
1 października, piątek
Mysore to takie senne miasteczko. Nie mieliśmy pojęcia ile chcemy tu zostać. Różne były koncepcje co warto tu zobaczyć i w jakiej kolejności. Wszystkich pokonał jednak upał. Po 10tej robi się tu tak gorąco, że do 15tej najlepiej siedzieć w okolicach wiatraka. Dlatego postanowiliśmy zobaczyć święte wzgórze Czamundi jak najwcześniej rano. To wzgórze jest jednym z siedmiu najświętszych wzgórz znajdujących się w Indiach. Na szczycie znajduje się świątynia Ćamundeśwari, bóstwa patronackiego Mysoru. Witają nas tłumy pątników, wszechobecne małpy i śliczna panorama na Mysore. Widać stąd pałac, który wegetariański maharadża, zbudował poza miastem, dla swoich mięsożernych gości.
Zwiedzamy kolejne świątynie. Największe wrażenie robi na mnie orkiestra przygrywająca w jednej z małych świątynek. Pozwalają robić sobie zdjęcia. Wszędzie wokół sprzedawcy kwiatów, kokosów i pamiątek, świeci mężowie i żebracy – a tu cisza i spokój. Tylko bajecznie kolorowi mnisi.
Około 10te jesteśmy znowu w miasteczku. Wszystkie sklepy pozamykane – tak jak poprzedniego dnia z powodu jakichś protestów antyrządowych. Ja znoszę to dzielnie – i tak nie zamierzałam kupować sari :D, natomiast Łukasz jest niepocieszony. Shopping wydaje się być jego ulubionym zajęciem :P Zaraz po surfowaniu po Internecie.
Po drugim śniadaniu ucinamy sobie drzemkę – to zdecydowanie najlepsze, co można robić podczas tego upału (a w Polsce zimno, ciemno i deszczowo?). Wyprałam i wysuszyłam co się tylko dało (zostały jeszcze plecaki i śpiwór), uzupełniłam zapas kosmetyków w wielkim markecie (tak, mój towarzysz zdążył „oblecieć” cały kilkupiętrowy sklep a ja nadal tkwiłam w tym samym dziale), który miał jednak ten minus, że dział alkoholowy był zamknięty na kłódkę.
Po południu w końcu dorwaliśmy się do Internetu a potem na pociąg. Przez Bangalore do Hapset – by zwiedzić Hampi. Spotykani ludzie bardzo się nami interesują, zapraszają na przekąski, opowiadają o mijanych świątyniach, pokazują zdjęcia rodziny i różnych miejsc w telefonach komórkowych. Dzwonią do różnych osób by pochwalić się że podróżują z turystami z Europy. Dobrze, że mają wyobrażenie o Europie, bo o Polsce to nigdy nie słyszeli. Zapraszają nas do siebie, al. tłumaczymy że mamy już bilety na dalsza trasę. Bariery komunikacyjne to jednak nie język, a przekonania: my nie pojmujemy ich metroseksualno-gejowskich zachowań, do których powszechności i nachalności nie przywykliśmy jeszcze a oni upierają się, że skoro podróżujemy razem to jesteśmy para i nie rozumieją dlaczego nie mamy jeszcze dzieci. Próbuję tłumaczyć, że poznaliśmy się tydzień wcześniej, ale mnie nie rozumieją i rozpływają się w zachwytach jaka śliczna z nas para W końcu dajemy za wygraną.
Po 20-tej mamy przesiadkę w Bangalore. Na dworcu tłumy ludzi. Wśród nich jak zwykle bezdomne psy. Gdy mijam jednego z nich, odsuwa się, czeka aż przejdę, po czym rzuca się na mnie i gryzie w udo. Narobiłam takiego wrzasku, że zrobiło się zbiegowisko. Ludzie pytają co się stało. Po chwili wszystko jasne. Drżącymi rękami wyciągam podręczną kosmetyczkę, by zdezynfekować ranę woda utleniona w żelu. W głowie jednak pulsuje myśl, że pogryzienie w Indiach to realne zagrożenie wścieklizną. Jestem zdenerwowana, otumaniona i obolała. Na szczęście podróżuje teraz z Łukaszem, który ma medyczne wykształcenie i spore poczucie odpowiedzialności. Jemu zawdzięczam sprowadzenie pogotowia ratunkowego (czekałam półtorej godziny), skierowanie do szpitala i jako takie ogarnięcie sytuacji. Oczyszczenie rany, spisanie dokumentów, wyjaśnienie co teraz powinnam zrobić. Przy okazji lekarka komentuje sytuacje i tłumaczy menagerowi stacji, że nie powinien był jej wzywać do mnie, bo to nic poważnego. Pracownicy kolei próbowali nam pomów zaaranżować dalszą podróż, ale Łukasz uznał, że najlepiej pozostać w mieście na dzień, by spokojnie zająć się sprawami medycznymi. Jak w całej tej historii – tym razem też miał rację.
Jedziemy na sygnale do szpitala. Prywatny. Wygląda czysto, ale gdy chcę umyć ręce – nie maja nawet mydła. Okazuje się, że nie mają tez immoglobulin. Jedziemy do następnego (dobrze ze kierowca i sanitariusz się wszystkim zajmują, bo jeszcze nie ogarniamy panujących tu zasad). Szpital ogromny, uniwersytecki czy jakoś tak. Nocny dyżur. Jest już po 22iej. Szef decyduje o konieczności odkażenia rany po raz kolejny. Zabierają mnie na sale – chyba opatrunkową, ale obok wykrwawia się kobieta. Jest w ciężkim stanie po wypadku, wzywa męża – w zakrwawionej koszuli. Po jakimś czasie pielęgniarki przypominają sobie o mnie i chcą mnie opatrzyć. Zdenerwowana wychodzę jednak z sali, bo nie używają rękawiczek lateksowych! Łukasz tłumaczy im cierpliwie i ostatecznie znajdują jakieś rękawiczki, używają szczypiec – ale mam spore wątpliwości, czy to wszystko jest antyseptyczne. Plaster z opatrunkiem nie chce się kleić, co chwile coś spada na podłogę. Łukasz biega do apteki i recepcji, by opłacać kolejne badania wykupywać zastrzyki. Ostatecznie (po negocjacjach i naleganiach, bo chcieli mnie odesłać zupełnie) zgadzają się zrobić mi zastrzyk przeciw wściekliźnie i szczepionkę przeciwtężcową (mam taką, pokazuje międzynarodową książeczkę szczepień, ale to niczego nie zmienia – oni wiedzą lepiej). Oczywiście zastrzyki robią mi już bez rękawiczek, nie zważając na moje niezadowolenie. Reszta rano.