątynia Wat Chedi Luang określana bywa mianem „Filaru Miasta”, ponieważ znajduje się dokładnie w jego centrum, przy Prapokklao Road. Najbardziej charakterystyczną budowlą tego zespołu świątynnego jest masywna, kwadratowa chedi.
Tajowie wierzą, że we wnętrzu świątyni Wat Chedi Luang przebywa duch znany jako Prueksa Thevada, który strzeże miasta od wojen i zamieszek, a także dba o to, by deszcz spadł w porę. W związku z tym duch-strażnik cieszy się wielkim szacunkiem rolników. Podobno przechowywano tu także posąg Szmaragdowego Buddy (dziś znajduje się w Bangkoku)



Nie zdążyliśmy tylko pojechać do Wat Phrathat Doi Suthep przez niektórych uważanej za symbol i jedną z najwspanialszych świątyń Chiang Mai. Ta świątynia położona jest poza centrum, na wzgórzu. Podobno rozciąga się stamtąd wspaniały widok na panoramę stolicy prowincji.
4 kwietnia, poniedziałek


Jutro lecimy do Singapuru, który jest legendarnie drogim państwem, więc dziś jest ostatni dzień na załatwienie spraw zdrowotnych. Zresztą Tajlandia słynie ze swojej opieki zdrowotnej na wysokim poziomie za niskie pieniądze. Czytałam, że w sytuacji gdy ktoś w Azji potrzebuje operacji lub szybkiej pomocy lekarskiej, ubezpieczyciele przewożą najchętniej właśnie tutaj. No więc wzięłam moja listę symptomów i poszłam do znanego mi już szpitala. Miałam już swoją kartę z kodem paskowym i można powiedzieć, ze po kilku wizytach byłam już stałym klientem  Zaskoczeniem dla mnie były tym razem tłumy oczekujących. Jednak białych turystów obsługiwano chyba poza kolejnością, bo już po chwili byłam w gabinecie mierzenia objawów życia.
Gdy pielęgniarka zapytała z czym przyszłam, podałam moją listę. Trochę się zdziwiła, ale co tam. Czekała mnie jeszcze rozmowa z lekarzem. O dziwo wystarczyło mi znajomości angielskiego hihihi zarówno na opisanie objawów, jak i na badania i omówienie testów do wykonania. No więc znowu kompletne badania, godzina oczekiwania na wyniki i… nic!
Okazało się, że jestem zupełnie zdrowa. Co oczywiście bardzo mnie uszczęśliwiło, jeszcze bardziej jednak zaskoczyło. Przez ostatnie dni czułam się fatalnie, byłam pewna, że znowu mam jakiegoś lokatora, znaczy pasożyta. Często i mocno bolały mnie różne części mojego ciała. Stwierdziłam u siebie nawet zmiany osobowości. A okazało się, że jedyne, co można zdiagnozować medycznie to… niestrawność! Lekarz dokładnie omówił ze mną moja dietę, wyjaśnił wpływ azjatyckiego jedzenia, szczególnie warzyw, na mój organizm i zalecił więcej europejskiego jedzenia.


Dało mi to do myślenia. Jeżdżę sobie już dziesiąty miesiąc, jem lokalnie i generalnie dobrze to znoszę. Może jednak nasze europejskie organizmy są zaprogramowane inaczej niż tutejsze. Chociaż w Indiach to lokalni mieli ogromne problemy w toalecie. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałam, że należy jeść tam gdzie miejscowi. Ale to nie takie proste. Jeśli miejscowi są biedni, to jedzą tam gdzie jest tanio, niezależnie od tego czy jest czysto i zdrowo. Potem mają spore problemy gastryczne, ale nie maja innego wyjścia jak jeść tanio. Z drogiej strony jedzenie w drogich restauracjach nie gwarantuje niczego, bo kuchnie są niedostępne oczom klientów. W tych ulicznych przynajmniej widać, czy kucharz myje ręce.


Menu? Taki ryż na przykład wydaje się dobry na wszystko. Ale ile można go jeść i w jakich kombinacjach? Nieznane naszej kuchni warzywa sprawiają, że stolec przybiera wszelkie znane w przyrodzie barwy, że o kształtach nie wspomnę. Mogłabym teraz prowadzić wykłady z tej materii.



