Niedziela, 12 czerwca
Po nocy w łóżeczku z podgrzewanym materacem (tak! Tu noce bywają naprawdę zimne, więc podgrzewane łóżka to w tym rejonie standard, podobnie jak wi-fi czy czajnik elektryczny) rzucam się w wir zwiedzania. Miasto jest wyjątkowe, fascynuje przede wszystkim znakomitą architekturą i bogatą historią. Leżący u podnóży Himalajów na wysokości 2400 m n.p.m. Lijiang to prawdziwa perła Yunnanu.

Żeby móc podziwiać stare miasto w ciszy i spokoju, musiałam wstać przed świtem. Wzrastająca sława Lijiangu i rosnąca ilość turystów zmieniły bowiem nieco jego oblicze. Jednak wciąż, jeśli nie giniemy w tłumie zwiedzających, jest to jedno z najpiękniejszych, najbardziej romantycznych miejsc. Szczególnie wcześnie rano, gdy miasteczko budzi się do życia lub wieczorem, kiedy znikają wycieczki z przewodnikami. Właśnie wtedy warto pójść na spacer wąskimi uliczkami. Przecinają je niezliczone kamienne i drewniane mostki, przerzucone nad szemrzącymi strumykami. Moją uwagę przykuwa przede wszystkim uroda malowniczych stylowych domków, których architektura pozostała niezmienna od czasu dynastii Ming. Nie znalazłam w tym kraju drugiego takiego zakątka, który pozwoliłby mi tak bardzo poczuć atmosferę dawnych Chin.
Stare miasto w Lijiang jest labiryntem wąskich uliczek i kanałów. Ulice wyłożone są kostką brukową, więc przydają się wygodne buty. Także dlatego, że spacerowac tymi uliczkami mogę godzinami. Szkoda, że ne trafiłam tu w końcu marca lub na początku kwietnia, gdy odbywają się tu obchody tradycyjnego Święta Urodzaju, lub w lipcu, w czasie Święta Pochodni. Miasto jest niepowtarzalne i jest to opinia powszechna. Lijiang doczekało się należytego wyrazu uznania: w grudniu 1997 roku całe Stare Miasto wpisane zostało na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. To oznacza jeszcze więcej funduszy na renowację, ale i jeszcze więcej turystów oraz jeszcze wyższe ceny.

Każdy zaułek wart jest akapitu, ale tak trudno ująć w słowa te ulotne chwile, wrażenia, wzruszenia. Słońce ślizga się po starych murach i bruku, ukazując oryginalne linie architektury. Lokalne restauracyjki na uboczu serwują potrawy, będące niepowtarzalną mozaiką smaków i zapachów, tyle tylko, że menu nie występuje w języku angielskim a ceny są znacznie, znacznie niższe. Ja też mam ulubioną knajpkę, gdzie pani gotuje na moje specjalne zamówienie. A jak zamawiam? Znajduję odpowiednią frazę w translatorze, trochę pokazuję palcem w jej kuchni a gdy mam ochotę na coś specjalnego to korzystając z wi-fi w hotelu tłumaczę cały zestaw potraw na mandaryński, kopiuje i zapisuję w notesie elektronicznym. Pokazuję to pani w smartphonie, potem przełączam na kalkulator i negocjuję cenę. Proste!

Specjalnego kolorytu dodają temu miejscu jego mieszkańcy. Należą oni do mniejszości narodowej Naxi, która jako jedna z niewielu zachowała niezmienioną tradycję i kulturę. Ich klasyczna architektura, stroje, zwyczaje związane z codziennym życiem, religia, muzyka – to unikatowe zjawisko. Mnie urzekły nie tylko nastrojowe uliczki i ekskluzywne hoteliki, ale tez dom kultury ludu Naxi, gdzie można wziąć udział w tradycyjnych obrzędach, obejrzeć stroje i zdjęcia. Co ciekawe, w patriarchalnym chińskim społeczeństwie lud Naxi wciąż kultywuje swoje matriarchalne obyczaje. Tylko kobiety pracują, wykonują wszystkie codzienne prace, ich rolą jest utrzymywanie rodziny. Kobiety Naxi pracują ciężko przez całe życie. Większość miejsc, do których trafiłam, hoteli, restauracji, sklepów itd. prowadzonych była przez kobiety, lub całe rodziny pod kobiecym zarządem. Znalazłam też studnie, które stanowiły czy może nadal stanowią źródło wody pitnej dla mieszkańców. Są to dwa baseny - w jednym kobiety myły warzywa, w drugim robiły pranie, woda cały czas przepływa, więc pierwszy basen miał zawsze czystą wodę. Mężczyźni natomiast przez całe życie odpoczywają.
Po nocy w łóżeczku z podgrzewanym materacem (tak! Tu noce bywają naprawdę zimne, więc podgrzewane łóżka to w tym rejonie standard, podobnie jak wi-fi czy czajnik elektryczny) rzucam się w wir zwiedzania. Miasto jest wyjątkowe, fascynuje przede wszystkim znakomitą architekturą i bogatą historią. Leżący u podnóży Himalajów na wysokości 2400 m n.p.m. Lijiang to prawdziwa perła Yunnanu.

