1 sierpnia, niedziela
Rankiem stanęłam wobec konieczności spakowania się. Niestety sprawdziły się moje najgorsze obawy. Plecak był duży i ciężki. Trudno, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Gigi obiecał wywieźć nas na granicę miasta, więc tym się pocieszam. Tomek zaofiarował się nawet, że po niego pójdzie, żebyśmy nie dźwigali tego majdanu przez całe miasto. Ale okazało się, że Gigi śpi a rodzice nie chcą go obudzić. Uruchamiam więc stronę internetową dla autostopowiczów – akurat o wyjeździe w stronę Azerbejdżanu nie ma tam mowy. Czyżby nikt jeszcze nie próbował? Robi się ciekawie. Na wyczucie określam, że musimy pojechać w okolice dworca autobusowego. Przy naszej znajomości miasta i transportu publicznego to żaden problem. Atakowani przez rzesze taksówkarzy ustalamy właściwą trasę i kierujemy się w jej kierunku. Nagle drogę zajeżdża nam kamaz a kierowca pyta dokąd idziemy piechotą. Ładujemy plecaki na platformę i wywozi nas na właściwe skrzyżowanie. Kto mówił, że będzie trudno z łapaniem stopa? Tradycyjne wymiany adresów i obietnice, że przy następnej wizycie w Gruzji odwiedzimy naszego szofera, powtarzały się niemal za każdym razem. W ramach uprzyjemniania nam drogi do granicy jeden z kierowców zabrał nas jeszcze na wycieczkę po Rustavi. Tak zwanym „nowym” i „starym”(sprzed kilkudziesięciu lat). To chyba rzeczywiście najbrzydsze miasto w Gruzji – socrealistyczne bloki w środku stepu. Pomnika przedstawiającego konie uciekające z miasta już nie ma. Czy psy rzeczywiście szczekają tu miejscem, gdzie plecy tracą swoja szlachetną nazwę – nie udało nam się przekonać.
Szybko i sprawnie dotarliśmy do granicy, nazywanej Czerwonym Mostem. Naszym oczom najpierw ukazał się przepiękny terminal po azerskiej stronie, a zaraz potem, tłum zdenerwowanych i spoconych ludzi, nerwowo czekających na odprawę, w resztkach cienia. Terminal ma zostać oddany do użytku za miesiąc. To pierwsza z wielu budowanych w tym kraju rzeczy. Ogromne inwestycje budowlane będą jednym z silniejszych akcentów naszej wycieczki do Azerbejdżanu.
Oczywiście mieliśmy kłopot z wjechaniem do kraju nafty, gdy pogranicznicy odkryli w naszych paszportach wizy armeńskie. Po prostu nie mogli zrozumieć po co tam pojechaliśmy. Okazało się to zresztą później jednym z bardziej rozpowszechnionych poglądów. Mały flirt z mundurowym, przetrzymującym nasze paszporty, oczywiście załatwił sprawę. Połączony z zapewnieniami że w Armenii nic ciekawego nie ma a ludzie są niemili. Kłamstwo to jednak niewinne. Słyszeliśmy bowiem o przypadkach nie wpuszczenia do Azerbejdżanu turystów, którzy wcześniej byli w Armenii. Ustaliliśmy zatem wersję, której w naszej wędrówce po Azerbejdżanie konsekwentnie się trzymaliśmy.
Po drugiej stronie granicy zatrzymał się nam oczywiście pierwszy TIR. Oczywiście z tureckim kierowcą. Oczywiście nie komunikującym się w żadnym cywilizowanym języku. Oczywiście przesympatycznym. Tak, oczywiście dowiózł nas do Baku, karmił i poił, oddal swoje obydwa łóżka (tu uparliśmy się, że musi się wyspać). Wyjątkowo jednak zapłacił jeszcze za nas zapewne spory mandat. Otóż azerska policja, znana ze swej niepohamowanej korupcji, jakimś sobie znanym sposobem dostrzegła dwoje pasażerów w szoferce. Po pościgu na sygnale, głośnej awanturze, bójce kierowcy z komendantem posterunku, a następnie serdecznych pozdrowieniach ze strony funkcjonariuszy i życzeniach szczęśliwej podróży, ruszyliśmy dalej. Nigdy nie dowiedzieliśmy się ile tak naprawdę kosztowaliśmy naszego przyjaciela. Okazało się zresztą, że tutejsza policja wymusza od kierowców (nie tylko obcokrajowców) łapówki pod byle pozorem. Jazda po wertepach, wokół miast tylko częściowo pozwoliła uniknąć pazernych posterunków, zdecydowanie jednak wykończyła naszych kierowców.