Po obiedzie szukam stomatologa. Jest z tym mały kłopot, bo w Tajlandii nie funkcjonuje państwowa opieka stomatologiczna, zaś prywatne gabinety nie tylko są, co oczywiste, drogie. Specjaliści przyjmują wieczorami. Nie mogę wiec znaleźć nikogo, kto zająłby się mną „od ręki”. W jednym z gabinetów przyjmuje młoda pani doktor, ale gdy siadam na fotelu stwierdza, że jeden ząb należy leczyć kanałowo, co w ogóle nie wchodzi w grę w tym miejscu, a drugi – cóż, dziura jest za duża i ona nie podejmie się rekonstrukcji. Kiedy niby ona się zrobiła taka duża?! Próbuję jeszcze w kilku miejscach, ale wszyscy są zbyt odpowiedzialni, by podjąć czegoś, do czego nie maja kompetencji. Nie to co u nas. W końcu starszy doświadczony stomatolog ogląda mojego zęba i stwierdza, że nie trzeba jednej wielkiej plomby (czyli specjalistycznego leczenia podobnego do robienia koronki), bo wystarczy zrobić trzy małe plomby dookoła. Skoro tak, siadam na fotel. Po zastrzyku znieczulającym, trzech kwadransach borowania z chustką operacyjna na twarzy i odsysaczem w ustach, mam nowe plomby i ząb nie boli. Wprawdzie powoli odrętwienie puszcza, ale wierzę, że będę mogła nurkować.
3 kwietnia, niedziela
Nie ma o czym pisać. Źle się czułam i cały dzień spędziłam w łóżku. Jutro pójdę do stomatologa z bolącym zębem i do lekarza. Zrobiłam sobie listę objawów. Wyszła mi cała strona sporego notatnika. Korzystając z wi-fi w pokoju przetłumaczyłam sobie to na angielski i przygotowuję się do wizyty.
*Pisze z dwutygodniowym opóźnieniem, więc nie martwcie się o mnie. Następnego dnia wykonano wszelkie możliwe badania i okazało się, ze wszystko jest w porządku. Teraz mam nadzieję, że mój ubezpieczyciel zwróci mi poniesione koszty.

środa, 13 kwietnia 2011

2 kwietnia, sobota

Jak to w sobotę, najciekawszy jest wieczór. A tej soboty pierwszy raz zobaczyłam walki Muay Thai na żywo. Wcześniej widziałam (i nagrywałam) sparingi, więc miałam pewne wyobrażenie. A na walce nie byłam, bo przy poprzedniej bytności w Chiang Mai byłam zbyt chora, zaś w Bangkoku walki na Lumpini Stadion okazały się zbyt drogie.
Atmosfera. To najważniejsze. Korytarz prowadzący do sali głównej wymalowany w sceny walk. Niezłe. Mijam Tajów krzyczących, nawołujących na walkę. Robi się gorąco. Mamy rezerwację, wiec spokojnie zajmujemy miejsca. Gra muzyka, wokół ringu stoliki a za nimi bary. Konkurujące o klientów. Uprzejme Tajki uwijają się między gośćmi zachęcając do zakupu drinków. Cholernie drogich drinków. Nawet Anglicy siedzą przy małym piwie. Bo na razie większość widowni stanowią biali turyści. A więc trafiliśmy w miejsce dość turystyczne. Tajowie z klubów przychodzą tylko na walki swoich zawodników albo na te walki, po których spodziewają się szczególnych emocji. Bilety są dość drogie niestety. Dziś w programie osiem walk plus jakaś specjalna – zobaczymy co za niespodziankę szykują. Dochodzi 21:30 – światła zaczynają migać i z głośników słychać szlagiem „We are the champions”. Za nami pijana Tajka w wieku dojrzałym, towarzysząca Białasom, głośno pokrzykuje.

Pierwsze walki to zawsze starcia początkujących. Ależ to jeszcze dzieci! Chłopcy z okolicy, tak drobni, że chciałoby się powiedzieć, iż powinni spać już o tej porze, zgodnie z klubowymi rytuałami, tańczą (w znaczeniu tańca rytualnego, ale nie jestem specjalistą, wiec nie jestem pewna czy ten czasownik oddaje istotę zjawiska) przed walką i kłaniają się w narożnikach na cztery strony świata. Widać, że bardzo poważnie do tego podchodzą. Wiedzą, że reprezentują swoja szkołę. I że ich zachowanie jest wyrazem szacunku do przeciwnika. Patrzą na nich rodzina i przyjaciele. Pierwsza walka to bardzo ważna chwila w ich życiu. Podobnie zachowują się dziewczynki. Właściwie są tak młode, że jeszcze nie widać, że to dziewczynki. Jest to napisane na ulotce ze zdjęciami. Walczą kiepsko, szczególnie dziewczynki są źle dobrane. Za duża między nimi różnica wagi i w końcu (takie jest moje wrażenie) ta większa, niezależnie od umiejętności, musi wygrać. Zapewne brakuje dziewcząt do walk, a to zawsze atrakcja dla turystów.


