Czasem gdy słyszę ludzi podróżujących wraz ze mną na przykład autobusem turystycznym, opowiadających swoje „krew mrożące w żyłach” przeżycia i tłumaczenia dlaczego jadą tym autobusem a nie zwyczajnym, publicznym albo autostopem – śmiech mnie ogarnia. Ja powiem wprost – jeżdżę tak bo jest taniej. W Tajlandii. Autobusy miedzy dzielnicami turystycznymi to jakaś 1/3 cen autobusów rządowych TAT. Podobnie jest z wycieczkami. Do dawnej stolicy wycieczka z obiadem, przewodnikiem i pick upem z hotelu na cały dzień kosztuje tyle co bilety tam i z powrotem. No więc wykupujemy wycieczkę na cały dzień do Ayuthaya -starożytnąej stolicy Tajlandii.
Dziś w tym miejscu znajduje się rozległy park archeologiczny, a w nim całkiem nieźle zachowane ruiny kilkunastu świątyń buddyjskich z XIV wieku. Ślady po okazałych świątyniach są tu obecne prawie co krok!
Ajutthaja (lub Ayutthaya) jest miastem położonym w centralnej części Tajlandii, w odległości ok. 80 km na północ od Bangkoku. Miasteczko opływają liczne rzeki (np. Chao Phraya i Pa Sak), skąd zyskało ono miano: „miasta-wyspy” (Koh Muang). W przeszłości, rzeki tworzyły naturalną fosę wokół miasta, pełniąc ważną rolę strategiczną, wykorzystywane były także jako naturalny system nawadniający. Ajutthaja dzieli się więc na dwie części: miasto wewnętrzne (znajdujące się na wyspie) i miasto zewnętrzne. Stare Miasto w znacznej części usytuowane jest w wewnętrznej części Ajutthaja. Historyczne ruiny w centrum miasta zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (Phra Nakhon Si Ajutthaja Historical Park) 13 grudnia 1991r.
Pełna nazwa miasta brzmi: Phra Nakhon Si Ajutthaja. Przez wiele lat (a nawet stuleci), od 1350 do 1767 r., Ajutthaja była stolicą Tajlandii. W XVI w. miasto przeżywało swój okres świetności i było jednym z największych i najbogatszych królestw w Azji, nazywano je nawet „Złotym Miastem”. Królestwo Ajutthaja zajmowało wówczas rozległe obszary państw sąsiadujących z dzisiejszą Tajlandią, a bogaciło się głownie na pośrednictwie w handlu między Indami i Chinami, jak również na eksporcie ryżu, skór zwierzęcych i kości słoniowej. Do Ajutthaja docierali kupcy z całej Azji, a także z Europy i Bliskiego Wschodu. Żyło tam wówczas około czterdziestu narodowości.
Ajutthaja rozwijała się niezwykle prężnie aż do połowy XVIII w., kiedy to najechali ją Birmańczycy. W 1767 r., po dwuletnim oblężeniu, wojska birmańskie zdobyły ówczesną stolicę, niszcząc i paląc ją doszczętnie. Po tych zdarzeniach nigdy już nie została ona odbudowana i nie odzyskała swej dawnej świetności
Obecnie miasto jest stolicą regionu, tradycyjnie noszącego tę samą nazwę. Ruiny Ajutthaja po dziś dzień wywierają ogromne wrażenie i świadczą o dawnej potędze królestwa. Architektura miasta jest fascynującym połączeniem stylu budowli khmerskich z typowo rodzimymi rozwiązaniami. Wpływy budownictwa khmerskiego odnajdujemy przede wszystkim w licznych wieżach, przypominających swym kształtem kaktusy czy też kolby kukurydzy (tzw. prang). Turyści mogą podziwiać na terenie miasta i w najbliższych jego okolicach, wiele wspaniałych zabytków architektonicznych, przede wszystkim ruiny budowli pałacowych i świątynnych.
W samym centrum Ajutthaja znajduje się niewielkie jezioro Phra Ram i noszący tę samą nawę park, wokół których mieści się kilka najważniejszych świątyń.
Właściwie codziennie jemy coś pysznego i już nawet tego nie zapisuję. Każdego dnia koszotujemy lokalnych potraw i zachwycamy się ich smakiem, a właściwie smakami, bo zazwyczaj smaki te łączą się i mieszają w każdym posiłku, niczym style i trendy w dobrym dziele sztuki. Bo sztuka kulinarna nabiera tu zupełnie nowego, nieznanego mi w Europie wymiaru artyzmu. I o dziwo nie tęsknię za potrawami z Polski czy Europy (poza wigilijnymi, więc zapewne jest to związane z atmosferą świąt a nie tylko z zapachami i smakami), ale nie potrafię sobie wyobrazić powrotu do nich. Wiem, że będę gotować. I to w stylu azjatyckim. A posiłki często są proste, łatwe I szybkie w przygotowaniu. To niesamowite, że niezależnie od rodzaju i standardu knajpki, w kilka minut, przygotowują na życzenie klienta świeża smakowita potrawę. Jeśli zamawiasz kilka to każda z nich ma zupełnie inny smak, kolor, aromat. A dziś jedliśmy małże. Najlepsze małże w moim życiu! W chodnikowej knajpce (czyli stoliczki plastykowe na chodniku a kuchnia przewoźna na ulicy) starszy Chińczyk wyczarował talerz małży w czosnku. Kosztowały chyba z dziesięć złotych a pachniały tak, że nie tylko czuć było na całej ulicy, ale nawet dzisiaj (piszę po dwóch tygodniach) pamiętam ten zapach, czuje ten smak, a moje ślinianki na ich wspomnienie intensywnie pracują.