
15 lutego, wtorek
Tak, czuję się w Tajlandii jak w domu. Wszystko jest już znane i przyjazne.
Dziś głównym zadaniem dnia jest złożenie wniosku wizowego w ambasadzie wietnamskiej. Tłuczemy się autobusami na drugi koniec miasta, łazimy po krętych uliczkach, by po powrocie na Khan San Road odkryć, że w licznych agencjach jest… taniej! Nie wiem jak to możliwe i jaki to ma sens, ale z pośrednictwem biura jest taniej i szybciej niż osobiście w ambasadzie.
W Bangkoku najbardziej lubię to, że wystarczy wejść w jakąś uliczkę, skręcić za jakimś zaułkiem – i już zatapiasz się w tej niepowtarzalnej atmosferze… Mnóstwo tu kramików z jedzeniem wszelkiej maści, z ubraniami od rękawków imitujących tatuaże po piżamy i suknie balowe, pięknych rzeczy, które chciałoby się kupić razem z takim kramem, zapakować i wysłać paczką do Polski. A obok tej wioskowo – azjatyckie atmosfery straganików, bazarów i ulicznych jadłodajni panosza się wielkie centra handlowe. Też mają swoje plusy: klimatyzacja, pozwalająca się schłodzić w tej piekielnej temperaturze, zazwyczaj darmowe toalety i wi-fi oraz zimna woda do picia. Są tam centra gier, które wyzwalają w nas chęć rywalizacji i śmiejemy się z siebie nawzajem jak to zawzięcie walczymy o krążek na namagnesowanym pulpicie. Czasem oglądamy różne pierdółki na stoiskach i nie możemy się nadziwić ludzkiej pomysłowości. Szkatułki w kształcie zęba, jakieś dziwne stojaczki, zawieszki mnóstwo tego!
Zresztą obchodzenie stoisk zawsze zaczyna się od działu elektronicznego. Można się pobawić najnowszymi laptopami, szczególnie Mac’ami, i-Podami, zasiąść przed wielkim telewizorem i pooglądać filmy. Ja najbardziej lubię bajki animowane, ale Łukasz zaraz ciągnie mnie do projekcji 3D, więc zakładamy okulary i dajemy się ponieść emocjom.
Wydarzeniem tego dnia pozostanie jednak, zapamiętana na długo, wizyta u stomatologa. Przed nurkowaniem chciałam sprawdzić stan moich zębów, nie kontrolowanych od wyjazdu, więc szukałam punktu, w którym wykonują zdjęcia panoramiczne. W dzielnicy ambasad natknęłam się na małą, przesympatyczną klinikę, w której w cenie zdjęcia dostałam tez wizytę u dentysty, by mi stan moich zębów opisał. Daję słowo: cos takiego spotkało mnie pierwszy raz. Najpierw przecudowna pani poprosiła mnie o wypełnienie ankiety: kiedy ostatnio była u stomatologa, czy mnie coś boli, czy mam alergię itp. Potem zaprowadzono mnie do gabinetu, gdzie (o matko! Jak tu sterylnie i profesjonalnie!!!) lekarz zaczął od przedstawienia mi się (sic!), potem porozmawiał ze mną, by upewnić się na czym mi zależy, obejrzał moje zdjęcia, zwrócił uwagą, co może stanowić problem w przyszłości i skierował na prześwietlenie. Wtedy dwie filigranowe pielęgniarki założyły mi specjalny fartuch ochronny (gdy jedna niechcący pacnęła mnie nim lekko po twarzy, druga ja wyzywała i chciała spoliczkować, ale natychmiast zaczęły mnie bardzo przepraszać – a ja zaskoczona uśmiechnęłam się bezradnie, bo u nas służba zdrowia aż tak się nie przejmuje pacjentami), upewniły się, iż nie mam biżuterii i wprowadziły mnie do specjalnej komory. Szok! Nie wiedziałam jak mam zagryzać, kiedy mogę się ruszać – wszystko mi pokazały i włączyły urządzenie. Różne powłoki zaczęły się kręcić i ustawiać wokół mnie a spiker mówił po angielsku „a teraz się przygotowujemy do…”, „a teraz jesteśmy gotowi”, „a teraz się nie ruszaj”. Rewelacja! A ja tak tkwię w środku z szerokim uśmiechem i nagle pik! Po zdjęciu. Wracam do gabinetu, lekarz podświetla zdjęcie na specjalnym uchwycie przy fotelu dentystycznym i opowiada. Mam bzika na punkcie moich zębów, ale przyznaje on sprawili ogromną radość. Na początek docenił moją kolekcje plomb, licówek i wkrętów… To dobra robota mojego ukochanego stomatologa z Przemyśla – a na zdjęciu wyglądam jak Robocop! Tutejszy omawia ze mną każdy ząb, odpowiada na wszystkie pytania, zapewnia, ze w nurkowaniu nic mi nie przeszkodzi. Potem zalecenia zapisuje na specjalnej karcie i jeszcze raz upewnia się, że pamiętam czym powinnam się zająć w najbliższej przyszłości (gdy będę miała czas).
Przy okazji odbierania wiz do Wietnamu z tej samej usługi skorzystał Łukasz. Różnica polegała tylko na tym, że do założenia mu fartuszka ochronnego dziewczyny musiały użyć stołeczka. I tym razem to ja w poczekalni na miękkim fotelu piłam kawę i oglądałam projekcje możliwych zabiegów i operacji. Potrafią tu czynić cuda!