Kończą się starcia początkujących i przychodzi czas na walkę specjalną. Ciekawa sprawa. Na ring wychodzi dwóch, jak na warunki fighterów, starszawych, mocno wytatuowanych i umięśnionych, mężczyzn. Nie mają rękawic – w Tajlandii walki na gołe pięści są zabronione (organizuje się je jeszcze w Birmie, ale nawet tam nie udało nam się ich zobaczyć). Wykonują przepiękne tańce rytualne, demonstrując swoją siłę i sprawność. Dochodzę do wniosku, że są za starzy, żeby walczyć – i rzeczywiście, ich „walka” to pokaz. Przypomina to wrestling. Tyle, że w tajskim wydaniu. Pokazują najciekawsze możliwych kopnięć. Latają w powietrzu jak na filmach, markują ciosy i upadki. Wbrew pozorom naprawdę warto było to obejrzeć.
Teraz czas na walki dorosłych. Najpierw dziewczęta. Na ring wychodzi błękitnooka blond modelka - wysoka i szczupła. Następnego dnia spotkam ja na markecie – dziewczyneczka nastoletnia, subtelna i delikatna. Ale teraz w stroju do Muay Thai, nasmarowana oliwką (żeby ciosy się ześlizgiwały) błyszczy w świetle neonów jak gwiazda. Niestety jej rywalka okazuje się być Tajka o jakieś 7 kilo lżejsza i kilkanaście centymetrów niższa. Natknęłam się na nią przed chwila w toalecie. Wyglądała na mocno odurzoną – to po pierwsze, i wcale nie wyglądała na dziewczynę – to drugie. Walka okazuje się żałosnym spektaklem, w którym ustawiono małych zawodników lokalnych, żeby biali po miesiącu treningów mogli się chwalić, że wygrali walkę na stadionie. Tak jak było z naszym kolegą z Kanady, który po dwóch tygodniach treningów walczył na Koh Phangan. I wygrał przez nokaut. Potem następną walkę. I nikt mu nie powiedział, że bicie w tył głowy jak na ulicy jest tu ciosem nie fair. Biała lalunia kopie swoją mniejsza rywalkę tylko w pierwszej rundzie. Szybko uderza w kość i boli ją piszczel. Po kilku rundach bezładnego okładania się sędzia uznaje jej zwycięstwo.


Tajowie na widowni zachęcają do stawiania zakładów na pieniądze. Sumy nie za wielkie, ale jakoś nie ma zbyt wielu chętnych. Szukają wsparcia u Tajek, towarzyszącym turystom siedzącym w lożach Lipowskich, ale niewiele zyskują dzisiejszego wieczora.
Czas na walkę wieczoru. Ogromny, wydzierany biały zawodnik (tatuaże świadczą, że to Ne jego pierwszy sezon w Tajlandii, albo jest tu kilka miesięcy) i jego o głowę niższy przeciwnik z Chiang Mai. Biały wykonuje rytualny taniec przepisowo, ale bez zaangażowania. Taj rusza się z gracją, zyskuje sympatie widowni i na jego twarzy pojawia się grymas… ironii bodajże. Zapowiada się ciekawie. Ale oto w narożniku (po zewnętrznej stronie) staje dziewczyna z aparatem i zaczyna nagrywać starcie. Myślałam, że zasada „żadnych kobiet na ringu” jest powszechnie obowiązująca. Niestety zabrakło tu profesjonalizmu. Wydaje się, że to kolejna ustawiona walka, ale po kilku starciach biały zaczyna dostawać łomot. Taj uśmiecha się pod nosem. Widać, że ma duże doświadczenie. Wie, że jeśli olbrzym nie pokona go w pierwszej rundzie, zabraknie mu siły. Tak, ten klimat jest zabójczy dla nas, białasów. Widownia wrzeszczy z uciechy, dopinguje go jak rzymskiego gladiatora, ulubieńca tłumów. Biały opada z sił, nie broni się już nawet. Jego dziewczyna jest załamana. Najpierw wygląda jakby chciała wskoczyć na ring, żeby go obronić przed nieustępliwymi ciosami przeciwnika. Potem zaczyna być wściekła i wrzeszczy do niego „fight, fight!!!” Ale to już mu nie pomoże. Przegrał. Zatacza się, nie trzyma gardy. Przeciwnik bawi się nim jak kot myszą. Gdy żądza tłumu zostaje zaspokojona podskakuje i uderza łokciem z góry. Biały pada. Sędzią rozstrzyga na korzyć Taja. I wtedy okazuje się, że biały krwawi. Taj podbiega, przeprasza, klęka i chwyta go pokornie za kolana. Wstrząsające widowisko. Co za honor! Pozostaje pod wielkim wrażeniem tego chłopaka. A przegrany? Ktoś sprowadza go z ringu, ale jakoś za bardzo nie ma się nim kto zająć. Nagranie walki? Chyba jednak nie pojawi się jutro na facebooku.
1 kwietnia, piątek
PRIMA A PRILIS
Mieliśmy dziś zaprezentować żart primaaprilisowy autorstwa Łukasza, ale okazało się, że czasu nam zabrakło. Może innym razem, wiec nie zdradzę o co chodziło.
Przypomniało mi się za to, że zapomniałam napisać, iż z fajnych rzeczy to w Ha Noi jedliśmy zupę z węży morskich. Bardzo smaczna zupka. A węże są takie malutkie. Na każdym bazarze je mają. Żywe. W miskach. Wija się pięknie. Tak mienią się różnymi kolorami w wodzie. Ale w realu to chyba nie chciałabym ich spotkać. Wolę je w zupie… jednak.

