Wczoraj rano opisanym powyżej pociągiem dojechałam do Guilin. Obszar Guilin zalany był całkowicie wodami morza, ale wynurzył się w wyniku gwałtownego wypiętrzenia. Został zasiedlony ponad 2000 lat temu, kiedy wybudowano kanał Ling, łączący rzekę Jangcy zRzeką Perłową. Przez wiele lat miasto było stolicą prowincji. W 1944 roku Guilin został zrównany z ziemią przez armię japońską. Dzisiaj miasto, odbudowane ze zniszczeń wojennych, intensywnie się rozwija.
Myślałam więc, że od rana zacznę zwiedzanie, ale miasto powitało mnie strugami deszczu. I to jakiego! Z listy atrakcji (Szczyt Samotnego Piękna (Duxiu Feng), 150-metrowy, Wzgórze Diecaishan, Wietrzna Jaskinia, napisy wyryte na ścianach jaskini są dziś obiektem podziwu znawców kaligrafii chińskiej, Pawilon Chmur (Nayunting), znajduje się na wysokości 223 m na szczycie gór, Park Trąby Słoniowej (Xiangshan Gongyuon), Wzgórze Trąby Słoniowej (Xiangbi Shan), Pagoda Puxian, wybudowana w okresie dynastiiSong, Wzgórze Wiru (Fuboshan), Dzielnica Dwóch Jezior, Jaskinia Trzcinowej Fujarki (Ludiyan), Park Siedmiu Gwiazd, Las Stel, skalna ściana, w której wykuto wiele wierszy i obrazów, Jaskinia Siedmiu Gwiazd (Qixing Gongyuan), mająca ponad milion lat, Park Południowego Strumienia (Naxishan Gongyuan), Park Kultury Mniejszości (Minsu Fengqingyuan), etniczny park rozrywki) zatem nie zobaczyłam nic. Przez deszcz przedarłam się tylko do najbliższych sklepów – po parasolkę. Na zaczepki, że proponują „tani” rejs po rzece Li, odparłam zdziwiona, że przecież leje jak z cebra. Naganiacze byli jednak niewzruszeni. Krzyczeli jak najęci! Ja chciałam ominąć miasto (wyglądało mi na moloch bez wyrazu) i od razu dostać się do Yangshuo. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że słynne Wzgórza Guilin turyści „zaliczają” zwykle tak, że zatrzymują się na noc w Guilin, by na następny dzień wykupić wycieczkę rzeką do Yangshuo - powrót autobusem. Ten sposób zwiedzania słynnych krasowych wzgórz wtopił się w schemat reklamowy chińskiej turystyki odkąd tylko zaistniała. Płynie się w zbyt licznej grupie turystów a przewodnik (do grupy większej od 3 osób mówi się tu już przez megafon) opowiada romantyczne historie o kolejnych wzgórzach, którym nadano kwieciście brzmiące imiona. Należy dodać, że koszt takiej imprezy zdecydowanie mija się ze zdrowym rozsądkiem. A im dalej od rzeki kupowana impreza, tym droższa. Ogólnie mówiąc, totalna porażka, zwiedzanie na pewno nie w moim stylu. Cieszę się więc, że szybko wsiadam w ekspresowy autobus do Yangshuo. Choć strasznie pada, widzę, że krajobraz staje się bardziej ciekawy. Okazuje się, że niezwykłe wzgórza nazwane w folderach Wzgórzami Guilin, to tak naprawdę ogromny obszar, co więcej: większość fotografii reklamujących Guilin wykonano faktycznie w okolicach Yangshuo.
