9 lutego, środa
Wstajemy ciemną nocą. Rozgrzewamy się przy ognisku a potem, jeszcze w ciemnościach wcinamy śniadanko. Pyszne, gorące, lokalne, pożywne. Za oknem wstaje dzień. Słońce nieśmiało wylania się zza gór, ludzie śpieszą w pola. Jest jeszcze tak zimno, że chłód przenika do szpiku kości, a ludzie odziani tylko w koszule i sarongi. My tez ruszamy. Jeszcze wśród mgieł, które maluję krajobrazy na niesamowite, niepowtarzalne sposoby. Idziemy szybko, pospiesznie fotografując dzieci, idące do szkoły, te które dziś zostają w domu, by pracować oraz te, które przejeżdżają na motorach, wzbijając tumany kurzu na tutejszych „drogach”. Przy małym mostku spotykamy kobiety, które tłumaczą naszemu przewodnikowi, gdzie w okolicy rosną najlepsze liście na betel. Jesteśmy zadowoleni z siebie, bo już wiemy co to takiego. Ale chłopak opowiada nam nowe rzeczy i teraz nabieramy do betelu należnego mu szacunku. Obiecujemy sobie spróbować go ponownie przy najbliższej okazji.
Napotykamy kilka węży i chociaż na jednego niemal nadepnęłam, to zawsze przed nami uciekają. A są olbrzymie. Nawet przewodnik jest zadowolony, ze wypatrzyliśmy takie okazy.
Czasem zatrzymywaliśmy się, bo ktoś czegoś potrzebował – np. nasz przewodnik podarował mijanej dziewczynie pomadkę ochronną – albo chciał zobaczyć siebie na zdjęciu. Oczywiście plemiona górskie nadal nie przywykły do aparatów, szczególnie z wyświetlaczami i bardzo ich cieszy możliwość zatrzymania obrazu. Zresztą w domu, gdzie jedliśmy posiłek od kilku dni zaledwie był prąd, więc wieś odkrywała właśnie filmy i muzykę na DVD. Cała Birma uczy się dopiero czym jest video, DVD itp. Muzyka zachodnia funkcjonuje tu pod postacią lokalnych przeróbek (co normalne w Azji), dziwnie współegzystujących obok siebie przebojów od lat 70-tych poczynając a na współczesnych kończąc. W „teledyskach” lub po prostu nagraniach z koncertów piosenkarze zabawnie podrygują lun w wersji fabularyzowanej biegają za dziewczyną lub płaczą po jej odejściu. Wszyscy tu nucą lub śpiewają przeboje, w telewizji, w nagraniach odtwarzanych w barach czy autobusach dominuje karaoke.
W południe dochodzimy do Jeziora Inle. Dawno, dawno temu (czyli jakieś 5-6 lat) jezioro Inle słynęło z malowniczego targu na wodzie, który odbywał się co pięć dni. Wciąż jest on reklamowany jako jeden z największych i najbardziej autentycznych w Azji. Tymczasem tego targu już nie ma. Nadmiar turystów wyparł łodzie z pomidorami i plackami. Na lądzie proporcje podobne. Mimo wszystko jednak malownicza okolica oraz piękne jezioro warte są zobaczenia – zwłaszcza podczas kilkugodzinnej wyprawy łodzią. My mieliśmy czas jedynie na motorową łódź – półtorej godziny. Ale i tak warto!
Jezioro Inle należy do największych atrakcji Myanmar. Jest malowniczo położone, ma 22 kilometry długości, 11 kilometrów w najszerszym miejscu, jest bardzo płytkie i ze wszystkich stron otoczone jest górami. Nad jeziorem oraz wśród licznych okolicznych kanałów znajduje się kilka czarujących wiosek z małymi drewnianymi świątyniami i kolorowymi targami. Najciekawsze są wioski wybudowane dosłownie nad taflą jeziora, domy stojące na palach, szkoły, świątynie, sklepy, wszystko metr nad wodą. A przed domami zamiast rowerów stoją zaparkowane łodzie. Nawet ogrody i pola uprawne można w ten sposób zorganizować.
Jezioro Inle to jedna z największych atrakcji Birmy a jednocześnie dom dla około 70 tysięcy ludzi. Większość z nich należy do ludu Intha, który według podań, przybył nad wody jeziora już w XIV wieku z południowej części kraju. Dziś Intha zamieszkują położone nad jeziorem wioski na palach i trudnią się najczęściej rybactwem.