Ostatni dzień w Singapurze spędzamy w… centrum handlowym! Miała być znowu wyspa rozrywki Sentosa, ale trafiamy n film 3d – Thor (poniżej naszych oczekiwań), promocje i-Pada i inne shoppingowe szaleństwa. Wieczór tradycyjnie spędziliśmy w towarzystwie naszej gospodyni Ruth. Fantastyczna kobieta, której baterie chyba nigdy się nie wyczerpują. W pośpiechu ogarnęliśmy nasze rzeczy i pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Okazało się jednak, że bilet kupowany przez Internet to nie tylko w przypadku linii lotniczych nie zawsze najlepsze rozwiązanie. Ten kupowaliśmy na lotnisku w Manilii i chyba to przyniosło nam pecha. Firma nie przysłała potwierdzenia. A bilety znaleźliśmy przez wyszukiwarkę, więc trudno ją namierzyć po czasie. Wszystkie maja takie same lub podobne autobusy. Mieliśmy plan chodzić od firmy do firmy (mieliśmy nadzieję, że prawidłowo wytypowaliśmy dwie) z prośbą o sprawdzenie naszej rezerwacji. W pierwszej przez nas obstawianej naszej rezerwacji nie znaleziono. Ale pani poprosiła o pokazanie dowodu wpłaty. Gdy odpalaliśmy kompa, by to zrobić okazało się, że nadal mają miejsca we wcześniejszym autobusie. Wsadzili do niego już kilka osób, które zgodziły się jechać wcześniej a teraz przyszła kolej na nas. Wytłumaczyliśmy, że w zasadzie to nie mamy biletu. Ale to nie był problem. Lepiej zabrać ludzi, których bilety nie są pewne niż przewozić powietrze. Taką logikę to ja rozumiem i podziwiam. Szkoda, że u nas nie ma takich autobusów. I takich biur obsługi.
To tyle na temat jak wyjechałam Singapuru. A o samym Singapurze? Państwo idealne, doprowadzone do perfekcji. Fantastycznie je odwiedzić – o ile masz bogatego wujka. Dobrze poczuć się bezpiecznie (tu nawet nie widać policji na ulicach, bo nie ma takiej potrzeby; pojawiają się za to co tydzień w telewizji, by opowiadać o swoich sukcesach, dzięki czemu społeczeństwo wierzy w ich skuteczność) i czysto (sterylnie tu niczym w szpitalu). Jest tu na co wydawać pieniądze, ale Łukasz musiał zmodyfikować swoje ulubione zajęcie, czyli shopping tworząc wersję „window shopping”, czyli oglądanie wystaw sklepowych. Ludzie także są sterylni, hiperpoprawni i znakomicie znający swoje miejsce. Nieważne czy jesteś kaleką, indyjskim robotnikiem niewykwalifikowanym, studentem czy wykształconym krawaciarzem – masz tu swoje miejsce. Każdy wie co ma robić i chyba nawet znajduje w tym szczęście. Rząd profesjonalistów dba, by specjalne regulacje prawne wspierały zacieśnianie więzi międzyludzkich, by rodziny miały czas dla siebie a samochody nie zanieczyszczały powietrza. Technologia jest superprzyjazna człowiekowi. W metrze i na przystankach autobusowych są specjalne ściany ze szkła chroniące przed wpadnięciem pod nadjeżdżający pojazd a grzeczne kolejki oczekują nawet na taksówki. Instrukcje są znakomicie przygotowane, widoczne i czytelne a każdy rozumie i uznaje ich zasadność. Wszyscy używają i-phonów, więc ciągle powstają nowe darmowe aplikacje, które mają im pomóc np. korzystać z komunikacji publicznej, sprawdzać pogodę itp. Wszyscy mają też karty magnetyczne, które działają jak bilety miesięczne. Wchodzi się przednim wejściem, kasuje kartę nie wyciągając z torebki, wychodzi tylnim - tak samo. Jeśli zapomnisz skasować – płacisz za cała trasę – czyli drogo. Skutecznie zniechęca do oszukiwania. Zresztą tutaj chyba nikomu by to nie przyszło do głowy.
Słowem… kraj, w którym ideał sięgnął szczytów. Wszystko jest tu dla człowieka. A jednak żyć tu nie sposób. Bo jak tu żyć bez wątpliwości i pytań egzystencjalnych?