Żeby móc podziwiać stare miasto w ciszy i spokoju, musiałam wstać przed świtem. Wzrastająca sława Lijiangu i rosnąca ilość turystów zmieniły bowiem nieco jego oblicze. Jednak wciąż, jeśli nie giniemy w tłumie zwiedzających, jest to jedno z najpiękniejszych, najbardziej romantycznych miejsc. Szczególnie wcześnie rano, gdy miasteczko budzi się do życia lub wieczorem, kiedy znikają wycieczki z przewodnikami. Właśnie wtedy warto pójść na spacer wąskimi uliczkami. Przecinają je niezliczone kamienne i drewniane mostki, przerzucone nad szemrzącymi strumykami. Moją uwagę przykuwa przede wszystkim uroda malowniczych stylowych domków, których architektura pozostała niezmienna od czasu dynastii Ming. Nie znalazłam w tym kraju drugiego takiego zakątka, który pozwoliłby mi tak bardzo poczuć atmosferę dawnych Chin.
Stare miasto w Lijiang jest labiryntem wąskich uliczek i kanałów. Ulice wyłożone są kostką brukową, więc przydają się wygodne buty. Także dlatego, że spacerowac tymi uliczkami mogę godzinami. Szkoda, że ne trafiłam tu w końcu marca lub na początku kwietnia, gdy odbywają się tu obchody tradycyjnego Święta Urodzaju, lub w lipcu, w czasie Święta Pochodni. Miasto jest niepowtarzalne i jest to opinia powszechna. Lijiang doczekało się należytego wyrazu uznania: w grudniu 1997 roku całe Stare Miasto wpisane zostało na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. To oznacza jeszcze więcej funduszy na renowację, ale i jeszcze więcej turystów oraz jeszcze wyższe ceny.

Każdy zaułek wart jest akapitu, ale tak trudno ująć w słowa te ulotne chwile, wrażenia, wzruszenia. Słońce ślizga się po starych murach i bruku, ukazując oryginalne linie architektury. Lokalne restauracyjki na uboczu serwują potrawy, będące niepowtarzalną mozaiką smaków i zapachów, tyle tylko, że menu nie występuje w języku angielskim a ceny są znacznie, znacznie niższe. Ja też mam ulubioną knajpkę, gdzie pani gotuje na moje specjalne zamówienie. A jak zamawiam? Znajduję odpowiednią frazę w translatorze, trochę pokazuję palcem w jej kuchni a gdy mam ochotę na coś specjalnego to korzystając z wi-fi w hotelu tłumaczę cały zestaw potraw na mandaryński, kopiuje i zapisuję w notesie elektronicznym. Pokazuję to pani w smartphonie, potem przełączam na kalkulator i negocjuję cenę. Proste!

Specjalnego kolorytu dodają temu miejscu jego mieszkańcy. Należą oni do mniejszości narodowej Naxi, która jako jedna z niewielu zachowała niezmienioną tradycję i kulturę. Ich klasyczna architektura, stroje, zwyczaje związane z codziennym życiem, religia, muzyka – to unikatowe zjawisko. Mnie urzekły nie tylko nastrojowe uliczki i ekskluzywne hoteliki, ale tez dom kultury ludu Naxi, gdzie można wziąć udział w tradycyjnych obrzędach, obejrzeć stroje i zdjęcia. Co ciekawe, w patriarchalnym chińskim społeczeństwie lud Naxi wciąż kultywuje swoje matriarchalne obyczaje. Tylko kobiety pracują, wykonują wszystkie codzienne prace, ich rolą jest utrzymywanie rodziny. Kobiety Naxi pracują ciężko przez całe życie. Większość miejsc, do których trafiłam, hoteli, restauracji, sklepów itd. prowadzonych była przez kobiety, lub całe rodziny pod kobiecym zarządem. Znalazłam też studnie, które stanowiły czy może nadal stanowią źródło wody pitnej dla mieszkańców. Są to dwa baseny - w jednym kobiety myły warzywa, w drugim robiły pranie, woda cały czas przepływa, więc pierwszy basen miał zawsze czystą wodę. Mężczyźni natomiast przez całe życie odpoczywają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz