8 lutego, poniedziałek
Trudno było ostatnim razem wjechać do Tajlandii (bo na lotnisku okazało się, że wizę on arrival wystawiają po pewnymi warunkami a jednym z nich jest posiadanie bilety wylotowego – o czym wcześniej nikt nas nie poinformował i którego oczywiście nie mieliśmy. Ale szybko znalazło się okienko dla VIPów, gdzie za „drobną opłatą administracyjną bez potwierdzenia” otrzymaliśmy niezbędny stempelek od ręki), więc trudno musiało być więc także z wyjazdem. I żeby Łukaszowej teorii stało się zadość. Ale to ja miałam kłopot, bo w moim całkiem nowym przecież jeszcze paszporcie, w którym już kończą się kartki i planuję wyrobienie tymczasowego zapewne w Hong Kongu, z powodu nadmiaru wiz ważny pan w pięknie dopasowanym mundurze nie znalazł mojej wizy tajskiej. „No visa” powtarzał. Odłożyłam więc wszystkie pakuneczki na jego stolik i sama zaczęłam jej szukać, powtarzając, że na pewno ja mam. Tylko jak ona wyglądała? Mamrotałam z lekka zakłopotana a pan serdecznie się uśmiechał do mnie z tym swoim „no wisa”. No ale wreszcie znalazłam! I pokazałam mu z dumą mała trójkątną pieczątkę z datą – 28 lutego. Pod kolekcją innych pieczątek w napisem „Thailand”. Pan wbił wzrok we wskazany przeze mnie trójkącik – uzyskany w okienku dla VIPów – przeczytał na głos datę, spojrzał na kalendarz i już zaczynał to swoje „no visa’ gdy wpadłam mu w słowo: No właśnie! Do dzisiaj! Zaskoczony poważny pan spojrzał na moją bezgranicznie paszczękę (Łukasz mówi, że uśmiech mi się zawinął dookoła głowy), pokiwał głową i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Przybili stempelek wyjazdowy, ale śmiał się tak jeszcze długo. Jeszcze długo i daleko za budynkiem kontroli paszportowej słyszałam ten śmiech.
2
No a to był przecież dopiero początek. O drodze Bangkok – Siam Raep krążą straszne historie. A to o oszukańczych biurach podróży organizujących przejazd, a to o przysłowiowym łapówkarstwie khmerskich pograniczników czarczujących pod byle pozorem na całkiem wysokie sumy, a to o zdzierczych prowizjach pobieranych za pomoc w wyrobieniu wizy na granicy, a to w końcu o zatrzymywani się na posiłki w przeraźliwie drogich punktach oraz zwlekaniu z dojazdem do celu podróży, by po zmroku wysadzeni na peryferiach Siam Raep turyści tym łatwiej dali się zwieść miejscowym tuk – tukowcom. Wszystko to prawda. Jak również to, że podróżnik z jako takim otrzaskaniem bez kłopotu i jakiegokolwiek zdenerwowania ze wszystkim sobie poradzi. Wystarczy dobrze wybrać biuro, które nie porzuci Cię na granicy (najlepiej sprawdzić wcześniej wykupując jakąś imprezę), pogranicznikom wystarczy powiedzieć, że się nie ma pieniędzy, albo zapytać o potwierdzenie (można tez zaproponować drobniejsza sumę i wtedy bywa, że uniosą się honorem i powiedzą, ze jak tak, to niech już będzie bez tej opłaty – tak było w naszym przypadku), pośrednikom wystarczy odmówić (chociaż jadący z nami Australijczyk nijak nie mógł pojąć, że wizę kupiliśmy sami, bo on zapłacił dwa razy więcej jakiemuś facetowi, który zresztą zniknął z jego paszportem i facet o mało nie pobił wszystkich którzy mu się nawinęli, a wielki i silny był z niego facet), na postojach wystarczy poszukać innej knajpki w okolicy – zazwyczaj jest ich nawet kilka, albo kobiet sprzedających jedzenie obnośnie, zaś na tuktukowców sposobów jest mnóstwo. I jeden lepszy od drugiego. My zaczekaliśmy aż się tłum rozmyje i dopiero wtedy zaczęliśmy negocjacje z chłopakiem który od początku nas wybrał jako cel ataku. W końcu uśmiechnęłam się do niego, zaproponowałam mniej niż połowę jego ceny a gdy zaprotestował dodałam słodko: Widzisz tu jeszcze jakichś turystów? Albo zarobisz trochę na nas, albo nie zarobisz nic. Jak widzisz my jesteśmy gotowi by iść piechotą – i zademonstwowałam latarkę. Natychmiast z szerokim uśmiechem zaprosił nas do swojego tuktuka. Zawiózł nas tam gdzie chcieliśmy, pokazując wprawdzie po drodze coś co sam, polecał, ale trzeba przyznać, że miejsce było uczciwe. Gdy się na nie nie zdecydowaliśmy, ale chcieliśmy zapłacić, bo byliśmy w rejonie który nas interesował, przyjął pieniądze, ale przeprosił, że musi nas odstawić do hotelu i podać szefowi nazwę, bo jak nie to będzie miał kłopoty. I tak znaleźliśmy się w Królestwie Kambodży. Państwie o klimacie skansenowym na pograniczu Birmy i Nepalu, gdzie żądzą zupełnie inne zasady. I które zaskoczyło mnie tym, że… mnie oczarowało jak mało które! Ale to już opowieść na następne dni.