W samym miasteczku zarezerwowałam nocleg przez CS w szkole języka angielskiego. Układ wydawał się jasny – nocleg i wyżywienie w zamian za spędzenie czasu ze studentami. Okazało się jednak, że trzeba tu spędzić tydzień, przejść postępowanie kwalifikacyjne, w tym rozmowy (poczułam się egzaminowana, a nauczyciele bardzo tego stanu nie lubią) po angielsku. Byłam nieprzytomna ze zmęczenia po podróży, padał deszcz i rozmowa to było ostatnie na co miałam ochotę. Poza tym okazało się, że to nie jakaś tam szkółka, jak zazwyczaj w Chinach, ale prawdziwy uniwersytet! Wróciłam więc w okolice dworca i tam, w strugach deszczu, znalazłam hotelik. Nieco na uboczu dzielnicy turystycznej, za to blisko do targowisk i lokalnych straganów. Popołudnie i cały następny dzień spędzam na szwendaniu się po uliczkach, zaułkach... są to magiczne miejsca, pełne życia i nieznanej nam otwartości. My Europejczycy wszystko robimy w domach… jemy, pijemy, rozmawiamy, oglądamy telewizję, odpoczywamy. Co więcej, odgradzamy się murami i zazdrośnie strzeżemy swych tajemnic. Tu jest inaczej. Chińczycy (właściwie można to uogólnić na większość azjatyckich krajów) te wszystkie czynności wykonują wspólnie, razem, przy otwartych drzwiach a często przed domami, na ulicach. Ma to swój urok, tworzy niepowtarzalna atmosferę miejsc takich jak Yangshuo. I oczywiście knajpki, wychodzące na ulicę, serwujące np. świeże raki! Pycha!
Chciałabym przy okazji wyjaśnić jak to jest z rezerwowaniem noclegów, zresztą nie tylko w Chinach. Spotkałam wiele osób, które dokonują rezerwacji przez internet albo przez telefon – z przewodnika. Ale to nie sprawdza się zazwyczaj w przypadku hosteli budżetowych. Zdjęcia pochodzą z początków działalności takiej placówki, nie pokazują robactwa, wilgoci i stęchlizny, nie pozwalają na targowanie się. Z osób podróżujących w moim przedziale budżetowym wszyscy przyznają, że szukanie noclegu osobiście jest lepszym rozwiązaniem. Zazwyczaj nie zajmuje tez wiele czasu. Pozwala natomiast zaoszczędzić rozczarowania, nieprzespanych nocy i niemało grosza, bo na miejscu zazwyczaj okazuje się, że ceny z cennika są tylko na pokaz. Pojąć tego nie mogę, ale placiłam zazwyczaj jakieś 10-15 procent ceny z cennika. Internet (zazwyczaj w postaci wi-fi) jest tak oczywisty, że aż nieswojo się czuję pytając o niego. Jedynie w Yanhsjuo było dość wilgotno, więc nasz pokój nie był najprzyjemniejszy, ale trudno się dziwić. Potem już wszystkie pokoje będą zachwycać sterylna czystością, wykwintnym luksusem, rodzinna atmosferą i przyjaznymi cenami. Oczywiście niekoniecznie są to pierwsze pokoje na szlaku, niekoniecznie także w ścisłym centrum.
Znalazł się oczywiście czas na zwiedzanie okolic. Nie miałam już ochoty na jakikolwiek wysiłek fizyczny – wynająć można tylko rowery – bo przy tej wilgotności wszystko przychodzi z trudem. Poza tym okolica jest bardzo deszczowa. Konsultowałam się tu z kuzynką, która niedawno jeździła po okolicy na rowerze, i uznałam, że w deszczu to wolę realizować plan B (barowy). Trochę jednak zobaczyłam i przyznaję, że widoki wzdłuż rzeki Li są supermalownicze - zielono-białe pagórki, pola ryżowe, żółto-ceglane domy w wioskach, plantacje pomelo, jadalnej (bardzo smacznej po ugotowaniu) trzciny wodnej. Niezrealizowaną atrakcją była Jaskinia Czarnego Buddy. Niedawno odkryta, jeszcze niezagospodarowana i niezaśmiecona, jest podobno jedną z piękniejszych jaskiń dostępnych dla każdego. Wspaniałe stalaktyty, stalagmity i stalagnaty, różne formy, w tym Budda, koń, kurtyna, miniatura okolic Yangshuo, dyskretnie tylko podświetlone.
Miałam ochotę na, polecana przez Anię, kąpiel błotną w gliniastym podziemnym jeziorku – podobno wspaniała zabawa, błoto wygląda na bardzo czyste, bez zapachu, dające sporo możliwości do wygłupów. Szkoda tylko, że nie miałam się z kim wygłupiać...