2 lutego, środa
Przed świtem jesteśmy w Mandalay. Gdyby to był początek moich azjatyckich wojaży nie uwierzyłabym przecież, że to dworzec autobusowy w drugim co do wielkości mieście Birmy. Ale teraz, nawet rozespanej, już mnie takie rzeczy nie dziwią. Droga minęła niemal bezboleśnie (zazwyczaj podróżnicy nie opowiadają o trudach przemieszczania się komunikacja publiczną w krajach trzeciego świata, a gdy już to czynią – robią z tego opowieść na miarę przygód Indiany Jonesa. Tymczasem dla moich rozmiarów nie jest to takie przerażające doznanie. Przynajmniej, gdy poruszamy się główną drogą kraju, jak w tym przypadku. Zatrzymywaliśmy się na postoje z jedzeniem w oświetlonych miejscach, gdzie obsługa znała kilka słów po angielsku. Do tego wszyscy wokół są tacy mili i pomocni!).
No więc kawałek pofałdowanej ziemi w środku niczego pogrążony w kompletnych ciemnościach a wokół tłumy rozkrzyczanej gawiedzi. To pierwsze, co wychwytują moje zmysły w Mandalay. Trudno powiedzieć, że coś widzę, bo ciemności kryją ziemię. Natomiast krzyki i nawoływania w tym jeszcze nowym dla mnie języku brzmią groźnie i agresywnie dla moich zmęczonych całonocną muzyką uszu (w Azji w autokarach przez cała drogę puszcza się lokalna muzykę na pełnej głośności. W wariantach może to być lokalny film np. Bollywoodu, ulubiony serial – bywa, że często podróżując oglądasz ten sam odcinek kilka razy, bo powtarzany jest przez tydzień; albo modlitwa przywódcy duchowego. Opcja włączenia „na full” dotyczy zresztą nie tylko głośników, ale też klimatyzacji, stąd azjatyckiego podróżnika – poza permanentnymi problemami żołądkowymi – cechuje równie permanentne przeziębienie. To ta część podróży, o której mało kto wspomina, ale większość naszych przygód i zachwytów nad zabytkami i cudami natury przeżywamy z chusteczką (papierem toaletowym) przy nosie i w drodze do/z toalety.
W Mandalay cudem dostajemy o szóstej rano pokój w najbardziej obleganym przez backpackerów Rogal Guest House. „Dwójka” okazuje się pokojem rodzinnym z lodówką i innymi udogodnieniami, w zacisznej części budynku z zaciemnionymi oknami, więc spokojnie odsypiamy ostatnie noce – do południa niemal.
Ruszamy na zwiedzanie miasta. Chłopak z recepcji przewidywał, żd znajdziemy siły tylko na krótki spacer. My, rzeczywiście nie mieliśmy sił na rowery – ale spacerowaliśmy doi zachodu słońca. Orientacja w mieście, gdzie ulice noszą nazwy w postaci liczb wydaje się oczywista, ale dopiero gdy zorientujesz mapę. A to nie takie proste gdy zamiast kompasu masz grupkę zaangażowanych, nie znających angielskiego ani geografii, lokersów. Udaje się nam jednak dotrzeć do polecanej przez Polaków świątyni ukrytej w gąszczu małych „uliczek” świątyni. Czas zatrzymał się tutaj chyba kilkaset lat temu. Cisza, spokój, żadnych turystów. W okolicy roi się od mnichów (ktoś nazwał ten rejon mnisim dystryktem), których spotykamy klasztorze, restauracyjce, nad rzeką. Jeden z nich zaprasza nas do swojego monastyru. Następnego dnia ma ważne mnisze egzaminy, ale zamiast się uczyć woli żuć betel, śmiać się i, ćwicząc angielski, opowiadać nam o życiu swoim i dwustu kolegów. Jak się chłopaki uczą widać na fotkach. Cóż, na pewno nie przypomina to naszych szkół i internatów.