31 grudnia, piątek
Nadszedł czas, by spojrzeć prawdzie w oczy. Muszę się skonsultować z lekarzem. Dopytujemy się o szpital miejski i jedziemy tam. Ponoć na wyspach jest tak przeraźliwie drogo, że założenie opatrunku kosztuje 400 zł, ale tu powinno być taniej. Szpital jest ogromny, czyściutki i robi bardzo dobre wrażenie. Przy wejściu pan pyta czy już tu byłam i wyjaśnia dokąd się udać. W informacji podaje swoje dane osobowe i wystawiają mi karte klienta z kodem paskowym. Łukasz nic nie dostaje, ale widziałam, że inni turyści (chorzy i osoby im towarzyszące) maja nalepki z takim kodem paskowym i nazwiskiem. Najpierw pielęgniarka prowadzi mnie do poczekalni (ale wypas!). Stamtąd pielęgniarz prowadzi mnie do „pomieszczenia mierzenia symptomów życiowych”. Brzmi lekko groźnie i od razu czuję się chora. W salce wyposażonej w niezwykle nowocześnie wyglądający sprzęt jest miejsce dla dwóch pacjentów. Ważenie to normalka, ale potem siadam przy aparacie do mierzenia ciśnienia. Czegos takiego jeszcze nie widziaalm nawet na filmie. Mierzy ciśnienie i puls w prawej ręce (pan informuje mnie, ż ejest nieco podwyższone ale w normie). Potem w lewej i ponownie w prawej. Przypomina to wielki rękaw z podłokietnikiem i jest bardzo dookładne. Temperature mierzy oczywiście elektronicznym termometrem pod jezykiem. Jednocześnie ciśnienie na palcach – „spinaczami”. W wywiadzie pyta o wszystko, bardzo dlugo i cierpliwie. W końcu kończy mi się sownictwo i musze poprosic Łukasza o pomoc. Pielęgniarz dziwi się tylko, że objawy mam od dwoch tygodni. No i czemu się dziwi, w końcu bylam u lekarza w Indiach a poza tym ja nie biegam do lekarza z byle powodu. Wręcza mi laminowany numerek i po chwili pielegniaraka (jakiez one eleganckie! Na szpitkach z idealnym makijażem i takie uśmiechnięte)prowadzi mnie do lekarza. W poczekalni, na miękkiej skórzanej sofie przeczytałam, że wprowadzono nowy ssytem powiadamiania lekarzy rodzinnych o sytuacji jego pacjentów, żeby więc wybaczyć jeśli lekarz odbierze telefon w trakcie wizyty (ja też podawałam numer telefonu i meila), wiec nie dziwi mnie zestaw słuchawkowy. W gabinecie ołtarzyk krola, zdjęcia króla i królowej, jakies dyplomy i w ogóle klimatycznie, ale przy tym bardzo profesjonalnie. Lekarz długo pyta o rózne rzeczy i kieruje mnie na testy, odprowadza do drzwi. Muszę oddac krew, mocz i kał do badania, a po wyniki zgłosić się po godzinie. U nas bym poczekała do nasteonego dnia. A gdy dowiaduję się jak szczegółowe badania mi zrobili, to myślę, że z tydzień. W oczekiwaniu na wyniki robimy zakupy w sklepie komputerowym vis a vis (dodatkowy dysk zewnętrzny na kopię bezpieczeństwa dla moich zdjęć) kosztuje stówkę taniej niez u nas i ma gwarancję światową. Wracam po wyniki, które dostaję w kopercie. Oglądam je sobie, pije wode i kakao (wszystko w cenie), po czym pielegniarka mnie znajduje sama i prowadzi do lekarza. On ma wyniki w komputerze, przeglada je, omawia i zaczyna wypełniać karte choroby. Zapewnia z uśmiechem, że wszystko będzie dobrze i dziękuje za wizytę. Następnie pielegniarka prowadzi do wielkiego holu, gdzie znajduje się apteka i kasy. Dostaję numerek jak z kasy fiskalnej. Po kilku minutach w kasie odbieram leki w woreczkach strunowych z opisem dla kogo są, jak je dawkować i na co działają. Pani uprzejmie rozklada je przede mną i wszystko dla pewności tłumaczy. Potem dostaję rachunek. 230 zl. Dopytuję się, czy to tylko za leki, ale nie: za wizytę, laboratorium i opieke pielęgniarki (5 zł). Jak na taki serwis to niedrogo.
W Tajlandii lekarstwa są tanie i łatwo dostępne. Możemy kupić większość lekarstw (również antybiotyki) bez recepty w jednej z wielu małych aptek, w szpitalach i klinikach (choc na przykład w tej sptrzedaja tylko leki wypisane przez ich lekarzy), a podstawowe medykamenty także w sklepach 7/11, Family Mart i innych. Podobno lepiej zabrać ze sobą do Tajlandii coś na biegunkę i inne problemy żoładkowe; silny przeciw-opalacz, a także krem na zbytnio opaloną skórę; leki przeciw-alergiczne jeśli jesteśmy uczuleni; płyn do dezinfekcji skaleczeń i plastry. Nie kupowałam jeszcze tych rzeczy, więc nie wiem czy są droższe czy trudnodostępne.
Potem znalazłam w Internecie informacje, że służba medyczna w Tajlandii oferuje usługi na wysokim poziomie, ale głównie w placówkach prywatnych, gdzie nie będzie też kłopotów z porozumieniem się po angielsku. W placówkach publicznych możemy liczyć na przyzwoity poziom opieki, ale lepiej pójść z kimś, kto zna język tajski. Prywatne szpitale o standardzie europejskim znajdują się w Bangkoku, w większych miastach na prowincji, oraz w najpopularniejszych centrach turystycznych. Jak dobrze, że dpadlo mnie w duzym mieście! W Tajlandii nie funkcjonuje publiczny system darmowych karetek pogotowia. W przypadku wypadku wymagającego szybkiego transportu do szpitala najlepiej pojechać taksówką. W Bangkoku w praktycznie wszystkich szpitalach, nawet państwowych, znajdziemy kogoś mówiącego po angielsku, ale w poważnych sytuacjach najlepiej (choć drożej) skorzystać z usług jednego ze szpitali prywatnych.
Dziś Sylwester. Średnio mi się chce szalec do rana, ale mam sukienkę szyta na miare specjalnie na te okazję a w miescie jest dzis wielka impreza słynna na cała Azję. Postanawiam wstrzymac si z lekami do jutra i wieczorem jedziemy do centrum. Masakryczne korki, niewyobrażalna ilość ludzi i cudownie romantyczne latawce, a właściwie lampiony puszczane w rozgwieżdżone niebo. Ale to już należy do dnia jutrzejszego.