8 lutego, wtorek
Pobudka przed świtem, bo mnisi wstają bardzo wcześnie. Po śniadaniu odbył się przed składania donacji. Bardzo to ciekawe, trochę podobne do modlitw, których uczestnikami byliśmy w Tajlandii przy okazji robienia tatuaży w świątyni. Tutaj mnisi wydaja się być bardziej zasadniczy. Ale i tak dziwi mnie to, co piszą podróżujące kobiety o konieczności zwracania uwagi, by przypadkiem nie dotknąć mnicha. Wprawdzie musiałam w monastyrze zadbać, by mój strój był odpowiedni, ale nie robiono żadnych ceregieli z powodu mojej obecności. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
Dzisiejszy dzień był znacznie bardziej wymagający. Oglądaliśmy po drodze plantacje chilli,, różnych warzyw – nie sadziłam nigdy, że zrobi na mnie wrażenie plantacja czosnku! Bardzo fotogeniczni SA ci ludzie, pracujący w polu. I bydło. Bawołom moglibyśmy się przyglądać bez końca. Gdy taplają się w bajorze, gdy majestatycznie ryczą w promieniach zachodzącego słońca…
W zasadzie wszyscy pozwalają się fotografować. Chętnie też z nami rozmawiają. Tylko raz zdarzyło się, że ktoś powiedział o pieniądzach za zdjęcie. Nie spotykamy natomiast - już drugi dzień- żadnych turystów. Dopiero w sklepie przed noclegiem (jedyny taki punkt w okolicy) natykamy się na dwie grupy. Zdecydowanie zbyt liczne. Może i miło jest sobie pogawędzić z ludźmi z całego świata, ale nie po to tu przyjechaliśmy.
Popołudniu w wiosce mamy czas naprzykrzenie się życiu ludzi. Wracając z pola pozdrawiają nas, uśmiechają się. I skąd w nich tyle radości, skoro są tacy biedni?! Oni wiedzą, i my wiemy, ze ich wolność jest bardzo ograniczona, że ich życie jest właściwie zapisane i niewiele mogą zmienić. Uśmiechają się z tak wielka życzliwością. Pozwalają swoim generałom przebranym w garnitury rządzić nadal a obcokrajowców traktują jak długo oczekiwanych gości. I tylko w oczach mają czasem taki smutek, a może melancholię…
Największym zaskoczeniem tego dnia jest dla mnie grupa wyrostków urządzająca pod opieka ojców walki kogutów. Już wczoraj widziałam jak małe szkraby same przygotowują sobie latawce używając noży i nożyczek. Dzieci tutaj obserwują dorosłych i postępują z ostrymi narzędziami jak rodzice. Ale walki kogutów?! Postępują ze swoimi kogutami z olbrzymim znawstwem. Zagrzewają je do walki a następnie machają do nas przyjaźnie małymi rączkami i chcą, żeby im zrobić zdjęcie.
Ten wieczór spędzamy w towarzystwie naszej gospodyni – starszej nauczycielki. Opowiada mi o warunkach pracy tutaj, płacach i traktowaniu przez uczniów i rodziców. Wyjaśni na czym polega kłopot, gdy chce się dokształcać a do dużego miasta jest tak daleko. Że nikt nie chce pracować w wioskach, więc na pytanie czego uczy uśmiecha się i mówi, że w szkole pracuje ich tylko trójka, wiec uczy czego trzeba. A gości turystów, by dorobić do niskiej pensji. Przeliczamy szybko i wychodzi nam, że nasz przewodnik za jeden trekking zarabia więcej niż ona w miesiąc. A ma taki ciepły, miły glos. I tak bardzo chce się z nią rozmawiać dłużej, ale jesteśmy zmęczeni, zmarznięci (po zachodzie słońca gwałtownie robi się bardzo zimno) i musimy się wyspać, bo jutro plan dnia jest bardzo napięty. Zatem mówimy dobranoc i kładziemy się na matach pod ołtarzykiem Buddy w głównym „pokoju” domu z liści bambusa.