piątek, 4 lutego
Udało nam się dostać bilety na popołudniowy autobus do Bagan. Spędzamy wiec czas na niespiesznych spacerach, odwiedzaniu ulicznych restauracyjek, chłonięciu atmosfery tego tajemniczego kraju. Najbardziej podobały mi się godziny spędzone na drzemce pod świątynią buddyjską. Jest cisza, spokój… Nikt nie pyta kim jesteś i co tu robisz. Jeśli komuś gorąco – siada w cieniu albo zasypia na ławach (takich drewnianych platformach). W ogóle jest genialnie. Od takimi świątyniami siedzą pary nastolatków, przytulają się, śmieją…
Po południu jedziemy na dworzec autobusowy. Przed odjazdem pijemy taką „herbatę przed podróżą”. Cieszymy się jak dzieci z atmosfery azjatyckiego baru na głębokiej prowincji. Już zapomnieliśmy jakie mamy szczęście będąc tutaj, już przestawaliśmy zauważać te azjatyckie uwarunkowania, już przywykliśmy do tych kolorów, smaków i dźwięków. A tu proszę – Birma budzi w nas tę radość bycia w Azji na nowo. Mamy tyle szczęścia mogąc siedzieć w tej szopie nazywanej restauracją na końcu świata…
Przed północą docieramy do Bagan. Trudno uwierzyć, ze to w ogóle jakaś miejscowość. Bierzemy rikszę rowerową, bo pomimo planu „miasta” i latarki boimy się zabłądzić w tych ciemnościach. Bierzemy „najtańszy pokój w mieście” i zasypiamy skonani. Jeszcze nie wiemy, że ta podróż była ekskluzywna w porównaniu z tym, co czeka nas w drodze powrotnej.