29 grudnia, środa
Dziś jedziemy na zajęcia w szkole gotowania. Lukasz znalazł The Chiang Mai Tai Farm Cooking School w necie już dawno (WWW.thaifarmcooking.com), porównal z innymi ofertami i już dawno cieszyliśmy się na naukę gotowania. Oczywiście wystarczylo zadzwonić, podać adres i następnego dnia po nas przyjechali. Szefem naszego kursu okazał się Tommy (na fotce w kapeluszu słomkowym) nie tylko znakomicie mówiący po angielsku, ale do tego rewelacyjnie w tym jezyku żartujący, kiedy trzeba krytyczny a gdy wypada – troskliwy. Niesamowite poczucie humoru i niewiarygodna kompetencja. Najpierw asystentka (rewelacyjny błyszczyk! Dała mi namiary gdzie, za ile i jaki kupić :D) poprosila nas o wybór menu. Gotuje się pięć dań – każde wybiera się spośród trzech propozycji (są obrazki w necie więc nie ma obaw). Pojechaliśmy na lokalny market, gdzie przeszliśmy szkolenie na temat rodzajów ryżu (ile tego jest! I na jak różne sposoby się go przygotowuje!), przypraw (kolorowy zawrot głowy!), sosów (tu zaczęło mi brakować słówek) uzywanych w kuchni tajskiej i jeszcze kilku drobiazgów. Notowaliśmy pilnie, ale było tego za dużo. Wtedy Tommy powiedział, że to wszystko jest w książce kucharskiej, która dostaniemy po kursie i żebyśmy się odprężyli i dobrze bawili. Tak zrobiliśmy.
Na bazarze ujrzeliśmy kilka zaskakujących stoisk. Najbardziej zdumiała mnie maszyna do wyrabiania curry oraz wielkie akwaria z rybami. Przygotowuje się je tu na wszelkie sposoby. W ogóle odnosze wrażenie, że wszędzie są tu stoiska z jedzeniem. Doszliśmy do wniosku, ż eoni nie tyją, bo klimat jest gorący i mają inną przemianę materii. Poza tym większość jest grillowania lub gotowana, nie spotkałam tłustych potraw.
Pojechaliśmy na farmę. Farma jest organiczna, czyli wszystko jest zdrowe i pięknie wyglada. Dostaliśmy czerwone fartuszki „dla wygody” i słomkowe kapelusze „just for fun” :D Udaliśmy się na zwiedzanie ogrodu. Powiem tylko, że widok niektórych warzyw i przypraw mnie baaardzo zaskoczyl a informacje o tym czego się NIGDY nie je, nie gotuje i nie łamie a nawet czego się nigdy nie dotyka palcami – zdziwiły mnie na tyle, że upewniałam się czy dobrze zrozumiałam.
Potem wybraliśmy sobie stanowiska pracy, niezmiernie mila i sprawna obsługa przygotowała nam zestawy naczyń, warzyw i co tam tylko potrzebne i przez następne godziny zgłębialiśmy tajniki tajskiej kuchni. Czasem tłukliśmy kamiennymi młynkami robiąc nieziemski hałas, czasem coś rozrywaliśmy a czasem kroiliśmy, gotowaliśmy i smażyli – niezmiennie dobrze się bawiąc. I nie mialo znaczenia, że moje curry nie było czerwone, tylko brązowe a z założenia pikantne potrawy „po mojemu” miały delikatny ale i różnorodny smak. Wprawdzie gdy zasiadłam do jedzenia przez chwile przygladałam się temu i zastanawiałam, czy to aby na pewno bezpieczne, ale gdy spróbowałam – byłam mile zaskoczona. Częstowaliśmy się nawzajem swoimi potrawami niezmiernie się dziwiąc, że te same nierzadk potrawy smakuja zupełnie inaczej z różnych talerzy.
Czego się nauczyłam? Wiele. Na przykład nie szukam już soli pieprzu na stoliku w knajpce, ale leje i sypie do zupy wszystko po kolei: chilli, sos rybny, sos sojowy, papryczki w occie, cukier, jakieś suche dodatki – nie pytając o ich nazwę. Smak ma być różnorodny: słodko-kwaśno-pikantno-jakiśtam. Co jeszcze? Nie staram się zjeść wszystkiego co znajde w talerzu, bo niektórych rzeczy się nie je – miały nadac smak, jak trawa cytrynowa, limonka, bazylia. Nie biore też papryczek do rąk – Tommy powtarzał, żeby nie dotykać, „bo nie chcemy chilli w toalecie”. Nie wszyscy zrozumieli ten żart, a wystarczyla chwila nieuwagi i miałam chilli… w oku! Wybiegłam z sali jak oparzona i rzuciłam się do kranu z wodą. Asystentka natychmiast znalazła się przy mnie z papierowymi recznikami i zapytała cicho: „chilli?” No to potem już uważałam, koncentrowałam się maksymalnie – musiałam mieć bardzo głupią minę, bo Tommy zagladał mi w oczy i z uśmiechem powtarzał: „Nie spinaj się tak, po prostu się tym ciesz”. Bo niewiecie jeszcze co jest najważniejszym składnikiem tajskiej kuchni według Tommieego: UŚMIECH. Pilnował nas, abyśmy się uśmiechali miażdżąc roślinki albo wrzucając je na rozpalony tłuszcz oraz za każdym razem po wykonaniu jakiejś czynności.
Po ugotowaniu wszystkiego, co było w planie (jakieś pięć godzin w kuchni – zażartowałam że czuje się jak w domu; caly dzień przy garach, ale facet z Majorki podsumował, że to typowy żart o miesiącu miodowym; własnie ciągle nas tu pytają czy to nasz miesiąc miodowy. Ponoć Tajlandia jest popularnym miejscem na podróż poślubną, a że nie wypada tu okazywac sobie uczuć w miejscu publicznym, to co chwila zarzucają nas takimi hasłami).