24 września, piątek
Obudziłam się po 12 godzinach snu zregenerowana i gotowa do walki. Biuro Air Indian Express mieli otworzyć o 9tej, ale ja już o 7 wyszłam na jego poszukiwania. I bardzo dobrze, bo pomimo ze miałam adres to jego odnalezienie zajęło mi półtorej godziny. Deszcz siąpił, plecak ciążył a ludzie, choć uprzejmi, kierowali mnie w różnych kierunkach. Przyznaję, że wtedy miałam dość Sri Lanki. Przy okazji szukania biura, zwiedziłam jednak turystyczna i biznesowa dzielnice Kolombo, najnowocześniejszy w mieście piękny budynek WTC i kilka pomniejszych.
O 8:30 byłam na miejscu – i wtedy otworzono biuro. Natychmiast przystąpiłam do działania! Poprosiłam o jeden bilet do Madras na poniedziałek, ale pan zaczął coś marudzić. Przerwałam mu, wyjaśniłam, że mam dosyć ich kompanii (nie działa sprzedaż internetowa, ale żądnej informacji na ten temat na websajcie nie ma, telefony odbierają ludzie niekompetentni, którzy rozłączają połączenia i że musiałam zmienić plany – zamiast plażowania tłuc się 12 godzin w autobusach, więc mam nadzieję, że teraz to będzie łatwe. Okazało się jednak, ze moje nadzieje były naiwne. Zgodnie z nowymi instrukcjami z Bombaju, zablokowano sprzedaż z użyciem kart kredytowych na terenie Sri Lanki, gdyż dochodziło do nadużyć. To przełknęłam. Inna wytyczna mówi jednak, iż ze Sri Lanki można kupić tylko return ticket, czyli w dwie strony. Nie miałam zamiaru wydawać dwustu złotych na nic! Najpierw się denerwowałam (szybko przypominając sobie i wygłaszając polskojęzyczne wyznaczniki intensywnej emocjonalności), potem prawie się rozpłakałam z bezsilności. Ostatecznie porzuciłam plecak i poszłam „na miasto” – szukać bankomatu, ale wcale nie miałam na to ochoty. Weszłam do pierwszej agencji, sprzedającej bilety lotnicze i tam kupiłam upragniony bilet w jedna stronę tyle że z 10 dolarową opłatą. Pan kilka razy wyjaśniał mi, że mogę mieć kłopoty w władzami imigracyjnymi w Indiach, ale przyrzekłam, że biorę to na siebie.
Po zdobyciu biletu, wsiadłam w pociąg i pojechałam do Galle. Umówiłam się tam z Łukaszem. Spotkaliśmy się miesiąc temu w Yazd (Iran) i teraz zgadaliśmy się, że trochę pojeździmy razem. Pojechaliśmy razem do Unawatuna, gdzie mieliśmy wylegiwać się na plaży w towarzystwie jego znajomych z wędrówki po Sri Lance. Miejsce okazało się śliczne, jednak mocno turystyczne i z tego powodu odpowiednio drogie. Oferowało jednak bogaty wybór sympatycznych knajpek, sklepików z pamiątkami i uroczych plaż.
To znakomite miejsce do obserwacji rybaków oraz na łowienie. Marlina nie złowiłam, ale upolowałam na bazarze.