Rankiem docieramy Chiang Kong. Obiecano nam, że potrzebujemy tylko złotówkę na przeprawę łodzią, ale oczywiście trzeba było dojechać z dworca do miasta… jak zawsze w Azji! No ale każdy krok przybliżał nas do ukochanej Tajlandii…
Tym razem kraj Tajów prezentował się zupełnie inaczej. Nigdy nie zapomnę pierwszych chwil w Bangkoku w grudniu 2010 r., gdy ujrzał realizację wizji z „Piątego elementu’, czyli ruch uliczny prowadzony na kilku poziomach, mnóstwo neonów i rozmach z jakim zaprojektowano to miasto. Tutaj, w Chaing Kong, przywitał nas szeroki Mekong, a po drugiej stronie chatkowe niemal zabudowania urzędu celnego. Ale urzędnicy niezmiennie uprzejmi i sympatyczni, taksówkarze uczciwi i pomocni a komunikacja publiczna działa bez zarzutu! Uwielbiam ten kraj!!!
Jedziemy n kilka dni do Chiang Rai. Bardzo zależało mi, by odwiedzić te okolice i udało się wygospodarować dwa dni. Już pierwszego wieczora miasteczko zachwyca mnie kolorami, piękną wieżą zegarową która o określonych godzinach świeci wszystkimi kolorami tęczy, „tańczy” i „śpiewa”. I nocnym marketem – dla turystów. I nocnym targiem – z jedzeniem dla miejscowych.