No więc czym byłam taka zajęta pierwszego dnia kwietnia? Pakowaniem paczki. Bardzo starałam się być twarda i niczego nie kupować. Ale to nie takie proste! Właściwie to całkiem trudne, a zaryzykuję stwierdzenie, że nawet niemożliwe, bo w Azji mnóstwo jest pięknych rzeczy. Pięknych, ujmujących, oryginalnych i… tanich. A to idealny prezent dla kogoś znalazłam, a to ktoś mnie o coś poprosił. A to zachowałam sobie bilety wstępu, by były śliczne, a to mała dziewczynka wyprosiła, żeby kupić od niej pocztówki. Dużo takich małych umorusanych dziewczynek na mojej trasie miało zestawy widokówek ze swoich krajów. A to uszyłam sobie garnitur, a przecież nie będę go woziła ze sobą, bo w klimacie tropikalnym niewiele jest okazji, by go założyć. A to część ubrań i sprzętu przestała być użyteczna w tej części podróży. Przez dwa miesiące grzecznie przeczekały u znajomego z CouchSurfingu, ale czas nadszedł, by cos z nimi zrobić. Były tam jeszcze zakupy z Nepalu i Indii…

A to wreszcie uznałam, że czas wysłać zapasową kopię zdjęć do domu. Po kilku godzinach byłam gotowa. Zapakowałam wszystko do wielkiego plecaka – ten też postanowiłam odesłać, by podróżować tylko z małym, 45 litrowym maksymalnie. I poczłapałam na pocztę.
Wcześniej dokładnie sprawdziłam najpierw na mapie, a potem w rzeczywistości, gdzie się znajduje, żeby z tym plecorem w upale po mieście nie błądzić. Więc Ta część poszła gładko. Znaczy szybko. Ale sama poczta… Cóż poczta tajska, z natury pełna jest pracujących w niej Tajów. A życiu każdego białego turysty czy podróżnika przychodzi taki moment, że Tajowie zaczynają go po prostu najnormalniej w świecie wkurzać. Swoim brakiem rozkminy. Swoim brakiem znajomości angielskiego. Swoim brakiem znajomości tajskich przepisów. I w ogóle swoim tajskim istnieniem. Jak mówiła Agatka - wtedy należy się z Tajlandii ewakuować! O Jezusie i Maryjo! Nie myślałam, że dożyję tej chwili!!! A jednak. Jakiś menadżer od siedmiu boleści twierdzący, że mogę wysłać 30 kg, a ja wiem, że limit to 15. jakiś chłopak, który przyniósł mi wszystkie możliwe wielkości pudełek, tylko nie takie, które pasowałoby na mój plecak. Nareszcie, kiedy poznałam już wszystkich pracowników poczty, mogę postawić paczkę na wadze. I co? I mam 380 gramów za dużo! No to otwieram wszystko i grzebie, co by tu odrzucić. Kiedy już, z krwawiącym sercem, odkładam kilka rzeczy – dostaję właściwe pudełko. Jest mniejsze, więc lżejsze. Więc znowu dokładam po kolei moje drobiazgi – mieszczą się prawie wszystkie! No to zostało jeszcze tylko wypełnić formularze, opisać paczkę, opłacić (niezbędna dodatkowa wizyta w bankomacie bo „Cash only” rządzi!) i poszło!


Słaniając się ze zmęczenia dotarliśmy do bufetu sushi. Ale nie mam siły opisywać dokładnie jak to działa. Następnym razem nakręcę filmik. Zapisze tylko, ze to był jedyny posiłek tego dnia, wystarczył mi na następne 24 godziny a po nim nie miałam już siły na żadną aktywność. Nawet film na dobranoc był głupkowaty, bo na rozmyślania też nie miałam siły.